Metamorfozy Lenina

Gdy spojrzymy na mapę polityczną dzisiejszej Europy oraz sąsiadujących z nią krajów Azji i Afryki, uderzy nas obfitość dyktatur o różnych zabarwieniach ustrojowo-politycznych, zależnych od kierunku, w jakim dzierżący władzę w danem państwie chce przeprowadzić reformy, bądź rozsadzające ramy dotychczasowej konstytucji, bądź niosące z sobą zamianę dawnego absolutyzmu na nowy, odmienny, lecz równie dla ludności uciążliwy.

Do wyjątków w czasach powojennych należy wypadek, gdy dyktatura walczy jedynie o utrzymanie stanu posiadania władzy monarchicznej, topniejącej pod wpływem emancypacji demokratycznej narodu. Taka dyktatura, wyrosła wyłącznie z indywidualnej żądzy panowania i zapewnienia ciągłości dynastji, nieoparta na żadnym ideale rozwojowym, jest z natury rzeczy zjawiskiem krótkotrwałem: utrzymując się przy życiu tylko terrorem, ginie z braku sił żywotnych przy pierwszem zdradzeniu się ze swą organiczną słabością. Przykładem  dyktatura Primo de Rivery, sprawowana przezeń per procura na rzecz Alfonsa XIII.

Zazwyczaj jednak celem dzisiejszych rządów dyktatorskich jest przeobrażenie psychiki mas, dla uczynienia z niej podatnego gruntu pod zasiew i wzrost nowych idej państwowych i społecznych. Nieuniknioną ochroną procesu tego przeobrażania jest tutaj terror, lecz jako faza przejściowa ubezpieczająca możność wdrożenia „nowych porządków”. Im wprowadzane w życie reformy są radykalniejsze, tem akcja przemocy jest bezwzględniejsza. Działa tu fizyczne prawo stosunku nacisku do oporu.

Jednak trzeźwe spojrzenie na dzieje przewrotów rewolucyjnych ukazuje nam pokrewieństwo między dyktaturą zachowawczą a postępową (w sensie założeń ideowych), osłabiające wiarę w wartość moralno-wychowawczą dyktatury w jakiejkolwiek formie. Leży ono w supremacji żądzy władzy jednostki czy partji politycznej nad celami „ogólnego dobra”, głoszonemi w hasłach rewolucji. Jest to typowe zjawisko dla początkowego okresu każdego przewrotu; lud musi nieraz czekać długie lata, nim „zdobycze rewolucji” zaczną mu przynosić istotne korzyści. Supremacja, o której mowa, rodzi się w samym momencie tryumfu zamachu na istniejący regime – tem pewniej, im bardziej ów tryumf był niepewny – jako erupcja rozpętanego wyzwoleniem instynktu władzy; zwycięzca upija się niem aż do zapomnienia, często tragicznie długiego, o celu, w imię którego wywołał wybuch. Demoniczność pewnych natur nigdy chyba nie demaskuje się w równie groźnej postaci. Człowiek, który przeżył taki moment, leżący w sferze mistyki władzy, przesadził w nim granice równowagi psychicznej, czyli mówiąc poprostu, jest z tą chwilą na wpół poczytalny. Ekstaza nienawiści do pokonanych wrogów i do obalonego ustroju wyładowuje się w nim w furji niszczenia wszelkich ostoi poprzedniego bytu polityczno-społecznego, w dążeniu do kompletnej jego zagłady. Pod tym kątem należy też oceniać czyny nagle wyniesionych z podziemi konspiracji na szczyty władzy dyktatorów rewolucyjnych. Przeświadczenie o absolutnem panowaniu nad losem miljonów ludzi wiedzie ich fatalnie na drogę, z której niema już dla nich odwrotu w chwili, gdy opętanie mija, gdy opór rzeczywistości (mierność i zawiść pomocników, przemoc praw gospodarczych, wreszcie fizyczne granice własnych sił) łamie ich pychę i leczy mózg ukazując im jednocześnie złudzenie wszechpotęgi.

