Listy z Hiszpanji (cz. 1)
„Arriba, parias de la tierra!”…

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Barcelona, w październiku 1936.

Pociąg przebija się przez jeszcze jeden tunel, znowu na moment słońce, góry i morze. Staje na dużej stacji małej mieściny pogranicznej. Władze celne, bezpieczeństwa, polityczne, wyciągnęły się długim szeregiem wzdłuż peronu. Z pociągu wysiadają dwie osoby. Cały luksus celników, policji, milicji, cały sztab badaczy dokumentów i paszportów – taki sam jak na każdej zresztą granicy – rzuca się na tę skromną zdobycz, jaką dziś pograniczna stacja francuska przekazała hiszpańskiemu Port Bou.

Plakaty propagandowe strony republikańskiej

Plakaty propagandowe strony republikańskiej

Młodziutka Hiszpanka, która przez Paryż wracała z kursów wakacyjnych w Exeter, w Anglji, idzie pierwsza. Otwieranie walizek, oglądanie paszportu i wizy, koniec. Teraz otwierają moją walizkę, badają wszystko uważnie i wprawnie, zostawiając rzeczy w największym porządku. Wzorowa celnicza robota. Biorą paszport, przeglądają wizy, wznowienia ważności, ważą jak gdyby w ręku.

– Un instant, s’il vous plait.

Paszport dokądś powędrował przez boczne drzwi, a opuszczone przezeń ciało sterczy smętnie na komorze celnej. Komora jest wielką salą, zupełnie pustą. Na ścianie wielkie, czerwono – czarne odezwy i dwa graficznie doskonałe plakaty. Na jednym z nich śmiejący się żołnierz, bez szlif, w mundurze polowym, pociąga za sznurek pajaca, w szamerowanym mundurze oficerskim, z huzarskiemi wąsami, niczem jeszcze jedną oznaką władzy, z olbrzymiem szabliskiem na sutych rapciach. Pajac-oficer tańczy rzeźko w ręku żołnierza Papitu. Drugi Plakat nie jest, jak ten, na wesoło, ale na groźno, czy raczej na potworno. Brzuchata, koszmarna bestja, z wyłupiastemi oczami żaby, przykłada małpią łapę do olbrzymiego ucha. Bestja ma brunatną skórę barwy habitu, ma krzyż zwisający na różańcu na szyi, ma wreszcie koronę królewską – małą jak u żaby z naszych reklam pasty „Erdal” – na głowie. Tak w grafice rewolucyjnej wyraziła się przestroga że wróg ma wszędzie swe tajemnicze macki, wszędzie swych szpiegów, wszędzie podsłuchujące uszy i podpatrujące oczy.

– Suivez moi, s’il vous plait.

Oto mój paszport wrócił ze swej tajemniczej wędrówki, ale jego rozłąka z duszą i ciałem, których jest policyjnem przedłużeniem, trwa nadal. Urzędnik nie oddał mi go jeszcze, prowadzi mnie tylko na peron. Peron jest długi, idziemy milcząc, mam ochotę pogadać. Spod dachu hali widać góry, całe w ogrodach oliwnych, i w słońcu. Mówię że cieszę się na poznanie tego nowego kraju. Urzędnik odpowiada chłodno: „Pan myśli że go pan pozna? i patrzy na mnie jakbym był jedną z macek, uch czy wcieleń brunatnej bestji z plakatu. Nieprzyjemnie.

Teraz jest mały biurowy pokoik, za biurkiem siedzi pan i mówi że nikogo do Hiszpanji się nie wpuszcza, a już tem bardziej dziennikarzy. Ten który zabrał mój paszport, stoi za mną, przy drzwiach. Ale obok biurka siedzi jeszcze jeden pan, który śmiało mógłby powędrować na plakat, a na małej kanapce ulokował się trzeci z tej trójcy, i ten trzeci wygląda tak że możnaby go umieścić na sztychu z rewolucji francuskiej. Mimo całego zgrzytania granicznego biurokratyzmu, należy się tym ludziom przypatrzeć. To także Hiszpanja. Więc oto ów siedzący obok biurka jest wojskowy, wysoki, czarny i śniady, ale wojskowy dziwnego autoramentu. Ma na sobie bryczesy, jakąś półwojskową kurtkę, karabin oparł spokojnie o biurko cywilnego urzędnika. (O, zawsze te same czasy narodzin nowych państw i nowych ustrojów, nim jeszcze wszystko nie ostygnie, nie zawrze się w formularze, nie oklapnie). Na głowie ma coś co należałoby sfotografować, bo w Polsce nie uwierzą. To coś, to rodzaj furażerki wojskowej, nad jednem uchem czarnej, nad drugiem czerwonej. Po każdej stronie biegną trzy wielkie litery, na czerwonem tle czarne, na czarnem czerwone: FAI. Karnawał, powiecie? O, nie. Ten człowiek z pewnością nie wygląda na arlekina.

