LISTY Z NIEMIEC
PRZEMYSŁ I RELIGJA

ESSEN NAD RUHRĄ I FRANKFURT NAD MENEM

Ludzie mają naogół skłonność do upraszczania rzeczywistości. Układają zjawiska – jak domino – na jednej płaszczyznie i budują łańcuch przyczynowy jednokierunkowy i zamknięty w sobie. Przeżywają dramaty na scenie jak pełną rzeczywistość, nie przeczuwają jakby istnienia autora, reżysera i całego mechanizmu teatru. Ci ludzie, patrząc na spektakl niemiecki, widzą tylko – Berlin, scenę. Nie przeczuwają, że topografia wielkich zdarzeń jest bardziej skomplikowana aniżeli o tem piszą gazety. Dziś wszyscy już wiedzą, że Neudeck był tylko kulisą. Ale mało kto wie, gdzie mieszkają bogowie Walhalli.

W Essen nad Ruhrą siedzą panowie Krupp, Thyssen, Hugenberg, Vögler, Flick i inni posiadacze kopalń, stalowni, fabryk amunicji. Na wschód od Łaby rozciągają się olbrzymie obszary wielkiej junkierskiej własności ziemskiej. Jedni i drudzy umieją rządzić, wysuwając na plan pierwszy wykonawców swych planów.

Idea dzisiejszej rzeczywistości niemieckiej powstała nad Ruhrą, zakreśliła wielkie koło ponad wschodnią załabiańską połacią kraju i osiadła w Berlinie już gotowa i uzbrojona. Konflikt dramatyczny, który szarpnął nerwami całych Niemiec i całego niemal świata, przygotowywał się i powstał zdala od Berlina, na bocznej napozór linji, na linji Essen – Frankfurt.

Dawniej mówiło się otwarcie o tem, że wielkie kapitały, któremi rozporządzał od początku ruch narodowo-socjalistyczny, płyną z kieszeni „Stahlvereinu”, wzmocnione dodatkami agrarnemi znad Łaby. Nie wszystkim jednak znany był cel tej niezmiernie hojnej przyjaźni. Z biegiem czasu, kiedy ruch „nazi” zaczął obejmować coraz szersze warstwy średniego mieszczaństwa i coraz częściej zaczął wysuwać hasła rzekomo sprzeczne z hasłami przedstawicieli monopolistycznego kapitału i feudalnej własności ziemskiej, zapomniano o tym pierwszym finansowym sukursie, o tych węzłach przyjaźni, które zawiązały się nad kolebką „nazi”. Dramat polityczny i społeczny usamodzielnił się niejako, nabrał własnej dynamiki i pędził własnym torem. Wszyscy, nie wyłączając aktorów, zapomnieli na chwilę o autorach znad Rury i Łaby.

Przyjaźń stalowych i agrarnych magnatów dla ruchu „nazi” miała określone cele ekonomiczne. Po wojnie światowej interesy tej grupy były mocno zagrożone. Polityka gospodarcza Niemiec nastawiona była na wywóz i sprzyjała interesom przemysłu lżejszego, t. zw. „Fertigwarenindustrie”, pracującego głównie dla wywozu. Osią tego przemysłu jest „I. G. Farben”, koncern fabryk chemicznych, koło którego grupuje się szereg innych koncernów. Siedzibą tej grupy jest Frankfurt. Demokratyczny i republikański Berlin forytował Frankfurt, prowadzono politykę walutową i politykę spłat długów, mając przedewszystkiem na celu popieranie wywozu, podczas gdy przemysł ciężki i surowcowy nie był bynajmniej w wywozie zainteresowany. Wysyłał on swe wyroby stalowe w postaci armat i karabinów tylko podczas wielkiej wojny i zaopatrywał niemi uczciwie i bezstronnie zarówno własną ojczyznę jak i jej wrogów. Ale po wojnie ten rodzaj wywozu ustał. Polityka Berlina denerwowała przeto „Stahlverein”, niepokoiła i niecierpliwiła także junkrów załabiańskich, którym narzucono – w interesie wywozu – wwóz zbożowy, nie uwzględniając ich żądań celnych.

Światowy kryzys gospodarczy pogorszył jeszcze sytuację zarówno nad Ruhrą jak nad Łabą. Wywóz węgla zmniejszył się znacznie, a rząd republikański, walczący z coraz większemi trudnościami budżetowemi, dawał coraz mniej zamówień fabrykom amunicji. Pod koniec rządów Brünninga „Stahlverein” był na skraju bankructwa. Było to tem bardziej bolesne, że w tym samym czasie Frankfurt wypłacał jeszcze dobre dywidendy, dysponował własnym bankiem i zakładał filje zagraniczne.

