Marja Dąbrowska o sobie

Dwie fotografje ze staroświeckich portretów w mahoniowych ramkach. Twarze i stroje z przed lat osiemdziesięciu. Tak nosili się nasi dziadkowie. Dama o czole ujętem w gładko zaczesane nioby, biedermayerowska suknia, twarz bardzo stylowa a zarazem mocno niepokojąca, za mocno, jak na nasze prababki. W oczach smutnych i mądrych dopala się późny romantyzm lal czterdziestych zeszłego wieku, ten romantyzm, co wołał o wiosnę ludów, a nie miał już tej siły pędu, aby tę wiosnę zbudzić, – w ustach bolesny grymas, pół-uśmiech, pół-skarga. Te usta namaszczone są już schyłkową goryczą sceptycyzmu nowoczesnego. Te usta wiedzą, podczas gdy oczy jeszcze wierzyć nie przestały. W kontraście oczu i ust coś Lionardowskiego. Ta twarz przykuwa i długo, długo patrzy na gościa obcego ze wszystkich kątów pokoju, jak to mają zwyczaj czynić stare portrety.

Z drugiej ramki spogląda zgoła inna twarz. Owal męski, doskonale zarysowany, solidnie podparty wysokiemi rogami staroświeckiego kołnierzyka. (Nieczytelne) Usta pełne, zmysłowo wykrojone. W oczach radość życia. Żadnych konfliktów, ani cienia weltschmerzu Pod tym wizerunkiem możnaby podpisać: „Aprés nous le déluge”.

Takie myśli płynęły mi przez głowę, gdym wzorem „Przechodnia” Katerwy robiła naprzód wywiad z otoczeniem, z „intérieurem” domowym Marji Dąbrowskiej, zanim przeszłam do badania jej duchowego wnętrza.

Rzućmy przelotnie okiem na ten pokój. Pół-salon, pół-pracownia. Meble stare, czeczoty dostojne, pieczołowicie doprowadzone do stanu świeżości bez zatraty fizjognomji pierwotnej. Mnóstwo ślicznie utrzymanych roślin. Ugrupowanie mebli spokojne, ale nie schematyczne. Dużo umiaru w linjach, powściągliwości w barwach. Dźwiękiem zupełnie nowoczesnym, a jednak nie dysonansowym jest w tej komnatce quasi amerykańskie biurko do pracy, w istocie orzechowe staroświeckie, swojskie biurko, taki wygodny, praktyczny, solidny sprzęt do pisania, przy którym się naprawdę pracuje, nie biureczko, surogat warsztatu intelektualnego, kokietujący pozorami pracy.

A wreszcie – o nim zapomnieć nie wolno, choć jest kopciuszkiem każdego „studio” – kosz do papierów, ten świadek wszystkich zwątpień i załamań twórczych, powiernik niedospanych nocy, na ustach milczących noszący pieczęć z napisem „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, inkwizytor nieubłagany, z trybunału swego wysyłający papierowe ofiary na „autodafé”, – bez apelacji i nadziei ułaskawienia.

Niestety, nie mam do tego stopnia rozwiniętych instynktów Sherlocka Holmesa, aby ciekawość swoją posunąć aż do zbadania zawartości tego najciekawszego z sezamów. Poprzestaję na tem, co jest na wierzchu, dla wszystkich. Czas już chyba się zreasumować. A zatem w tym pokoju pracuje i większą część dnia spędza osoba (napewno kobieta), która ma swój styl. Kocha kwiaty i książki (półki bibljoteczne pełne tomów w barwnych, ciekawie pomyślanych okładkach). Lubi porządek i ład bez pedanterji, jest pracowita i sumienna. Żyje przedewszystkiem dla swoich ukochań i dla siebie, nie robi niczego dla pozy, przez wzgląd na bliskich. Snobizm jest jej obcy, zarówno jak pragnienie ukazania się w jakiemś świetle. Ani jednego pierrota, ani jednej pstrokatej poduszki, ani jednego bibelociku bez sensu. W tem mieszkaniu wszystko ma swój sens i swoją wewnętrzną logikę, jest związane nicią tajemnej celowości, jest potrzebne.