Żołnież rewolucji, milicjant z katalońskiej Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej, zabiera głos w mojej sprawie. Nie rozumiem ani słowa z tego co mówi, ale mam wrażenie że opowiada się raczej po mojej stronie. Zwraca się nie tyle do owego urzędnika za biurkiem co do owego pana rozpartego na kanapie. Ten jego kolega z kanapy, to również postać niezwykłej, ale już odmiennej fotogeniczności. Ma na sobie ni to jakiś surdut, ni tużurek, taki strój trochę zeszłowieczny, jaki czasem noszą emeryci w prowincjonalnych miasteczkach. Ale z tego wyschłego ciała w czarnym surducie sterczy na turzym karku (kark okręcony jest fularem o barwach czarno-czerwonych, znowu barwach potężnej w Katalonji FAI) olbrzymia głowa, wielka mięsista twarz, z muskularnym nosem i stosunkowo umiarkowanych rozmiarów oczkami, wywiercającemi się spod fałdów pomarszczonej już wiekiem skóry. Nad tem wszystkiem rozwiewa się jednak niespodzianie bujna i czarna czupryna, wielka zmierzwiona masa włosów, zwichrzonych jak u Beethovena. Ale nie. Jest to Marat, najklasyczniejszy groźny Marat francuskiego konwentu. Czuję instynktownie że tego właśnie człowieka trzeba tu przekonać.

W małym pokoju rozgrywa się teraz wielka bitwa, mająca sforsować Port Bou dla polskiego dziennikarza. W bitwie tej przeciwnikiem jest ów pan za biurkiem, bez czerwono-czarnej furażerki, bez czerwono-czarnego szalika, w cywilu, z jakąś mizerną odrobiną czerwienizny w klapie ubrania. Pan zza biurka żąda dowodów że jestem dziennikarzem. Daję mu moje legitymacje zawodowe, krajową i zagraniczną. Pan zza biurka informuje się o „Wiadomości Literackie”. Wykładam mu porównawczo charakter tego pisma, jako coś pośredniego między francuskiemi „Nouvelles Littéraires”, „Marianne” i „Vu”. Pan zza biurka nie bardzo się orjentuje, ale tu zaczyna coś mówić, i to raczej pojednawczo, Marat. Pan zza biurka jest nierad, znowu bierze paszport i po chwili odkrywa w nim wizę niemiecką. Co robiłem w Niemczech? Teraz ja biorę paszport do ręki, wskazuję że wiza była tranzytowa. Obliczamy czas, jaki upłynął między stemplami zagranicznemi, i obliczenia wypadają na korzyść mojej tezy. Skolei przystępuję do ataku: wydobywam jako ciężkie działo odrzucony poprzednio bez przejrzenia list polecający ambasadora Hiszpanji w Paryżu, Luisa Araquistani. Milicjant w furażerce upewnia się jeszcze, czy jest to aby napewno nowy, niedawno zamianowany ambasador, ale Marat uspokaja wszystkie obawy pod tym względem. Na polu walki zapanował duch pokoju. Obu anarchistów mam już w każdym razie po mojej stronie. Cywil, dla zachowania pozorów i wyjścia z honorem z przegranej, żąda tylko aby ów list ambasadora został przy nich. Jest to niewygodne, ale cóż robić. Wymieniam tedy list ambasadora na trzy okrągłe pieczęcie w paszporcie. Pan, który mnie tu przyprowadził i który tak słabe nadzieje robił na mój pobyt w Hiszpanji, odprowadza mnie spowrotem. W drzwiach żegnają mnie ze strony niedawnych inkwizytorów trzy podniesione pięści.

