Moja podróż do Rosji (cz. 5)
LENINGRAD

BIAŁE NOCE

Został tu zapach starych czasów.
Tu w krześle, wsparty o poduszki,
Bezsenną spędzał noc Niekrasow,
Tam pod oknami chodził Puszkin.

Miedziany Jeździec zamarł w skoku.
Cicho jest bardzo. Szumi Newa
I w letnim parku, w letnim zmroku.
Owiewa wiatr kwitnące drzewa.

Stoi tu jeszcze dom Trubeckich
Gdzie Puszkin śpiewne składał słowa,
Gdzie przy kominku staroświeckim
Czytał „Borisa Godunowa”.

Ta sama rzeka, noc ta sama.
Żale, nadzieje i pragnienia
Gdzieś po Mieszczańskiej, po kamieniach
Dzwoni samotny krok Adama.

Noc spływa jasna, dzień w pomroce
Co dniem a co jest nocą złudną,
Odróżnić nawet, poznać trudno
Gdy przyjdą pierwsze białe noce.

Miasto nie kryje się w ciemności,
W mgle białej drzemie, w mleczne, dali
Jak ktoś, kto nocą świecę pali,
Bojąc się duchów i przeszłości.

PETERSBURG

Turysta, który w piękny dzień wiosenny jedzie przez miasto, uderzony jest dziś jeszcze jego pięknością. Mimo zniszczenia, mimo nieodnawianych domów i wytłuczonych szyb, mimo szarego, ubogiego tłumu, został w Leningradzie rozmach epoki Piotra Wielkiego i jego piatiletki. Jadąc Newskim Prospektem, który się dziś nazywa „Prospekt 25 Oktiabria” , szeroką europejską ulicą, mijamy stare empirowe pałace oklejone czerwonemi sowieckiemi transparentami.

Leningrad, 1931 rok

Leningrad, 1931 rok

Skręcamy w Nabiereżną. Po drugiej stronie niskiego brzegu Newy, jak na starych sztychach, rysują się delikatne sylwetki pałacu Akademji Nauk, Akademji Sztuk Pięknych i Muzeum Nauk Przyrodniczych. Mieszkam na starej uliczce w dawnym „osobniaku” jakiegoś radcy carskiego. Mieści się tu od strony ulicy Krasnoj lokal delegacji polskiej do rewindykacji zabytków i dzieł sztuki. Jestem gościem kierownika tej delegacji prof. Bańkowskiego. Wysokie ogromne pokoje, widok na rzekę, staroświeckie umeblowanie domu, atmosfera przeszłości i zainteresowań historycznych, którą wprowadza w rozmowach mój miły gospodarz, wszystko to działa kojąco i tchnie spokojem, tak mi potrzebnym po paru tygodniach pobytu w Moskwie. Gdy wyglądam na małe podwóreczko, pachnące kotami czy myszami, gdy wychodzę na brukowaną uliczkę, poddaję się temu uczuciu dawności i przypomina mi się dzieciństwo spędzone u dziadka na ulicy Królewskiej. Siadam nad rzeką na małym bulwarze i uśmiecham się na wspomnienie nocy, którą spędziłem w sleepingu pociągu „Krasnaja Strieła”. Wspomnienie tej nocy nie licuje z nastrojem staroświecczyzny, jakim owiał mnie ranek w Leningradzie. Była to noc w rodzaju nocy Moranda.

W Rosji sowieckiej istnieje zwyczaj, że w przedziale sleepingu umieszcza się podróżnych bez względu na płeć. Spałem tej nocy w jednym przedziale z kobietą, i to z cudzoziemką, która była przejęta tą sytuacją niepozbawioną dramatyczności. Ponieważ jestem człowiekiem dyskretnym i gentlemanem, więc nie podam ani nazwiska ani narodowości tej „niegdyś młodej osoby”, jakby ją określił Dickens. Czcigodnna staruszka była bardzo zażenowana ale i bardzo zalotna. Miałem zamiar zwierzyć się jej, że jestem pederastą i kocham się w konduktorze pociągu, ale wybrałem rzecz prostszą i łatwiejszą: położyłem się odrazu spać i spałem snem kamiennym do samego Leningradu.

