Moja podróż do Rosji (cz. 8)
MILITARYZM, CZYLI NOC OSTATNIA

PARADA

Przejazd przez plac Czerwony jest zamknięty. Wpuszczają tylko za biletami, bo na placu odbywa się wielka parada „Fizkultury”. Wszystkie organizacje sportowe i przysposobienia wojskowego przedefilują przed Kremlem. W czasie mego pobytu w Moskwie w przeciągu paru tygodni plac Czerwony był zamknięty trzy razy. Z powodu pogrzebu wybitnego komunisty, z okazji defilady straży ogniowej i parady gimnastycznej. Trzeba wiedzieć, że zamknięcie komunikacji z Zamoskworeczjem i nieprzepuszczanie przez plac Czerwony wywołuje wielkie zamieszanie w mieście. Samochody muszą nakładać parę kilometrów drogi.

Przedzieram się przez tłum i okazuję bilet upoważniający do zajęcia miejsca na trybunach. Przy rogu ulicy jest wielki ścisk i konni policjanci nacierają na tłoczących się. Jakiś stary brodiaga, ledwie umknąwszy z pod konia, klnie z całą wspaniałą, odwieczną, tradycyjną, rosyjską potoczystością. Od setek lat narastały te soczyste słowa jak słoje drzewne. Nikt tak nie umie przeklinać jak Rosjanie, i jeśli przeklinanie przynosi człowiekowi ulgę, to obywatele sowieccy wiele mogą przetrzymać mając taką pociechę i osłodę swoich cierpień.

Wynieść ranę tłuczoną z pod kopyt koni policji rosyjskiej w dzisiejszej Moskwie nie byłoby rzeczą zaszczytną. Korzystając z chwilowego uspokojenia mieszkańców stolicy żądnych sensacji, przedzieram się przez kordon i znajduję swoje miejsce na trybunie. Cały plac zajęty jest przez organizacje sportowe. Dzień jest chłodny, więc chłopcy i dziewczęta w krótkich gimnastycznych spodenkach ziębną i trzęsą się wyraźnie. Czekamy dobre pół godziny na początek defilady. Nagle rozlega się szmer i spada deszcz oklasków. Za trybunami dla publiczności pod murami Kremlu idą w asyście zziajanych i spoconych gepistów Stalin i Worosziłow.

Stalin jest w długim szarym płaszczu, Worosziłow w mundurze wojskowym. Przechodzą szybkim krokiem za trybunami. Nikt się ich z tamtej strony nie spodziewał. Publiczność podnosi się, odwraca głowy. To niespodziane wyjście i ten krok szybki znamy już z dawnych czasów rosyjskich. Tak przemierzali ulice Warszawy carscy gubernatorzy. Nim się kto mógł zorjentować, Stalin stał już w przygotowanej dla niego loży honorowej. Z mojego miejsca widzę wyraźnie grupkę najwyższych dygnitarzy sowieckich. Pan w czapce sportowej o twarzy zoranej i ciemnej, ozdobionej wąsami i bardzo jasnemi oczami, to Gorkij. Rozmawia z Worosziłowem, i obaj się uśmiechają.

Stalina widzę po raz pierwszy. Oglądałem tylko zdaleka jego rezydencję w Gorkach otoczoną ogromnym czerwonym murem, ukrywającym cały kompleks budynków. Mieszka on tam w idealnych warunkach kulturalnych i stołuje się wraz z wszystkimi dostojnikami w specjalnej kuchni dietetycznej. W najgorszych czasach aprowizacyjnych na stole w Gorkach jest wszystko, ale ten dobrobyt upozorowano przepisami lekarskiemi. Stalin jest pod opieką lekarza, który mu przepisał dwa razy dziennie befsztyk z polędwicy, trzy razy dziennie świeże jarzyny, masło i jajka. Wszystko to przed użyciem wstrząsnąć i trzymać w miejscu ciemnem i ukrytem przed oczami głodujących obywateli. Mimo pogłosek o chorobie, dyktator Rosji wygląda jak byk. Jest rosły, tęgi i ciemny na twarzy. Wreszcie zaczyna się defilada. Przemaszerować ma osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Idą drużyny fabryk traktorów, fabryk kaloszy, fabryk włókienniczych i warsztatów kolejowych. Materiał ludzki jest lichy. Mężczyźni o zapadłych klatkach piersiowych, kobiety o krótkich nogach i wydatnych biustach. Mało się widzi ładnych nóg, ramion i twarzy. Idą źle i nie w krok. Każda drużyna niesie swoją chorągiew, bogato haftowaną emblematami sowieckiemi i napisami.