Do pociągu na Barcelonę jest jeszcze dużo czasu. W wielkiej poczekalni dworcowej jest dziewięciu kelnerów do obsłużenia młodej Hiszpanki i mnie. Panuje nastrój rewolucyjno – rodzinny. Plakaty rewolucyjne kapią barwami ze ścian, czerwone sztandary w oknach, na bufecie małe dziecko bufetowej bawi się puszką homara. Miasteczko leży poniżej dworca. Spada amfiteatralnie do małego, rybackiego portu. Kościół jest zamknięty, nie znać na nim żadnych śladów zniszczenia, tylko na drzwiach widnieje plakat wskazujący że został „inkautowany”, t. j. przejęty na własność przez władze milicji i Frontu Ludowego. Wreszcie na peron wtacza się pociąg który zabierze nas do Barcelony: wszystkie wagony są pomalowane w hasła i plakaty rewolucyjne. Ładuję się do dużego wagonu, który na swych ścianach aktualizuje w rewolucyjny sposób literaturę i religię, znaną powieść Blasco Ibaneza i wielkie dzieło św. Jana, przedstawiające Czterech Jeźdźców Apokalipsy. W wagonie samym nie czuć ani rewolucją, ani Apokalipsą. Czterech robociarzy nie czekając na odjazd pociągu zasiadło sobie do jakiegoś bezika.

Pociąg wreszcie rusza, przewiercając tunele swemi wymalowanemi wagonami, wylatując co chwila nad sam brzeg morza, przelatując nad gajami oliwek i uprawnemi polami. Migają białe wsie, całe z kamienia, pola na stokach gór grodzone kamieniami, ciche dworce kolejowe, ogłoszenia Shellów i Dunlopów. Pracujący w polu podnoszą ku nam na powitanie ręce ściśnięte w kułak. Powoli jednak wszystko staje się nużące. Szachownice pól i winnic swem rozdrobnieniem i widoczną starannością przypominają jakieś Niemcy czy Poznańskie, które zamiast rozpostrzeć się wzdłuż, sfałdowałoby się w teren górzysty, pomarszczyło w nawiezione ziemią tarasy. Jedyny egzotyzm, to wozy, wysokie, na olbrzymich kołach, dwukołowe, ciągnione przez muły i osły. Człowiek nabiera sceptycyzmu wobec tej rewolucji, która w Port Bou witała go tak barwnie, groźnie i hucznie, a tu panuje nad krajem pracowitych mrówek, pszczół czy termitów. Zasypiam, budzą mnie do kontroli paszportu, bardzo zresztą uprzejmej, zasypiam znowu, wreszcie Barcelona.