Znałem nieco dawny Petersburg i teraz błądząc po mieście, przypominam sobie niektóre ulice i nie bez wzruszenia wchodzę do Ermitażu. Niewiele się tu zmieniło, tylko zamiast woźnych w mundurach dyżurują w salach kobieciny w czerwonych chustkach. W górnych pokojach muzeum udziela mi informacyj jakiś staruszek mówiący po francusku i angielsku, wysuszony i wymizerowany. Zwiedzam Ermitaż, muzeum sztuki rosyjskiej, muzeum przyrodnicze, przez pierwsze dni zachowuję się jak w normalnem mieście, a przecież na każdym kroku z poza zabytków przeszłości wygląda jakiś niepokojący szczegół, jakiś sygnał czasu, który zmienił istotę tego miasta, nie burząc jego zewnętrzności.

ROZMOWA Z BRATEM

W Petersburgu byłem w pierwszym roku wojny. Wracałem z Francji przez Anglję i Norwegję. W drodze do Warszawy zatrzymałem się parę dni, aby odwiedzić stryja i braci stryjecznych. Stryj mój spędził młodość w Rosji, ożenił się z Rosjanką, córką prof. Wengierowa, i synowie jego są najzupełniej zruszczeni. Jeden z nich, Michał, jest pisarzem sowieckim i mieszka teraz w Leningradzie. Jest to pisarz utalentowany i wpływowy. Zajmuje niebylejakie stanowisko w Sowietach. Jest prezesem związku pisarzy. Widziałem go dwa razy w życiu i prawie się nie znamy. Trzy lata temu był parę godzin w Warszawie w przejeździe do Paryża. Oczekiwałem go na dworcu, i z trudem udało mi się go namówić aby wyszedł z pociągu i choć okiem rzucił na miasto. Był bardzo zalękniony. Wyobrażał sobie pewnie że w Polsce panuje biały terror, że po wyjściu z pociągu może być narażony na przykrości i niebezpieczeństwa. W Paryżu jak mi mówiła siostra stryjeczna, która tam mieszka od rewolucji i jest emigrantką, Michał nie widział się ani z nią ani nawet z matką. Nie chciał zobaczyć własnej siostry, pewnie dlatego, że pisuje do pisma Milukowa. Nie byłem pewien, czy Michał zechce się spotkać ze mną na terenie sowieckim. W pierwszych dniach pobytu odnalazłem go przypadkowo w Moskwie, gdzie bawił w sprawach związku pisarzy. Michał obiecał mi telefonicznie, że przyjdzie do mnie zaraz do hotelu. Przyszedł po godzinie.

Podajemy sobie ręce i nawet całujemy się. Michał ma miłą powierzchowność, jest szczupły i wysoki. Prowadzę go do siebie do pokoju. Rozmowa od pierwszych słów zaczyna być istotna i ważna. Mówimy o Rosji, o komunizmie i o zadaniach pisarza. Michał jest marxistą i agituje mnie. Przystępuje do mnie jak do objektu, jak do zagadnienia, które ma rozwiązać. Mówi dużo o tem, jak źle i ciężko ludziom jest w Europie i jak wiele nadziei i wiary mają tu w Rosji. Mówi o sobie, że jest człowiekiem szczęśliwym, że pisarz, który służy idei żywej i jest jej pożyteczny, osiąga pełnię życia. Patrzę w jego duże piwne oczy, patrzę na jego nerwową twarz i myślę sobie, że przecież to nie są oczy człowieka szczęśliwego. Mówimy o ciężkich ofiarach, jakie ponosi naród rosyjski dla sprawy komunizmu, o poświęceniu obecnego pokolenia dla dobrobytu przyszłych pokoleń.

– Czy nie jest to właściwie rodzajem imperjalizmu? Jeśli się poświęca jedno pokolenie dla szczęścia przyszłego pokolenia, równie dobrze można to samo zrobić nie w czasie ale w przestrzeni i wyrżnąć Serbów dla szczęścia Bułgarów?

Nie podoba mu się ten argument. Nazywa to mdłym humanitaryzmem:

– Ludzie i tak cierpią. Są ludzie, którzy nie mogą czekać. Im prędzej przyjdzie przewrót, tem lepiej dla ludzkości.

Wyrażam obawę, że to są tylko przewidywania, a życie setek tysięcy czy miljonów ludzi nie jest błahą stawką!