Kostjumy są najróżniejszych kolorów, i niema ani jednej drużyny, w którejby wszyscy mieli jednakowe, niebieskie czy czerwone, porteczki. W szeregach widzi się nawet poprostu ludzi w gaciach, a przynajmniej połowa defilujących jest bosa.

Ale oto obraz się zmienia: na plac wychodzą drużyny karnie zwarte, bijące mocno rytm nogami, ubrane w kolory ujednostajnione. To robotnicy fabryk broni i amunicji. I znowu przewala się ubogi uszeregowany tłum, aby tem większy był kontrast dla drużyny G. P. U. albo szkoły lotniczej. Wszystko co ma związek z wojskiem, władzą albo przeszkoleniem wojskowem jest sprawniejsze, lepiej ubrane i odżywione. Na wzniesieniu stoi komendant przeszkolenia wojskowego, który przyjmuje defiladę. Widzę tylko jego rękę wzniesioną do góry gestem pozdrowienia. Ręka ta jest biała jak papier. Po godzinie defilady chyba wszystka już krew ściekła z tej wzniesionej ręki i rozlała się na czerwonych transparentach, sztandarach i chorągwiach, wypełniających plac Czerwony.

ARMJA

Nie trzeba defilady aby rozpoznać w wielkiem mrowisku Moskwy okazy silniejsze i lepiej wyposażone. Szynele wojskowe nie mają dziur, przez które mróz syberyjski gryzie ciało. Buty wojskowe nie przepuszczają śniegu ani błota jesieni. Nie przeżyłem jednego dnia w Moskwie abym nie spotkał oddziału maszerujących żołnierzy, abym widział niebo wolne od huczących nad miastem samolotów. Nieraz w środku miasta, wśród aut, dorożek i tramwajów, przeciął mi drogę czarny, opancerzony tank. Obserwator z Marsa, patrząc na narody zamieszkujące Ziemię, mógłby nas porównać do jelonków albo krabów morskich. Na słabych nóżkach toczą się wątłe odwłoki, uzbrojone w ogromne i nieproporcjonalne kleszcze. Silne, celowe, zwinne jest tylko to co służy do walki i zabijania.

Na szosie pod Moskwą obserwowałem przed fabryką grupę robotników, wypoczywających w czasie przerwy obiadowej. Zmęczeni ludzie podźwignęli się i stłoczyli na skraju drogi aby patrzeć na maszerujący oddział G. P. U. Tłum oberwańców fabrycznych, utytłanych gliną i wapnem, patrzał z niemą zazdrością i łapczywym podziwem na czerwonych żołnierzy, rozpartych na kulbakach i brzękających szablami. Wojsko w Sowietach reprezentuje romantyzm wspólnego życia. I to romantyzm wygodniejszy, lepiej odżywiany i na świeżem powietrzu. Sowiety dla powiększenia tempa pracy w fabrykach wprowadziły metodę rozrywek sportowych. Postarano się wyzyskać ów zapał, który porywa publiczność i bohaterów boisk i stadjonów. Skierować namiętność rywalizacji w kierunku pracy produktywnej. Próby te nie powiodły się w ciemnych, zadymionych fabrykach, gdzie musiano wprowadzić pracę na akord, natomiast w wojsku konkurencja między pułkami, brygadami i dywizjami dały wyniki znakomite.