Jest dopiero ósma wieczór, ale już zapadła czarna, atramentowa noc, jakie bywają na południu. Na dworcu tłum milicjantów i robotników. Czerwone strzały wskazują miejsca zbiórki dla cudzoziemskich ochotników jadących walczyć za rewolucję. Jadę dorożką przez miasto wielkie, źle oświetlone i pełne ludzi. Hotel, do którego właściciela mam polecenie, nie został na szczęście „zainkautowany”, jak kościół w Port Bou i jak wiele barcelońskich hoteli. Dostaję malutki spokojny pokój na jednem z najwyższych pięter, niemniej jednak z oknem wprost na szarą ścianę innego drapacza. Jestem zmęczony drogą, kładę się wcześnie spać. Naraz, przez półsen zaczyna mi krzyczeć do ucha jakiś głos, ogromny, maszynowy, nieludzki, wyrzuca słowa i całe zdania w tempie karabinu maszynowego. Głos jakby przenikał mury, zagłuszył zupełnie daleki szum wielkiego miasta, wypełnia mój mały pokój po wszystkie kąty, przelewa się jak woda z przepełnionej wanny. Megafon radjowy ustaje wreszcie na moment, potem znów, nieco inną tonacją głosu, poczyna wyrzucać nowy potop dźwięków. Tam, na czarnej ulicy Barcelony, ludzie gromadzą się przed głośnikami aby wysłuchać ostatnich wiadomości z frontu. Ale teraz to chyba nie są komunikaty. Jedne po drugich huczą jakieś przemówienia, zaklinania, orędzia. Miękka, sprężysta jak stal mowa hiszpańska nabiera przez głośnik ołowianej, koturnowej ciężkości. Słowa lecą przez powietrze ciężko, jak żelazne blaty strącone z drapaczy chmur na kamienny bruk. Nie rozumiem z tego prawie nic, i to może zwiększa jeszcze niesamowitość wrażenia. Przez czarną noc, z mroku nieznanej mi mowy, wyłaniają się tylko niekiedy dźwiękowe kontury słów nieobcych: rewolucja, proletarjat, „Espanja”, ,el pueblo”, „fascismo”, „muerte”. Czasem, bardzo rzadko, uda się powiązać jeden kontur z innym, nadpływającym zaraz po nim z niewidzialnego głośnika, czasem uda się sczepić je razem niedostrzegalnym łącznikiem sensu. Ale zdarza się to bardzo rzadko. Jestem zmęczony, poprostu leżę na łóżku w jakimś pokoju hotelowym, w obcem mieście i w nocy, przez okno zagląda niezwykle ciemna, południowa noc, i wlewa się wraz z nią fała obcych chrapliwych dźwięków. Wreszcie znużenie staje się silniejsze niż owa fala. Zasypiam, kołysany jeszcze echem jej słownych gromów, zasypiam w tem potrójnem wrażeniu: czysto fizycznego zmęczenia, ciemności wokoło niego i ogarniającej mnie, tak samo jak te ciemności, powodzi cudzej mowy, wzburzonej w orkan, fali która zwolna przenika, otacza i wciąga, jak ogromna, niezgruntowana głąb. To jedno wiem już przynajmniej z Hiszpanji rewolucyjnej, że samotny nie będę tu ani na chwilę, że wszędzie dogna mnie tu światło czy mrok, dościgną apele i wołania, że zawsze i wszędzie przelewać się tu będzie aż poprzez mnie, obcego, to wezbrane olbrzymie morze, które zalało tu wszystko.

*

Cały następny dzień spędzam w największem mieście rewolucyjnej Hiszpanji, mieście, gdzie ta rewolucja była najbardziej krwawa, okrutna, ale i heroiczna, w mieście gdzie anarchizm nie przestał być wspomnieniem odległej dla nas przeszłości, współczesnej młodości Sienkiewicza, współczesnej wiekowi dojrzałemu Prusa. Jest to wielkie i piękne miasto, bogate w dodatku, i oto wszystko to stało się teraz tłem dla nowej rzeczywistości. Plakaty z komory celnej w Port Bou rozmnożyły się tu w tysiące barwnych plam lśniących w wielkiem słońcu na murach. Samochody śmigają z wielkiemi sztandarami, wymalowane białą farbą w hasła i godła, w skróty literowe dwóch wielkich związków zawodowych, partyj politycznych i instytucyj rewolucyjnych, na których rzecz zostały „zainkautowane”. W samochodach siedzą milicjanci w granatowych „mono”, zresztą i w jakichś innych mundurach w stanie tworzenia się, wreszcie w kurtkach wojskowych. Nad wszystkiem góruje „mono”. W bramach domów, zwłaszcza w bramach wielkich banków, poczty, gmachów rządowych, wysiaduje po kilku członków milicji ludowej przy karabinach i w „mono”. „Mono” awansowało do godności munduru, „mono” zdetronizowało mundur. „Mono”, to poprostu robotniczy kombinezon używany do pracy, ten sam który poza robotnikami mają jeszcze i lotnicy. Teraz „mono” wyszło z fabryk i hangarów. Stało się takiem samem akcesorjum władzy jak niegdyś epolety.