– Takie pudełko zapałek, jest pożyteczną rzeczą, – powiadam, – ale jeśli mi kto powie, że kosztuje ono tysiąc dolarów, nazwę to idjotyzmem. Gdy zwiedzam wasz dom robotniczy, zadaję sobie pytanie: wiele to kosztowało? Cena wydaje mi się niewspółmiernie wysoka w stosunku do osiągniętej zdobyczy. Po piętnastu latach od rewolucji stoją u was ogonki po chleb, sól i naftę. Doprowadzony do rozpaczy proletarjat, poruszany uczuciem zemsty, nie wydaje mi się dość precyzyjnem i odpowiedniem narzędziem do wprowadzania nowych form życia. Sprzymierzeńcem waszym jest kryzys, bezrobocie, głód, niesprawiedliwość, anarchja i wojna. Polityka wasza zmierza do pogłębiania tych klęsk. Każda zamknięta fabryka, każdy robotnik który niema chleba w Europie, cieszy was i raduje.

– To jest zwyczajny oportunizm. Teraz jest czas walki. Twoje argumenty są pożyteczne dla klasy posiadającej a szkodliwe dla proletarjatu. W tej walce niema stanowisk pośrednich – odpowiada Michał, i atmosfera robi się kłopotliwa. Milczymy przez chwilę. Michał patrzy na zegarek i zbiera się do odejścia. W pokoju robi się ciemno. Słychać wycie wiatru. Stajemy przed oknem. Nad rzeką Moskwą i nad wieżycami Kremlu wisi czarna chmura. Za chwilę spadnie ulewa. Już deszcz siecze wyburzoną od wiatru rzekę.

– Nie masz palta, nie możesz teraz wyjść, – mówię, – i nagle atmosfera się odpręża. Łączy nas coś rodzinnego i bliskiego. Oczy Michała są przecież podobne do oczu mego najstarszego brata Adama. Michał siada na kanapie. Każę przynieść herbaty, i długo cały wieczór rozmawiamy o literaturze i naszych wspomnieniach z dzieciństwa. Mówimy o Conradzie i Prouscie. O tem że literatura pasjonuje nas wtedy gdy stara się być próbą objęcia psychologji człowieka, że kto wie czy nie budujemy drogi dla przyszłej psychologji, bez której wszystkie sprawy społeczne są jeszcze szukaniem poomacku. Wreszcie żegnamy się i umawiamy na spotkanie w Leningradzie.

 Wspominam sobie teraz naszą moskiewską rozmowę, idąc do Michała na ulicę Marata.

PATRZENIE W OCZY

Brat mój stryjeczny ma w Leningradzie dwa pokoje. To znaczy ma jeden, w którym mieszka razem z młodą żoną, dentystką, i drugi mały pokoik, w którym pracuje. Jest to luksusowe mieszkanie, ale nie trzeba zapominać, że Michał, jak już powiedziałem, jest prezesem związku pisarzy. Nasze drugie spotkanie ma niestety, charakter zupełnie zdawkowy. Michał za parę dni wyjeżdża i jest zajęty. Nie bardzo wie, co ze mną zrobić. Dostaję od niego parę książek, i żegnamy się. Sam fakt, że Michał przyjmuje mnie w domu i widuje się ze mną, dowodzi ważności stanowiska, jakie zajmuje w Rosji. Przeciętny śmiertelnik bałby się widywać z krewnym cudzoziemcem. Naraża to na poważne nieraz przykrości ze strony wszechobecnej i wszechmogącej G. P. U.

Dlatego też z wielką ostrożnością zabieram się do wypełnienia prośby, jaką mnie obarczono. Mam odnaleźć pewną osobę, która opuściła rodzinę i mieszka w Leningradzie. Proszono mnie, abym, jeśli to możliwe, dowiedział się czy żyje i jak żyje. Ta młoda osoba jest komunistką. Poznałem ją kiedyś w Warszawie. Pamiętam, z jaką pogardą wyrażała się o burżuazyjnem życiu, jak lekceważąco traktowała podobnych mi literatów niezależnych, czy tylko lewicowych. Znała już Rosję rewolucyjną z dzieciństwa i w małym ogródku, gdzie piliśmy herbatę, mówiła z płomiennym zapałem o pięknie życia w Sowietach. Użyłem całego sprytu, którego nauczyła mnie lektura Conan Doyle’a czy Wallace’a, aby dotrzeć do niej bez towarzystwa agentów G. P. U. Zmieniałem parę razy tramwaje, siedziałem na ławce w pustym parku, kluczyłem i krążyłem zanim wszedłem na wiadomą mi ulicę, spotkałem ją przed domem. Wychodziła z koszykiem na targ. Przestraszyła się na mój widok, a potem ucieszyła. Zaprowadziła mnie na górę. W domu tym była kiedyś winda. Jest teraz tylko pusty szyb. Tu kiedyś, objaśniała, były lustra i kwiaty w westybulu. Teraz dom ten robi wrażenie obdrapanej nory. Pokój, do którego wchodzę, ma cztery łóżka. Piąte rozstawia się na noc. Normalna „komunalna kwartira”. Patrzę w oczy tej kobiety. Pocóż właściwie przyjechałem do Rosji jak nie poto aby tak móc wziąć człowieka pod brodę i zbliska popatrzeć w oczy? Nie znam się na ekonomji ani na przemyśle. Niewiele mi powie nowowybudowana fabryka, bez względu na to, czy stoi w Mościcach czy w Magnitogorsku. Interesuje mnie człowiek, bo jestem przecież czemś w rodzaju speca od spraw ludzkich.