I jeszcze jedno. Osoba, która tu tworzy, jest może nieświadomym, może podświadomym romantykiem. Pisząc, patrzy w niebo, o czem świadczy ustawienie biurka i sposób upięcia firanek w oknach.

Ale oto i ona.

– Czy pani wie, że w ciągu tych kilku chwil oczekiwania na panią – zdążyłam popełnić szereg niedyskrecyj, któremi nie omieszkałam się podzielić z czytelnikami „Wiadomości Literackich”? Czy może mi pani objaśnić, czyje są te dwie staroświeckie podobizny na pani biurku?

– To jest mój dziadek i babka po kądzieli. Czy oni panią interesują?

– Nawet bardzo, ale tylko ze względu na panią. Przywiązuję ogromną wagę do dziedziczności i atawizmu. Osobiście lubię widzieć każdego człowieka podwójnie: raz bezpośrednio, drugi raz załamanego w pryzmacie swojej rasy. Komentarze są tu zbyteczne. Żdążyłam już wyprowadzić swoje wnioski. Postaram się je teraz sprawdzić, ewentualnie skorygować informacjami, których zasięgnę wprost od pani. A zatem, niech mi pani zechce wytłumaczyć, dlaczego pani swoją twórczość beletrystyczną zaczęła od punktu, na którym zwykle ją kończą wyrobieni, dojrzali, wytrawni pisarze: – od wspomnień dzieciństwa?

– Właściwie nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że prawie najważniejszym motorem twórczości artystycznej jest dla mnie wspomnienie; a dzieciństwo jest w mojem życiu najbardziej skończoną epoką – dziedziną istniejąca już tylko we wspomnieniu.

– Doskonale. Ale przyzna pani, że „Uśmiech dzieciństwa” przy całej swej prostocie kompozycji i powiedziałabym -wielkopańskiem ubóstwie fabuły, uderza czytelnika odrazu tem opanowaniem materjału, które, pomimo wszystko, świadczy o dłuższej, świadomej pracy literackiej. Niech mi pani opowie, jakie były jej źródła i początek.

– Mam pani skreślić coś w rodzaju mego literackiego „curriculum vitae”? Zgoda. Zaczynam od najwcześniejszych lat. Jako dziecko pragnęłam być „poetką”. Pamiętam, że pytałam matki, co trzeba zrobić, żeby poetką zostać. Było to w nocy, i matka odpowiedziała mi napół przez sen: „ Trzeba być bardzo dobrym człowiekiem”. Wtedy przeżyłam moje pierwsze rozczarowanie literackie, gdyż doszłam do przekonania, że nigdy nie będę dobrym człowiekiem. Mimo to próbowałam pisać wiersze i jako jedenastoletnie dziecko miałam ich pełen zeszyt. W piętnastym roku życia drukowałam pierwsze moje „nowelki” w „Gazecie Kaliskiej”. W rok potem podarłam wszystkie moje drukowane „utwory” i postanowiłam, po skończeniu szkoły, iść na przyrodę, następnie na nauki społeczne, nakoniec na filozofję. Z tego wszystkiego miały się urodzić niesłychanie światoburcze czyny – wielkie społeczne prace i t. d. Jako realny wynik tych młodzieńczych postanowień uzyskałam w Brukselli stopień „candidat és sciences” na tamtejszym wydziale przyrodniczym.

– A jak na panią wpłynęły studja w środowisku tak odmiennem od warunków Polski przedwojennej?

– Bogate życie społeczne Szwajcarji, Belgji, Francji i Anglji skłoniło mnie do rzucenia dalszych studjów przyrodniczych. Rozpoczęłam badać kooperację oraz wszelkie objawy samopomocy społecznej. Moje upodobania pisarskie znalazły wtedy ujście w dziedzinie publicystyki społecznej. Przebywając zagranicą, zaczęłam stamtąd współpracować w „Zaraniu”, potem w „Społem”, w „Prawdzie” i w „Tygodniku Polskim”. Był to wybieg, nawpół świadomy, ale zgodny z całą moją ówczesną ideologią. Uważałam wtedy, że dla Polski sztuka, a zwłaszcza literatura piękna, jest luksusem, że narazie trzeba tworzyć oświatę i kulturę szerokich mas, aby mogły wziąć udział w sprawie odbudowania Polski. Do wybuchu wojny i przez pierwsze jej lata zostałam wierna tym moim założeniom społecznym. Prócz artykułów napisałam w tym czasie szereg broszur i książek z dziedziny kooperacji i nauki o Polsce.