Jest niedziela, i na ulicę tłum wyległ większy niż zawsze. Wyobraźmy sobie że któregoś dnia całe Powiśle, cała robotnicza Praga, cała czerwona Wola wyjdzie w Aleje Ujazdowskie. Tak samo z dalekich przedmieść, z dzielnicy portowej, wreszcie ze starej Barcelony o ciasnych ulicach, tłum wyległ na bulwary Rambli, na szerokie chodniki Paralelo, na plac Katalonji, przed pałace wystawowe. Jest to tłum uzbrojony. Trudno sobie wyobrazić większą ilość ludzi z karabinami, spacerującą po ulicach wielkiego miasta. Trudno sobie wyobrazić zupełniejszą mobilizację samochodów przez klasę robotniczą. Hiszpanja jest rajem najpiękniejszych samochodów, ojczyzną magnackiej Hispano Suizy. Teraz widzę dziesiątki Hispano-Suiz, wspaniałych limuzyn udekorowanych godłami sowieckiemi, sierpami i młotami, rysowanemi jeszcze niezgrabnie i niewprawnie na czarnym lakierze karoserj. U stóp pomnika Kolumba worki z piaskiem ułożono w barykadę. Cztery karabiny maszynowe patrzą w cztery ulice. Ale tłum tych ulic defiluje pod czarno-czerwonemi sztandarami Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej, pod czerwonemi z sierpem i młotem „Parti de Obrero de Unificatione Marxista”. Z okien hotelu „Colon”, gdzie bronili się i poddali wojskowi, zwisają afisze zjednoczonych partyj socjalistycznej i komunistycznej. Na murach wielkiego hotelu znać ślady kul, ale jest ich bardzo niewiele. Nie można tego porównać z główną pocztą we Lwowie w r. 1918. z ministerstwem wojny w Warszawie w r. 1926. Ci ludzie, z których codziennie nową transzę wysyłają na rozstrzelanie wyroki trybunałów ludowych, ci ludzie więzieni na pokładzie „Urugwaju”, białego statku widzianego w porcie, nie stawiali długiego oporu.

Tłum robotniczy przelewa się przez ulice, świadomy swego zwycięstwa, pełen poczucia swej władzy. Plakaty naśmiewają się z oficerów, a pisma codzienne donoszą o nowych wyrokach trybunałów robotniczych. Na kościołach uchowanych przed spaleniem wiszą napisy: „patrimonio del pueblo” (własność, dziedzictwo ludu), pałace armatorów wielkiego handlowego portu są „inkautowane”, obsadzone przez organizacje robotnicze. Ilustrowana „Ahora” przynosi fotografię robociarza – milicjanta śpiącego w łóżku królewskiem pałacu Pedrales. Przed pałacem katalońskiego magnata prasowego, obdarzonego tytułem conde, stoi pięć Packardów. To nie dlatego że jest to pałac magnata, ale dlatego że tu jest siedziba związku metalowców. W dużym „inkautowanym” gmachu mieszka szef armji płk. Sandino. Mimowoli przypomina się Petersburg wiosny 1917 r., Petersburg marynarzy kronsztackich rozjeżdżających w limuzynach dworu, Petersburg „inkautowanego” przez komunistów pałacu Krzesińskiej. Z głośników rozwieszonych nad ulicą płynie „Międzynarodówka”. Tłum wita ją podniesieniem pięści, pieśń spadającą zgóry podchwytuje i znów dogóry ponad ulicę podnosi rozbity chór głosów. Ten schyłek września pachnie wiosną.

Spośród plakatów wygląda naraz coś bardzo hiszpańskiego. Jest to także plakat, ale plakat ogłaszający na dziś walkę byków. Rewolucja w niczem nie zmąciła tradycyjnej rozrywki. Owszem, w dwóch rzeczach: na plakacie jest mowa że byki dzisiejszej corridy pochodzą ze stajni ex-marquese’ów i ex-conde’ów. To rewolucja, ostatnia, prawdziwa rewolucja, dodała to „ex”. To także rewolucja dodała w plakacie zdanie że corrida odbędzie się w porozumieniu z milicję ludową. Tank, który zgruchotał kościoły, zatrzymał się na progu areny. Trzeba to zobaczyć.

Na corridę spóźniam się o moment, przebiegam przez wielkie łuki krużganków, wpadam schodami na widownię i wdrapuję się, stopień po stopniu, poprzez tłum zapełniający amfiteatr. Cały tłum wstaje, podnosi pięści. Oglądam się. Przede mną jest arena, żółta, piasczysta arena, półkole pełne ludzi, zgóry zwisają portrety torreadorów. Orkiestra wojskowa wybija nad areną walki byków potężny hymn proletariackiej rewolucji:

Arriba, parias de la tierra,
En pie, famelica legion:
Atruena la razon en marcha
Es el fin de la opresión.