Ta kobieta, która siedzi teraz przede mną na tapczanie pokrytym starym pledem, przy brudnem oknie, w atmosferze przesiąkniętej tłustym i dusznym zapachem brudu i kuchni, ta kobieta, która jest o połowę chudsza niż wtedy, gdy ją w Polsce widziałem po raz ostatni, jest nieszczęśliwa. Zaczyna odrazu i poprostu mówić o tem, jak jej się źle powodzi. Nie może dostać odpowiedniej pracy, bo nie ma obywatelstwa sowieckiego. Wielką przeszkodą jest to, że były jej mąż, z którym dawno zerwała, jest dzisiaj oficerem polskim. Nie może tego zataić, bo za to grozi poważna odpowiedzialność. W głosie jej jest coś żałośliwie pokornego. Mówi o tem, że dzieciom jej siostry, u której mieszka, jest dobrze, bo dostają jeść w szkole. Praca, jaką może tu znaleźć, jest bardzo źle wynagradzana. Można zarobić kilkadziesiąt rubli, a funt masła w wolnym handlu kosztuje około czterdziestu rubli. Prosi o pomoc z kraju, o parę dolarów, za które można tu w „Torgsinie” kupić produktów. Ta „burżuazyjna zgniła Polska” nie wydaje się jej czemś wrogiem teraz, gdy jest już w kraju swych marzeń, w Sowietach.

Smutny jest obraz tego zgaszonego entuzjazmu, tej wstydliwej pokory, i wpływu niestrawnych zup na poglądy społeczne. Odchodzę z uczuciem zażenowania maskowanego pośpiechem. Na odchodnem proponuję pomoc pieniężną, niewielką pożyczkę. To wszystko co mogę zrobić. Może się gdzie spotkamy? Tak. Z pewnością się jeszcze spotkamy. „Wsiewo dobrawo”. „I wam wsiewo dobrawo”.

CAVEANT CONSULES!

Pan konsul Strzembosz zaprosił mnie dzisiaj na śniadanie. Konsulat umeblowany jest antykami. Pan konsul zbiera antyki. Wszyscy cudzoziemcy mieszkający w Rosji sowieckiej kolekcjonują antyki. W Moskwie byłem kiedyś po południu w wielkiej antykwarni, gdzie spotkałem niemal cały korpus dyplomatyczny i konsularny. Był to prawdziwy five, tylko zamiast herbaty krążyły puste ale bardzo cenne filiżanki. Wszystkie gmachy poselstw umeblowane są pięknie sprzętami, dywanami i obrazami z dawnych pałaców carskich, czy też „osobniaków” arystokracji rosyjskiej. Jeśli chodzi o Polaków, mają oni do tego kupowania zabezcen dzieł sztuki prawa historyczne. Wywieziono z Polski kiedyś bardzo dużo dzieł sztuki, i jest w tem pewna sprawiedliwość, że nasi urzędnicy odkupują tak tanio to co rosyjscy urzędnicy brali sobie za darmo. Ale ostatecznie są to historyczne porachunki pp. urzędników.

Przy stole mówi się tylko o antykach. Już pierwszego dnia mego przyjazdu miałem szczęście mówić o antykach z p. konsulem Strzemboszem. Na śniadaniu jest konsul Wielkiej Brytanji, konsul Francji, konsul Włoch i konsul Szwecji. Przy kawie rozmowa zaczyna dotykać spraw bardziej życiowych. Mówi się o tem, jak Rosjanie są źle ubrani i jak brudno jest w Leningradzie. Żaden z pp. konsulów nie zna języka rosyjskiego. Od tego są urzędnicy konsulatów. Pan konsul Strzembosz opowiada nieskazitelną francuszczyzną o dziwnych zwyczajach ludu polskiego. O tem, że chłopi całowali go w rękę i przychodzili do dworu prosić o prawo zawarcia związków małżeńskich. „N’est pas, c’est dróle?” Konsul włoski rozmawia z konsulem angielskim o polityce.

