ANTONI SŁONIMSKI

Moja podróż do Rosji (cz. 2)
TURYŚCI I GEPIŚCI

CUDZOZIEMCY W MOSKWIE

W hallu hotelowym wiszą dwa kolorowe afisze, ściśle mówiąc, dwa ręcznie wykonane napisy: ,,Join the 35 day Arctic Cruise on the „Malygin”; „Travel Caravan de Luxe to Middle Asia”.

Te nęcące propozycje mają na celu wyciśnięcie z turystów dolarów, tak potrzebnych rządowi sowieckiemu. Pompa wysysająca dolary działa tu bardzo sprawnie. Za zmianę pokoju w hotelu liczą dwa dolary, za kąpiel dolara, a gdy kiedyś wieczorem musiałem skorzystać z auta hotelowego, aby zdążyć na wieczór poezji Pasternaka do Domu Uczonych, zapłaciłem za kurs w jedną stronę trzy dolary. Dwadzieścia sześć złotych za pięć minut jazdy samochodem, to cena nieco przesadna. Tramwaje są tak przepełnione, że zdobywa się je szturmem, a przestrzenie w Moskwie są duże i czasem trzeba dobrych parę kilometrów iść piechotą. Traci się przez to wiele czasu. Dzięki wyjątkowej uprzejmości „Woksu” i poselstwa polskiego często miałem do dyspozycji samochód. Auto, które przez pierwszy tydzień obwoziło mnie po Moskwie, należało do „Inturista”. Był to wspaniały Lincoln. Jak mnie poinformowała moja przewodniczka, przed pewnym czasem sprowadzono dla „Inturista” pięćdziesiąt nowych Lincolnów. Sądzę, że byłoby demokratyczniejsze i rozsądniejsze -a napewno tańsze – sprowadzenie dwustu Fordów.

W drogich restauracjach dla cudzoziemców ludność miejscowa prawie nie bywa. Niektóre potrawy są tylko za walutę. Gdy w restauracji hotelu „Metropol” zamówiłem omlet z dwu jajek i szklankę mleka, kelner przeprosił mnie i powiedział, że za ruble sowieckie nie może mi dać ani jajek ani mleka. Widocznie, naskutek dobrego akcentu rosyjskiego, wziął mnie za Rosjanina. Wytłumaczyłem, że płacę w walucie. Zapłaciłem za szklankę mleka dwadzieścia pięć centów, czyli przeszło dwa złote.

– Czemu to – spytałem – nabiał sprzedajecie tylko za dolary?

– Gdybyśmy sprzedawali za ruble, – odpowiedział, – mielibyśmy tu ogonek, a to przecież restauracja dla cudzoziemców.

W wielkiej luksusowo urządzonej sali zajęte były dwa czy trzy stoliki. Stanęły mi przed oczami ruchliwe, ogromne tłumy, dzień cały do późnej nocy zaludniające wszystkie ulice Moskwy. Tłumaczono mi ten wielki ruch pieszy nietylko brakiem lokomocji, ale również ustawicznem poszukiwaniem czegoś do kupienia. Nie bardzo mogłem zrozumieć, czemu to ludzie, którzy zarabiają po paręset rubli miesięcznie i tak źle się odżywiają, nie zapełniają tych luksusowych sal, gdzie za parę rubli można dostać kawałek mięsa czy porcję drobiu. Zrozumiałem to później, trafiwszy przypadkowo na dość burzliwą scenę przed hotelem „Nowaja Moskowskaja”. Wracając z teatru dosłyszałem urywek rozmowy, który mnie zainteresował. Jakiś normalnie, to znaczy źle, ubrany robotnik chciał wejść do restauracji hotelowej. Portjer sprzeciwiał się temu z całą stanowczością.

– Ja czlien sojuza, jestem członkiem związku, jestem w przejeździe, nie róbcie głupich historyj!

– Nie wolno, – tłumaczył portjer, – wy jesteście, towarzyszu, pijany, tu pijanych się nie puszcza.

– Ty draniu, – krzyczał robotnik, – ty przed rewolucją tak samo stałeś przed „Jarem” i nie wpuszczałeś proletarjuszy! Ja nie jestem pijany ale głodny! Zawezwij dyżurnego administratora.

Dyżurny administrator zjawił się sam. Wytłumaczył uprzejmie robotnikowi, że jest zbyt brudno ubrany. Wytłumaczył mu, że Rosja potrzebuje walut, że zależy jej bardzo na ruchu turystycznym, że turyści źle się mogą czuć w warunkach, do których nie są przyzwyczajeni, i że towarzystwo brudno ubranych robotników w sali restauracyjnej daje zły efekt propagandowy. Nie wiem, czy poskutkowała ta logicznie zresztą skonstruowana prelekcja na temat racjonalnej eksploatacji turyzmu, czy może to, że dyżurny administrator hotelu jest zwykle członkiem G. P. U., dość że robotnik odszedł bez słowa i bez kolacji.

