KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 9)
Droga do Bilbao

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Tuluza, w styczniu 1937.

Opuszczam Madryt w sobotę, 9 stycznia, popołudniu. Przedwczoraj atak powstańców zajął szereg wsi po lewej stronie szosy do Escorialu („carretera de Coruna”), wczoraj wyjechaliśmy raz jeszcze samochodem na front. Trzeba było bardzo daleko okrążać, żeby dojechać do Escorialu. U stóp szarej Guadarramy padał mokry śnieg, przed monasterem Filipa II koczowali żołnierze Mangady, w przedsionkach klasztoru kopciły ognie w mosiężnych „braserach”. Pojechaliśmy drogą powrotną jak zwykle na Rosas, tam gdzie ją wczoraj przecięto. Trzeba było jednak skręcić wbok ku pierwszej naszej drodze na Colmenar Viejo. Sypano gorączkowo okopy. Jutro i pojutrze będą nowe walki o te drogi, o pierwszą, będącą już pod obstrzałem, praktycznie dla rządu przeciętą, o drugą, której przecięcie zadecyduje dopiero o sparaliżowaniu na tej linji komunikacji. To będzie jednak trudne, bo ta druga droga pnie się wysoko, wśród skał i głazów, bronić ją łatwo, zdobyć ciężko. Sukces wczorajszy powstańców niewiele więc jeszcze znaczy.

Z powrotem, za Fuencarralem, jedziemy do obszernej „finca” duque’a del Infantado. O piętnaście kilometrów od Madrytu obszar blisko 10 000 hektarów, z czego 6 000 zupełnie nieuprawnych. Sfalowane niewielkie wzgórza jak w Casa del Campo, oliwki i karłowate dęby rosnące w odległości kilkunastu, czasem więcej, metrów od siebie, między tem wysoka zżółkła teraz trawa, rzadkie krzaki, kępy łozy. Podmadrycki krajobraz niezwykle podobny do widoków z filmu „Afryka mówi”. Teren łowiecki. Do zamku dojeżdżamy gdy jest już ciemno. Bardzo długo trwają pertraktacje o dopuszczenie nas do wnętrza, wreszcie uzyskujemy pozwolenie. Istotnie, było czego strzec. Jest to niewielka rezydencja, jedna z wielu tego magnata co się zowie, zawiera tylko cztery czy pięć sal umeblowanych rzeczami wartościowemi, ale tych kilka jest godnych widzenia. Najpiękniejsza jest wielka sala rycerska. Opowiedziano nam że książę, budując pałac, natrafił gdzieś na walący się, opuszczony kościół gotycki z XIII w., że go kamień po kamieniu rozebrał i nanowo tu złożył, tworząc z jego wnętrza jedną salę nowego pałacu, dostosowując cały plan budowy do rozmiarów zrekonstruowanego kościołka. „Z drzwi do zakrystji zrobił odrzwia do kominka” – mówi po drodze milicjant tutejszy, co nie wydało nam się pomysłem zbyt sympatycznym. A jednak kościół zamieniony w salę rycerską, pełen zbroi, ze swymi świętymi z XIII w., wyciosanymi w kamieniu, ze swym gotykiem surowym a już łagodzonym, zmiękczonym wpływami sztuki arabskiej, był cudem prawdziwym, był pozatem cudem jednej z najtrudniejszych rzeczy jaka istnieje: rekonstrukcji zabytku. Kto pamięta różne pseudozabytki Krakowa, choćby spudłowaną rekonstrukcję Wawelu, ten wie jak niesłychanie trudną rzeczą jest rekonstrukcja epoki. Ten magnat hiszpański, dwunastokrotny grand, książę, hrabia, markiz, wczuł się w ducha epoki, z której wyrósł, lepiej niż dziesiątki profesorów. Jeden z synów księcia Infantado służy dziś w lotnictwie po stronie rządowej. Nie wiem, czybym zostawił w przyszłości 6 000 hektarów urodzajnego ugoru pod samym Madrytem, ale wiem, żebym z duque’a del Infantado zrobił wielkiego kustosza wszystkich skarbów sztuki i przeszłości jakie tylko posiada Hiszpanja, powierzył ufnie w jego ręce trudną pieczę nad tem wszystkiem co się dziś nazywa „patrimonio del pueblo”.

Do Madrytu wróciliśmy o zupełnym zmroku: samochód, wjeżdżając na Gran Via, pod gmach „Telefoniki”, zazgrzytał na całych zwałach cegły, szkła i tynku. Znowu bombardowano Madryt, a tak było cicho tego dnia na froncie. W gmach telefonów padło siedem pocisków armatnich. W pokoje cenzury i „home” dziennikarski nie padł coprawda żaden, ale cenzorzy potracili zupełnie głowy. Miałem mieć samochód do Walencji na jutro. Nic nie wiedzą. Odsyłają do jakiegoś garażu. Niema. Idę do trzeciego. Trzeci jest już na przedmieściach, mówię z ludźmi, i po raz pierwszy od bardzo wielu tygodni, od pierwszych dni oblężenia Madrytu, ponownie wyrasta jakiś ferment. „Gdzie były nasze samoloty gdy tamte nadleciały? Dlaczego niema z naszej strony ataku? Dlaczego Madryt musi wszystko znosić?”