W willi Hügel, koło Essen, zjechali się władcy znad Ruhry i władcy znad Łaby. Odbyły się decydujące narady. Opracowano obszerny plan naprawy katastrofalnego stanu rzeczy. Postanowiono doprowadzić do zerwania z dotychczasową polityką deflacji, ustalono nowe wytyczne dla spłat zagranicznych, a przedewszystkiem zgodzono się na jedno: tylko wielkie zamówienia rządowe i wielkie subsydja ze skarbu państwa mogą skutecznie naprawić sytuację.

Brünning nie nadawał się zupełnie do takich zamierzeń. Ale czyż Brünning może być przeszkodą? Trzeba tylko dmuchnąć umiejętnie w republikański domek z kart. Trzeba tylko wysunąć swego człowieka. Wtedy właśnie wschodziła gwiazda przyszłego kierownika. Panom znad Ruhry spodobał się ten człowiek jeszcze niegotowy, nieobowiązujący, podatny. Sięgnęli do kieszeni i uczynili to hojniej i mądrzej, aniżeli ci z Frankfurtu, którzy też próbowali szczęścia, ale za późno i niezgrabnie. Chwyt wykonany w porę rozstrzygnął o losach bitwy, wydanej przez „Stahlverein” koncernowi „I. G. Farben”. Zwycięstwo przypadło Kruppom i Thyssenom i zmieniło powierzchnię życia Niemiec.

Za rządów Hitlera sytuacja ciężkiego przemysłu i agrarjuszów znacznie się poprawiła. Olbrzymie zamówienia zbrojeniowe wlały nowe życie w kopalnie, stalownie i fabryki amunicji. Roztopiona stal przyjmowała formy obmyślane i celowe a „Stahlverein” kwitł. Subwencje rządowe spływały różnemi drogami i pod różnemi nazwami. Spłaty długów zagranicznych przerwano, gdyż „Stahlverein” nie potrzebował wywozu, a zatem i dobrych stosunków handlowych z zagranicą. Bojkot towarów niemieckich też w niczem mu nie szkodził. Było dobrze.

Kiedy narodowi socjaliści obejmowali w Niemczech rządy, w skarbie było jeszcze około pół miljarda marek w złocie a zapas dewiz wynosił około miljarda marek. Zagwożdżono te ostatnie zasoby skutecznie i bezprocentowo w armatach i inwestycjach wojennych, które się „narazie” nie rentują. To był jeden punkt programu gospodarczego. Drugi wynikł z palącej potrzeby zatrudnienia bezrobotnych. Olbrzymie masy bezrobotnych wciągnięto do szeregów S. A., nakarmiono, odziano i opłacono – ich funkcja wytwórcza została zastąpiona przez funkcję polityczną. Potem podjęto wielkie roboty publiczne; osuszono błota, gdzie jeszcze jaki kawałek można było znaleźć, uregulowano rzeki, które dotąd uregulowane nie były. Jeden i drugi punkt programu miał charakter czysto inwestycyjny, nie dawał dochodów.

W tem wszystkiem słabo uwzględnione były potrzeby drobnego mieszczaństwa, które stanowi najsilniejsze oparcie ideologiczne ruchu „nazi”. Udzielono wprawdzie pożyczki na odnowienie domów, ale był to kąsek mały, niewystarczający do zaspokojenia oczekiwań napiętych aż do granicy cudów i raju.

Nie zdołano także zaspokoić oczekiwań chłopów. Większość chłopów niemieckich, zwłaszcza w północnej i północno-zachodniej części kraju, to właściwie przedsiębiorcy rolni, którzy sprowadzają surowce, zboże i paszę, aby wykarmić niemi świnie, bydło i drób. A ceny zboża i paszy zostały ustalone wysoko, ochronione cłami, bo tego wymagał interes wielkich agrarjuszy. I oto średni i zamożniejszy chłop, ten właśnie, który nadaje się najbardziej na zwolennika „nazi”, – ujrzał się nagle zubożały i zagrożony.

W tę nieprzyjemną, jakkolwiek jeszcze nie groźną sytuację wpadły dwie katastrofy. Jedna była do przewidzenia – wyczerpały się zapasy złota i dewiz, które się wreszcie kiedyś wyczerpać musiały. Druga nie była przewidziana: jeszcze przed żniwami okazało się, że zbiory tegoroczne nie osiągną spodziewanej normy zeszłorocznej. Nagle stało się jasne, że trzeba będzie sprowadzić kilka miljonów tonn zboża, nagle uświadomiono sobie, że niema dewiz, któremiby można te zakupy zapłacić, i niema przemysłu eksportującego, z którego pomocą możnaby dewizy zdobyć.