– Tylko dyktatura może obronić Europę przed komunizmem. Tylko faszyzm. Rządy demokratyczne i wszystkie parlamentaryzmy prowadzą do komunizmu.

Konsul angielski poczerwieniał. Mówi jednak spokojnie.

– U nas w Anglji niema faszyzmu ani dyktatury, i bynajmniej nie obawiamy się komunizmu. To samo jest w demokratycznej Francji. Zresztą – dodaje po pauzie – może my niemniej obawiamy się komunizmu niż faszyzmu i leczyć się na komunizm faszyzmem, to prawie to samo co zastrzykiwać malarję choremu umysłowo. – Jest to powiedziana w charakterze żartu. Konsul angielski podkreśla głośnym śmiechem, ale konsul włoski widać nie lubi żartów tego rodzaju.

Pragnę się dowiedzieć od konsula angielskiego, co widział w Leningradzie Bernard Shaw. Był tu jeden dzień, objechał miasto i zwiedził muzeum antyreligijne w Isaakijewskom soborze. Konsul angielski mówi o tem bardzo cichym głosem, jakby zwierzał się z jakiegoś nieszczęścia, które go spotkało w najbliższej rodzinie. Co Shaw widział w Moskwie i w Leningradzie, wybadałem dość dokładnie. Sądzę, że wielki pisarz mógłby, nie wyjeżdżając z Kensington, mówić o Rosji dokładnie to samo, a nawet gdyby mu na tem zależało, mógłby powiedzieć rzeczy znacznie mądrzejsze. W każdym razie opinja Shawa o Rosji nie ma, śmiem to twierdzić, prawie żadnego związku z jego pobytem w Sowietach, bo Shaw w Rosji nie widział nic istotnego. Podjąłbym się przez sześć dni obwozić cudzoziemca po Polsce i pokazać mu rzeczy niezmiernie efektowne. Mógłby z takiej wycieczki wynieść wrażenie nietylko dobrobytu ale wręcz luksusu. Możnaby pokazać nowe dzielnice, których parę ma Warszawa a których wcale nie ma Moskwa, możnaby go zawieźć do szkoły im. Batorego, do ministerstwa oświecenia, do instytutu wychowania fizycznego. Pokazać sierociniec we Lwowie, zakład dla dzieci w Kobiernicy pod Bielskiem, Gdynię, Mościce i djabli wiedzą co, powiedzieć, że to wszystko robi państwo, które od stu lat było dewastowane i teraz boryka się z trudnościami gospodarczemi. Cudzoziemiec rozpłakałby się z rozczulenia. Podjąłbym się również pokazać jakiemuś (nieczytelne) taką Warszawę i taki Żyrardów, że zbladłaby przytem najbardziej jaskrawa nędza portowych dzielnic New-Yorku. Jestem człowiekiem dość sceptycznym, zwłaszcza jeśli chodzi o statystyki i propagandę.

Niezręczność tej urzędowej propagandy sowieckiej jest równoważona przez naiwność, z jaką inspirują przyjezdnego pisarza akredytowani przy rządzie sowieckim wrogowie komunizmu, pp. dyplomaci i konsulowie, którzy strzegą, popijając szampana, wielkich ideałów demokracji czy monarchji.

MUZEUM ANTYRELIGIJNE

W przechadzkach po Leningradzie wyniosła kopuła Isaakijewskawo Sobora jest mi czemś w rodzaju latarni morskiej. Widać ją z daleka, a Krasnaja ulica, na której mieszkam, jest o parę kroków od tej cerkwi, zmienionej dziś na muzeum antyreligijne. Widząc wchodzącą do cerkwi wycieczkę, wszedłem także, bo lubię oglądać muzea rosyjskie w towarzystwie lokalnem. Reakcje oprowadzanych ciekawsze są często od eksponatów. W mauzoleum Lenina w Moskwie widziałem scenkę niezapomnianą. Stary chłop w łapciach na nogach, w zgrzebnej koszuli, gdy wreszcie dopchał się w ogonku do marmurowych drzwi mauzoleum, zdjął czapkę, przyklęknął na jedno kolano i przeżegnał się.