Czwartym garażem, do którego idę jest garaż robotniczy. Mówią mi per „ty”, panuje zupełny spokój. Owszem, wezmą mnie jutro, ale oni ewakuują tylko do Albacete. Z Albacete muszę się sam postarać dalej. Nazajutrz rano udaję się do adjutantury gen. Miaby. Mieści się ona w wielkim gmachu na ulicy Alcala, koło zbombardowanej dokładnie dzielnicy. Nowa centrala wojskowa ulokowała się w gmaszysku o cyklopicznej granitowej budowie. Jest to dawny urząd ceł Karola III. Podziemia są jak sklepienia fortec czy klasztorów, pokoje podziemne wysłano dywanami, opatrzono w telefony i światło. Tu żadna bomba się nie dostanie. W adjutanturze urzęduje oficer zupełnie „ancien regime”. Wynajduje mi inny samochód. O drugiej, za dwie godziny, odchodzi sztafeta ministerstwa X. Dadzą mi miejsce w tym samochodzie.

Sztafeta dziś wieczorem będzie w połowie drogi do Walencji, nazajutrz nowa sztafeta zabierze mnie stamtąd do prowizorycznej stolicy rządu. Oficer notuje zezwolenie na mojej przepustce.

Ministerstwo X. jest nieco nauboczu. Miało piękny fronton ozdobiony kolumnadą sześciu kolumn doryckich, grupami po dwie kolumny. Teraz fronton trzyma się na czterech, dwie pozostałe zwalił celny wystrzał armatni z bateryj pod Cerro de los Angeles. Istotnie, jest samochód. Podwożą mnie innym samochodem żeby zabrać moje rzeczy. Idę jeszcze na mój ostatni, za obecnym pobytem w Madrycie, kartkowy chudy obiad. W stiukowej sali hotelu „Roma” rzędami siedzą milicjanci. Dziś znowu obiad bezmięsny. Zupa chlebowa i trochę soczewicy. Niespełna po godzinie jestem już w samochodzie, wtulony między własny bagaż a grubego jegomościa który także korzysta ze sztafety. Samochód wyjeżdża przed dziedziniec, jakieś samoloty – trudno dostrzec jakie – latają nad miastem. Gdzieś za Rosales, dzielnicą wtuloną w Casa del Campo i Miasto Uniwersyteckie, huczą raz jeszcze armaty.

Samochód wjeżdża w ciasne, brudne ulice przedmieścia Vallecas, i naraz zaczynam się cieszyć, że już opuszczam ten Madryt, przyfrontowy, ponury, bezzmienny, straszny tylko zupełną przypadkowością swego niebezpieczeństwa, powolnem nastawaniem swego głodu. Samochód wypada na pola zorane, czerwonawe i płowe, biegnie doskonałą szosą, mija błękitne tablice z napisem „A Valencia”.

Mój towarzysz widocznie cieszy się również, ale nie tylko cieszy, bo i irytuje zarazem. Dlaczego dopuszczono żeby nieprzyjaciel podszedł tak blisko? Trzeba było go zatrzymać na linji Getafe. Wczoraj, gdy nadleciały samoloty nieprzyjacielskie, nie było żadnego rządowego! Gdzie się one podziewają? Coprawda, te samoloty rosyjskie tyleż są warte co rosyjskie samochody ciężarowe… „Co warte są ich samochody ciężarowe, te zielone, duże, pan wie? Pan, zagraniczny dziennikarz?”. Typ zaczyna mnie irytować. Więc nie, nie wiem. Sądzę, że dużo. Komunikacja z Walencją, dowóz żywności, amunicji, odbywa się przecież temi samochodami. Właśnie mijamy całą ich karawanę. Olbrzymie rosyjskie „gruzowiki” walą wspaniale szosą madrycką. Huk napełnia powietrze, mój towarzysz przestaje mówić.

Ale przestaje tylko na chwilę, już nachyla się nade mną i tłumaczy. Przedewszystkiem samochody tego typu są na drogi miękkie, rozmokłe, rosyjskie, przeciwieństwo asfaltowych autostrad Hiszpanji. To mniejsza. Ale wie pan, wiele te wspaniałe ciężarówki sowieckie pochłaniają benzyny? 50 litrów na 100 kilometrów! „A pan wie co to znaczy?”.

Przez chwilę bardziej rozumiem tego pana. Tak, to dużo znaczy 50 litrów na 100 kilometrów, gdy Madryt jest od Walencji o blisko 500, gdy brak benzyny daje się odczuwać, gdy cała ta wojna, z jej tankami, samolotami, trójmotorowcami, pochłania masy benzyny. Te wielkie samochody budowano na rozmach, na pokaz, na imponowanie. Niestety, nie budowano ich na oszczędność. Ale mój sąsiad, przekonawszy mnie na tem polu, przechodzi do innych spraw. Czy wiem że za każdy taki samochód, za każdy tank, za każdy nabój, zapłacono w Rosji bardzo słono? Złotkiem, gotóweczką? „Si, senor, si”.