Był to moment dramatyczny i równocześnie moment głębokiej satysfakcji dla pominiętej, zepchniętej i skrzywdzonej „I. G. Farben”. Moment, który Frankfurt postanowił wyzyskać.

W pewnej chwili głosy niezadowolenia w szeregach S. A. podniosły się groźnie, gdzieniegdzie trzeba było rozbrajać oddziały, z kół drobnomieszczańskich zaczęto gwałtownie domagać się wydatniejszych subsydjów a chłopi pomrukiwali złowrogo. Trudno ustalić na ile było to wszystko dziełem Frankfurtu, na ile samorzutnym objawem, reakcją na zaprowadzone oszczędności. Było zapewne i jedno i drugie. „I. G. Farben” rozpoczęła zresztą gorączkową jawną działalność: wykazała całkowite bankructwo programu t. zw. „Arbeitsbeschaffung” (zatrudnienie bezrobotnych), zestawiła zastraszający bilans – załamanie się gospodarki dewizowej, brak dowozu niezbędnych surowców z zagranicy, wzrastający bojkot, upadający autorytet niemieckiego przemysłu.

Wtedy opracowano znowu wielki plan naprawy. Autorem jego był generalny dyrektor Kessler, bardzo bliski przyjaciel „I. G. Farben”. Plan opierał się oczywiście na wzmożonym wywozie. Być może, miał niewiele szans powodzenia, bo bojkot niemieckich towarów zbyt rozszerzył się już na świecie i stał się hasłem nietylko gospodarczem, ale i moralno-politycznem. Ale kto wie, może byłoby się cośniecoś udało Kesslerowi. Tylko że takiego obrotu rzeczy nie życzył sobie bynajmniej „Stahlverein”. Pan Krupp nie taił nawet swego oburzenia: groźnie i ostentacyjnie złożył godność kierownika „des Reichsstandes der Industrie”. Było to na krótko przed 30 czerwca.

Następcą zabitego Roehma jest p. Lutze, który urzędował dotąd w Essen i żyje w bliskiej przyjaźni z Kruppem. Kessler znikł z horyzontu. Tym razem nowy wielki plan naprawy opracowano z rozmachem i wykonano, z małemi coprawda niedokładnościami – ale naogół zgodnie ze wskazówkami inicjatorów. Rozprawiono się przedewszystkiem z niebezpieczeństwem, które tkwiło w nieodpowiedzialnem, za bardzo „ideologicznem” rozhuśtywaniu mas. Usunięto z szeregów S. A. elementy zbyt dynamiczne, zabezpieczając się w ten sposób przed ciężką zimą (jeśli mają być niepokoje, lepiej aby gorączka była poza uzbrojonym organizmem S. A ); na wszelki wypadek „Stahlverein” i junkrzy postawili żelazną ścianę „Reichswehry” na tyłach S. A.

Rozpoczęło się świadome i celowe, genjalnie pomyślane, przemyślane i przeprowadzone okrążanie S. A., „unieszkodliwianie” jego aktywnych elementów, tępienie kierownictwa i niszczenie szeregów. Cynizm tego planu połegał na tem, że wykonawcą swych niszczycielskich programów uczynił „Stahlverein” tego właśnie który ruchowi „nazi” nadał formę, siłę i nimb. „Reichswehra” stała w pogotowiu i pilnowała ścisłości wykonania. Trzymała rękę na pulsie. Dla tej właśnie ręki zrobiono miejsce w dn. 30 czerwca.

EKSTAZA I KICZ

Istnieje w dzisiejszem życiu Niemiec uderzająca sprzeczność między niezłomną logiką faktów gospodarczych i społecznych a rozbujałą falą irracjonalizmu, całkowicie niewspółczesną, dziką i prymitywną, pełną bohaterstwa i podłości, wielkości i okrucieństwa. Ponad żelazobetonową podstawą, z konstrukcji i ducha przynależną do XX w., kłębi się zbójecki romantyzm („Räuberromantik”) w oparach prymitywnego mistycyzmu i mesjanizmu, budzą się bogowie Walhalli, odżywa magja i czarnoksięskie słowo, inkwizycja szaleje przy dźwiękach histerycznego śpiewu wiernych i wierzących, powstaje nanowo kościół katolicki w glorji walki o prawdziwą wiarę, a w podziemiach wre bój na śmierć i życie, w którym ludzie giną z zaciśniętemi pięściami.

