MAGDALENA SAMOZWANIEC

„Mały Rzym”

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Kraków nazwano kiedyś „małym Rzymem”, z powodu wielkiej ilości kościołów, które posiada to miasteczko. Odwdzięczając się za ten subtelny komplement, Włosi powinni byli nazwać Rzym „dużym Krakowem”! Podobieństwo Krakowa do Rzymu polega też pewnie na trzech kopcach, które otaczają to miasto, i na Błoniach, które temu, co nigdy nie widział nawet kartki z widoczkiem Rzymu, mogłyby przypominać Via Appia. Ponieważ nasz „mały Rzym” nie posiada prawie wcale „sfer posiadających”, więc wszystkie udogodnienia, wszystkie atrakcje są przeważnie pomyślane dla proletarjatu, z uprzejmym ukłonem w ich stronę. Szacunek dla chodzenia „na piechtę” objawia się surowym zakazem przejeżdżania przez Błonia prywatnym autom, dla których wyznaczone są tylko specjalne godziny, zato pryskającym błotem i kurzącym autobusom, wiozącym ubogich krakowian za miasto, wolno jest przejeżdżać Błoniami o każdej porze. Nawet rower wzbudza w piechurach idących na spacer bunt i zazdrość, i kobieta jadąca na rowerze narażona jest na ponure dowcipki footballistów, w rodzaju; „Panna! widać kolano!” albo: „Patrzcie! Patrzcie! zdobywczyni nagrody za upadek!”.

Podmiejskie kawierenki z ogródkami jako urządzenie, muzyczka i t. d. pomyślane są też dla ubogiej inteligencji, dla której każda muzyka jest muzyką, a każda, nawet najlżejsza, kawa kawą czarną, przepastną i ogromną… Ludność „małego Rzymu” składa się z samych dziadów, młodych i starych, na których tle prześlicznie odbijają „urocze krakowianki”. Istoty te możnaby podzielić na dwa zasadnicze typy: średnio-europejski i wschodni. Krakowskie średnio-europejki mają pyrkate nosy, suknie w kwiatki „z naszych łąk i niw” i noszą chętnie czarne pantofelki do białych wywiniętych skarpetek. Typ wschodni posiada nosy garbate od urodzenia i piękne czarne oczy, ubiera się z wiedeńskim szykiem i chętnie gada po angielsku.

Ludzie dla ułatwienia sobie życia lubią posługiwać się utartemi zdaniami, które możnaby nazwać „trutnizmami”, bo są one wymyślone dla mózgowych trutni, którym nie chce się głębiej nad czemkolwiek zastanowić. Jeden z takich trutnizmów, to stale o Krakowie powtarzane zdanie, że jest to „miasto dewotek i pogrzebów”. Pod tem z ironją wypowiedzianem zdaniem kryje się lekka aluzja że jest to najcnotliwsze miasto pod słońcem, skąd najbliżej do święconej ziemi. Tę opinję, tak bardzo niesłuszną, należałoby dla dobra Krakowa czemprędzej obalić. Otóż w żadnej Warszawie niema tyle zakochanych parek co w naszym „małym Rzymie”, gruchają one tak długo, aż zazdrosny rywal nie gruchnie do nich z rewolweru zza węgła domu. Takiego mordu (który śmiało nazwaćby można „seksualnym”) dokonano niedalej niż rok temu w kawiarence „Cichy Kącik” na Błoniach. „Cichy Kącik” stał się od tego czasu głośny i ogłasza się w krakowskich tramwajach jako miejsce „rendez-vous eleganckiego świata”. Zresztą całe Błonia, gdy się ściemni, możnaby nazwać Hyde-Parkiem Krakowa, tak trzeba ostrożnie stąpać żeby nie rozerwać na ziemi tego co zostało już połączone w kinie. Krowy, pasące się na uroczych błoniach, łagodnem okiem jarosza spoglądają na tę jedyną atrakcję ubogich, lecz uczuciowych „małych Rzymian”!

Co do pogrzebów, to jest wprawdzie w Krakowie kilka zakładów pogrzebowych, z których jeden zwie się wymownie Onufry Fiut (niby że Onufry „pakuj kufry”, i fijut na tamten świat), ale niedługo wywiesi on zapewne tabliczkę z napisem: „Tani tydzień!” ponieważ w Krakowie ludzie żyją bez końca. Te same żebraczki które się jeszcze pamięta z dziecinnych czasów, wysiadują dalej kamienie koło Panny Marji, te same stare matrony chodzą w świetnej, starczej formie rano na mszę, ci sami przedwojenni starzy dżentelmeni grają dalej w bridża w Resursie Końskiej (zwanej tak właśnie od owych starych koni, których jest siedliskiem) i t. d. Wszyscy ci staruszkowie i staruchy zachowują się w starych murach Krakowa jak stuletnie ropuchy w ruinach jakiegoś zamczyska. Narzekają na reumatyzmy i na kryzys i z niesmakiem odwracają głowy od nalepek na słupach, ogłaszających „tanią wycieczkę do Mogiły”.