Łatwiej jest widać rozbudzić ambicję siły i sprawności niż nieefektownej użyteczności. Armja musi mieć wodza. Kult jednostki i uwielbienia dla ukochanego dowódcy, potrzeba bohatera narodowego, wszystko to czyni postać Worosziłowa niezmiernie popularną, ale ta popularność żołnierza w kraju budującego się socjalizmu, popularność daleko wybiegająca poza armję, nie budzi myśli pogodnych. Widziałem w Leningradzie sztukę w teatrze żołnierskim, w której samo wymówianie nazwiska wodza wywoływało entuzjazm sali. W filmie sowieckim „Niech żyje Moskwa”, jest scena, w której załoga okrętu rąbie i niszczy wszystko na pokładzie i w kabinach, aby dostarczyć maszynom paliwa. Wszystko co może służyć za opał marynarze rzucają do pieca. Ale gdy bohater filmu ocala w ostatniej chwili portret Worosziłowa, sala kinematogratu trzęsie się od oklasków.

Socjalizm prześlizgnął się po stalowych hełmach żołnierzy rosyjskich, naznaczył je czerwoną gwiazdą, ale w niczem nie zmienił oblicza armji. Niema złotych szlit, akselbantów i pióropuszów, ale tych ozdób wyrzekły się wszystkie wojska epoki szarych mundurów, szarych gazów trujących i szarej śmierci. Armja w Sowietach jest ogromnym spasionym pasorzytem na ciele ubogiego narodu. Większość soków żywotnych idzie na wykarmienie tej elity fizycznej. Mundur krasnoarmiejca, to niemal czerwone obcasy u trzewików czy szpada rycerska przy boku. Dostać się do armji może tylko obywatel dobrze urodzony, t. zn. proletarjusz z pochodzenia.

Armja wychowuje pewien typ człowieka. Człowieka przeszłości. A wychowanie nowego człowieka jest równie przynajmniej ważne jak wybudowanie nowej fabryki. Czy nie należy walczyć o to, aby produkując coraz lepsze maszyny, ulepszać również ludzi, którym te maszyny mają służyć? Gdy się buduje nową fabrykę w Rosji, najpierw kładzie się fundamenty, a zaraz potem buduje się wieżę strażniczą dla żołnierzy z G. P. U., aby dozorowali terenu budowy otoczonego drutem kolczastym. Poza czerwoną armją są przecież jeszcze specjalne wojska G. P. U, z własną kawalerją i artylerją, z tankami i aeroplanami. Sto tysięcy tych żołnierzy-żandarmów o specjalnem przeznaczeniu dozorowania ludności cywilnej i ciągłe gorączkowe uprawianie terroru jako metoda rządzenia może przynieść więcej szkody wychowaniu nowego człowieka niż pożytku przyniesie wybudowanie Dnieprostroju, albo wprowadzenie traktorów w kolektywach. Szkodliwość władzy paruset tysięcy prywatnych agentów G. P. U. może być większa od pożytku powstania Magnitogorska. Zło wynikające z braku opinji i wolności słowa może być większe niż pożytek z nowej linji kolejowej. Czy ludzie, których codziennie widzę tu na ulicach Moskwy, są nowymi ludźmi nadchodzącej epoki? Co wnoszą oni do dorobku świata? Czy poczucie kolektywizmu i konstrukcji opłaca się wpajać przy pomocy ślepej wiary w doktrynę i terroru?

Ostatniego dnia mego pobytu w Moskwie, gdy zamknąłem walizę i wyszedłem z hotelu, aby parę godzin dzielących mnie od wyjazdu wypełnić włóczęgą po mieście, zamyśliłem się nad tem pytaniem, które i teraz nie daje mi spokoju.

OSTATNIA NOC

Czy to co odczuwam w Rosji jest weltschmerzem „zgniłego inteligenta” i „mdłego humanitarysty”, czy może jest wrażeniem człowieka wolnego, patrzącego nie bez poczucia zdrowego humoru na patetyczny kraj wielkich haseł, wielkiego bluffu, wielkiego ucisku i wielkiej nędzy? Doskonale zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności za każde słowo napisane dzisiaj o Rosji sowieckiej i mógłbym nie wyciągać żadnych wniosków z mojej podróży, zadowalając się możliwie objektywnym opisem. A przecież gdy siadam już do wagonu, nie mogę długo zasnąć i w drodze powrotnej do kraju trapi mnie gorączkowa potrzeba rachunku sumienia.