Czyż to nie jakiś nowy fetyszyzm? Mumja Lenina robi wrażenie raczej przykre. Woskowa maska pod szkłem ma w sobie coś z panopticum czy też gablotek medycznych. Umarli w Rosji, choćby najlepiej zabalsamowani, podobni są do trupów burżuazyjnych. Ludzie żywi różnią się bardziej.

Jest rzeczą zadziwiającą jak szybko została zlikwidowana tysiące lat licząca tradycja religijna. Wszystkim, którzy mówią o rzeczach wiecznych i niezmiennych w naturze człowieka, poleciłbym zająć się nieco tem zwycięstwem bolszewików nad cerkwią, a nawet nad samą potrzebą wiary. Cerkiew w Rosji jest tak zimna po piętnastu latach rewolucji jak Akropol ateński. Można je zwiedzać, ale modlić się tam już nie można. Bolszewicy niezwykle mądrze obalili instytucję cerkwi, nie tworząc nowych męczennników a gnębiąc podatkami popów i ich klientów. Pop jest uważany za „czastnika”, za prywatnego przedsiębiorcę, i musi opłacać rujnujące podatki. Tak samo wierzący chłop musi tyle płacić za prawo modlenia się, że wkońcu zaczyna przeklinać popa i cerkiew. Ludzi wierzących uderzono nietylko w głowę ale i w brzuch, i mam wrażenie, że ten drugi cios był niebezpieczniejszy.

W Isaakijewskom soborze zobrazowana jest historja kultów religijnych. Stoją tu rzędem bożki murzyńskie, poczwarne maszkary, totemy, stuczłonkie posągi ze Wschodu, bohomazy religijne. Ma to na celu obudzenie w zwiedzającym nietylko obrzydzenia ale i wesołości. Patrzcie, do czego modlili się ludzie! W tej galerji zdetronizowanych bóstw niebrak również Egiptu i Grecji. Pośród masek szamanów stoi biały, nieskazitelny, czysty i wyniosły Apollo Belwederski. Niema w nim nic śmiesznego ani odrażającego, wprost przeciwnie, jest tak piękny, że ma się ochotę przystanąć chwilkę i pomodlić się do tej harmonji bezbłędnej.

Wielkie zainteresowanie młodzieży budzi trumna, w której obnażone są „swiatyja moszczi” jakiegoś zakonnika. Z trumny tej lała się kiedyś dwa razy do roku krew, i chłopi mdleli z przerażenia, a gdy przychodzili na chwilę do przytomności, to chyba poto aby rzucić ostatni grosz na tacę cerkiewną. Teraz można się dokładnie przyjrzeć małej blaszanej miseczce, z której przy pomocy ukrytej pompki dokonywano tego głośnego na całą Rosję cudu. Z innych eksponatów bardzo ładny jest oleodruk wyobrażający Aleksandra III, niesionego do nieba przez stadko aniołów. Anioły niosą również i jego żonę Marję Fiodorownę, która jeszcze była zdrowa i żywa gdy umarł Aleksander. Widocznie, niosą ją tylko na chwilę dla towarzystwa i zaraz odniosą zpowrotem do Carskiego Sioła.

Widziałem w Leningradzie rzecz ciekawszą niż cerkiew przerobioną na muzeum antyreligijne. Widziałem czynny i otwarty kościół katolicki. I to nie gdzieś na krańcach miasta, ale w samem centrum, tuż przy Newskim Prospekcie. Gdy wszedłem do kościoła św. Katarzyny, ksiądz Francuz odprawiał nieszpory. W wielkim kościele było pusto i chłodno. Gdzieś przy bocznym ołtarzu klęczało kilkanaście kobiet. Nie było ani jednego mężczyzny. Jękliwy śpiew kobiet modlących się dzisiaj w czerwonym Leningradzie czynił wrażenie czegoś tak spóźnionego jak widok strzelca z łukiem w Lasku Bulońskim.