Osią tego romantyzmu, dopełniającego dialektycznie prawidłowość linji rozwojowej, jest sama postać Führera, sama jego rola, sam zasięg płynącej od niego sugestji, sam charakter jego władzy i same metody jego rządzenia. Nieprawdopodobnie, kiczowato romantyczne są postacie tych co już nie żyją i tych co jeszcze są. Prymitywnie romantyczne są ideologiczne bastjony nowej wiary, od wskrzeszonego pogaństwa zacząwszy, na teorjach krwi i rasy skończywszy, wraz z dynamiką niepohamowanej nienawiści i uniesieniem bezgranicznego oddania. Prymitywnie romantyczna jest koncepcja przyszłości – owych mitycznych tysiącleci, które ma trwać Trzecia Rzesza, owego wskrzeszonego rzymskiego cesarstwa, które germański bóg składa w ręce germańskich synów. Romantyczne do absurdu są wszystkie legendy, puszczane w świat przez cyników, chwytane przez ludzi dobrej woli, którzy jakby od dziesiątków lat czekali na życiodajny absurd, na mit i legendę. W Niemczech dziś wierzy się „quia absurdum est”.

Na psychoanalizę hitleryzmu jest bodaj jeszcze za wcześnie. Dziś trudno jest ułożyć najbardziej nawet hipotetyczny schemat wyjaśniającej teorji. Ale materjał dla historji jest olbrzymi i fascynujący. Uderza niezwykła rola homoseksualizmu w tych burzliwych dziejach lat ostatnich. Na czele kraju stanęła grupa pierwotnych wojowników, odległa od norm społecznych. Pojęcie degeneracji nic tu nie mówi. Więcej mówi – sadyzm. Sadyzm podniesiony do rzędu zasady życia, ideału męskości, ideału człowieka-wojownika. Kto wie jak to było ongi w zakonie krzyżackim, tej zamkniętej męskiej grupie, która gardziła kobietami i wojowała. „Grupa męska” powtarza się i w korporacjach studenckich, zamkniętych stowarzyszeniach, które jak żadne inne na świecie miały ściśle nakreślone cele: pić i bić. (Kobieta nie należy do rytuału korporacyjnego, jak pojedynek i piwo).

Jeśli Roehm kończy swą filozofję słowami: „Gehorsam bis zum Tode dem obersten Führer”, to można mieć ostatecznie pewne wątpliwości, czy to wyznanie wiary jest zupełnie szczere. Ale szczere było ono niewątpliwie u tych, którzy ginęli ze słowami „Heil Hitler!” na ustach. Którzy, wychowani w nieugiętych kastowo-oficerskich przesądach, uczynili swym bożkiem człowieka niskiego stanu, nawet nie oficera, poprostu rzemieślnika. W tem bezkrytycznem uwielbieniu, które otacza Führera jeszcze i teraz, szczególnie w sferach młodzieży, jest jakaś rozpaczliwa potrzeba samounicestwienia, poddania się wyższej, dominującej sile, utrzymania tej siły na piedestale wbrew logice, wbrew faktom, wbrew życiu – „quia absurdum est”. Najwyższe całopalenie, rozkosz poddania się i służenia.

Przeciwstawieniu sadystyczno-masochistycznemu odpowiada – być może -przeciwstawienie na terenie poczucia własnej wartości – zarówno w sensie indywidualnym jak zbiorowym. Ten sam kierujący polityk, który nie zna granic swych snów o potędze, który mówi o tysiącleciach Trzeciej Rzeszy, dla którego cały świat jest tylko terenem ekspansji germańskich synów, – ten sam piewca zaborczej wielkości swego kraju staje przed mikrofonem radjowym i woła w świat: „Was will denn die Welt von uns?” („Czego chce od nas świat?”), uznając tem samem sąd świata nad sobą. Czy jest do pomyślenia angielski mąż stanu, który korzy się przed „światem”, jako instancją istniejącą poza nim, i powołuje ją na sędziego nad sobą samym?

Głęboki „Minderwertigkeitsgefühl”, – który charakteryzował psychikę każdego Niemca już przed wojną, teraz po przegranej wojnie wybił się na powierzchnię życia jako chorobliwy brak równowagi, jako chorobliwa kompensacja w marzeniu na jawie, jako utrata poczucia rzeczywistości. Ten sam brak równowagi psychicznej, który sprawiał, że nigdzie nie było tyle dążenia do doskonałości, tyle walki wewnętrznej o ideały, tyle zagadnień etycznych, tyle „Geistigkeit” – i równocześnie tyle drobnomieszczańskiego, ciasnego burżujstwa, tyle brutalnej bezwzględności, tyle pracy włożonej w pospolite zdobywanie bogactwa. Jakby ci ludzie biologicznie nie dorośli do wysokości swych własnych idealistycznych koncepcyj, jakby rozpękła się w nich normalna harmonja między tem „czem jestem” a tem „czem chcę być”!