– Jakiego systemu, jakiej taktyki pedagogicznej trzymała się pani w swej propagandzie spółdzielczości?

– We wszystkich swych książkach starałam się uniknąć dotychczasowego sztucznego gawędziarstwa, starałam się, aby „popularność” polegała w nich na prostocie, zwięzłości i jasności stylu, przy możliwie poważnem i odpowiedniem traktowaniu przedmiotu. Czy mi się udało wprowadzić coś nowego i wartościowego do literatury popularnej, nie ja mogę o tem sądzić. W każdym razie z radosną, dziecinną niemal dumą mogę powiedzieć, że o ile na fakt udzielenia mi tak zaszczytnej nagrody wydawców zareagowano w Warszawie zupełnie słusznem zapytaniem „Kto to jest”?, o tyle mam prawo sądzić, że w wielu zapadłych kątach, wsiach i miasteczkach dawnej Kongresówki prości ludzie wiedzą, kto jestem, – i to uważam sobie za wielki, za bardzo wielki zaszczyt.

– A kiedy przystąpiła pani do artystycznej twórczości?

– Po wojnie i po utworzeniu się państwa polskiego. Był to właściwie powrót do mego punktu wyjścia. Miałam za sobą próby więcej niż skromne. Na krótko przed wojną p. Wincenty Rzymowski wydrukował w „Prawdzie” opowidanie „Janek”, które później weszło do „Uśmiechu dzieciństwa”. Pan Zdzisław Dębicki umieścił moją nowelę w „Kurierze Warszawskim”, inną nowelę wydrukowało mi wychodzące wtedy czasopismo „Echo Literacko-Artystyczne”.

– Czy do pracy ściśle literackiej wróciła pani samorzutnie, czy przyczynił się tu wpływ i sąd osób postronnych?

– Oczywiście samorzutnie, byli jednak ludzie, którzy już oddawna uważali moją popularyzatorską pracę za drogę dla mnie niewłaściwą. Między innymi: panna Stefania Sempołowska i p. Juljusz Kaden-Bandrowski. Pan Bandrowski już w czasach brukselskich namawiał mnie do pracy artystycznej. Pannie Sempołowskiej prawie zawdzięczam napisanie mojej pierwszej poniekąd artystycznej książki, mianowicie cyklu opowiadań dla młodzieży p t. „Dzieci ojczyzny”. Zamawiała ona u mnie te opowiadania do czasopisma dla dzieci „W Słońcu”, gdzie prawie wszystkie były drukowane. Drugą moją książką, należącą, jeśli się tak da powiedzieć, do działu „sztuki stosowanej”, jest „Gałąź czereśni”, szereg krótkich nowel o charakterze społecznym, napisanych na zamówienie Związku Stowarzyszeń Spożywców. Miała ona dłuższą i pochlebną recenzję w czeskiem piśmie spółdzielczem.

– Osobiście dziwię się, dlaczego nasza krytyka tak mało nią się zajęła. Pani „Gałąź czereśni” zagina palec pod serce poezji, naciskając mocno strunę najczystszej ze wszystkich pasyj – pasji uczuć kolektywistycznych. Jeżeli mówi się o liryzmie osobistym, to tu przemówił gorąco i żarliwie sentyment współdzielczości.

– Miło mi to usłyszeć. Jednak ja dopiero „Uśmiech dzieciństwa” uważam za pierwszą moją książkę artystyczną, pierwszą, za którą w tej dziedzinie mogę odpowiadać. Pracując przez ostatnie pięć lat jako referentka w ministerstwie reform rolnych, stałam na uboczu od spraw i stosunków literackich. Tem bardziej cenny był dla mnie fakt, że „Uśmiech dzieciństwa” znalazł odrazu nakładcę w osobie p. Jakóba Mortkowicza.

