JERZY WYSZOMIRSKI

Miasto kontrastów

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Turysta, przybywający po raz pierwszy do Wilna, trafia odrazu – zwłaszcza gdy jest uczestnikiem wycieczki – w ręce członków rozmaitych komitetów i towarzystw, które zajmują się t. zw. organizowaniem. Ludzi tych cechuje miłość do rodzinnego miasta, zapał i serdeczna, iście staropolska gościnność: „wielkie domy zagranicą… u nas domy się nie świecą, lecz o kącik nie tak trudno”. Ten kącik znajdzie zawsze turysta: czy to w „schronisku wycieczkowem” przy ul. Dominikańskiej, czy gdzieś u księży-misjonarzy albo u panien wizytek. Świeża pościel na sianku, lavabo w podwórku – ale grunt, że serce na dłoni i słońce w oczach.

Wilno - widok ogólny (www.polona.pl)

Wilno – widok ogólny (www.polona.pl)

Potem zaczną turystę oprowadzać. Mamy w Wilnie kilku speców od przeszłości i zabytków: obkuci dobrze od Mendoga po klasycyzm Gucewicza, wypuszczą oni z rąk przybysza dopiero wówczas gdy sam im ucieknie. Będą go wodzili: oto Ostra Brama, do której inwokację mamy w „Panu Tadeuszu”; tuż obok klasztor bazyljanów z celą Konrada, gdzie mieści się obecnie związek literatów i gimnazjum białoruskie; oto kościół św. Anny, „mylnie podawany przez niektórych badaczów za zabytek XIV w., gdyż wzniesiony został w r. 1502 w stylu późnego gotyku”; o nim nie powiedział Napoleon, że chciałby go przenieść na dłoni do Paryża; na prawo od niego kościół bernardynów z grobem siedmioletniego Szymona Kierelisa, „ofiary mordu rytualnego” w r. 1592; oto św. Michał, a w jego podziemiach szczątki Doroty Siedleszczyńskiej „umęczonej przez dzicz moskiewską” w r. 1655; oto św. Piotr i Paweł na Antokolu, o którym wiemy, że jest najpiękniejszym okazem baroku w Polsce; pod jego progiem spoczywa fundator – hetman Michał Pac, który kazał położyć na swym grobie napis: „Hic iacet peccator”. Na frontonie kościoła widzimy łacińską apostrofę „Regina pacis funda nos in pace” („Królowo pokoju, umacniaj nas w pokoju”). Jest to, powiedzą nam, barokowa gra słów, uwieczniająca fundację peccatora Paca… Oto wreszcie bazylika wileńska, rozłożysty gmach, owoc klasycyzmu Gucewicza z końca XVIII w., przytłoczony na tympanonie trzema wielkiemi i brzydkiemi figurami świętych: wykonane są z drzewa, obitego blachą; blachę obciągnięto siatką drucianą, na siatkę rzucono tynk. Napróżno esteci wileńscy pragnęliby zburzyć te szpetne figury, zmniejszające zresztą optycznie skalę sześciokolumnowego portyku. „My przywykli” – odpowiada ludność. I z tą samą skłonnością do przywykania patrzy już czwarty rok, jak dokoła bazyliki sterczą drewniane płoty i rusztowania: nazywa się to w Wilnie „akcją ratowania” bazyliki, zachwianej w swych fundamentach przez powódź r. 1931. Powódź tę definjuje się tutaj jako „pamiętną”.

Turysta, prowadzony od kościoła do kościoła, może odnieść wrażenie, że Wilno jest miastem kościołów, jak Moskwa była niegdyś miastem cerkwi. Niesposób jednak utrzymywać tego o Wilnie: posiada ono tylko 28 kościołów katolickich, 10 cerkwi, dwa kościoły protestanckie, dwie zaledwie synagogi, jeden meczet drewniany i jedną karaimską kinessę. Jak na dwustotysiączne miasto – niewiele.