Wszystko co mówi mój towarzysz mieści się jeszcze narazie w ramach objektywizmu, ale już poznać że mówi to człowiek którego wszystkie sympatje są po tamtej stronie. Mijamy dziesiątki samochodów rozbitych, porzuconych w rowie – on zaraz odtwarza nieład i zniszczenie, które było skutkiem pierwszych dni i miesięcy „swobody”. Lecimy doskonałemi szosami, te szosy dała dyktatura, powiada. Potem zwraca się do szoferów i pyta, ile płacą w Madrycie ich rodziny za żywność. I znowu okazuje się że wszystko kosztuje pięciokrotnie, czterokrotnie drożej niż przedtem. Jakże to, dziwi się obłudnie mój towarzysz, przecież dawniej przewóz towarów był w ręku prywatnem, gdy dziś jest monopolem państwowym? Jakże to, skoro państwo wyklucza przecież nadmierny zysk? Dlaczego niczego niema i wszystko jest drogie? Szoferzy nie wiedzą jak to wytłumaczyć, ale propaganda natrafia tutaj na grunt bardzo podatny. „Mam już po uszy tego socjalizowania i nacjonalizowania” – pada znad kierownicy. Pan przy mnie trzepoce krótką, tłustawą ręką. O, wszyscy, bardzo, bardzo wielu ma już dosyć. Któż jest ten pan przy mnie, który jedzie ministerjalnym samochodem i niewątpliwie uprawia swoją robotę? Iluż ich jest takich, których słowa zawsze trzymają się pewnej miary, a mimo to nieuchwytnie wyzyskują błędy, podkopują zaufanie.

Zapada noc, orjentujemy się po skłonie drogi, że zjeżdżamy dokądś. W dwóch rzędach nikłych światełek widnieje uliczka niewielkiego puebla, Motilla. Jesteśmy jeszcze w pełnej Manchy. Rozprostowujemy nogi po niewygodnem stłoczeniu między walizkami, składamy rzeczy w komendzie postojów, idziemy do gospody. Jest to niewielka, grodzona murem „posada”, – tem słowem o polskiem brzmieniu określa się tutejsze oberże, – niczem owa, pamiętająca Don Kichota, w której spędziłem noc w niejakiem Toboso… Prawda, to jeszcze zostaje do opisania, to jeszcze jedno z tych wrażeń, których kolejność pomieszały wydarzenia. W oberży jest wielka rzecz: można jeść. Nad ogniskiem kapie rumieniący się tłuszcz z połci młodego barana, pachnie atmosferą imć pana Reya i sieura Rabelais. Przypętuje się naraz jakiś intelektualista. Jutro i on ma jechać z nami. Ten znowuż odrazu jest na „ty”, co brzmi dużo mniej przyjemnie niż „tykanie” robociarza ze służby ewakuacyjnej, tego co chciał mnie dostawić do Albacete. Intelektualista jest biologiem, był cztery lata w lndjach i wygłasza o nich głupie komunały. Jest tu przy Instytucie Transfuzji Krwi, założonym przez lewicę kanadyjską „Socorro Rojo”. Tłumaczy mi cele Międzynarodowej Pomocy Czerwonej, owej organizacji która robi tu niewątpliwie dużo dobrego dla rannych, ale też niewątpliwie jest próbą zacieśnienia miłosierdzia do granic klasowości. Mówię mu coś na ten temat, przeciwstawiam bezklasowy i ponadnarodowy Czerwony Krzyż. Intelektualista – tak sam się przedstawił: „estoy intelectual” – zapewnia gorąco że „Socorro Rojo” jest apolityczne: przecież, mówi, nie czyni różnicy między anarchistami i socjalistami, komunistami ortodoksyjnymi i nawet trockistami. A zatem nawet ranny w boju trockista może być w drodze wyjątu – pewne to nie jest – opatrzony przez „Socorro Roja”…

