JAN PARANDOWSKI

Lwów

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Gdybym Lwów poznał przypadkiem, w jakiejś podróży, miałbym sposobność oglądania go z Wysokiego Zamku, co dałoby mi perspektywę, kilka obrazów i parę porównań, słowem, tyle ile potrzeba, aby odrębność i wdzięk miasta streścić w jednej stronicy. Tymczasem ja Lwów poznałem nie z wysokości, lecz zdołu, od samej ziemi, od której odrastałem centymetr po centymetrze. Urodziłem się tam przecież.

Rynek we Lwowie ok. 1915 roku

Rynek we Lwowie ok. 1915 roku (domena publiczna)

Bardzo niewiele umiałbym powiedzieć o kaplicy Boimów, o katedrze łacińskiej lub ormiańskiej, lada turysta mógłby mnie zawstydzić znajomością zaułków, których sama topografja jest mi niejasna. Zdarzały mi się w tym zakresie niezwykłe odkrycia, ale z tak późnych i zagmatwanych lat że pamięć połączyła je w jakieś inne związki, i czasem niełatwo mi dociec, czy w istocie widziałem to we Lwowie.

Dopiero bowiem w okresie studjów uniwersyteckich probowałem nadrobić historję Lwowa, w czem szukałem pomocy u prof. Bołoza-Antoniewicza, który okazał się w tem czarującą przeszkodą. Odbywał on ze swymi słuchaczami kurs architektury lwowskiej w wędrówkach po mieście. Cóż to były za nieopisane zdarzenia! Ten wspaniały Ormianin, o czaszce godnej tiary Sajtafernesa, wiecznie wezbrany entuzjazmem, prowadził nas manowcami swej erudycji w taki sposób że nie ruszając się spod Bernardynów gdzie była zbiórka, w dwie godziny przejechaliśmy Włochy, Francję, Niemcy, odurzeni pałacami, rzeźbami, witrażami, kościołami, nie poświęciwszy ani chwili uwagi tylko temu jednemu, przed którym staliśmy i który był skromnym celem naszej wyprawy.

Niema we Lwowie zabytku, którybym potrafił opisać z taką dokładnością jak studnię na pl. Dąbrowskiego, chociaż rozsądek każe mi przyznać że nie zasługuje ona na monografję. Jest to surowy czworobok kamienny, o wnętrzu tak obszernem że mogłyby się tam kąpać wszystkie dzieci z Chorążczyzny, gdyby w niem była woda. Ale woda, która bije dwiema mocnemi strugami z rur, bezpretensjonalnie umieszczonych w czworogrannym słupie kamiennym pośrodku basenu, nie służyła nigdy do tak płochych celów. Jej przeznaczeniem było napełniać konewkę, z którą przychodziła tu pucołowata dziewczyna wiejska z sąsiedniej kamienicy. Dziewczyna nie mogła sięgnąć naczyniem do wody, podstawiała więc długą blaszaną rurę, a mały chłopiec, który jej towarzyszył, patrzył, jak woda dudniąc spływa do konewki, równej mu wzrostem. Pod wieczór studnia wchodziła w kraj biblji, waz greckich, wierszy perskich, w nieśmiertelny kraj drzew, wody i zmierzchu, z wieńcem kobiet śmiejących się i rozmawiających.

Źródła tej studni należą do dorzecza Wisły. W siódmym roku życia przeniosłem się na sam skraj działu wód i pierwsze zeszyty szkolne kupowałem w dorzeczu Dniestru. Ta wielka wędrówka odbyła się, nie licząc wozu z meblami, zapomocą tramwaju konnego, który u początku ul. Gródeckiej brał drugą parę koni, aby ją odprząc przy ul. św. Józefata.

Te dziwne stosunki hydrograficzne utrzymane są w zupełnym sekrecie; lwowskie królestwo wody znajduje się pod ziemią. Jego panią jest Pełtew, tajemnicza rzeka, płynąca środkiem miasta, pod skwerami Wałów Hetmańskich i pod gmachem teatru. Jej mit służy do celów chronologicznych. Kto jeszcze pamięta jej mętną wodę i odstręczające łożysko, jest starcem w oczach mego pokolenia.