Turyści albo służą do zdobywania waluty, albo też, jeśli jest to ktoś znaczniejszy, a zwłaszcza dziennikarz czy pisarz, podlegają specyficznej opiece i agitacji propagandowej. Takich cudzoziemców, nie znających języka i nie mających żadnego zrozumienia dla psychiki Rosjanina, obwozi się po paru pokazowych objektach.

Cudzoziemcy, a zwłaszcza Anglosasi, traktują często Rosję jak kraj egzotyczny. Wielu rzeczy nie rozumieją. Wydaje się im, że Rosjanin, z którym rozmawiają, albo jest zupełnie takim samym jak oni człowiekiem Zachodu, albo też, że to jakiś japoński samuraj, który gdy sam zostaje w domu, zdejmuje europejskie ubranie i przebiera się w czerwone kimono.

Cechą Anglosasów, bardzo zresztą ludzką, jest ufność. Anglik czy Amerykanin wierzy. Czy mówią mu o zdobyczach społecznych, czy o odżywianiu dzieci, czy wreszcie podają cyfry, Anglosas wyjmuje notatnik, powiada „Well” i zapisuje co mu podyktowano. Jest to materjał, z którego potem wyciąga wnioski. Byli w Rosji ludzie, którzy umieją patrzyć. Ale byli to przeważnie pisarze, którzy w swoich krajach zaangażowali się już jako komuniści. Trudno jest wymagać, aby naskutek pobytu w Rosji przebudowali swój pogląd na świat. Jest to oczywiście możliwe, zdarzyło się z Istratim, ale wymaga to prawie bohaterstwa. Ludzie przecież widzą lepiej to co chcą widzieć niż to co jest im niewygodne. Zwłaszcza jeśli to niewygodne wymaga pewnego trudu, jeśli trzeba tego szukać i znać przytem język dla Europejczyków dość trudny, choćby przez sam niełaciński alfabet. To też pisarz komunizujący wyjeżdża zwykle z Rosji ze szczerem uczuciem afirmacji. Pokazują mu wycinki filmu i inspirują objaśnieniami, jak tendencyjnemi napisami w obrazie propagandowym.

Zachodzi tu jeszcze jedna komplikacja psychologiczna. Marxizm apeluje do rozumu. Pisarz rozumowo przekonany o słuszności tej doktryny, człowiek pragnący w swoim kraju w Europie czy Ameryce dokonać przewrotu społecznego i zaprowadzić dyktaturę proletarjatu, niechętnie mówić będzie o ujemnych stronach życia w Sowietach, wierząc, że zło panujące w Rosji jest winą nie zmiany ustroju ale materjału ludzkiego, co zresztą w znacznej części wydaje mi się słuszne i co jest powodem tej ciężkiej i tragicznej sytuacji, w jakiej znalazł się rząd sowiecki, próbując narzucić socjalizm stu sześćdziesięciu miljonom prostych ludzi w szóstej części globu ziemskiego.

JAJKA KTÓRYCH NIE BYŁO

Zdarzyło mi się właśnie z wycieczką anglosaską zwiedzać ochronki i przedszkola przy fabryce „Krasnyj Bogatyr”. Pokazano nam o paręset metrów od zabudowań fabrycznych drewniane czysto utrzymane domki. Oprowadzały nas dwie panienki z „Inturista” i młody człowiek ubrany bardzo przyzwoicie. Zarówno strój jak i okulary amerykańskie ufnie usposabiały całą wycieczkę do młodego człowieka, mówiącego zupełnie biegle po angielsku. Ten nasz przewodnik przypominał mi afrykańskich myśliwych, którzy przebierają się za strusie, przyczepiają sobie pióra i w ten sposób podchodzą stado ptaków. Tu zdarzył się fakt dość błahy, ale znamienny dla łatwowierności, a raczej bezbronności cudzoziemców.

W dużej i widnej sali stoły nakryte były do obiadu. Nasz przewodnik wygłaszał właśnie mały odczyt na temat racjonalnego odżywiania dzieci. Trudności aprowizacyjne, jak twierdził, nie dają się we znaki dzieciom. Dzieci otrzymują w tem przedszkolu po dwieście gramów masła tygodniowo i po dwa jajka dziennie. Czy to prawda? Szukam oczami Sceptyka, ale ten wścibski jegomość wszedł już przez otwarte drzwi do znajdującej się obok kuchni, gdzie zagadnął dość bezceremonialnie jedną z dziewczyn:

– Czy dzisiaj dzieci dostaną po dwa jajka?

Nie wiem, czy dziewczyna wzięła nas za oprowadzających a nie za oprowadzanych, czy też poprostu była głupia, dość że odpowiedź brzmiała niespodziewanie:

– Odkuda jajca! (Co znaczy po polsku, że dzieci jajek nie dostają).

