Moja podróż do Rosji (cz. 7)
SĘDZIOWIE I SĄDZENI

ROZMOWA Z PUDOWKINEM

W dawnej restauracji „Jar” jest teraz wytwórnia kinematograficzna. Gdy zajeżdżamy, przed dom wysypuje się tłum statystów. Widocznie jest przerwa w zdjęciach. Mam się tu spotkać z Pudowkinem, największym reżyserem sowieckim, z genjalnym twórcą „Burzy nad Azją”. Pudowkin kręci teraz nowy film p. t. „Tiepłochod Piatiletka”. Film dzieje się w Rosji, i tłum stojący przed wytwórnią jest ucharakteryzowany właśnie na tłum moskiewski. Statyści stoją na ulicy, i łatwo można porównać, jak wygląda prawdziwy tłum i jak wyglądają pokazowe manekiny robotników sowieckich. Statyści ucharakteryzowani są na dobrze ubranych. Wszyscy mają czapki i bluzy robotnicze, większość ma długie buty. Stoją przypudrowani na fioletowo w słońcu ulicy moskiewskiej a obok stoi prawdziwy tłum ludzi bosych, brudnych i oberwanych i przygląda się statystom. Te dwa tłumy, to dwie prawdy o życiu sowieckiej ulicy. I kto wie, która z tych prawd jest ważniejsza: czy ta, którą ujawnia nam reflektor kinematografu, czy prawda druga, którą okazuje łagodne i obojętne słońce moskiewskie.

Dowiaduję się, że Pudowkin wyjechał już do domu i że tam na mnie czeka. Nie bez ciekawości pukam do dość odrapanych drzwi. Nie zanosi się na to, żeby mieszkanie wielkiego reżysera miało oranżerję i basen. Nie prowadzi mnie przez amifiladę pokoi wygalowany lokaj. Otwiera mi drzwi sam gospodarz. Pokoik, nie oddzielony od klatki schodowej niczem prócz drzwi, podzielony jest drewnianem przepierzeniem. Pudowkin ma twarz pełną ekspresji. Znamy go zresztą z filmu „Żywy trup”, w którym Pudowkin grał w Berlinie. Sposób wyrażania się wielkiego reżysera przypomina rzucanie ręcznych granatów. Słowa pędzą ze świstem i wybuchają przy końcu zdania. Opowiada mi treść swego nowego filmu, ale prosi o dyskrecję, bo wiele może jeszcze ulec zmianie. Dlaczego mi więc o tem mówi? Prawdopodobnie dlatego, że nie może mówić o czem innem. Pyta mnie o kino polskie, jakie są nasze filmy? W pewnem miejscu braknie mi dość ostrego i dosadnego rosyjskiego słowa. Nie pamiętam, czy chodziło o słowo „szmira”, czy o słowo „tandeta”.

– Niech pan mówi po polsku – wtrąca z uśmiechem Pudowkin. Okazuje się, że zna on świetnie język polski, bo spędził parę lat w obozie jeńców, w jednym baraku z Polakami. Przypomina mi to pozdrowienia, które przywiozłem dla niego z Warszawy. Wieloletni towarzysz jego z obozu jeńców, inżynier Raue, którego poznałem w pewnym bardzo zaprzyjaźnionym domu w Warszawie, polecił mi, jeśli znajdę gdzie w Rosji „Pudię”, serdecznie go pozdrowić. Dawny jeniec wojenny Pudowkin jest dziś jednym z największych artystów współczesnych. Mówi mi o metodzie i środkach swej pracy. Nie umie robić cudzego scenarjuszia. Musi fabułę sam przebudować i nagiąć do wizyj czysto plastycznych. Scenarjusz może mu dać tylko temat i podnietę. Rząd sowiecki nie skąpi pieniędzy na film. Nakręcanie „Burzy nad Azją” kosztowało olbrzymie sumy, i praca łącznie z montażem trwała prawie cały rok. Mówimy po polsku, ale krępuje mnie to ze względu na asystującego nam operatora, który pewnie nie rozumie po polsku. Proszę go więc o wybaczenie.

– Może pan mówić, bo ja w Polsce urodzony – odzywa się po polsku. – Proszę pana, czy w Warszawie są jeszcze biała kawa i „ciastki”? A restauracja Lijewskiego otwarta?