Pełtew należy do państwa Wisły, jak zresztą wszystkie wody lwowskie, z wynikiem tych, które rodzą się w najbliższej okolicy dworca głównego. Nie umiem ich nazwać, nie wiem czy wogóle posiadają nazwę, może są tylko symbolicznym znakiem, którym uczeni określili charakter Lwowa, całym swym ciężarem nachylonego ku Zachodowi, ale na samej krawędzi obrzeżonego smugą Wschodu. Niema duszy lwowskiej, któraby nie miała na sobie bodaj cienia smagłości, od powiewów Czarnego morza. Są tu w istocie jakieś rozstaje, jakieś drogi wytknięte przez los, a wciąż jeszcze nie ubite, nie udeptane przez życie, które spodziewa się i oczekuje.

Trudno mi pisać o tem mieście; ledwo je dotknę myślą, rozpada się przede mną na tysiące szczegółów, które mnie zatrzymują i wzruszają. Ogarnia mnie ta sama powolność, której bez sprzeciwu poddawałem się przez tyle lat. Chyba nigdy nie śpieszyłem się w tem mieście; każda droga była właściwie spacerem. Wynikało to przedewszystkiem z położenia mego domu, z którego szło się do „miasta” przez ogród Jezuicki. To śliczne zbocze drzew i kwiatów uskrzydla krok, niesie człowieka jak łódź, grzbietem łagodnej fali.

Cały Lwów jest falisty. Nierówne poziomy ulic, nigdy zresztą nie zaznaczone w nagłych przeskokach, stanowią jego powab. Ulice: Leona Sapiehy, Kopernika, Sykstuska, Mickiewicza wyginają się ku miastu lekkiemi łukami, i takie same znów łuki podnoszą się w stronę Stryjskiego parku i w wielu innych stronach, po rozległych wzgórzach. Żaden zły duch nie zniwelował tych garbów, nie rozprzęgł kapryśnego gruntu w płaszczyznę użyteczną i oschłą. Niema w tem mieście ulic monotonnych i jednolitych, żadnej z nich niepodobna określić po pierwszym narożnym domu.

Jest to miasto wielkiego umiaru, którego nie umiem sobie objaśnić. Można w niem wyróżnić wszystkie cechy, pojawiające się zawsze w stopniu nie przekraczającym pewnej granicy. Jest więc i trochę lekkomyślne, i wesołe bez przesady, raczej wolne w swem tempie, poważne bez melancholji, z odcieniem zadumy; nawet nuda, której żadne miasto nie potrafi zupełnie wytępić, nigdy nie osacza Lwowa w tak twardy sposób, jakby się można było tego spodziewać z jego ustronnego, ściszonego bytu. Jest to miasto spokojne, ponad stan swego zaludnienia. Jego zgiełk pozostał jeszcze przy dzwonkach tramwajów, trzaskaniu biczów dorożkarskich i brzęku żelaziwa, jakie wydają ciężkie ładowne wozy. Krzyki woźniców zwracających uwagę przechodniów zdają się przywoływać stary dobry czas przeciw bezlitosnej szybkości naszego wieku.

Lwów nie zmienia się gwałtownie; po dziś dzień mogę odnaleźć swoje najdawniejsze ślady nieomal świeże. Domy, sklepy, zakręty ulic, drzewa i ławki w ogrodach – wszystko zdaje się czekać na mnie, jakby całe miasto spodziewało się niemożliwości że oto znów zacznę rość od niemowlęcia i powtórzę na jego wiernej scenie wszystkie akty dzieciństwa i młodości. Czując że nie sprostam tym nadziejom, opuściłem Lwów w trzydziestym piątym roku życia, „nel mezzo del cammin di nostra vita”. Jest to moment w którym istotnie trzeba to uczynić, jeśli się chce pozostać z własnym cieniem w godziwych i naturalnych stosunkach.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close