Któregoś dnia nad rzeką Newą spotkałem obraz jeszcze zupełniejszego osamotnienia. Był to pogrzeb religijny. Szedł koń ciągnący biały wózek z trumną przybraną starą kapą cerkiewną. Niebo było całe w płomieniach zachodu, i letni wieczór spływał cieniem na bulwary nadrzeczne. Na tle pustej ulicy, ogromnego nieba i spokojnej rzeki szedł za trumną jeden tylko mały człowieczek w za krótkich spodenkach. Szedł kurczowo trzymając się trumny, i niewiadomo było, czy nie ma dosyć sił aby iść sam, czy też pomaga ciągnąć trumnę wychudłej siwej szkapie. Patrzałem za nim długo, aż zniknął na zakręcie Nabiereżnoj. Nie wiem, czemu wyobraziłem sobie, że ten mały samotny człowieczek nocą będzie kopał łopatą grób na cmentarzu, sam przysypie trumnę i rankiem, bardziej jeszcze samotny, wróci tą samą nadrzeczną drogą.

Piękna Newa, brudne jej dopływy, Fontanka i Mojka, a wreszcie przeczuwalna bliska obecność morza dodają miastu uroku. Historja ma się tu o co oprzeć i zatrzymać. Czepia się brzegów rzeki, zaczaja się w starych murach. Stoi tu na ulicy Plechanowa dom oznaczony numerem 37, gdzie mieszkali jednocześnie Mickiewicz i Gogol. Dawniej nazywała się ta ulica Kazańska, a za czasów pobytu Adama w Petersburgu nosiła nazwę Mieszczańskiej. Można odnaleźć dom Trubeckich i dom Golicyna, gdzie schodzili się poeci. Możnaby odnaleźć miejsce, z którego Puszkin, wracając od Trubeckich, patrzał na Jeźdźca Miedzianego. Małym stateczkiem, kursującym po Newie, dojechałem do Striełki, gdzie Puszkin padł w pojedynku.

Pierwsze dni czerwca, to początek białych nocy. Już teraz noc jest tak widna, że mimo braku księżyca i pochmurnego nieba, o godzinie jedenastej wieczorem czytam w pokoju przy oknie. Białe noce przeszkadzają mi spać. Wstaję, ubieram się i wychodzę nad brzeg rzeki. Trudnoby mi było opowiedzieć, poco to robię, jaki ma sens chodzenie po pustej ulicy nocą i liczenie sylab. Są to moje prywatne sprawy.

CZARNY WŁADCA

Dziś od rana miasto jest poruszone. Przed hotelem „Astoria” stoi kordon żołnierzy. Nie wolno wejść do hotelu, wpuszczają tylko cudzoziemców. Nad hotelem powiewa czerwona chorągiew sowiecka i zielony sztandar Hedżasu. Emir Feisal odwiedza Leningrad. Codziennie po południu przychodzę do tego hotelu, bo jest to jedyne miejsce w Leningradzie, gdzie można dostać trochę kawy. Płaci się w walucie, kawa jest podła ale zawsze w ten sposób zaspokaja się nałóg kawiarniany. Kawę podaje mi ładna i dystyngowana kelnerka. Gdy wdaję się z nią w rozmowę i gdy dowiaduje się, że jestem Polakiem, ożywia się.

– Pan jest Polakiem? I ja jestem Polką. Nazywam się hrabianka Tarnowska, i mój dziadek Tarnowski był „polskij korol”.

Połykam razem z kawą tego nieznanego króla polskiego. Jestem grzeczny i nawet udaję, że byłem bardzo przywiązany do świętej pamięci króla Tarnowskiego. Poco odbierać złudzenia?

W „Astorii” przygotowują bankiet dla prawdziwego króla. Bankiet królewski z szampanem i muzyką. W menu bankietu są nawet truskawki sprowadzane chyba z Krymu, bo w Leningradzie na początku czerwca niema żadnych owoców. Feisala przyjmowano z wielkim ceremonjałem w Moskwie, i tu powtarzają się te same błazeństwa. Przy bankiecie wygłaszają mowy na cześć Hedżasu, i emir z kieliszkiem szampana w ręku wstaje i odpowiada. Mówi „guru-buru” i cmoka tłustemi wargami, co zdaje się, ma wyrażać sympatję Jego Królewskiej Mości do bolszewizmu. Feisal być czarna człowiek i ona pewnie nie wiedzieć, że bolszewicy robić królom kaj-kaj.