„Międzynarodówka”, jak tam na ulicy, obiega kolisko amfiteatru. Tłum na corridzie podnosi ją z zapałem. Pięści sterczą w powietrzu, aż pod wiszące u góry portrety sławnych torreadorów wznosi się śpiew:

Agrupemonos todos
en la lucha final;
el genero humano
es la International!

I tu staje się rzecz która przypadkowo miesza jeszcze bardziej, jeszcze silniej łączy hiszpańskie igrzysko i proletarjacką rewolucję. Widocznie myślano że orkiestra przestanie grać, bo oto na arenę wypada duży czarny byk. Publiczność coś krzyczy. Jedni siadają, inni dalej trzymają pięści w powietrzu. Dwóch czerwonych banderillerów zbliża się do byka, który stoi jak ogłuszony i oślepiony. Tymczasem ludzie wokoło mnie śpiewają dalej, dalej podnoszą śpiewem echa orkiestry:

En dioses, reyes ni tribunes
no es el nuestro salvador;
nosotros mismos realicemos
el esfuerzo redentor.

Pięści jednak opuszczają się, pieśń gaśnie, stapia się z gwarem corridy. Wszystkie oczy spoczęły teraz na arenie, z której szuka daremno wyjścia młody byk. Jest najwyraźniej przerażony, onieśmielony. Niemal nie dostrzega banderillera. Banderillerów jest czterech, w papuzich strojach, z długiemi na metr prętami, zakończonemi ostrym drutem. Trzeba to wbić w kark. Byk patrzy się nieufnie, ale jakby ze zdziwieniem na podchodzącego banderillera. Chłopak krótkim, nagłym ruchem wbija zwierzęciu ponad karkiem oba pręty, biegnie za parapet areny. Byk ryknął, chwieje ogromną głową, banderille tkwią zwycięsko w karku. Banderille mają czewono-żółto-fioletowe barwy republiki. Byk podbiegł, uciekając, do parapetu. Chłopak roznoszący słodycze chwyta go zgóry za banderillę, tarmosi. Byk szarpie się i ryczy, uskakuje na środek areny. Wszyscy wokoło mnie zanoszą się szerokim, gorączkowym śmiechem. Śmiech i krzyk kilku tysięcy ludzi spada stopniami na arenę. Banderillero znowu wbił, tym razem jedną tylko, strzałę bykowi. Zwierzę biegnie za nim, chłopak ucieka, tłum wyje. Chłopak jakby się zachwiał, byk go dopada. Lewy róg wjeżdża ostro w biodro. Wszyscy wstają. Na arenie już trzej inni banderilleros podskoczyli z czerwonemi płachtami. Byk traci orjentację, leci za nimi. Czwarta strzała naraz wbija się w grzbiet. Byk ucieka wzdłuż areny, wolnym truchtem, tłum ryczy. Gdy byk jest blisko, widać że sierść na karku z czarnej stała się czerwono-ruda i lepka. Krew z czterech ran spływa cienkim strumykiem. Rannego banderillera już zastąpili zgrabniejszym. Zaczyna się poważna gra. Na arenę wyszedł torreador w złotem szamerowanym fraczku, z długą szpadą i czerwoną płachtą. Ludzie w amfiteatrze wysunęli się naprzód, aby nic nie stracić z widoku. Kilka tysięcy ludzi czai się na śmerć.

Zbiera mnie zupełne, głębokie obrzydzenie. Są tu szpady, lśniące stroje, chorągiewki, cały rytuał rycerski, ale pachnie tu przedewszystkiem rzezią podniesioną do godności sztuki i obrzędu. Nie mogę patrzeć. Jakiś milicjant klepie mnie po ramieniu, życzliwie, opiekuńczo. Inni oglądają się kpiąco. Ale trwa to krótko, bo niema nikogo ktoby chciał uronić jeden moment z tej krwawej walki, stracić jedno cenne pchnięcie, jedno uderzenie rogiem. Uderzenia rogiem są rzadko tragiczne: byk leci zawsze za rozwianą przed nim czerwoną płachtą, nie umie skręcać za uciekającym, nie ściga go wytrwale, odbiega, czasem przeleci ponad upadłym, w pogoni za czerwoną chorągiewką. To właśnie podkreśla moment rzezi w tem wszystkiem, to właśnie tak drażni, że ten byk, młody, silny, potężny, jednak zawsze ulegnie w walce, której ani na moment, nawet jeszcze teraz, nie chciał.