Ta sama straszliwa i niebezpieczna rysa przebiega przez wszystkie płaszczyzny niemieckiego życia – przez niemiecką kulturę, przez zbiorową psychikę. „Braver deutscher Bürger”, człowiek lubiący porządek i racjonalizujący pracę, kąpiący się w kaflowych łazienkach, chodzący do najlepszych teatrów, czytający Kanta i mieszkający w idyllicznych zamiejskich domach, ten człowiek, wstrząśnięty w swem poczuciu ważności i wartości, okazuje się nagle pierwotnym Germaninem, trzymającym maczugę w dłoni, jeszcze nawet nie osiadłym, jeszcze hasającym po stepach, jeszcze zwierzęco zachłannym, jeszcze stojącym na poziomie magicznego myślenia, zaklęć i guseł, który z kultury wchłonął w siebie tylko ciemny mistycyzm średniowiecza i tradycję walk religijnych XVI i XVII w. Może za chwilę „braver deutscher Bürger” zwróci ku nam znowu swe oblicze poczciwe, normalne, nowoczesne – i będzie w niem ta sama doza „prawdy” co w dzisiejszym paroksyzmie.

„IGNIS ARDENS”

Na dzikich polach niemieckiej współczesności kościół katolicki buduje nową dla siebie świątynię. Aby dopełnić obrazu rzeczy nieprawdopodobnych, które dzieją się w dzisiejszych Niemczech, los postawił na niemieckich ziemiach nowego Savonarolę, który jako jeden z pierwszych rzucił hasło walki. Był to kardynał Faulhaber, syn bawarskiego chłopa, asceta i wojownik. Słuchały go tysiące. Wielka monachijska katedra nie mogła pomieścić wszystkich wiernych, tłumy stały na ulicy i klękały na bruku kiedy kardynał wychodził z kościoła. Nazywał winnych po imieniu, rzucał gromy i jawnie wzywał do oporu.

Topografja buntowniczych ruchów niemieckich jest dość skomplikowana, a w podziemiach tworzą się najmniej oczekiwane przejściowe sojusze. Niedawno na wielkiem zgromadzeniu antyhitlerowskiem w Sulzbach nad Saarą, na które zjechało koło 80 000 ludzi, przemawiał katolicki proboszcz Dörr do komunistów i socjalistów. Nie przemawiał – raczej wygłosił kazanie. Czerwony tłum słuchał i wyniósł go na rękach. We Francji i Anglji powitano to ze zdumieniem.

30 czerwca pozostawił swój krwawy ślad na kartach historji niemieckich katolików. Zginął Klausener, berliński przywódca katolickiego ruchu, potem Gerlich, przywódca katolików bawarskich, nie mówiąc o innych. Wkrótce po śmierci swego małżonka pani Klausener otrzymała krótki – ogłoszony w prasie – liścik, w którym wyrażono ubolewanie, że zaszła przykra pomyłka. Ta to przykra pomyłka odbiła się prawdopodobnie na losach kardynała Pacelli, który z ramienia Watykanu zawierał konkordat z Hitlerem. Kiedy Führer obwieścił światu dzieje i charakter Roehma, wychowawcy młodzieży, kiedy niemieccy katolicy i Watykan dowiedzieli się z autorytatywnego źródła kto i jak urabiał dusze i nie-dusze katolickiej młodzieży, kiedy ponadto ujawniły się pewne szczegóły o losie katolickich księży, którzy przed, po lub podczas kazania zostali odprowadzeni do więzień – wtedy kardynał Pacelli, twórca konkordatu, musiał w niecierpiących zwłoki sprawach misyjnych wyjechać do Chile. Tam – okazuje się – żyje jeszcze pewna ilość pogan, wymagających gwałtownie opieki duchownej.

Ale konkordat był zawarty. Fakt został dokonany i niecofnięty, a katoliccy księża niemieccy zwrócili ku Watykanowi swe oblicza pełne głębokiego żalu. Dlaczego zawarto ten konkordat, połowiczny zresztą i jeszcze bardziej połowicznie wykonywany? Dlaczego dopuszczono do tego, że osłabił się katolicki front walki?

