JÓZEF MACKIEWICZ

Memel – Prag – Danzig

Na dwa tygodnie przed Anschlussem „Memla”, bawiłem w Kłajpedzie. W miasteczku, które pozostało po wilhelmińskich Niemczech, i wśród nowoczesnych gmachów, które tu wybudowała republika litewska. Deszcz ściekał po gumowych płaszczach autonomicznych Schutzmannów, ściekał po szybach sklepowych, za któremi, jak u nas w wielkie święta, tak tam na codzień, sterczały wystawione portrety. Portrety Hitlera – oczywiście. Szło się jeszcze prospektem Antanasa Smetony, ale w mieście Niemcy mieli już wszystko cokolwiek niemieckiego mieć pragnęli.

Nastrój panował ponury. Może dlatego, że wciąż bez przerwy lał deszcz. Poprzez jego strugi, głusząc szum spadających kropli, ryczały od morza syreny okrętów. Poszedłem tam aby zobaczyć port, port zbudowany całkowicie przez Litwinów, na terenie zgrzybiałych urządzeń „Vorkriegszeit”u. Krążyłem po mokrych flizach molo, obok przycumowanych statków, pod stropami śpichrzów zbożowych „Lietukisa”, komory celnej, składów „Maistasa”, „Pienocentrasa”, wymijając urzędników litewskich, policjantów portowych, robotników litewskich. Oglądałem nowoczesne fabryki i wszystko co za miljony litów uzyskać można w dziedzinie techniki i rozwoju nowoczesnego portu. Wiatr gwizdał w olinowaniu okrętów, deszcz lał jak z cebra, ale robotnicy robili bezustannie. Po szynach mknęły wagonetki, jęczały krany i pracowano w pocie czoła.

– Patrz pan, oto nasz nowy basen węglowy. Budujemy go w tempie przyśpieszonem.

„Nasz”… na dwa tygodnie przed Anschlussem!

Czy można być dziś dobrej myśli w Europie?

Niemiecki Memel miał wszystko z portu, czegoby kieszeń jego pragnąć chciała. Miał „Hinterland”, którego przedtem nie posiadał. A z chwilą porozumienia z Polską, otrzymał wreszcie otwarcie Niemna i złoża lasów, leżące na rozstajach śródlądowych dróg wodnych. Nie tylko z podwileńskiej puszczy Rudnickiej, Grodzieńskiej, Bersztowskiej, Lejpuńskiej, kanałami z Augustowskiej, kanałem Ogińskiego z obszarów Polesia, z Nalibockiej i dalej het, aż z sowieckiej Białorusi.

Kupcy mieli czego chcieli.

Bądźmy odważni i szczerzy i powiedzmy sobie, że ostatecznie to cośmy uważali za brzydki materjalizm w zakulisowych sprężynach liberalnej epoki -złoto, kapitały, zapach kauczuku, świeżego drzewa i śledzi w beczce nawet, szacherki kantorów okrętowych, ciężkie łapy ciężkiego przemysłu i salony międzynarodowej finansjery – to jeszcze były wydęte żagle młodzieńczego „romantyzmu”, dziecinna nostalgja do zamorskich przygód, w zestawieniu z – amaterjalną, psychologiczno-emocjonalną sprężyną dzisiejszej epoki.

Jakiż materjalista ośmieli się dziś twierdzić, że „Handel und Gewerbe” rządzi światem?! Ulica, tłuszcza, demagogiczne frazesy, wybite szyby. Zamiast szarż konnych – pałki gumowe. Zamiast burżujskiego prawa – obozy koncentracyjne. Zamiast gwardyj królewskich – bojówki totalistyczne. Cośmy zyskali na wielkiej wojnie – to potężny zapas drutów kolczastych. Zamiast „wojen imperjalistycznych” – mamy zwyczajną grabież.

Ha, trudno, trzeba umieć się wżyć w ducha współczesnej Europy.

Tymczasem w Kłajpedzie, zanim jeszcze całkowicie stała się Memlem, mówiono po staremu: patrzcie, myśmy to i tamto zbudowali, my nadal pracujemy spokojnie. Niemożliwe, żeby nam tak poprostu odebrano! – W Kłajpedzie, która nie była żadną „Freie Stadt”, ale składową częścią suwerennej Litwy, mówiono: nie wszyscy Niemcy są hitlerowcami. Mamy ogromny odsetek t. zw. „Memelländerów”, którzy pragną pozostać przy Litwie ze względów gospodarczych. (Nawiasem mówiąc o wiele większy niż podobnych „Danzigerów” w Gdańsku). – I ostatecznie tych Polaków w wolnem mieście Gdańsku jest niewielu, a Litwinów w Kraju Kłajpedzkim odsetek wahał się niekiedy pół na pół. A przecież gdy przyszło do ultimatum, kto tam pytał o ich zdanie, o konjunkturę gospodarczą, o handlowe interesy tych „Memelländerów”, o tradycje polityczne czy ekonomiczne, o etnografję i geopolitykę jakąby być powinna?!

Otóż, zestawiając Kłajpedę z Gdańskiem, należy sobie uprzytomnić oczywiście, że mimo wszystkie inne szanse, Polski szansa wypada na jej korzyść dlatego, iż Gdańska będzie broniła, bo ma go czem bronić.