*

Ludzie wkoło mnie krzyczą, i doprawdy, że w czasie tego widowiska nie można milczeć. Sam zaczynam nerwowo coś nucić, włożywszy pół garści w usta. To odrywa od widowiska, ułatwia patrzenie. Nie można tu być biernym widzem. Uświadamiam sobie naraz to co nucę. Jest to „Międzynarodówka”, to co grano przed pół godziną. „Arribe, parias de la tierra”… Prawda, na arenie występują może byki ex-markizów, ale corrida odbywa się ze współudziałem milicji Frontu Ludowego. Na arenie byk znowu pokiereszował rogiem jakiegoś banderillera. „To nic, to pierś” – tłumaczy mój sąsiad, milicjant. Wiem że naprawdę wspaniale jest wtedy gdy wylecą bebechy. Ale podniecenie widzów zdołało już urosnąć na drożdżach tych dwóch wypadków. Teraz torreador zwodzi byka płachtą, zza płachty błyska szpada która ma wrazić się w kark zwierzęcia. I wreszcie! Byk dostał raz, niemieje, staje. Cały amfiteatr też wstał, ryczy głośno. Czarny, młody zwierz sztywnieje, widać jak nogi się łamią, obala się całem cielskiem, pełnem młodej, jurnej energji, na ziemię. Torreador zadaje mu jeszcze jeden silny cios. Amfiteatr faluje od barw, oczy ludzi płoną zachwytem. Naraz poprzez szum przemyka się nuta która go przebija i ścisza, a potem wlewa w siebie, pęcznieje nim i podnosi się znowu, ponad arenę z portretami wybitnych torreadorów, ponad czerwony sztandar nad areną. Czwórka białych koni wyciąga martwe ciało byka. Hymn rewolucji spływa po raz wtóry na skrwawiony corridą piasek.

Grano „Międzynarodówkę”, bo w przerwie przed nową corridą wjechał na arenę oddział armji ochotniczej konno, w mundurach wzorowanych na kozackich, i przedefilował wśród entuzjazmu widzów. Druga i trzecia corrida juz działa inaczej. Obcy widz nasiąkł tem podnieceniem które tu drga w powietrzu, zapach krwi nie uderza weń niemęskiemi mdłościami, ale jakby rozdyma nozdrza. Z pierwszych wrażeń pozostaje tylko uporczywa świadomość, nie dająca się zagłuszyć i przyćmić, że radość którą się odczuwa, zainteresowanie nieznane dotąd, które się zrodziło, które wyorało bardzo głęboko ukryte pokłady, nazywa się przecież rozbestwieniem. Trzeba było wysiedzieć tu do końca żeby się coś takiego mogło odezwać. Trzeba było wiele razy przymuszać siebie, nie schylać głowy, a przeciwnie, patrzeć – jak wszyscy – w arenę, gdy tłum szalał od okrzyków, żeby się wreszcie do owych pokładów dodrążyć. Mnie jednemu zresztą było to potrzebne: dla tych mas naokoło te pokłady leżały tuż pod powierzchnią. W ciągu wieków nie przysypano ich niczem, i tak, zdaje się, jest i teraz.