Okazuje się, że znakomity operator jest synem jakiegoś urzędnika czy może policjanta rosyjskiego z Warszawy i że tu się urodził i spędził dzieciństwo.

Pudowkin wiele pracy poświęca teraz stronie dźwiękowej filmu. Nie uważa obecnego poziomu udźwiękowienia filmów rosyjskich za wystarczający. Żegnam się i wychodzę z uczuciem podziwu dla wielkiego reżysera. Bije od niego rozmach, talent i zadowolenie z pracy. Przy wyjściu operator zagaduje mnie raz jeszcze.

– A sznycle wiedeńskie jest? A panieńki w alei chodzą?

Uspokajam go, że nic się u nas na szczęście nie zmieniło pod względem sznycli, choć, niestety, prócz sznycli niewiele wogóle mamy.

Spotkanie z Pudowkinem wywarło na mnie wrażenie bardzo dodatnie. Rozmowy podobne są, niestety, dość rzadkie w Sowietach. Przeważnie bolszewicy mają dziecinny zwyczaj wychwalania wszystkiego co sowieckie i nawet przypisywania sobie rzeczy nie istniejących albo też istniejących już oddawna. Dama, „oprowadzająca” mnie przez pierwsze dni pobytu w Moskwie, była pod tym względem wielce zachłanna. Kiedyś przejeżdżałem z towarzyszką Bronstejn koło „Oktiabrskawo wokzała” i spytałem co to za gmach.

– To jeden z naszych dworców kolejowych.

– Imponująca budowla, – powiedziałem, – można wam powinszować. Czy dużo podobnych dworców wybudowaliście w Rosji?

Wiedziałem dobrze, że mówimy o starym dworcu z czasów carskich. Miałem nadzieję, że towarzyszka Bronstejn lojalnie wytłumaczy mi, że dworzec ten nie jest zasługą nowego ustroju. Djabła łam! Połknęła ten dworzec i wszystkie inne dworce moskiewskie. Podrażniany nieco tym żarłocznym apetytem, spytałem z wschodnią chytrością, czy bolszewicy wybudowali kolej przez całą Rosję i czy można przejechać koleją całą Syberję aż do Pacyfiku.

– Oczywiście, – odpowiedziała z dumą, – mamy bezpośrednie połączenie Moskwy z Władywostokiem, a obecnie wybudowaliśmy słynną linję kolejową „Turksib”.

Linję tę istotnie wybudowali bolszewicy, ale kolej transsyberyjska jest dostatecznie znana z przed rewolucji i nie było powodu przemilczać, że wybudował ją rząd carski. Są to, oczywiście, drobne naiwnostki, ale obrazują one cały urzędowy ton propagandy sowieckiej.

Mam wrażenie, że gdybym się spytał, czy zorza borealna istnieje oddawna, próbowanoby mi wmówić, że jest to zdobycz zwycięskiej rewolucji październikowej.

DLACZEGO NIE PISZĘ O PIATILETCE?