Ciekawe jest jak się zapatruje na te ceremonje bankietowe ulica leningradzka. Przed hotelem stoi tłum złożony przeważnie z dzieci i młodzieży. Wyczekują ukazania się czarnego władcy. Ale niema ani wrogości, ani – co wydawałoby się naturalniejsze – wesołości. Imponująca jest powaga, z jaką bolszewicy odstawiają dworski ceremoniał. Albo to istotnie naród genjalnych aktorów, alba też poprostu troszkę smakują sami w przyjęciach, festynach i balach. W Moskwy Rosjanie bywają chętnie na wszystkich przyjęciach korpusu dyplomatycznego, i na zaproszeniu, które dostałem od „naodnowo komissara po inostrannym diełam i W. M. Krestinskoj” na przyjęcie w „osobniakie N. K. I. D.” wyraźnie było napisane: „kostjum wiecziernij”. I wszyscy poważni rewolucjoniści poprzebierali się w białe gorsy na cześć czarnego króla. Ja osobiście nie mogłem pójść na to moskiewskie powitanie Feisala z tej prostej przyczyny, że nie miałem fraka ani smokinga.

Stroje p. Łunaczarskiej, szampan i limuzyny, fraki i brylanty, jakie widzi się u dyplomatów sowieckich zagranicą, jak również małpowanie ceremonjałów dworskich, to jakieś chorobliwe głupstwa, których nie jestem w stanie zrozumieć. Czy bezrobotny niemiecki, widząc posła sowieckiego jadącego przez ulice Berlina Packardem we fraku i w cylindrze, ma poczucie wspólności z przedstawicielem zwycięskiego proletarjatu? Czy to dodaje prestige’u komunistom, czy może przeciwnie, osłabia prestige sowiecki? Bolszewicy trochę za łatwo pozwolili sobie narzucić formy dyplomacji europejskiej, a nawet, co tu gadać, obserwują je z wyraźną satysfakcją. Żona Łunaczarskiego ma salony umeblowane carskiemi antykami i słynna jest z wspaniałej kolekcji biżuterji. Sam Łunaczarskij mieszka w jednym pokoiku i gdy interpelowano go o te zbytki żony, tłumaczył, że ona ma artystyczną naturę i lubi się otaczać pięknemi rzeczami. Inny mają smaczek takie słowa póki towarzysz Łunaczarskij jest przy władzy i nieco inny smak mają takie wyjaśnienia udzielane przed sądem. Gdzież się zaczyna proces korupcji jeśli nie w tej starczej słabości do młodych kobiet? Znamy te artystyczne natury. To samo mówią fabrykanci o swych żonach, które muszą mieć futro za sto tysięcy, bo mają poczucie piękna i delikatne zdrowie.

Dnia tego wyjeżdżam z powrotem do Moskwy, i tym samym pociągiem jedzie emir Feisal. Ulice od hotelu „Astoria” aż do dworca obstawione są szpalerem żołnierzy i marynarzy. Ponieważ jadę na dworzec autem opatrzonem w chorągiewkę konsulatu, policja przepuszcza nas przez puste ulice, wyczekujące przejazdu Feisala. Na jakimś rogu tłum bierze nas pewnie za dworzan króla Hedżasu, albo i za samego króla, bo słychać parę wiwatów. Mam ochotę wychylić się z zamkniętego auta i podziękować w imieniu władcy życzliwej królom ulicy leningradzkiej. Dojeżdżamy do dworca, ale tam sytuacja przedstawia się gorzej. To już poprostu pułapka. Auto otwiera nam jakiś wyższy oficer sowiecki. Dworzec cały zamknięty jest dla publiczności, ale nas wpuszczają. Nietylko możemy przejść przez wyczyszczone i puste sale dworca, ale musimy przedefilować przed kordonem marynarzy prezentujących broń. O paręset kroków idzie za nami Feisal ze świtą. Drepczemy prędziutko z prof. Bańkowskim. Dźwigam swoją walizkę i nie podnoszę oczu. Chrzęst prezentowanej broni i okrzyki oficerów, pusty rzęsiście oświetlony peron i nasze dwie małe zadyszane figurki, wszystko to wygląda na inscenizację snu. Wreszcie spoceni dochodzimy do wagonu. Umieszczam walizki i staję przy oknie. Tuż przed sobą widzę twarze marynarzy zwróconych przepisowo w stronę, z której nadchodzi go Królewska Wysokość i Czarność. Twarze marynarzy są bezczelnie poważne. Żeby się drań choć jeden uśmiechnął! Król widocznie wszedł do wagonu, bo żołnierze przestali patrzeć w lewo. No teraz – myślę sobie. Jeden z marynarzy spotkał się z moim wzrokiem. Mrugnąłem do niego porozumiewawczo. Uśmiechnął się. Na szczęście, bo inaczej przez całą noc nie zmrużyłbym oka.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close