Spece od przeszłości i zabytków Wilna powiodą następnie turystę na szczyt góry Zamkowej – jakieś sześćdziesiąt metrów nad poziom Wilji – i zalecą podziwiać stąd panoramę miasta, jako że niemasz piękniejszego położenia na świecie: „Oto rozkłada się ono u stóp widza niczem olbrzymia misa, wypełniona klejnotami, obramowana siną smugą lasów, przecięta zygzakiem Wilji – naszych strumieni rodzicy; oto upajająca wzrok harmonja dachów, których czerwień dachówczaną spatynowały wieki”. Mało tego, powiedzą: „Piękno naszego Wilna nie kończy się na jego krajobrazie; ono się raczej od niego zaczyna i snuje dalej swój czar w bryłach i szczegółach budynków, tworzących miasto. Ulice prastarego grodu w swych łagodnie kapryśnych zagięciach ukazują za każdym krokiem widoki gmachów, w których wypowiedział się nietylko ich cel użytkowy. W kształtach tych gmachów uwieczniły się pragnienia i tęsknoty ich twórców, umiłowanie bujności i wspaniałości życia lub surowa powaga rzeczy wiecznych; z murów tych przemawia do potomności duch narodu, mający w sobie wielkość i moc, szlachetność i łagodność; przemawia kamienną wymową i każe nam przeżywać wzruszenia wieków zamierzchłych a jednak sercu naszemu bliskich”. Dodadzą nakoniec, że nawet Niemcy – „nasz wróg odwieczny” – umieli odczuć wszystkie uroki Wilna: za czasów wielkiej wojny, gdy okupowali miasto, zajęli się zbadaniem jego zabytków i wydali o niem entuzjastyczne książki, w których nazwali je „eine vergessene Kunststätte”. Tak będą mówili turyście spece od Wilna, aczkolwiek niema na świecie miasta starego, w którem nie uwieczniłyby się tęsknoty i wzruszenia czasów minionych, budzące oddźwięk w każdem sercu czującem; aczkolwiek i my przecie umiemy zachwycić się pięknem Drezna czy Norymbergi.

*

Turysta, przybywający po raz pierwszy do Wilna, niech unika speców komitetowych, jak unika się guidów na Foro Romano czy na placu przed Notre Dame. Wysiadłszy na dworcu wileńskim, niech w kiosku „Ruchu” kupi (jeśli tam mają) przewodnik po mieście. Jedynym bodaj jest przewodnik Juljusza Kłosa, zmarłego przed dwoma laty profesora architektury na Uniwersytecie Stefana Batorego. Ostatnie jego wydanie, „przerobione i uzupełnione”, datuje się z r. 1929. Spowodu kryzysu cenę obniżono ze zł. 7. – na 4.50. Przewodnik jest dobry, szczegółowy i wyczerpujący. Różni się jednak znacznie od podobnego typu przewodników zagranicznych – popularnych np. „Guides bleus” albo „Reiseführerów” Griebena, cierpi bowiem na zupełny brak wiadomości praktycznych, życiowych: Wilno, to miasto Mickiewicza, a więc romantyzmu.

Napróżno szukałby w nim turysta wskazówek, dotyczących, dajmy na to, „Verpflegung”: hoteli, pensjonatów, restauracyj, kawiarni, cukierni… Nie znajdzie żadnej informacji o tem, czy który zakład gastronomiczny słynie z jakiej spécialité; czy i gdzie dostać można specjał regjonalny – smakowite kołduny; nie dowie się, ile wynosi taksa samochodowa i dorożkarska: jaki jest rozkład autobusów miejskich i podmiejskich; ile mamy teatrów i kinematografów; gdzie i kiedy odbywają się koncerty; czy warto zwiedzić jakie muzea i bibljoteki; czy można nakoniec znaleźć sympatyczny lokal, choćby w rodzaju krakowskiej „Esplanady”, gdzie po trudzie zwiedzania spędziłby znużony turysta parę przyjemnych godzin. Napróżno pytałby turysta kogoś z przechodniów o wyżej wyliczone objawy życia powszedniego; wątpię, czy nawet posterunkowy, z chorągiewką łotewską albo litewską na lewem ramieniu, udzieli dostatecznych w tej mierze wyjaśnień. A to nietylko dlatego, że przeciętny wilnianin słabo orjentuje się w tajnikach swego miasta, ale i dlatego, że te szczegóły życia codziennego w Wilnie są bardzo nieuchwytne, nieskonkretyzowane, niekiedy zgoła nieistniejące. Mamy np. w Wilnie muzeum sztuki współczesnej w Pałacu Rzeczypospolitej, ale nikt nigdy nie wie, kiedy ono bywa otwarte. Mamy muzeum i bibljotekę Tow. Przyjaciół Nauk, trzeba jednak osobiście wlec się na ulicę Lelewela, aby przekonać się, że Towarzystwo jest właśnie zamknięte.