Nietylko ludzie, ale i uczucia konserwują się świetnie w tym podwawelskim „vecku”. Kraków, to jedno z rzadkich dzisiaj miast, gdzie można sobie jeszcze wyhodować długoletniego przyjaciela. W tem miłem mieście niema żadnych gołoudych rewij, girlsów, gwiazd filmowych, Miss Polonij, słowem, nic coby własnemu adoratorowi mogło dać pole do niezdrowych marzeń o zdradzie! Nawet aktorki, te w innych miastach tak groźne konkurentki „prywatnych” dam, rekrutują się w Krakowie z samych przeważnie pań z „towarzystwa”, które z wdziękiem dobrze urodzonych osób grają po amatorsku, ubierają się też po amatorsku i raz tylko wychodzą zamąż.

W żadnem chyba mieście na świecie teatr i literatura nie ma takiego znaczenia jak w „małym Rzymie”. O premjerze w Teatrze Słowackiego rozprawiają z zacięciem (palca klientki) manucurzystki, a pisaniem felietonów zajmuje się co drugi człowiek. Zdawałoby się że „kto nie pisze, niech nie je!”, piszą więc doktorzy-ginekolodzy, divy teatralne i t. d. Młodzi malarze wystawiają razporaz sztuki „eksperymentalne”, których eksperymentalizm polega na zagadnieniu, czy widz dosiedzi na nich do końca, czy nie? Na Plantach i w parku Jordana, na Błoniach, wszędzie spotkać można młodych poetów i nieletnie literatki z ołówkiem w zębach, tworzących coś w natchnieniu (słowem, jak w góralskiej piosence: „Idem se w las, piórko mi se migoce”). Dawniejsze pawie piórko krakowiaczka zamieniło się dziś w wieczne pióro, które „w krwi serdecznej maczane”, wypisuje czasem groźne bzdury, drukowane z zapałem przez pisma krakowskie.

Poza życiem literackiem główną atrakcję Krakowa stanowi dom „Feniksa”, zbudowany w stylu „neo-krakowskim”, który jaskrawo przeczy utartemu zdaniu o konserwatyzmie Krakowa. Jest to takie same nieciekawe curiosum jak nowoczesny „drapacz nieba” w Antwerpji. „Feniks” nie drapie wprawdzie nieba, zato prowokuje do swędzenia prawą rękę, żeby o nim kilka słów napisała. Dom ten, napół szklany, napół betonowy, ozdobiony jest od strony Rynku figurynką z jakiegoś dziwnego metalu, trzymającą w ręce coś nakształt sztucznej szczęki. Ta sztuczna szczęka metalowa, to może symbol młodości młodej polskiej architektury, naigrawającej się ze starości, ze ślicznych starych zabytków Krakowa, tem bardziej że zwrócona jest frontem do Sukiennic. „Leick-koniki” krakowskie ze swojemi aparatami fotograficznemi biegną galopem za każdym przechodniem, żeby go zdjąć na tle domu „Feniksa” i mają racje, ponieważ dom „Feniksa” już dzisiaj jest sławny, a za kilka lat ściągać będzie do Krakowa całe rzesze zagranicznych architektów dla pouczenia ich, w jaki sposób można jednym budynkiem oszpecić piękne stare miasto. Smutne rozmyślania na temat zewnętrznej strony szklanego domu kończą się gdy się wejdzie do jego wnętrza. Wpływają do niego przez cały dzień oszczędności ubogich krakowiaków, rozpływa się Gold przy swoim fortepianie, płyną smętne tony tanga, rozpływają się w ramionach fordanserów co tłustsze krakowianki, płynie czarna kawa, słowem, życie i zabawa wre! Co tu gadać, od czasu powstania „Feniksa” nikt z nas nie ma już poco jeździć do Warszawy. Te same młodo-żydy, ten sam jazz, nawet ten sam Moszkowicz, który od czasu do czasu przyjeżdża do Krakowa poklepać świetnie prosperującą filję „Adrji” po ramieniu (kelnera), wszystko to samo co w Warszawie z wyjątkiem cen, które dostosowane są do stanu kasy biednych, zmodernizowanych „małych Rzymian”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close