Czytelnik może być zdziwiony, że piszę o wszystkiem, tylko nie o tem co nazewnątrz reklamowane jest jako rzecz najważniejsza, t. zn. o piatiletce. Nie mówię nic o bawełnie sowieckiej zagrażającej Stanom Zejdnoczonym, nie opisuję Magnitogorsków, Stalingradów, Dnieprostrojów i t. d. Ale przecież to wszystko co mógłbym napisać na temat uprzemysłowienia Rosji byłoby z konieczności czerpane z drugiej ręki i taki elaborat kompilacyjny na temat kolektywizacji wsi, handlu sowieckiego albo znaczenia Turksibu nie przedstawiałby wartości dla czytelnika. Podziwiam beztroskę literatów którzy wpadają w łatwą kokieterję operowania danemi statystycznemi i faktami niedokładnie im znanemi. Gdybym chciał uczciwie oświetlić samą tylko sprawę nafty sowieckiej, musiałbym poświęcić temu całą piatiletkę mego życia, a nie mam pewności, czy do tego czasu nafta wogóle nie stanie się czemś nie znaczącem i mało ważnem. Myślę, że w oczach ludzkich odbijają się i traktory, i nafta i sól. Same fabryki i maszyny nie są w Rosji niczem nowem. Niema tam ani w części tej twórczej pracy techniki, jaka jest w Niemczech albo Ameryce. Maszyny są sprowadzane z Ameryki. Kierują niemi amerykańscy spece. Nawet chluba Sowietów, Dnieprostroj, jest dziełem Amerykanina Coopera. Piatiletek technicznych na świecie było wiele. Tempo „rozbudowy” przemysłowej Rosji było już podobno przed wojną ogromne a Stany Zjednoczone, reprezentowane w r. 1900 na wszechświatowej wystawie w Paryżu przez wigwamy ze skórami, po latach czternastu były największą potęgą przemysłową świata. Rosja w technice nie jest twórcza. Chwalebny pęd cywilizacyjny nie wsławił się wielkiemi zdobyczami. Narazie chodzi o to, żeby dogonić Zachód, korzystając ze zdobyczy Zachodu. Jakie będą skutki tego uprzemysłowienia szóstej części świata, trudno mi jest wyrokować a nawet wróżyć. Parę dni temu zwrócił się do mnie pewien dziennikarz łódzki z prośbą o wywiad. Gdy tłumaczyłem mu, że wszystko co wiem o Rosji piszę w swoich artykułach i nie mam nic prywatnie do wyjawienia, zwierzył mi się, że chodzi mu o syntezę. Kazałem mu przyjść za dwadzieścia lat, ale mam wrażenie, że wtedy naznaczę mu nowych lat czterdzieści. Mnie przedewszystkiem i jedynie interesuje, jak eksperymenty sowieckie odbijają się na człowieku. Nigdy w dziejach świata nie umieszczono człowieka w takiej temperaturze i pod takiem ciśnieniem, i dlatego ciekawe są tu nawet kalectwa psychiczne. Przemysł sam w sobie nie jest tu ani twórczy ani interesujący.

Zajmująca jest tylko sprawa, przez kogo i dla kogo jest budowany, bo takie same budynki fabryczne, jakie buduje teraz Rosja, stoją o paręset kilometrów na zachód w Niemczech puste i bezczynne. Ponieważ bardzo mnie obchodzi, z jakich części składa się człowiek w Rosji, jak się go montuje, oliwi i odżywia, jak ta maszyna myśli i jak się czuje, wolę mówić z tokarzem niż oglądać z Niemiec sprowadzoną tokarnię. Dlatego, gdy mi proponowano zwiedzenie wystawy traktorów fabrykacji sowieckiej, wolałem pójść do sądu i przysłuchiwać się sprawom przed trybunałem wymierzającym doraźną sprawiedliwość.

SĄD

Każde miasto ma miejsca gdzie najłatwiej jest podejrzeć prawdę, są szpary pozwalające przeniknąć przez mury ponurych domów, ukrywających w ciasnych klatkach cierpienia i nadzieje ludzkie. Sąd jest właśnie takiem miejscem ogromnie cennem dla obserwatora. Po raz pierwszy do sądu na moje żądanie zaprowadziła mnie towarzyszka Bronstejn. Zaglądaliśmy do paru sal, aż wreszcie moja opiekunka wybrała jakiś odpowiedni proces. Była to sprawa mieszkaniowa. Podobno osiemdziesiąt procent spraw w Moskwie są to sprawy o eksmisje i zatargi na tle współżycia paru ludzi w jednym pokoju czy też paru rodzin w jednem mieszkaniu.

W Sowietach są adwokaci zawodowi. Oskarżony zwraca się do związku, i związek wyznacza obrońcę. Jest to więc rodzaj obrony z urzędu. Podobny stan rzeczy wydaje mi się bardziej moralny od panującego u nas. Wielki defraudant ma u nas zawsze wielkiego adwokata, wielki złodziej jeszcze większego obrońcę. Pieniądze zdobyte oszustwem lub zbrodnią idą często na to, aby sąd dzięki krętactwom biegłego obrońcy nie mógł sobie wyrobić prawdziwego obrazu przestępstwa. Przy systemie obrony z urzędu, zwłaszcza w sprawach cywilnych, obie strony mają te same szanse. Można dostać adwokata idjotę albo znakomitego obrońcę. Jest to coś w rodzaju losowania, i myślę, że przypadek jest moralniejszy od wpływu pieniądza na wymiar sprawiedliwości. Pytam się towarzyszki Bronstejn co się dzieje gdy oskarżony zwraca się do związku obrońców i prosi o jakiegoś specjalnego adwokata.