*

Toteż najgłębszą rozkoszą turysty będzie jeśli na własną rękę i na chybił-trafił rozpocznie w Wilnie poszukiwania. Dozna niewątpliwie najsprzeczniejszych uczuć, zależnie od swej indywidualności, kultury, smaku, wykształcenia i tolerancji. Będzie zachwycał się i oburzał, wzruszał i czarował; stanie oszołomiony niespodziewanym widokiem krzywych zaułków i zdumieje się ich niechlujstwem; porwie go strzelistość białych wież misjonarzy, oglądana z Safjanik, i smutek wzbudzi w nim zaniedbanie i brud podwórek żydowskich. Powie być może, że Wilno jest miastem kontrastów. Istotnie. Oto, na rogu Trockiej i Zawalnej dawny pałac klasycystyczny Tyszkiewiczów, z balkonem podpartym karjatydami. Pospólstwo dało mu nazwę „Pod Bałwanami”. Dziś mieści się tu szkoła żydowska. Chodźmy dalej Zawalną, która stanowi jedną z głównych arteryj miasta, wiodących do dworca. To śródmieście. Dziesięć minut od Zawalnej, i – znajdziemy się w zaułku Kozim. Idzie się tam ulicą Nowogródzką: z jednej jej strony mamy Instytut im. Jędrzeja Śniadeckiego, ognisko wiedzy eksperymentalnej, gmach prosektorjów i laboratorjów -z drugiej ciągnie się „campo caprino”: pole kóz, skaczących między zarośniętemi zwaliskami domów. A sam zaułek Kozi? Widać z niego kopuły cerkwi Romanowych odarte ze złota. Na pierwszym planie przysłania wzrok czteropiętrowa Corbusierowa kamienica. Dokoła niej kartoflane pole. O parę kroków – kamień kalwina Szymona Konarskiego. A w zaułku Kozim niema nawet bruku: gruba warstwa szarego pyłu. Istotnie, kontrasty. Nie są one tylko zewnętrzne: sięgają głęboko w historję miasta i tkwią w psychice jego różnorodnych narodowościowo mieszkańców. Polacy, Żydzi, Białorusini, Litwini, Rosjanie prawosławni i staroobrzędowcy, Tatarzy, Karaimi – wszystkie te różne elementy, rozmaicie żyjąc od wieków ze sobą, stworzyły to dziwne miasto, które nazywa się Wilnem.

*

Cudzoziemców, zwiedzających Wilno, uderza zazwyczaj jego orjentalizm, ściślej: pierwiastki wschodnie, wtopione w kulturę Zachodu. Pamiętam pewnego Francuza, którego oczarowały cerkwie wileńskie. Nie mógł odejść od cerkwi na Zwierzyńcu i długo przyglądał się cerkwi na Pohulance. Te dwie cerkwie silniej wstrząsnęły nim niż barok św. Piotra i Pawła, gotyk św. Anny czy arkadowy dziedziniec uniwersytetu. Cudzoziemiec był katolikiem. Dlaczego stawał w zachwycie przed cerkwią a dość pobieżnie oglądał kościoły? Prawdopodobnie z tego powodu, że widział dużo kościołów w swojej ojczyźnie, bogatszych nawet i starszych od wileńskich. A takich orientalnych cerkwi, w takim stylu, – cudzoziemiec ten nie widział. Pragniemy przecie nowych i świeżych wrażeń.