Ale zdaję sobie jednocześnie sprawę, że zestawienie to narzuca się raczej z literackiej łatwizny porównań. Niby tu port i tam port, podobne podłoże uczuciowe i podobne wyjście na morze dwóch państw, przy deltach dwóch ich głównych rzek. Identyczny nacisk Hitlera w jego koncepcjach Anschlussowych.

Natomiast Czechy są przykładem z punktu politycznego stokroć jaskrawszym, choć nic ani z morzem ani z portem nie mają wspólnego. Nic im nie pomogło. Sojusze? Kapitał? Gdzie się podziała jego osławiona potęga, jego zakulisowe brzękanie monetą, gdy brzęknęły gąsienice sunących tanków? Jego międzynarodowa spójnia i wpływy? Złoto, banki, kopalnie, fabryki i fabrykanci, fortece, samoloty, koszary, kupcy i generałowie poszli pod nóż protektoratu za jednym zamachem jak stado baranów.

Zastanawiamy się nad tem, jaki jest nastrój kilku tysięcy „Memelländerów” czy „Danzigerów”, czy oni chcą lub nie chcą ze względów uczuciowych czy gospodarczych iść do trzeciego „Reichu”. A kto pytał kilka miljonów Czechów, czego oni chcą i jak to sobie woleliby ułożyć? Wkroczono i zabrano tych, którzy nie strzelali. Prosty, współczesny sposób.

I właśnie na tle tej współczesnej rzeczywistości, sprawa Gdańska, w jej dotychczasowem ujęciu ze strony polskiej, wydaje się być ubierana w zbyt przestarzałą formę. Bo „sprawa Gdańska”, jako taka, w aktualnej fazie nie istnieje. Istnieje natomiast czysto strategiczne, wojskowe zagadnienie wzajemnego stosunku sił militarnych Polski i Niemiec.

To jest zupełnie jasne. – Tymczasem popełniamy ten błąd, że operujemy kategorjami przebrzmiałemi, nie mającemi żadnego praktycznego znaczenia, a tem samem nie mogącemi zaważyć na losach Gdańska. Mówimy o jego korzyściach gospodarczych, o zapleczu polskiem, o Wiśle, o tradycjach wreszcie, o tem, że są różnice pomiędzy hitlerowskim „Jochem” a tymi, którzy go nie pragną, w szczerych sympatjach dla Polski starych „Danzigerów” i poczciwych kupców. To wszystko jest prawdą, ale zarazem to wszystko nie ma sensu!

Cieszymy się tem, że tam p. Rauschning napisze coś do „Journal des Débats”, albo że panowie z „Neuer Vorwärts”, siedzący na Rue des Ecoles, takoż emigranci w Paryżu. Ich enuncjacje mają nie większą wartość dla Gdańska, niz manifesty „Miestobliustitiela Impieratorskawo Priestoła Wielikawo Kniazia Kiriłła Władimirowicza” miały dla Świętej Rusi pod Stalinem.

Bawiłem teraz w Gdańsku. Chodziłem w cieniu starego gotyku, chodziłem nad kanałami, wzdłuż śpichrzów portowych i wpoprzek placów śródmieścia. Widziałem ludzi, którzy w mundurach ze swastyką trąbią na Langer Markt, widziałem propagandę dozbrojenia powietrznego III Rzeszy w witrynie zbankrutowanego kupca gdańskiego na Hundegasse, na Reitbahn widziałem rozbiórkę i szyld: „Die Synagogę wird abgebrochen”. Rozmawiałem też z tym i owym na płytach wilgotnej uliczki, pod sklepieniami, w niszy i ciszy na ucho. Cóż z tego! Proszę mi powiedzieć co jest nie-hitlerowskiego w Gdańsku? Co jest wewnątrz miasta nie podległego nawskroś „dem Führer und Kanzler”, co jest takiego coby się mogło realnie przeciwstawić hasłu, które wisi na każdym rogu i progu: „Zurück zum Reich”!? Otóż nic.

Ale zarazem wiele i to bardzo wiele. Wszystko mianowicie, co nosi w Gdańsku godło państwowe Rzeczypospolitej, co reprezentuje, czy symbolizuje polskie interesy państwowe, interesy, które w każdej chwili i mogą i powinny być poparte bronią i ogniem. Jeżeli powtórzę w tem miejscu dosyć już zbanalizowany frazes, że jest to czynnik, który nie tylko różni Gdańsk od Kłajpedy, ale i Polskę od Czechosłowacji – to jedynie dlatego by jeszcze raz podkreślić:

– w najbliższych po marcu kwartałach r. 1939, jedynie słuszne wydaje mi się podejście do „sprawy Gdańska” (jeżeli już tę „sprawę” chcemy koniecznie wyłączyć z ogólnego kompleksu europejskiego), a mianowicie podejście z bagnetem osadzonym na karabinie.

A kto wie, czy nie lepiej prędzej niż później. Wołaniem: „nie pozwolimy na politykę faktów dokonanych” nie przestraszymy nikogo. Przestraszyć dopiero możemy właśnie – polityką faktów dokonanych.

Józef Mackiewicz.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close