A jednak nie są to rzeczy które można zamknąć w szufladkach folkloru czy obyczaju, wytłumaczyć południowością i temperamentem, wyczerpać określeniem sportu. Przez całe wieki wielkie święta katolickie obchodzono w tym kraju uroczystemi corridami, dnie kanonizacji świętych poprzedzano kilkudniowa corridą. Doniedawna dzieci, przystępujące po raz pierwszy do komunji, szły tegoż dnia, popołudniu, po raz pierwszy na walkę byków. W tym kraju wspaniałych świątyń, św. Teresy i Ignacego Loyoli, katolicyzm prześlizgnął się bez śladu ponad walką byków, omotał w nią swe święta. Można było oczekiwać czego innego po wierze, która sama przeszła przez ludzkie corridy i objawiła się światu z koliska aren, będących wzorem tych aren. Można było oczekiwać czegoś więcej po wierze, której święci do wilka mówili: „bracie”. Corrida uszanowana przez katolicyzm, corrida, poczęta gdzieś w pogaństwie Ibero, utrzymana w rzymskiej prowincji, upowszechniona za Maurów, przetrwała wszystko. Tank historji, który teraz pomiażdżył portale świątyń, zatrzymał się przed wejściem do areny. Będziemy mieli corridy na pierwszego maja i na święto październikowe, i na święto Lenina, Róży Luksemburg, Liebknechta, jak je mieliśmy na Boże Ciało. Skolei „Wyklęty powstań ludu ziemi!…” będzie otwierało walkę byków.

Niemniej, i w tym wypadku, stosunek do corridy stanie się sprawdzianem, czy nowy pług i nowa orka przeorywują tu ziemię głębiej niż poprzednie. Corrida nie jest tylko zwyczajem ludowym, sportem, częścią folkloru czy rodzajem zabawy. Z corridą łączą się zawiłe problemy gospodarcze, problemy społeczne. Instytut Reformy Agrarnej mówi od dwóch lat że w kraju gdzie hoduje się najlepsze byki na rzeź igrzyskową, rasa bydła upada. Wszyscy wiedzą że poto aby mogły odbywać się walki byków na arenach Madrytu, Barcelony, Sewilli, dwudziestu większych, kilkuset małych puebli, muszą się te byki wypasać na stepowych latyfundjach Estramadury i Andaluzji, wszyscy wiedzą że dopiero w otwartem jak pampasy polu wyhodowuje się zwierz godny walki, że istnienie obecnego ustroju agrarnego, ustroju wielkich, na pastwiska oddanych obszarów, związane jest z istnieniem walki byków. Przecież nazwiska ex-conde’ów i ex-marquese’ów, wymieniane dziś jeszcze na afiszach corrid, oznaczają poprostu w skrócie: te byki zostały wyhodowane na obszarach wielkości 100 000, 120 000 hektarów. Nazwiska conde’ów tkwią na afiszu obok patronatu milicji ludowej, każda walka byków oznacza, że trwa i działa ustrój rolny uważany za nieszczęście Hiszpanji. Tank który go obali, traktor który go przeorze, narzędzie geometry które te obszary podzieli – wszystko to będzie musiało uderzyć w mury aren. Narazie „Międzynarodówka” powiewa nad corridą, jak powiewały, rozgrzeszając ją, inne sztandary. „Arriba, parias de la tierra…” przepływa kolejno nad tą samą zawsze areną, jak nowa fala wieków, jak jeszcze jedna zima czy wiosna, która spadnie na stary ląd Iberów, spłucze go jeszcze jednym deszczem, ostrzela jeszcze jednemi błyskawicami gromów, nie wdrążając się lemieszem w zbyt twardy, skalisty grunt.

Wieczorem jem obiad w restauracji mego hotelu. Jem mięso gdy widzę że w drzwiach sali kelner rozmawia z dwoma milicjantami, którzy przyszli i jakby pytali się o mnie. Wszyscy trzej stoją w drzwiach sali. Po chwili widzę że jeszcze w nich tkwią. Jem owoce, składam serwetę, wstaję. Trójka podchodzi do mnie. Czekali – z hiszpańską uprzejmością – aż skończę.

– La documentación?

Podaję swój paszport, ale nie przeglądają go wcale. Wzywają mnie abym szedł z nimi. Na dworze jest już noc. Kelner przez chwilę coś tłumaczy, wreszcie oni się zgadzają:

– Niech pan zajdzie do siebie, -mówi kelner, – i weźmie ze sobą, en tout cas, co pan potrzebuje.

Robię zdziwione oczy:

– Niech pan w każdym razie weźmie ciepły pled – nalega kelner.

Winda wjeżdża dogóry, za chwilę zjeżdża nadół. Ciężko przemierza się kilka kroków przez hall hotelowy. Jesteśmy już za drzwiami. Mam ciepły pled na ramieniu.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close