*

Bolszewicki działacz rewolucyjny „w stanie spoczynku”, I. A. Sołomon, ogłosił świeżo w Paryżu bardzo ciekawe wspomnienia osobiste o Leninie p. t. „Lenin i jego rodzina (Uljanowowie)”. Autor członek rosyjskiej partji socjal-demokratycznej, poznał się bliżej z przyszłym czerwonym carem Rosji na emigracji w Belgji w r. 1908, Już wówczas Władimir Uljanow, znany w kołach rewolucyjnych pod pseudonimem „Lenin”, odgrywał w nich wybitną rolę, jako członek centralnego komitetu partji i jej przedstawiciel w Drugiej Międzynarodówce. Na zjeździe w Londynie w r. 1902 rosyjska partja socjal-demokratyczna rozbiła się na dwie frakcje – mienszewików i bolszewików, – i Lenin niebawem wysunął się na czoło radykalniejszego, bolszewickiego odłamu.

Mimo ten rozłam, ze względów taktycznych, partja występowała nadal na zewnątrz jako jednolita organizacja socjalistyczna. Tu należy zanaczyć, dla orjentacji polskiego czytelnika, że ówczesny bolszewizm nie był najskrajniejszą doktryną śród rewolucjonistów rosyjskich, marxistów. Reprezentowała ją wówczas nieliczna grupa maksymalistów, której program Lenin, umiarkowany wtedy w porównaniu z nimi, „klasyczny bolszewik”, zaczął realizować, wprowadzając ustrój komunistyczny w Rosji po przewrocie październikowym 1917 r. Popularna już nazwa „bolszewizm” pozostała i utrzymała się do dzisiaj, aczkolwiek do chwili wybuchu rewolucji miała całkiem inne znaczenie.

Sołomon, jak widać z jego wspomnień, choć zajmował wybitne stanowiska w Sowietach, w ostatnich czasach na terenie zagranicznym (od r. 1922 był dyrektorem „Arkosu” w Londynie), pozostał, wraz z ambasadorem Krasinem „klasycznym bolszewikiem”, uważającym rządy Lenina za szaleństwo utopisty, wiodące Rosję w przepaść.

Bez sumarycznego wyjaśnienia terminów: „mienszewik”, „bolszewik” i „maksymalista” z epoki przedrewolucyjnej byłaby zupełnie niezrozumiała scena, jaka się rozegrała w mieszkaniu Sołomona w Brukseli, jaskrawo ilustrująca różnicę między Leninem z r. 1908 a Leninem z r. 1917 i później, podkreślająca jego urągliwy, szyderczy stosunek do ideałów, które w dziewięć lat potem z nieznaną w dziejach bezwzględnością zaczął wcielać w życie jako twórca Z. S. S. R.

Lenin, według świadectwa autora wspomnień, był w dyskusji przeciwnikiem odpychającym: jego nieznosząca sprzeciwu natura despoty lubowała się w miażdżącem szyderstwie gdy przeciwnik wyraźnie był słaby; gdy natknął się na takiego, którego trudno było sterroryzować, pienił się z wściekłości; tatarskie wąskie oczy przyszłego dyktatora nabierały wtedy wyrazu okrucieństwa, widać w nich było chęć usunięcia ze swej drogi śmiałka, który pozwalał sobie oponować mu; doszedłszy do władzy, zamykał dyskusję groźbą oddania takiego „towarzysza” w ręce Czrezwyczajki i tem wymuszał posłuch.

Przebywając chwilowo w Brukselli jako delegat z Rosji, poznał u Sołomona 18-letniego młodzieńca z grupy maksymalistów, onieśmielonego ważnością osoby Lenina w partji. Przywitał go pewnego dnia w ten sposób:

– A, towarzysz Sania? No, cóż tam słychać z maksymalizmem? Czy prędko nam dacie ustrój socjalistyczny? a przy okazji i królestwo Boże na ziemi? Czasby towarzyszu, czas, boć już dusza wyschła z oczekiwania…

Ów Sania – opowiada Sołomon – zbladł i poczerwieniał na to przywitanie znakomitości partyjnej i zmieszany, zaczął coś bąkać, coraz bardziej się plącząc.

Gospodarz starał się żartobliwie zasłonić go przed Leninem, ale ten, swym zwyczajem, napadł ostro na młodzieńca: „Nie rozumiem ludzi, zupełnie nie rozumiem jak mądry człowiek – a spodziewam się, mam zaszczyt z takim mówić, – może pieścić marzenia i nietylko marzenia, lecz i ryzykować i pracować w imię niezwłocznego wprowadzenia integralnego socjalizmu? Jakie pan ma do tego podstawy?… tylko proszę mi tutaj nie wyjeżdżać z żadnemi utopjami – to, miły człowieczku, na nic… No słucham, z głębokiem (podkreślił sarkastycznie) zainteresowaniem”.