Konkordat nie ukrócił ani wzrastającego barbarzyństwa w walce z katolikami, ani nie zmienił stanowiska katolickiej masy i pomniejszych duchownych. Przez zawarcie tego paktu udało się tylko rządowi niemieckiemu wnieść rozłam w szeregi walczącego katolicyzmu, rozłam który dzieli wiernych na wielkich i małych. Pierwsi politykują, drudzy stają się świętymi. Około tysiąca katolickich księży siedzi w więzieniach, zostaje poddanych ustalonemu systemowi więziennej „dyscypliny” i więziennych środków wychowawczych. Wiejskie drogi, miejskie ulice, kościoły i mieszkania pełne są szeptanych wieści o tem co dzieje się poza murami karcerów, dokoła męczeńskich ofiar tworzy się mistyczna aureola i gromadzi dynamika zduszonego gniewu. A tymczasem front wyższego duchowieństwa jest rozdwojony. Jedni zamykają oczy na to co się dzieje, opuszczają swe owieczki w imię dalszych politycznych planów, umywają ręce, a inni rzucają z ambon słowa otwartej rebelji: „Nie słuchajcie tych, którzy uzurpowali władzę, niszczą codnia wolność, sprawiedliwość i godność ludzką. Nie znamy ludzi uprzywilejowanych, ludzi wyższej rasy… Chrystus dał życie człowiekowi, i tylko On ma prawo żądać go od człowieka… W Saarbrücken mówił kapelan Müller: „Prawo bez autorytetu jest tylko źle zamaskowanym gwałtem. Autorytet zaś prawa nie może nigdy wynikać z jednego człowieka… ani z jednej poszczególnej grupy ludzkiej, choćby twierdziła, że posiada lepszą krew i choćby w danej chwili była w posiadaniu władzy”. I cytowane są słowa św. Pawła: „Nie czyńcie z siebie niewolników innych ludzi”…

Katolicy zwalczają narodowy socjajlizm w imię prymatu chrześcijaństwa nad rasą i narodem. Sprzeciwiają się oddaniu władzy jednemu człowiekowi. Potępiają kierunek, który nie uznaje pochodzenia władzy od Boga, który wbrew słowom apostoła Pawła, uczynił z ludzi niewolników, który uznał za prawo to co służy narodowi i państwu i z tego antychrześcijańskiego stanowiska uczynił kierownicze hasło swych rządów, który proklamuje wyższość rasy nordyckiej, który gwałci wolność i sprawiedliwość.

A równocześnie w szeregach narodowo-socjalistycznych wytacza się, niezależnie od wszelkich konkordatów, coraz większe działa przeciw katolicyzmowi. Doniedawna hamował walkę jeszcze wzgląd na katolicką Saarę, obawa utraty katolickich głosów. Ale hamulce nie wytrzymują naporu. Z jednej strony zwykłe środki walki, tak często już wypróbowane w więzieniach, z drugiej – pociski ideologiczne. Oficjalny teoretyk narodowego socjalizmu, Alfred Rosenberg, któremu Führer powierzył wychowanie narodu, analizuje w książce p. t. „Mit XX wieku” (osiągnęła już 30 wydań i jest obowiązkowa dla szkół i bibljotek) działalność i założenia katolickiego kościoła i rzuca niedwuznaczne oskarżenie: „Kościół rzymski w Niemczech ponosi wyraźną odpowiedzialność za destrukcyjne działanie licznych pacyfistycznych księży; w wielu wypadkach, kiedy poważani katoliccy księża zaczęli głosić słowa prawdziwej narodowo-socjalistycznej wiary, kościół zabronił im poprostu mówić. Istnieje zatem wyraźna polityczno-filozoficzna robota, systematycznie przeprowadzana i zmierzająca do tego, aby odebrać niemieckiemu ludowi jego chlubę – obrońców ojczyzny z r. 1914, zbezcześcić ich pamięć i zmieszać z błotem gorące pragnienie obrony narodu i ojczyzny… Chodzi o to, by znaleźć odwagę obrony przeciw tej polityce najwyższych kół kościelnych… aby wzbudzić silną wolę obrony narodowo-socjalistycznego honoru nietylko przed marxistami, lecz w tej samej mierze, a nawet mocniej jeszcze, przeciwko partjom środka i ich kościelnym sprzymierzeńcom, jako wylęgarniom marxizmu”. Krytyka ideologji chrześcijaństwa jest niemniej charakterystyczna: „Jego nauki (mowa o św. Pawle) stanowią do dziś dnia – mimo wszystkie usiłowania obrony – trzon żydowski, niejako orjentalno-talmudyczny rzymskiego, a także luterańskiego kościoła. Kościół nie przyzna się do tego nigdy, ale to jest faktem, że Paweł stworzył dla złamanego żydowskiego powstania narodowego rezonans międzynarodowy, otworzył jeszcze szerszą drogę rasowemu chaosowi starożytnego świata, a Żydzi rzymscy dobrze wiedzieli, dlaczego oddali mu do dyspozycji swą synagogę dla jego występów propagandowych. Z niektórych zbyt szczerych wynurzeń w listach Pawła wynika wyraźnie, że Paweł dobrze zdaje sobie sprawę że broni sprawy żydowskiej, jakkolwiek tu i ówdzie krytykuje żydostwo”… Krytyka „legend” chrześcijańskich i krytyka podstawowych dogmatów przeprowadzona jest z użyciem argumentów, zdumiewających w ustach twórców nowych mitów, w ustach wyznawców Walhalli i argumentu krwi.