Co odpowiem na proste pytanie: jak jest w Rosji? Nie, nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. Nie mam odwagi sądzenia. Mogę się jeszcze tylko wyspowiadać z tych wątpliwości i niepokojów, które nawiedzają mnie teraz, gdy jedna noc dzieli mnie od powrotu. W przedziale pociągu siedzi ze mną znów moich dwu towarzyszy. Sceptyk i Entuzjasta.

– W dziesiejszej nierównowadze świata – powiada Entuzjasta – istnienie Sowietów jest nadzieją dla wszystkich krzywdzonych i wyzyskiwanych. Komunizm jest rosnącą w znaczenie siłą i jedyną wiarą. Lęk przed rewolucją proletarjacką, który czują wszystkie rekiny kapitalizmu i wszyscy ciemięzcy i eksploatatorzy klasy pracującej, jest nam potrzebny, i dobrze jest, że ta groźba rośnie, potężnieje z każdym dniem.

– To jest słuszne – odpowiada Sceptyk. – Ale czy nie rodzi się na świecie nowy lęk przed namiętnym fanatyzmem? Bolszewizm wyzwala nienawiść, a drapieżność klas posiadających postarała się o to aby zmagazynować jak najwięcej tej nienawiści.

– Być może, w dążeniach rewolucyjnych jest uczucie zemsty i nienawiść, ale gdyby wyrzec się dynamiki tych uczuć, nie byłoby postępu, nie byłoby rewolucji francuskiej. Rewolucja jest wybawieniem dla wszystkich doprowadzonych do rozpaczy. Rewolucja, to burza, która odświeża powietrze, – a dzisiaj trudno już jest oddychać w Europie. Co mają robić ludzie, którzy już nie mogą czekać?

Sceptyk nie odpowiada na to. Patrzy się na mnie nie bez melancholji, i wiem co oznacza to spojrzenie. Przypomina mi świeże, orzeźwiające powietrze biurokratyzmu sowieckiego i nowej burżuazji. Przez przedział wagonu defiluje stutysięczna armja G. P. U., pędzą automobile z dostojnikami sowieckimi. Widzę twarze sędziów i urzędników. Widzę długie ogonki ludzi stojących przed piekarniami. Widzę oczy niespokojne, zmęczone i oczy fanatyczne. Tak. Lecz tamci ludzie w Rosji żyją źle, ale żyją nadzieją przyszłości. A czem ma żyć człowiek pozbawiony chleba i pracy w Europie? Całą treścią jego życia jest wiara w rewolucję. I to jest prawda, której trudno jest przeciwstawiać słowa zimnego rozumowania.

Więc co czynić? Czy mógłbym z całem poczuciem odpowiedzialności namawiać do przewrotu i wzywać ciemny proletarjat wsi i wynędzniałych robotników fabrycznych do krwawej walki? W imię czego? Czy w imię zdobyczy, które osiągnął po piętnastu latach cierpień i walk proletarjat rosyjski? Nie. Poziom życia jednostki pracującej jest dziś jeszcze w Europie znacznie wyższy niż w Sowietach. Na to jest za wcześnie, trzebaby przynajmniej poczekać na zrealizowanie planów sowieckich. Kto wie? Gdy Rosji uda się stworzyć potężne państwo socjalistyczne, siła agitacyjna tego osiągnięcia będzie tak wielka, że usunie potrzebę rewolucji politycznej i stworzy bez przelewu krwi wszechświatową rewolucję gospodarczą. Bo cóżby znaczył przewrót komunistyczny w ubogiej Polsce? Skąd zaczerpnąć tej odwagi i wiary, któraby kazała pełnym głosem nawoływać ludzi do śmierci na barykadach, do zdychania na drutach kolczastych? Przecież rewolucja, to nietylko tłum ze sztandarami, idący ze śpiewem przez miasto, to śmierć setek tysięcy i zburzenie kraju. Trzeba przecież pomyśleć o tem, że miasta zmienią się w rumowiska a mieszkańcy miast w szczury żywiące się odpadkami i kryjące się po norach! Można się spodziewać, że po piętnastu latach podobnych cierpień poziom życia będzie zaledwie taki jak w Sowietach dzisiejszych, lub nawet gorszy, jeśli się zważy bogactwa Rosji i ubóstwo Polski.