– A jakie są pani założenia twórcze w dziedzinie artystycznej?

– Ponieważ zaczynam swoją pracę beletrystyczną stosunkowo późno, podejmuję ją więc z całą świadomością trudności, jakie nastręczą. Mam już bardzo rozwinięte poczucie samokrytycyzmu, a wskutek tego zbliżam się do przedmiotu swej pracy ostrożnie i z wielką surowością. Moje zamiary artystyczne sięgają bardzo daleko, gdyż miałam przez ubiegłe lata dosyć czasu, aby sobie nienajmniejszy program nakreślić.

– A jak idzie realizacja tego programu?

– Bardzo powoli. Pracuję dosyć ciężko, gdyż chciałabym swe rzeczy dociągać do możliwie najdalszej granicy sumienności artystycznej. Chciałabym dać artystyczny ekwiwalent tych środowisk i tych zjawisk życia, które kolejno od dzieciństwa stawały się mojem doświadczeniem życiowem i wewnętrznem. Zrobić to uczciwie jest bardzo trudno. Znaleźć ekwiwalent artystyczny zjawisk życia, „objawić”, jak się mówi, ich emocjonalną, a więc istotną treść, a potem skomponować to tak, jak się to komponuje w życiu, niezrozumiale a niezbicie, nato trzeba się dopracować do wyżyn prawdziwego natchnienia.

– A czem pani uzasadni wybór tej a nie innej formy w „Uśmiechu dzieciństwa”?

– Może poczuciem odpowiedzialności. Wybrałam dla swojego pierwszego utworu artystycznego formę opowiadań poniekąd pamiętnikarskich, gdyż w tej formie najłatwiej było mi na początku pokonać, a przynajmniej starać się pokonać trudności kompozycyjne. Stąd mam zamiar i chęć pójścia do zadań coraz trudniejszych.

– A jakie są najbliższe plany pani na przyszłość?

– Obecnie opracowuję tom nowel, który jest już na ukończeniu. Chcę, aby był on odzwierciadleniem artystycznem innej strony tego samego zjawiska, które tak idylicznie zostało potraktowane w „Uśmiechu dzieciństwa”, – t. j. dworu – folwarku polskiego przed samą wojną. Będzie to cykl ośmiu lub dziewięciu nowel o tych, których nazywam sobie czasem „ostatni ludzie świata”, – nie o chłopach-gospodarzach, ale o parobkach, stróżach, owczarzach, dziewkach i oprzętkach. Taka, słowem, książka artystyczna o robotniku rolnym i służbie dworskiej w ciężkich objawach ich życia. Chciałabym, aby te nowele stanowiły organiczną całość, a jednocześnie żeby każda z nich była sama w sobie skończoną kompozycją.

– Chyba się nie mylę, sądząc, że „Noc nad światem”, drukowana w „Wiadomościach Literackich”, „Łucja z Pokucic” w „Bluszczu” i „Szklane konie” w „Tygodniku Illustrowanym” należą do tego cyklu?

– Tak jest rzeczywiście.

Jeszcze jakieś pytanie, lotne jak robaczek świętojański, fosforyzowało w powietrzu, gdy je raptem spłoszył… męski głos. To major Dąbrowski, mąż sympatycznej laureatki, przyszedł z odsieczą zagrożonej w ogniu krzyżowych pytań małżonce.

– Mówią panie dużo o literaturze, a o mnie czy chociaż raz panie wspomniały? Może i ja coś zaważę na szali tych sądów literackich…

– Niewątpliwie. Narazie stwierdzam fakt że umie pan ratować uciśnionych z opresji.

– A zdążyła się pani dowiedzieć czegoś nowego od swojej delikwentki?

– Dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy i… wróciłam do mego punktu wyjścia.

– Jakiż to był punkt?

– Jest ich kilka. Portret prababki, solidne biurko do pracy i skrawek nieba za oknem.

Stefanja Podhorska-Okołów.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close