Kościół protestancki znalazł się w sytuacji równie rozpaczliwej jak i groteskowej. Związany tradycyjnie z państwem i jemu właściwie podległy, został poddany rządowi, który niemal oficjalnie odwrócił się od chrześcijaństwa. Paradoksalność tego położenia podkreślił jeszcze naczelny, rządowy kierownik protestanckiego kościoła, słynny Reichsbischof Müller, osobistość wysoce niespokojna, o fizjognomji raczej oficerskiej, który ubarwił konflikt właściwościami swego bujnego temperamentu. Jego to rozkazy do pastorów, utrzymane w stylu rozkazów oddziałów S. A., przyczyniły się w wielkiej mierze do wywołania naprzód protestów, buntów, procesów sądowych, rękoczynnych dyskusyj na tematy wiary – a wreszcie otwartej, głośnej rebelji i schizmy, ukoronowanej proklamacją w Dahlem pod Berlinem, przez zwarty front niezależnych pastorów. W ośrodku tej walki stał niezależny Landesbischof bawarskiego kościoła, biskup Meiser, zrzucony poprzednio ze swego biskupstwa, równolegle z przeprowadzeniem nowego kościelnego podziału Bawarji, który niweczył jedność bawarskich protestantów.

Walka, która wówczas wybuchła, była jawna i – przedziwna. Łączyła w sobie wszystkie cechy nowoczesnej organizacji z ponurem napięciem religijnych walk XVI w. Bojowe oddziały szturmowców – psalmy i Marcin Luter. Samochody policyjne – schizma, anatema, Bóg i szatan. Po wsiach i miastach Bawarji, na ulicach i wiejskich drogach zaczęły posuwać się wielotysięczne pochody ludzi, którzy śpiewali „Feste Burg ist unser Gott”, – „Bruedergemeinde der Bekenntnissynode” z twarzą zwróconą ku niebu przysięgała: „Wir weichen nicht zurück, sondern gehören zu denen die glauben und ihre Seele retten wollen, Allmächtiger mache uns frei, Amen!” – a w dniach w których biskup Meiser siedział w domowym areszcie, odcięty od świata i rodziny, tłumy przeciągały przed jego oknami, wołając: „Nie pozwolimy trzymać Meisera w areszcie!”. Pastorzy chodzili między ludem i powtarzali słowa Meisera: „Wierzymy w Boga i nie boimy się niczego. Cóż mogą nam zrobić ludzie? Nic to dla Boga nie znaczy przyjść z nieoczekiwaną pomocą”. Przez Niemcy południowe, przez Bawarję i Wirtembergię przeszedł prąd religijnego mistycyzmu – pojawili się święci i męczennicy, tym razem protestanccy.

Potem – w najbardziej efektownym momencie tego dramatu historycznego z XVI w. – coś się załamało. Odgłosy walki przycichły. Któryś z rebeljanckich pastorów powiedział: „W historycznym momencie potrzebna jest kościołowi protestanckiemu jedność”… Berlin ustąpił na całej linji, usunął przedmiot walki i uczynił ją tem samem bezprzedmiotową. Usunięto, jak wiadomo, podział Bawarji, i przywrócono Meisera na stanowisko bawarskiego Landesbischofa. Centrala berlińska przeraziła się zarówno fizycznej siły masowego powstania jak konkurencji w bohaterstwie i nimbie. Konkurentom wyrwano męczeński grunt spod nóg. Ale w masach pozostała świadomość możności sprzeciwu i pamięć odniesionego zwycięstwa.