Płonie wielki ogień na kominie, a my z Madrytu nie jemy, ale żremy łapczywie. Ładna służąca manczegska śmieje się, my jemy dalej. Czy w Madrycie był głód? Głód i nie. Ale przez dwa miesiące coraz bardziej rzedły porcje mięsa, aż znikły zupełnie, nie było tłuszczy, brakowało cukru, coraz rzadszy stawał się chleb. Inni dziennikarze zagraniczni korzystali bądź z obfitych zapasów swych poselstw, bądź, jako partyjni, z komunistycznej gościny towarzyszy. Moje kartki obiadowe otrzymałem dopiero niedawno. Nie byłem dosłownie głodny, ale w pokarmie brakowało wszystkiego co pożywne. Odsuwam talerz, czuję się nieprzyjemnie ociężały, i naraz robi mi się wstyd. Wstyd nie tego, że opuściłem Madryt, ten Zbaraż Hiszpanji, – pojadę do osaczonego Bilbao, na północ, samolotem, – wstyd że się tak z tego cieszę. Zwlekamy się ociężale po schodach, nagórę, do swych pokojów. Pokoje są małe i brudne jak w żydowskim zajeździe dawnego Wołynia. Na dziedzińcu oberży mijamy samochód, który zwraca naszą uwagę, którego nie było przed chwilą. Jest to czarna limuzyna, silna, krótka, bez żadnych rewolucyjnych godeł. Tylko na szybie okna błyszczy czerwony napis, drobny ale wyraźny; „Embajada Sovietica”. Znów myślę o Madrycie znów jest mi przykro.

*

Rano wczas trzeba wyruszyć. Na rynku Motilli stoją te same rosyjskie „gruzowiki”, które wzniecały wczoraj zainteresowanie mych towarzyszy drogi. Kontroluję z szoferami tamte informacje. Zgadza się. Tych 50 litrów na godzinę, to koszt, który może zaciążyć na szali wojny. Szoferzy krytykują samochody i z innych powodów, które przy mojej dorywczej znajomości hiszpańskiego nie pozwalają uchwycić dokładnie sensu owych technicznych braków. Odczuwa się u tych ludzi jeszcze coś więcej. Jakiś zawód, jakby rozżalenie, zniechęcenie. Niepytani, zaczynają wychwalać ciężarówki niemieckie. To, to maszyna. Nie wiem czemu, ale myślę że żołnierze na froncie madryckim takby nie mówili.

I nie wiem czemu, opuszczam Motillę jakby przybity i witam się bardzo niechętnie ze swym wczorajszym towarzyszem drogi. Zmieniliśmy samochód, powoli zmieniamy i krajobraz. Rozległe pola spadają w głęboki kanjon jakiejś rzeki, której przeciwległy brzeg fortyfikuje właśnie kilkuset chłopów. Jeżeli Madryt padnie… Ale potem zaczyna się droga przez dolinę walencjańską, huertę pełną gajów pomarańczowych i winnic. Małe pola, jak strzępy i szmatki, wszystkie grodzone kamieniami. Mury kamienia polnego niwelują teren w stopnie i tarasy, podwyższyły go w jednem miejscu, obniżyły w innem. Jest to kraj drobnej, niewielkiej, ale samowystarczalnej własności, kraj zamożnego walencjańskiego chłopa.

Wszczyna się spór o przyszłość tego kraju. Będzie czy nie będzie kolektywizowany? Dziwnym trafem intelektualista, wtłoczony między mnie a mego wczorajszego towarzysza, i ten właśnie towarzysz, ów od krytyki samochodów sowieckich, tworzą wspólny front, że będzie, ja zaś z szoferem i milicjantem jesteśmy innego zdania. Że nie powinien być kolektywizowany. Zajeżdżamy do miasteczka. Jest niedziela rano, i w małem cafe siedzą chłopi. Dyskusja przenosi się z samochodu do nich. Nie, oni nie są za kolektywizacją, raczej nie, tu nie będzie kolektywizacji. Mają być przecież kolektywizowane latyfundja i ziemie źle gospodarowane, a czyż tutaj źle gospodarują? Co najwyżej grunta tych, co nie głosowali za Frontem Ludowym, odbierze się ich rodzinom i odda bohaterom rewolucji.

Intelektualista z „Socorro Rojo” zapewnia że kolektywizm będzie powszechny. Wczorajszy mój towarzysz jest przepojony kaznodziejstwem. Tak, niezawodnie będziecie skolektywizowani – tłumaczy chłopom. „Musicie być”, „wszystko wam zrobimy”, „będziecie”. Nad kubkami kawy w małem cafe zaczyna robić się milcząco. Jakby ponuro, nawet groźno. Tylko mój wczorajszy towarzysz gramoli się z powrotem do samochodu z jakąś cichą, wyraźną radością.

Droga jest coraz bardziej pełna samochodów, małe pola coraz piękniej uprawne, jak ogrody, jak w Niemczech. Wieje zimny wiatr – bliskość morza, jaśnieje wielką plamą Walencja. Samochód wyładowuje mnie przed pałacem, na którym czerwienieje świeżą farbą szyld ministerstwa. O kilkanaście kroków stąd w innym pałacu o chłodnych salach – ministerstwo spraw zagranicznych. Moi polscy znajomi z cenzury czekają mnie od paru dni, witamy się jak starzy przyjaciele, idziemy do hotelu szukać pokoju, – jest o to trudno, – schodzimy pogadać w jakiejś kawiarni. Można tu wszystkiego dostać. Słońce i pogoda. Na placu gra muzyka, faluje tłum. Znowu radość, wielka radość że się nie jest w Madrycie. I znowu ten sam co już wczoraj wieczorem, dziwny wstyd tej naturalnej – czemuż więc tak zawstydzającej? – radości.