Bezbronny „maksymalista” zaczął coś bąkać o konkurencji i koncentracji kapitału, narzędzi produkcji – słowem, że nastał moment ostatecznego wywłaszczenia.

Leader bolszewików osypał go wówczas gradem jadowitych drwin, przeplatanych bezpardonową krytyką programu, który potem sam wziął za podstawę ustroju komunistycznego. Padły wówczas z ust Lenina m. in. takie słowa: „Trzeba posiadać zaiste genjalnie tępy łeb, żeby wierzyć w natychmiastowy socjalizm… Ha. ha, ha!” Mówiąc o tych „nieziszczalnych marzeniach”, powiedział ni mniej ni więcej, tylko: „I biada byłaby nam, nam i całemu światu, gdyby drogą jakiejś bezmyślnej awantury Rosja czy jakikolwiek, bodaj najbardziej na nasze czasy cywilizowany naród był wtrącony (wwiergnut) w ustrój socjalistyczny, we współczesnej nam epoce! Stałoby się to klęską, klęską wszechświatową, po której ludzkość nie przyszłaby do siebie w ciągu stuleci!” I zaleca młodzieńcowi-maksymaliście pamiętać słowa „niegłupiego, bądź co bądź, Chrystusa” o tych, co uwodzą maluczkich. „A co to jest lud, tłum?! – dodaje – to właśnie ci „maluczcy”, o których on mówił!… To uwodzenie jest zbrodnią wobec całego świata, wobec całej ludzkości! Tak!” Wyjaśniając taką postawę ze stanowiska socjalisty, tłumaczy młodemu towarzyszowi, że zapalanie się do wszelkich idej komunizmu, kolektywizmu (Lenin nie użył wtedy ani razu tych słów, zastępując je terminami bardziej specjalnemi: furieryzmu, prudonizmu i ouenizmu) prowadzi do reakcji bez wyjścia, do zatraty w niej zdrowej samej w sobie idei socjalizmu. Z jaką ironją nicuje rzekome przeżycie się demokracji, parlamentaryzmu, burżuazji! „A więc – szydzi -precz z parlamentami całego świata, z najstarszym z nich, angielskim włącznie! Precz … No, a co pan nam proponuje wzamian za te „przeżyte” instytucje? Toć pan, oczywiście, jako ortodoksyjny maksymalista, uważa, że i światowa – o rosyjskiej,, naturalnie nawet mówić nie chcemy – burżuazja spełniła swą misję historyczną, a więc precz i z nią?… Tak przecie?”

– No tak – nieśmiało mruknął młody człowiek.

Lenin, socjalista – dialektyk jak sam siebie wtedy nazwał, motywując swój wrogi stosunek do maksymalizmu, parsknął na to ostrym, złym śmiechem.

A w dziewięć lat potem?

Kiedy zaraz w pierwszych dniach rewolucji październikowej „towarzysz” Sołomon, dotknięty dyktatorskim tonem „towarzysza” Lenina, jego „niedorzecznem samodierżawnem generalstwem”, – jak się wyraża, – przypomniał mu ową brukselską rozmowę z maksymalistą Sanią, usłyszał brutalną odpowiedź: „Niech pan sobie dobrze zapamięta moje słowa, niech je pan sobie zakarbuje na nosie, na szczęście dość u pana solidnym… ten Lenin, którego pan znał przed dziesięciu laty, już nie istnieje”.

*

Jeżeli wierzyć zapewnieniom „klasycznego bolszewika”, Sołomona, Lenin przed śmiercią uprzytamniał sobie coraz jaśniej, do czego prowadzi jego własny maksymalizm, „leninizm”. I przygotowywał lud i przywódców partji komunistycznej do konieczności skierowania steru na prawo. Ale „apostołowie”, znieprawieni jego nauką buntowali się w duchu przeciw swemu mistrzowi.

Czerwony car umierał, „męcząc się wątpliwościami i przerażeniem, że dziedzictwo przejdzie do Stalina, do Trockiego”. Obydwoma pretendentami jakoby głęboko gardził. Podczas jednego z coraz rzadszych przebłysków jasności umysłu sporządził swój testament polityczny.

Umarł.

Testament znikł. Fama głosi, że ukrył go zwycięzca w walce o tron czerwonej Rosji, syn tyfliskiego szewca, Józef Dżugaszwili, któremu pono sam Lenin dał przezwisko Stalin.

Wacław Rogowicz.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close