Czyż znaczy to abyśmy mieli wyrzec się wiary w socjalizm? Nie. Wolno nam wierzyć, że decydującą rolę gra tutaj materjał ludzki. Gdyby przewrót społeczny przyszedł nie w słowiańskiej Rosji ale w Anglji, jak to sobie zresztą wyobrażał Marx, kto wie, czy już dziś nie mielibyśmy Socjalistycznych Stanów Zjednoczonych Świata.

– Musimy zmienić rolę, bo ja teraz staję się Sceptykiem – rzekł Entuzjasta. – Jakich sił zamierzasz użyć, aby nawet w najbardziej ludzkiem społeczeństwie bez przelewu krwi osiągnąć ogólną zgodę na rozbrojenie, zrezygnowanie z nacjonalizmu i wyrzeczenie się dóbr i własności prywatnej? Wobec tych spraw jesteś bezsilny. Więc jakie są twoje zadania. Co możesz zdziałać?

– Nietylko wśród tych co nie mogą czekać są ludzie gotowi oddać życie za pomniejszenie krzywd, za nowy sprawiedliwszy ład społeczny. Jeśli natura ludzka jest taka, jeśli muszą przyjść rewolucje i tylko tym starym barbarzyńskim pługiem można orać ziemię pod nowy zasiew, i my przytem będziemy. Bez oślepiającej, żarliwej wiary, bez entuzjazmu, który przysłania dwoistość i względność rzeczy ludzkich, będziemy bronili od pohańbienia wartości, bez których żyć na świecie nie warto. Zrobimy wszystko, aby przyszła rewolucja nie była tak krwawa i barbarzyńska jak dawne rewolucje. Będziemy bronili prostego pojęcia dobroci i wyrozumiałości, będziemy walczyli o wartość tych słów, które ze swego słownika rewolucja wykreśliła niecierpliwą ręką. Będziemy bronili sceptycyzmu, bez którego niema prawdziwej twórczości i który chroni nas przed fanatyzmem. Będziemy bronili prawa do życia jednostki i wiele możemy zrobić, aby osłabić uczucie zemsty, aby zwiększyć celowość. Wasza namiętność nie dba o krew przelaną w bezmyślnem okrucieństwie. We wszystkich dążeniach i planach rewolucyjnych – czyż jest jedna myśl o tem, aby uczynić rewolucję mniej ślepą i straszną?

Między entuzjazmem a sceptycyzmem jest poza wszystkiem różnica wieku. Nam starszym, którzy przeżyli wojnę, ciężej będzie znieść rewolucję, nam tchórzom ciężej będzie patrzeć na krew, która was nie przeraża. A przecież zrobimy wszystko, aby w zamęcie rewolucji tropić i unieszkodliwiać bestję ludzką, pławiącą się we krwi i w zniszczeniu, aby zachować czystość powietrza, bez której okrutne rany nie goją się lecz ropieją. Iść będziemy za nienawiścią ludzką krok w krok i nazywać ją będziemy po imieniu zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Tak. Można nam zarzucić, że nie jesteśmy dosyć niecierpliwi, że pragniemy czasu i swobody, ale ten czas i ta swoboda, to jedyna możliwość myślenia. Myślenia które jest często męką niemniejszą od wszystkich innych mąk świata.