Dwa dni czekania na listy polecające, papiery, formalności, szwędania się po mieście, w którem wszyscy jakby się szwędają, odchodzenia od rewolucji, wojny, nocnych strzelanin, Madrytu. Jakaś Capua rewolucji, beztroska, obżerająca się, niezdrowa. Ten komandor ze złotymi szlifami na granatowym rękawie munduru, to dowódca eskadry samolotów bombardujących, Malraux. Ten pan w karakułowym kołnierzu, dziwnie brudny i zatłuszczony, Erenburg. Wystawy sklepowe aż pęcznieją masłem, rybami, cukrem, czekoladą, mlekiem, ale wszyscy wiemy, że wieczorem bywa trudno o chleb, że wszystko drożeje, że są już ogonki. Ta świadomość przyśpiesza niemal i podwaja radość życia. Wszyscy się cieszą. Wielki plakat na plaza de Espana przypomina że nieprzyjaciel jest w Terruel, o 150 km od Walencji. Żaden plakat rewolucyjny nie zatrzymywał przy sobie mniej ludzi niż ten właśnie. Rewolucja powinna się modlić żeby w to miasto uderzył choć jeden pocisk armatni, choć jedna bomba lotnicza, żeby ci ludzie stali się podobniejsi do tamtych z Madrytu. Ale niebo południa jest jasne i ciche. Rozpogadza, rozleniwia, rozzłaca.

*

Pociąg do Barcelony odchodzi z czterogodzinnem opóźnieniem, w drodze dorabia do tych czterech trzy dalsze. Na życzenie baskijskiego ministra w gabinecie Largo Caballero, otrzymam tutaj listy do rządu Euzkadi, tego państewka Basków, rządzonego przez katolików, nacjonalistów i konserwatystów, które opowiedziało się po stronie Madrytu. Barcelona jest zupełnie inna niż tamta z dni wrześniowych. Niema ludzi z karabinami na ulicach, mniej plakatów, normalniej. Wyższe ceny żywności i mniej jej w sklepach. Kursują nowe taksówki, pomalowane w barwy anarchistyczne, czerwono-czarne, będące teraz przedsiębiorstwem związku narodowego C. N. T. Prawie cały przemysł prócz zagranicznego i zupełnie drobnego jest wywłaszczony i pozostaje w zarządzie syndykatów. Madryt był wojenny, Walencja beztroska. W Barcelonie rewolucja zaczyna się organizować, żyć. W inny sposób, ale i tutaj także mało myślą o tem co dzieje się tam. Z r. 1918 chcieliby zaraz skoczyć w drugi rok piatiletki.

I nawet nie wiem czy mimo wszystko, wbrew wojnie, Pirenejom i sześciu tysiącom kilometrów, nie znaleźli się już tymczasem w regime’ie piatiletki. Są jeszcze sztandary anarchistyczne i pozdrowienie anarchistyczne, – salut dwóch rąk złożonych w uścisku i wyciągniętych nad głowę, najdziwaczniejsze chyba z rewolucyjnych pozdrowień, – widzi się jeszcze czapki frygijskie u robotników, kurtki szoferskie czekistów Dzierżyńskiego, ale wieje nad tem wszystkiem, tu w Barcelonie, po raz pierwszy, powiew dalszych etapów rewolucji, „w dwadzieścia lat później”. Na wielkim plakacie ulicznym postępują obok siebie dwaj ludzie – prezydent Katalonji Companys i konsul sowiecki Owsiejenko. Jest i inny plakat: autograf Owsiejenki. Trzeci: kursów rosyjskiego pod protektoratem Owsiejenki. Lokal młodzieży trockistowskiej rozgromiono, z Madrytu dochodzi wiadomość o zawieszeniu organu anarchistów. 7, 8, 9 listopada to oni właśnie, surowi ludzie w czerwono-czarnych czapkach, osadzili (nieczytelne) na Madryt.

Ale odtąd przyszło wiele tanków, wiele samolotów, wiele (nieczytelne) i techników.  Przyszły wielkie samochody, o których z niechęcią mówiono w Motilli. Trzeba było za to wszystko zapłacić, i zapłacić nie tylko pesetą złotą w złocie. Tanki i samoloty, karabiny maszynowe i armaty zanim zetrą się z faszyzmem, druzgocą po drodze coś innego jeszcze. Anarchistycznego konkurenta, socjalistycznego odstępcę, trockistowskiego zdrajcę. To nie tylko zapasy doskonałego masła i mniej doskonałych konserw alimentują Lewant hiszpański. To jeszcze cały bagaż myślowy, pojęcie socjalzdrajcy, herezji i „ukłonu”, czystki partyjnej i generalnej linji, załadowano w portach Odesy i Leningradu. To stare porachunki tamtej rewolucji, wzamian za tanki, wzamian za techników, wzamian za samochody i za masło, zaczynają regulować stalowym uściskiem sprawy rewolucji hiszpańskiej.