Pragnieniem tem tłumaczy się również zainteresowanie się cudzoziemców ghettem wileńskiem: są to osobliwości, których u siebie nie mają – ta specyficzna dzielnica, opasana trzema ulicami: Wielką, Niemiecką i Dominikańską. Leży pomiędzy niemi cały labirynt wąskich i ciasnych zaułków, splątany i powyginany, połączony niezliczonemi przejściami w odwiecznych, posępnych podwórkach.

*

Mieszka w Wilnie dwóch rdzennie tutejszych artystów, o szerokiej przecież kulturze europejskiej: malarz Bronisław Jamontt i grafik Jerzy Hoppen. Ich kontrastowa twórczość najpełniej i najwyraźniej obejmuje Wilno.

Obrazy Jamontta są kręte, zawite i pogmatwane, jak zaułki ghetta wileńskiego, jak tutejsze dziedzińczyki i podwórka, jak bruki wileńskich uliczek. Kontrastują na nich ponure cienie z jasnemi plamami światła, jak w zaułkach naszych, gdy słońce z trudem wdziera się w ich zygzakowate wąwozy. Jeśli na tych obrazach zjawia się postać ludzka, jest nią zwykle stary Żyd lub nędzna przekupka: tacy bowiem ludzie żyją w tych zaułkach, ciemnych i starych, związanych, wzmocnionych wieloma arkadami. Starość, pleśń, wilgoć, omszałość – urzekająca i tajemnicza. Oto jedno oblicze Wilna.

 

Inne – pociąga Hoppena: Wilno XVII w., barokowe, pańskie i wspaniałe, Wilno pysznych kościołów i pałaców, ambitne, dumne i potężne. Te kościoły i pałace pozostały po dziś dzień; niema tylko ludzi o skali ówczesnych – Lwów Sapiehów, Paców, Ostrowskich, Chodkiewiczów i Słuszków. Ich rozmach i temperament znalazł ujście we wznoszeniu monumentalnych, odurzających dekoracyjnością budowli.

Takie są dwa kontrastowe oblicza dawnego Wilna, które ukazuje się co krok ciekawemu turyście, gdy rozpocznie wędrówkę po mieście. Odnajdziemy trzecie jeszcze – współczesność. Jest ona zapewne taka sama jak wszędzie, z tem tylko, że dużo mniej wygodna i komfortowa, niż na zachodzie Polski, niż dalej jeszcze – na zachodzie Europy.

*

Starzy wilnianie – trzeba ich nazwać z rosyjska po tutejszemu „starożyły” – lubią wspominać dawne, t. z. przedwojenne, czasy. Wówczas podobno życie było dostatnie i niefrasobliwe. Ludzie mieli dużo pieniędzy. Po ulicach chodzili oficerowie gwardji. Ziemiaństwo opływało w bogactwo. U Szumana (to ten słynny kabaret, po którym śladu nie zostało) przyrządzano szampańskie wanny i kąpano w nich szansonetki (takie melodyjne miano nosiły wówczas te panie), a kelnerom dawano napiwki sturublówkam. Bo Wilno było wówczas stolicą wielkiego kraju: po Kowno, Witebsk, Mińsk i Mohylów sięgały jego kulturalne i ekonomiczne wpływy.

Dziś jest inaczej. Nikt z młodych nie pamięta Szumana. O Wilnie powiadają, że brak mu oddechu, bo odcięto je od tamtych ziem, bo znalazło się jak worku. „Chodu nima” – mówiąc po tutejszemu. W samej rzeczy: Wilno dzisiejsze raczej smutne i przyciszone. I z trudem dźwiga brzemię swej świetnej przeszłości, której kamienne milczenie przemawia mocno do każdego wrażliwego turysty.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close