Świt już zagląda przez okno wagonu. Ostatnia noc spędzona na terenie Sowietów staje się jakąś nocą Walpurgji. W majaczeniu sennem stają przede mną wszystkie zmory i widma tysięcznych cierpień i mąk przepełniających oba światy. Świat, który porzucam, i ten, do którego wracam. Nad wszystkiem dominuje uczucie bezradności i smutek. Drapieżne szpony wynędzniałych z głodu wyciągają się żebrząc nie o chleb ale o słowo. Oczy sybirskich ludożerców i niespokojne oczy robotników europejskich, pozbawionych pracy, żądają słowa. Jakiegoś słowa nadziei, jakiegoś czynu wiary, jakiegoś dowodu miłości.

POWRÓT

Zatrzymujemy się na ostatniej stacji przed granicą polską. Niegoriełoje. Za dwadzieścia minut pociąg przewiezie nas na terytorjum starej Europy. Przechadzam się po peronie. Przed jednym z wagonów stoi konduktor rosyjski i krzyczy. Wola do kogoś czy do czegoś ukrytego pod wagonem. Wreszcie włazi pod wagon. O kilkadziesiąt kroków ode mnie z pod kół pociągu wybiega coś w rodzaju szczura wielkich rozmiarów. Przykucnął o parę kroków od wagonu i czeka w natężeniu i czujnej uwadze. Oczy ma wlepione tylko w konduktora. Na mnie nie patrzy. To „biezprizornyj”. Nie wiem, wiele lat może mieć ten chłopiec czy mężczyzna. Jest wzrostu ośmioletniego dziecka, ale ta resztka twarzy, którą dostrzec mogę pod brudem i ropiejącą syfilityczną raną nosa, czyni wrażenie starca. Paznokcie u nóg ma zwinięte jak tasiemki. Ręce, twarz i nogi koloru tłustej ziemi. Konduktor nagłym, szybkim ruchem poskoczył w jego stronę. Chłopiec krzyknął i uciekł pod wagon. Nie był to krzyk. Raczej pisk szczura. Nie mogę zapomnieć tego pisku, w którym nie było nic ludzkiego. Nigdy już nie zapomnę.

I oto przejeżdżamy znowu przez wielką bramę pozdrawiającą wszystkich proletarjuszy świata. Jeszcze parę minut w wagonie – i wysiadam na granicy polskiej. Trudno nie przyznać, że doznaję uczucia ulgi. Następuje jakieś odprężenie psychiczne po tych paru tygodniach napięcia. Na granicy sowieckiej rewidowano mój bagaż bardzo długo i uważnie. Nie robiono jednak rewizji osobistej i wszystkie moje notatki, o które trochę się bałem, mam bezpieczne w kieszeni. Idę do sali bufetowej i jem. Dawno już nie smakował mi tak chleb i masło, mięso i kawa. Mimo to, z trudnością kończę obiad, może odzwyczaiłem się, a może to wspomnienie o tym pisku szczurzym odbiera mi możność jedzenia. Późnym wieczorem jestem już w Warszawie. Wychodzę na miasto oświetlone neonowemi reklamami w ciepły wieczór czerwcowy. Tragarz niesie mi walizkę i gdy przystajemy przed dworcem w oczekiwaniu na taksówkę, wdaję się z nim w rozmowę. Mam jakąś niewytłumaczoną chęć powiedzenia mu, że wracam z Rosji.

– No, jak tam jest?

W tem cichem, dyskretnem pytaniu jest wiele ufności, tej specyficznej ufności, którą mają ludzie z proletarjatu w stosunku do towarzyszy partyjnych. Przyznaję, że ta atmosfera wspólności smakuje mi, mam ochotę powiedzieć mu coś coby nas bardziej jeszcze zbliżyło, a w jego zbiedzonych oczach czytam odpowiedź, którejby chciał ode mnie. Wiem, pewien jestem, że gdybym mu powiedział: „Dobrze tam jest towarzyszu”, poniósłby moją walizkę lekko i szybko do taksówki i uśmiechnąłby się na pożegnanie. Wreszcie powiadam:

– Trudno tak powiedzieć w paru słowach. I źle i dobrze.

Teraz wiem co myśli o mnie tragarz niosący moją walizkę. Myśli o mnie jak o wrogu. Niema stanowisk pośrednich. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Z uczuciem dławiącej samotności jadę przez miasto.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close