W witrynie jakaś twarz znajoma, człowieka którego nigdy nie widziałem za życia. Teraz już nie żyje. Zapominam jak się nazywał niegdyś. Od lipca ub. r. znany był pod nowem przezwiskiem: „negusa” milicyj aragońskich. Na tysiącach fotografij prasy paryskiej, londyńskiej, madryckiej, uśmiechała się ta twarz zwykłego milicjanta z kolumny Durrutiego, istotnie dziwnie podobna do nieszczęśliwego władcy Etjopji i temu właśnie podobieństwu zawdzięczająca swą popularność. Fotografowano wszędzie „negusa”, a oto „negus” już nie żyje, padł na linji. To nie jest wielka strata, nawet żadna. Takich jak on podniesie się tysiące z zapomnianych puebli, i jak on tysiące położy się w płytki grób. Ale ten człowiek-maskota, ludzka Baśka Murmańska, przez swój traf podobieństwa bardziej uważany za wcielenie przypadku niż za żywego człowieka, teraz po śmierci uświadamia i uprzytamnia raz jeszcze ogrom strat ludzkich tej wojny. Przypominają mi się odwiedziny co parę dni w formacjach przyfrontowych.

Zawsze brakowało, zawsze i szybko ubywało znajomych twarzy. Ostatnim razem zaszedłem znowu w X… do jednej z kompanji. Kwatera była ta sama i lokal ten sam, na drzwiach ten sam napis kredą: „Kompanja…” Wewnątrz poznał mnie tylko jeden, niepoznany przeze mnie, człowiek. Nie byłem w kompanji od sześciu dni. Jeśli wrócę do nich za trzy tygodnie – czy kto mnie wogóle pozna?!

Jeszcze jedna wiadomość o śmierci, jak „negus” znajomego i obcego. Dziwna rzecz. Padł na froncie najlepszy zastęp anarchistów, padł ich człowiek, który wziąwszy komendę w ręce, ocaliłby Madryt – Durutti. Po anarchistach partja, która najwspanialszą ekipę ludzką oddała śmierci w boju, to trockiści. Wyklęci z III Międzynarodówki, uczniowie Zinowjewa, prześladowani już i tutaj, dali z siebie najwięcej. Padł Joaquin Maurin. To ten właśnie, znajomy i obcy. Autor najdziwniejszej książki jaką czytałem w życiu. Człowiek który rozwój wypadków przewidział niesłychanie jasno, aż do końca. Marxizm jako doktryna wydaje czasem takie dzieła, logiczne, przemyślane, operujące faktami, zapadające aż w drobiazgi, ale nie spuszczające nigdy z oczu głównych linij, właściwych celów. Książka Maurina „Ku drugiej rewolucji” była może najlepsza z tej serji. Pisana w okresie po załamanej rewolucji górników w Asturji, za wspólnych rządów Gil Roblesa i Lerroux, masona i katolika, w erze represyj, zgłębiała przyczyny porażki rewolucji, analizowała błędy socjalistów, komunistów, anarchistów, dawała istotny – o, wcale nie demagogiczny – obraz wadliwej struktury kraju, sumowała konsekwencje klęski gospodarczej i wreszcie konstruowała, aż do szczegółów, cały montaż przyszłej rewolucji. Wszystko było w tej książce odsłonięte, jak maszynerja zegarka. Rok i osiem miesięcy temu można było korzystać z jej obliczeń. Maurin  dostrzegł i wpoił w swych ludzi przekonanie że nowa rewolucja się załamie, jeśli się nie oprze na niezwykle szerokiej płaszczyźnie, jeśli nie ogarnie nie tylko marxistów, ale nawet nacjonalistów, nawet katolików, nawet konserwatystów, jeśli nie zrobi miejsca dla demokratów, dla drobnej, średniej burżuazji, nawet dla przemysłu. Ludzie Maurina zrozumieli to dobrze, bo czytali książki, ludzie ze świata Queipo de Llany nie zadali sobie innego trudu niż umowy o dostawę tanków.

Dziś baskijscy katolicy i zachowawcy walczą po stronie czerwonych. Jadę do dziwnego kraju Euzkadi, z jego najlepszem duchowieństwem w Hiszpanji, tradycjami i świętym dębem sądów królewskich, ze wspaniałą heraldyką pieczęci na „salvoconduccie”, z wpisanem weń uroczyście „de”. To „de” dano mi na oko, nie pytając, z własnej inicjatywy. Przy polskiem nazwisku wygląda oczywiście dość głupio. „Cóż pan chce, oni tam, w Bilbao, to lubią i bardzo na to zważają!” – odpowiedziano mi w ministerstwie Alvareza dcl Valyo. Otóż nawet tych szlachciców i tradycjonalistów potrafili postawić w okopach przeciw sobie tępi wodzowie prawicy. Dziś te, ślepoty nie zatrze największe bohaterstwo karlistów czy kadetów, a nie wiemy czy jej skutki naprawi siła. Kiedyś, jeszcze bardzo niedawno temu, wystarczało na to tak, zdaje się, niewiele. Trzeba było trochę patrzeć, nieco rozumieć, a także – choćby czasami – czytać.