– Oczywiście, może to uzyskać, ale są adwokaci bardziej wzięci, i związek bierze za nich większe honorarja.

Znaczy to poprostu, że nic się prawie nie zmieniło. Kto ma więcej pieniędzy w Rosji sowieckiej, ten ma korzystniejszy dla siebie „wymiar sprawiedliwości”, o ile oczywiście dobry adwokat może coś poradzić. No tak. Ale przecież wyroki w sprawie krzywd i niesprawiedliwości, jakich doznaje człowiek, padają nie z ust urzędników zależnych od władzy, nie z ust rutynistów sędziów, ale z ust towarzyszy proletariackich. „Sędziami wówczas będziem my!” Lud sam siebie sądzi. Tylko że ten lud nie jest czemś jednolitem i nie każdy obywatel jest równy w obliczu prawa. W sądzie sowieckim można się spotkać z wiele znaczącą egidą: „Sąd służy obronie interesów proletarjatu”. Temida sowiecka nie jest ślepa. Ma ona otwarte jedno oko. Oko lewe. Pochodzenie klasowe stron ma wpływ na wyrok sądu. Jak dawniej zeznanie generała w orderach więcej moralnie znaczyło od zeznania chłopa czy robotnika, tak dziś świadek lub nawet oskarżony czy skarżący, gdy staje przed sądem z książeczką „sojuza”, śmiało patrzy w oczy sądzących towarzyszy.

Siadam w sali sądowej możliwie blisko stołu sędziowskiego i słucham uważnie. Sprawa toczy się o to, że w pokoju mieszka trzech mężczyzn. Jeden z nich występuje z powództwem. Żąda usunięcia młodego, chudego człowieka o zaczerwienionych oczach. Oskarża go o palenie światła w nocy, o krzyki, o to, że rozmawia sam ze sobą. Chudy młodzieniec mówi słabym głosem. Ledwie mogę go dosłyszeć. Tłumaczy, że przygotowuje się do egzaminów uniwersytetu wieczornego a w dzień pracuje w fabryce. Tłumaczy, że jest nerwowo chory. Przedstawia jakieś papiery. Po obu stronach występują adwokaci. Dwaj starsi już panowie, z których jeden jest w drewnianych trepkach na bosych nogach. Sąd składa się z trzech osób. Przewodniczący jest Żyd w binoklach, typowy student przedwojenny w rubaszce. Po lewej stronie siedzi kobieta, jakaś robotnica fabryczna w czerwonej chustce na głowie, po prawej – drab z kałmycką twarzą. Na sali panuje zaduch i nuda. Sprawa nerwowej choroby jednego z sublokatorów nie jest wogóle rozpatrywana. Gdyby nawet uznano to cierpienie, cóżby z tego wynikło? Miejsc w szpitalach dla nerwowych niema. Mówiono mi, że wszystkie zakłady są przepełnione i że pobyt tam jest gorszy niż w najstraszliwszem więzieniu. Badanie chorych w Rosji zawsze było traktowane przez władze dość niechlujnie. Ja osobiście, gdy stawałem z poboru do wojska rosyjskiego, byłem jako krótkowzroczny odesłany na badanie do szpitala rosyjskiego. Kazano mi tam leżeć w łóżku obok chorych na tyfus. Próżno tłumaczyłem, że nic mi nie jest i prosiłem dyżurnego feldfebla sanitarnego aby mi pozwolił wstać.

– Izwoltie, ja tolko blizorukij.

– Ty swołocz leżi.

To było wszystko, co mogłem usłyszeć. Sądzę, że niewiele się pod tym względem w Rosji zmieniło. Prosiłem parę razy o pozwolenie zwiedzenia moskiewskich szpitali, ale zwodzono mnie obietnicami. Znaleziono wkońcu w Moskwie jakąś dzielnicową lecznicę dla przychodzących chorych i wlazłem tam bezceremonjalnie. Zapachniało mi odrazu dawnym brudem rosyjskim, karbolem i onuczkami. W szafkach z narzędziami szyby były potłuczone i we wszystkich kątach pokoju leżały owinięte w gazety paczki, miotły, kubły i jakieś stare graty. W jednym kącie pokoju okulista sprawdzał wzrok przy pomocy tablic z literami, a o parę kroków w drugim kącie siedzieli ludzie z wrzodami i jakaś kobiecina z chorem dzieckiem.