Walki religijine przeszły dziś – odzewnątrz – w fazę politycznych umów. Umowami i konkordatami Führer wiąże kierownictwo religijnej rebelji i usiłuje albo wprzęgnąć do swego rydwanu siły kościelne, albo przynajmniej je zneutralizować. To mu się prawdopodobnie uda. Niema logicznych i społecznych powodów, dla którychby ten manewr nie miał doprowadzić do pożądanych rezultatów. Ale pozostaje otwarte pytanie, czy da się przerzucić most ponad faktycznemi ideologicznemi przeciwieństwami narodowego socjalizmu i chrześcijańskiego kościoła obu wyznań? Czy uda się opanować wzburzenie mas, już raz doprowadzonych do wrzenia, już raz nastawionych na walkę? Czy wzrastająca cena kartofli i tłuszczu, czy brak wełnianych materjałów w jakiejś nieoczekiwanej chwili nie podniesie ciśnienia religijnych argumentów, nie uczyni z Pawłowej ewangelii lub słów Lutra kwestji tak ważnej, że rozstrzygać ją będą kobiety stojące z pustemi koszykami przed wystawami sklepów spożywczych?

PODZIEMIA

Gdyby udało się przesłać do Niemiec tłumaczenia takich książek, jak „Dzieje jednego pocisku”, gdyby można było opowiedzieć w Niemczech historję 10 więźniów z Pawiaka, historję o Bezdanach i Rogowie lub o zamachu na Skałłona -rozchwytaliby bibułę, słuchaliby z otwartemi ustami. Teraz dopiero rodzą się w Niemczech bohaterowie nielegalnej roboty, teraz dopiero wyrabia się taktyka podziemna, teraz dopiero ludzie, którzy dotąd byli przyzwyczajeni wpłacać regularnie składki do socjalistycznych stowarzyszeń, zaczynają rozumieć, że nie na tem tylko polega walka.

W tej chwili minął już okres romantycznego bohaterstwa, charakterystyczny dla niedojrzałych organizacyj i młodocianych adherentów. W tej chwili organizacja podziemna nabrała już spokoju i twardości, odsuwa te wszystkie formy walki, które przez zbytnie narażanie jednostek szkodzą samemu celowi. Rytm podziemnej pracy ma już w sobie teraz niezmienność twardych ram organizacyjnych.

Rewolucjoniści niemieccy zaczytują się w pismach Róży Luxemburg, studjują artykuły taktyczne Lenina, i „Przykazania rewolucjonisty” Nieczajewa. Czynią to już nie dla teoretycznego kształcenia się jak dawniej, lecz dla podpatrzenia tajemnic walki rewolucyjnej, i z niemiecką ścisłością opracowują zmiany i modernizacje.

Rodzą się pomysły nieoczekiwane, pełne genjalnej improwizacji, a nawet poprostu humoru. Roi się od różnych dowcipnych sposobów kolportowania ulotek przy pomocy poczty państwowej, rozrzucania pism zapomocą kolei nadziemnej, drukowania nielegalnej prasy w państwowych drukarniach, od nieprawdopodobnych machin wodnych i innych automatów kolportażu. Lecz żeby zrozumieć i napięcie tego humoru rewolucyjnego, trzeba znać historję męczeńskiej śmierci takich ludzi jak poeta Erich Mühsam, trzeba znać historję znęcań nad Thälmannem czy Ossietzkym i innymi. Wówczas dopiero „wesoła” strona rewolucyjnej pracy w Niemczech nabiera właściwej plastyki.

O pracy nielegalnej trudno jest zdobyć ścisłe relacje, jeszcze trudniej jest o nich pisać – małomówność jest w tym wypadku raczej wskazana.

Jedna z nielegalnych grup niemieckich ogłosiła swe stanowisko wobec sytuacji po 30 czerwca i ustaliła polityczne znaczenie zmian, które zaszły. Stanowisko to jest wstrzemięźliwe i chłodne i może dlatego zasługuje na zacytowanie w głównych punktach.

„Nie należy się łudzić, że krwawe zdarzenia wstrząsnęły panowaniem faszyzmu w Niemczech… Faszyzm, opierający się dotąd na masach, zamienia się teraz w aparat państwowy i partyjny, rządzący terrorem i mordem, który będzie usiłował zgnieść każdy ruch opozycyjny”.

W sferach mieszczańskich nastąpi „względna stabilizacja faszyzmu”, której trwanie zależne będzie od zewnętrzno-politycznych i gospodarczych osiągnięć rządu. Jeżeli uda się rozwiązać sytuację gospodarczą przy pomocy zagranicy -połączenie faszyzmu i mieszczaństwa może być trwalsze. Jeżeli nie – na wiosnę zajść mogą nowe dramatyczne zdarzenia, których zasięgu i doniosłości nikt dziś nie może przewidzieć”.

Z tych wszystkich możliwości jedna się zdaje być zupełnie pełna: oto że z niemieckiej puszki Pandory posypią się jeszcze na Europę dary zgoła najróżniejsze.

Stefanja Zahorska.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close