W walizce z książkami mam jeszcze tę świeżą książkę Maurina z jej przedziwnie jasnym wykładem i logiczną argumentacją. Myślę o tem że mózg tego człowieka musiał być jak wnętrze zegarka, dokładny, niezawodny, mądry, myślę jak to było gdy taka zwyczajna sobie i głupia kula z mitraljezy wżarła się w te zwoje i tryby, myślę jak to być mogło gdy rozluźnił się uchwyt dłoni u zamka karabinu a mętność mgława stanęła między oczami i światem. I myślę o tym prostym cudzie, że pomimo tej kuli przypadkowej, zwykłego hebla rewolucyjnej walki, nie przestał żyć i funkcjonować tok myśli wyciśniętych czcionkami tej książki, podobnie jak nie przestały się posuwać wskazówki zegarka wprawione w ruch wczoraj przez kogoś, którego dzisiaj już niema. Jak przed rokiem, kieruje jeszcze społeczną strategją rewolucji, dowodzi zza grobu.

Rano odchodzi pociąg do granicy. Za dwa tygodnie będę tu z powrotem, ale za dwa tygodnie może już być inaczej, jak teraz jest inaczej niż było trzy miesiące temu. Od czego zależy los tej wojny? Los wojny nie zależy od obrony Madrytu. Los wojny zależy od tego, czy armja rewolucyjna, czerwona, będzie zdolna wykonać atak flankowy, na którymkolwiek innym froncie, aragońskim lub południowym, Guadalajary czy Talavery. Czy wyrzuci na fronty rezerwat tych olbrzymich mas ludzkich jakie wciąż posiada. Madryt może się bronić: nie może atakować. To nie od Radzymina, ile znad Wieprza wyszła polska kontrofensywa 1920 r. Tylko że tu jesteśmy świadkami nieufania niczemu i nikomu. Tylko znowu tanki sowieckie strzegą się anarchistów, podcinają grunt trockistom.

W wielkim bloku frontu ludowego, w zwartej bryle rewolucji ciężki kilof pomocy rosyjskiej zaczyna sobie wyrębywać własną dziedzinę, poszerzać swą bezpośrednią podstawę, rozbudowywać przyszłe władztwo centralnego komitetu wykonawczego, w niem przyszłe dowództwo sekretarza generalnego partji i… I sterujemy z tem zwycięstwem ku nowej kolektywizacji par force, ku nowym piatiletkom w cztery lata, nowym procesom Ramzina i Zinowjewa, nowej deifikacji genjalnego wodza, nowemu podziałowi dziejów świata i kultury na okres przedstalinowski i postalinowski. Masy?

Tak, masy tego nie widzą. Czy masy wiedzą co to termidor, żeby mogły w zarysach Kremla odnaleźć nowe dekoracje wiecznie tej samej tragedji konwentu? Czy potrafiłyby w swych mózgach zbliżyć obie epoki, zestawić je z tem co się tutaj zaczyna przygotowywać? Nie, masy tego nie widzą. Ale przywódcy widzą to już bardzo dokładnie. Dostawca tanków chce mieć nową rewolucję proletarjacką, wyciosaną na obraz i podobieństwo pierwszej. Na obraz i podobieństwo tego co sam zrobił. Taką, albo żadnej. Być może, że – dziś jeszcze nie, ale za tydzień, za dwa i za trzy usłyszy rzucone mu w odpowiedzi: żadną, jeśli taką.

Troski pierwszej linji bojowej nie są dziś troskami zaplecza. W Santa Maria de Alameda, w Buitrago przed Sommosierrą, w Pozuelo, błogosławiony jest każdy tank sowiecki, każdy cekaem. W Barcelonie, za te tanki w Pozuelo i za te cekaemy u wylotu Sommosierry trzeba już płacić. Dzieje się rzecz dziwna. Każde morze i każda cieśnina, wszystkie Skategaty i Bosfory, granice, góry i tysiące kilometrów, dzielące Hiszpanję od kraju Sowietów, oceniane z pierwszej linji bojowej, były ciężarem i utrudnieniem, były odczuwane jako przeszkoda na drodze rewolucji. Nie wiem, czy tu zdaleka od frontu a bliżej zasięgu wpływów nie staje się inaczej. Te morza i cieśniny, te dziesiątki granic i tysiące kilometrów zaczynają stawać się ochroną rewolucji hiszpańskiej. Przestrzeń sprawia, że może ona jeszcze toczyć się własnemi drogami, że mimo wszystko, istnieje jeszcze wspólny nurt tej rewolucji, że jeszcze anarchiści nie gniją w izolatorach, a zwolennicy formuły „socjalizm w całym świecie” nie zostali wytraceni jak zwierzęta. Niewiadomo zresztą, kto tu widzi dobrze, ludzie z Pozuelo czy ludzie z Barcelony, niewiadomo, szczęściem czy też nieszczęściem rewolucji hiszpańskiej jest to że jej protektor jest tak daleko. Być może że pytanie to można sobie sformułować inaczej: co stanowi o zwycięstwie każdej rewolucji? Oręż w który ją uzbrojono, czy zapał którym płonie, tanki czy entuzjazm wybuchu, niczem niezmącone poczucie że walczy się o przyszłą i niezawodną wolność czy poprostu spokojna żołnierska pewność że nie zabraknie amunicji w okopach?