Wydawaćby się mogło, że chory nerwowo młodzieniec nie powinien zostać w jednym pokoju z ludźmi zdrowymi, ale sąd po krótkiej naradzie wydaje wyrok pozwalający pozostać w pokoju choremu młodzieńcowi. Jest to proste umycie rąk. Sąd nie może nic pomóc żadnej ze stron. Sprawiedliwość jest tu bezradna jak lekarz u nędzarza chorego na gruźlicę. Lekarz mówi wtedy: musi się pan dobrze odżywiać. Tu sąd radzi lokatorom aby próbowali żyć w zgodzie.

Sąd nie robi wrażenia instytucji ożywionej nowym duchem. Niema tu tchnienia świeżości nowych form życia. Po brudnym gmachu włóczą się zastraszone chłopki z dziećmi przy piersiach, na ławkach w korytarzach wysiadują całemi godzinami jacyś senni ludzie. W ciasnych pokoikach ślęczą urzędnicy sądowi zarzuceni stosami papierów. Ma się wrażenie, że człowiek zagnany w tę pułapkę sądową jest tak samo bezradny i zdany na łaskę urzędników jak dawniej, a może nawet bardziej, niż w sądach carskich. Czas czekających nie ma tu dla nikogo znaczenia. Kłopoty czy cierpienia jednostki nie mają prawdziwej wagi. Jest w tem bagatelizowanie spraw doczesnych wobec wielkich nadziei budowania sprawiedliwości powszechnej. A może tylko brak zdolności ujmowania życia w ramy konstrukcji, brak zdolności organizacyjnych, bez których socjalizm może być równie nieznośny jak monarchja? W instytucjach sowieckich niema już gorączki pierwszych dni burzenia starego ładu, ale trudno mi dostrzec gorączkę budowania. Braki, które pomniejszają biologiczną wartość życia ludzkiego, uważa się tu już za zło konieczne. Z równą biernością czeka w korytarzu sądowym chłop, który przyjechał z zapadłej prowincji, jak inteligent w ogonku po naftę.

Na temat sądów rosyjskich słyszałem wiele rzeczy ponurych i okrutnych. Nie piszę o rozstrzeliwaniu ludzi bez sądu, o masowych egzekucjach dokonywanych przez jakiegoś zboczeńca seksualnego, o nagrodach, które wyznaczane są dla konwojentów na wyspach Sołowieckich. Opowiadano mi, że żołnierz za zabicie zbiega otrzymuje tam dziesięć rubli nagrody. Można sobie wyobrazić jakie moralne skutki ma takie premjowanie zabójstwa. Nie piszę o tych wszystkich sprawach jak o faktach, gdyż są to niesprawdzone pogłoski, mimo że to co widziałem w Sowietach usprawiedliwiałoby wiarę w możliwość takiego okrucieństwa. Nie trzeba się zakradać do podziemi domu na Łubiance aby spotkać się z twardym, mściwym wyrazem oczu człowieka sprawującego władzę. Kat z czrezwyczajki był upiorem rewolucji. Teraz upiorem jest znudzony urzędnik.

Widziałem takiego sędziego z papierosem w ustach na sprawie bandyckiej. Znając już drogę do sądu, wybrałem się tam sam i trafiłem na rozprawę przeciw trzem młodym chłopcom oskarżonym o napad na „kułaka”. Sala, w której odbywała się rozprawa, miała wygląd bardzo swoisty. Na czemś w rodzaju estrady stał fortepian. Na ścianach wisiały portrety Lenina i Stalina. Sala była ozdobiona czerwonemi afiszami, festonami z czerwonej bibułki i lampjonami. Widocznie wieczorem służyła za pokój klubowy albo też były to resztki po jakiemś partyjnem zebraniu. Zarówno sędzia jak oskarżeni i konwój palili papierosy. Żołnierze z bagnetami dozorujący oskarżonych skręcali sobie papierosy, używając zamiast bibułki kartek książki.

Sprawa była prosta. Dwóch chłopaków złapano na gorącym uczynku. Przyszli nocą do zamożnego chłopa i ograbili go. Zamożność tego chłopa była dość rzewna. Zabrali mu paczkę herbaty sowieckiej, parę bonów i kilkanaście rubli papierowych. Sprawa była prosta jeśli chodzi o dwu, których złapali. Trzeci twierdził, że był przypadkowo przed chałupą i że nie ma nic wspólnego z bandytami. Był jednak obcy we wsi i obecność jego wydała się podejrzana. Wszystkich trzech skazano jednakowo. Po dwa lata więzienia czyli domu przymusowej pracy. Sędzia z wyraźną niechęcią przysłuchiwał się uwagom adwokata próbującego wyodrębnić sprawę trzeciego oskarżonego. Był wyraźnie znudzony i zły na obrońcę. Poco to komplikować? W sprawie tej, kiedy na zapytanie sędziego jeden z oskarżonych odpowiedział, że przez ostatnie miesiące nigdzie nie pracował, sędzia ożywił się i rzekł energicznie:

– A czy wiecie, że już to jest przestępstwem?

Praca jest legitymacją wszędzie, nawet przed sądem. W samym wymiarze kary wzięto również pod uwagę pochodzenie klasowe stron. Oskarżeni byli z pochodzenia proletarjuszami. Napadnięty był znienawidzonym „kułakiem”. Jak mi mówiono, w wypadkach napadów na instytucje sowieckie stosuje się zawsze karę śmierci. Każda sprawa wchodząca w zakres przestępstwa politycznego ma ciężki i poważny charakter. Znane są wszystkim liczne procesy o sabotaż, wytaczane inżynierom i specom. Wymiar kary w przestępstwach kryminalnych jest bardzo łagodny w porównaniu z przestępstwami politycznemi. Motywy ideowe nie są okolicznością łagodzącą, wręcz przeciwnie, stanowią najgroźniejsze oskarżenie. Sądy sowieckie są łagodne wobec urodzonych przestępców. Wobec ludzi urodzonych w środowisku burżuazyjnem są nieubłagane. Przestępstwo wobec państwa jest dowodem nieuleczalnej zbrodniczości. Miałoby się ochotę popatrzeć zbliska w zimne, niebieskie oczy takich sędziów z Łubianki. Czy w oczach tych jest sama tylko nienawiść i okrucieństwo? Nie. Być może, jest tam jeszcze niecierpliwość wobec przeszkód stawianych na drodze socjalizmu, gniew wobec szkodnictwa niebezpiecznego w tak ważnej i trudnej dobie budowania nowego ulepszonego życia. Chociaż prawdopodobniejsze jest, że uczucia te żywią ludzie tworzący nowy ład i rządzący Rosją a nie urzędnicy, którzy traktują sąd i egzekucję jak swój chleb codzienny. W oczach tych sędziów, lękam się, znaleźć można nie okrucieństwo zwierzęce, ale coś gorszego: człowieczą nudę.

Poczucie bezpieczeństwa, tak potrzebne dla rozwoju duchowego jednostki, istnieje w Sowietach w małym stopniu. Wzajemne ustawiczne szpiegowanie się wnosi atmosferę nieufności wobec najbliższych ludzi. Przy tak niechlujnym aparacie sądowym i wyrokach administracyjnych każdy donos ma w sobie niebezpieczeństwo ostateczne. Spotkałem się ze zdaniem, że w Rosji boją się tylko ludzie, którzy nie mają czystego sumienia. Takie wyjaśnienie nie bardzo uspokaja. Tam gdzie jedyną zorganizowaną potęgą, sprawną i czujną, jest G. P. U., chaos panujący w innych dziedzinach życia naraża na wieczne niepokoje i niebezpieczeństwa. Nie wiem czy uczucie głodu jest straszniejsze od uczucia strachu. Przed uczuciem strachu ratuje nas brak wyobraźni i niechęć myślenia o niebezpieczeństwach, które czekają na nas i które sami zwiększamy własną wolą lub biernością. Za sceną naszego życia pracuje ukryta w kulisach wielka fabryka cierpień, które nas pewnego dnia nawiedzą. W czasie pracy naszej, zabawy czy odpoczynku, pełną parą pracują fabryki gromadząc gaz trujący dla naszych płuc i kule śmiertelne dla naszego ciała. Wśród wielu niebezpieczeństw, na które jesteśmy narażeni, żyjemy trochę jak lunatycy na gzymsach domu.