Pani Andree Viollis przybyła niedawno do Walencji i napisała tu dla dzienników jakieś zdanie o Napoleonie, „faszyście avant la lettre”. Zdanie jest niewątpliwie niemądre. Można oczywiście widzieć w Napoleonie człowieka który ustawił młynek swojej karjery nad grzmiącym potokiem rewolucji, ale niewątpliwie to on, ujarzmiwszy ją, uderzywszy w lewicę i prawicę, w wygnanych książąt i jakobinizujących generałów, rozniósł jej zasady po szerokim świecie pobojowiska. Ten sam spór może z powodzeniem odżyć dziś o Stalina, bo niewątpliwie armatura rosyjskiego przemysłu wojennego, dzieło piatiletek, a więc dzieło Stalina przeciw Trockiemu, wyposaża teraz Hiszpanję i umożliwia jej opór, daje to czegoby nie mogła np. dać Rosja 1925 r. Ale jednocześnie z tą pomocą przesuwa się przez Pireneje cień który zatrważa na przyszłość. Sawinkow, bunt marynarzy kronsztackich i – jeszcze raz powróci to nazwisko – Zinowjew. To wszystko są nazwy bardzo rosyjskie, to prawda, ale któż zaręczy że kiedyś nie przyjdzie w ich miejsce podstawić nazwisk hiszpańskich? W momencie gdy ważą się losy wojny, gdy chodzi o to czy rewolucja jest w stanie, jak kilka miesięcy temu, wyrzucić na front olbrzymie masy, – a rewolucja ma te masy, jedna Katalonja bez żadnej trudności może dziś jeszcze rzucić 100 000 żołnierza, i to żołnierza przeszkolonego, – takie myśli i obawy na przyszłość mogą wiele zaszkodzić…

Droga wije się szlakiem bombardowanym niedawno, granicę mija się niepostrzeżenie, znikły komitety ingwilacyjne, kontrola odbywa się szybko, uprzejmie, sprawnie. Potem jest mały pociąg francuski który sunie wolno, przystaje na każdej stacji. Wchodzą ludzie jakby oderwani przed chwilą od pracy w winnicach i ogrodach, malutkich, pasemkami tarasów krających góry, wypielęgnowanych jeszcze staranniej i pilniej niż tamte pod Walencją. Ludzie pytają o Madryt i mówią o Madrycie. To przecież także katalończycy (francuscy), także robotnicy i chłopi, także głosowali na Front Ludowy. Na tych ludzi czekają w Hiszpanji. Ci ludzie, czy pójdą? Nie, ci ludzie nie pójdą. Ci ludzie zrobią wszystko. Będą wygadywali na rząd Bluma że jest małoduszny, będą chwalili innych, że walczą, będą tam delegowali własnych i cudzych bezrobotnych, będą podziwiali ochotników z Perpignan, którzy biją się w Aragonji, złożą się na zabawki dla dzieci hiszpańskich, wezmą udział w meetingu. Ale zapytani konkretnie, zawsze odpowiedzą, że ani sami nie pójdą, ani Francji w to nie wpakują. Zawsze się w takich razach znajdzie tysiąc racyj, i wszystkie doskonałe. „A czy Hiszpanie poszli nam na pomoc w r. 1914?”. Czy sami nie robili wtedy interesów z Niemcami, nie zarabiali na wojnie? Czy koniecznie musieli dostarczać materjału do greuel-propagandy faszystów? Czy sami nie mogą sobie radzić? Ludzie wysiadają potem o dwie, trzy stacje dalej. Interesy tych ludzi, „gens du terroir”, nie prowadzą bowiem daleko. Wsiadają na ich miejsce nowi i tacy sami, i ich rozmowy są tak podobne do tamtych jak podobne są jedne winnice do drugich. Nie, ten kraj i ci ludzie nie przejdą Pirenejów, wy w Hiszpanji na nich nie liczcie.

Jest mrok, i wszystko roztapia się w ciemności, ciemność za oknami zamazuje wszystko. O takiej porze w Madrycie poczynają najpierw grzmieć baterje narodowców z Cerro de Los Angeles, potem biorą górę ciężkie działa rządowe z parku Retiro, i zaraz zaczyna grzechotać ogień karabinów maszynowych w Casa del Campo, Rosales, Puente de los Franceses. Wielkie miasto przeżywa swe bohaterstwo powszednie. Jakie to się wydaje dziwne i niezrozumiałe że dziś nie jest jak codzień. Madryt. Madryt.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close