Rosjanie żyją w strachu przed własną władzą. Prócz niebezpieczeństw wojny, mniej groźnej dla ogromnych przestrzeni Rosji niż dla naszych stłoczonych w Europie miast, prócz niebezpieczeństwa głodu, ciągle jeszcze aktualnego w Rosji, żyją Rosjanie w ustawicznej, codziennej czujności. Żyją trochę jak żołnierze w okopach poza linją ognia, niepewni jednak czy noc nie przeniesie ich na pierwsze pozycje. Każdy dzwonek rozdzierający nocną ciszę może zwiastować rewizję i aresztowanie. Każde nieostrożne zdanie może być przyczyną dochodzenia. Człowiek zły ma środki, których dostarcza mu panujący w kraju terror. Narazić się komuś znaczy czasem to samo co narazić się państwu, bo aparat karzący działa za naciśnięciem byle sprężyny. Z drugiej zaś strony zrównanie poziomu życia osłabia niebezpieczeństwo. Niewiele może stracić człowiek, który nic nie ma. Wyroki śmierci stosuje się w Rosji przeważnie w sprawach większego rezonansu i wobec ludzi na wybitniejszych stanowiskach.

Zesłanie na wyspy Sołowieckie jest postrachem dla wielu, ale najpopularniejszy jest w Sowietach lęk o utratę pożywienia. Naskutek donosu czy jakiejś drobnej winy państwo może odebrać „pajok”. Państwo może dać obywatelowi „wołczij bilet”, może go zepchnąć w szeregi „liszeńców”. Państwo jest jedynym rozdzielcą pracy i pożywienia, i dlatego przestępstwo wobec państwa ma skutki fatalne. Dolę takich liszeńców łagodzi niedość sprężysta organizacja życia państwowego i ogromne rozmiary kraju. Wystarczy czasem wyjechać do innego miasta aby korzystać tam z wszelkich przywilejów proletarjusza. W krajach kapitalistycznych człowiek zrujnowany, staczając się do domu noclegowego, traci we własnem moralnem poczuciu. Do wszelkich innych strapień dochodzi jeszcze ciężar poniżenia. W Sowietach profesor uniwersytetu, wyrzucony z uczelni i związku jako podejrzany o sabotaż, może w szczęśliwym wypadku dostać się do fabryki w Magnitogorsku albo gdzieś na Syberji i awansować w ten sposób na najzaszczytniejsze miejsce fabrycznego proletariusza, dzięki czemu może mieć znowu władzę nad innymi profesorami. Jest to coś w rodzaju prawdziwych „montagnes russes”. W paru sztukach sowieckich spotkałem się z takim typem proletarjusza ukrywającego swe pochodzenie.

W Sowietach niemożliwa jest do pomyślenia burza jaka wybuchła z powodu sprawy Sacco i Vanzettiego, niemożliwy jest nawet rezonans morderstwa Matteottiego. Opinja nie jest zdolna do żadnych odruchów z wielu przyczyn. Przedewszystkiem państwo ma monopol na dostarczanie wiadomości. Niema ani prasy opozycyjnej ani niezależnej. Krzywda dokonana na jednostce przeważnie nie dochodzi do wiadomości ogółu. Odpowiedzialność za wszelkie wystąpienia przeciw sądom jest zbyt wielka, a nadewszystko ludzie są zbyt wymęczeni i zobojętniali na cudze nieszczęścia. Skazany niewinnie nie ma w Sowietach żadnej nadziei, że śmierć jego wywoła poruszenie czy protesty. Obojętność ta jest nieznośnym ciężarem. Sądzę, że trzeba będzie długich jeszcze lat aby w Rosji wróciło poszanowanie dla życia jednostki i groza wobec dokonanej krzywdy. A przecież tam właśnie, w kraju budującym nowe życie zbiorowe i oskarżającym zgniły kapitalizm świata, pragnąłem bardziej niż gdziekolwiek zobaczyć żywe, namiętne pragnienie sprawiedliwości. Przez długie dni prześladowało mnie w Moskwie wspomnienie oczu, które widziałem w Muzeum Rewolucji na fotografji z czasów głodu r. 1922. Były to oczy chłopa i chłopki skazanych na rozstrzelanie za zbrodnię ludożerstwa. Oczy te miały wyraz zupełnego spokoju i błogości.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close