To samo okazało się z masłem. Sceptyk teraz zaczął mnie nudzić pytaniami, czy w „racjonalnem” odżywianiu bierze się też pod uwagę owoce, i przypomniał z dokuczliwą pedanterją, że nawet w restauracjach dla cudzoziemców nie można za dolary dostać ćwiartki cytryny. W tym czasie przewodnik „Inturista” z całą brawurową beztroską wygłaszał dalej swoje przemówienie. Straciłem wiarę w rzetelność tego rodzaju informacyj. Nie było mi żal dzieci dość zresztą zdrowo wyglądających, ale raczej tych paru starszych Anglików, należących do wycieczki pedagogów londyńskich, którzy grzecznie potakiwali siwemi głowami. Jeden z nich powiedział sakramentalne „Well” i zapisał pewnie w notesie te dwa nieistniejące jajka.

MIESZKANIA MOSKIEWSKIE

Przypuszczam, że członkowie wycieczek zagranicznych w podobny sposób zwiedzają domy i kluby robotnicze, szpitale, sądy czy urzędy, to znaczy te miejsca gdzie można znaleźć pewien przekrój życia codziennego jednostki w Sowietach. Pewien jestem, że większość cudzoziemców zwiedza domy wypoczynkowe dla robotników, ale nie wiem czy który zszedł do suteryn przeznaczonych na mieszkania robotnicze w Leningradzie. Wlazłem kiedyś w taki labirynt piwnic zastawionych pryczami, i wydało mi się to podobniejsze do koszar, a raczej nawet do lepianek w okopach, niż do ludzkiego mieszkania. Wlazłem tam pod preteksten szukania jakiegoś robotnika-cudzoziemca, którego nazwisko oczywiście zmyśliłem.

Aby obejrzeć przeciętne mieszkanie w Moskwie, znalazłem dość prosty sposób. Niezbyt przekonany paroma pokazowemi domami robotniczemi, wziąłem numer gazety i wyszukałem dwa ogłoszenia. Wypisałem sobie adres jakiegoś pana, który chce sprzedać lornetkę. Ale obejrzeć tylko mieszkanie człowieka, który wyzbywa się ostatniej lornetki, nie byłoby zgodne z rzetelną metodą przyrodniczą. Człowiek, który sprzedaje, może być w specjalnie niekorzystnych warunkach materjalnych. Wziąłem więc sobie z gazety drugi adres, kogoś kto chce kupić płyty gramofonowe. Temu z pewnością powodzi się lepiej. Człowiek z lornetką mieszkał w małym piętrowym domku przy ulicy Sadowniczeskoj. Na bramie widniał spis lokatorów mieszkania nr. 1:

Kowalew 1 raz dzwonić
Bałuszenko 2 razy
Anichin 3 razy
Hirszberg 4 razy
Baljanow 5 razy
Szupin 6 razy
Swoboriew 7 razy

O oznaczonej godzinie zadzwoniłem sześć razy; otworzył mi młody chłopak lat szesnastu, syn pana Szupina. Przeszedłem przez korytarzyk zastawiony koszami i walizkami, jak przedział trzeciej klasy w przepełnionym pociągu. W pokoju, gdzie miał się odbyć akt wymiany lornetki teatralnej na kilkadziesiąt rubli sowieckich, mieszkało z pewnością z pięć osób, a było obecnych dwu mężczyzn i jedna kobieta. Takie mieszkanie, poprzedzielane parawanami i szafami, znamy przecież dość dobrze z powieści i sztuk rosyjskich. Niema tu co opisywać. Chciałem jednak sam stwierdzić, czy w Moskwie nic się pod tym względem nie zmieniło. Na kuchniach stoi po osiem prymusów, w całym domu jest zaduch, kanalizacja źle działa. Nie kupiłem lornetki, choć bardzo mi było żal pana Szupina i jego wychudłego syna. Tranzakcja ta dla cudzoziemca byłaby zbyt kosztowna.

Dość podobne wnętrze spenetrowałem u amatora płyt gramofonowych. Znalazłem się tam zresztą w dość głupiej sytuacji, bo nie przygotowałem się na rozmowę i nie wiedziałem co odpowiedzieć, gdy mnie spytano, jakie płyty gramofonowe mam na sprzedaż, czemu ich nie przyniosłem i czy jestem Rosjaninem. Wyplątałem się tłumacząc, że źle zrozumiałem ogłoszenie, że nie chcę sprzedać a właśnie kupić. Później nieraz jeszcze stwierdziłem, że przeciętny mieszkaniec Moskwy czy Leningradu gnieździ się w dalszym ciągu w „komunalnych kwartirach”, gdzie swąd istotny i moralny, wzajemne szpiegowanie, ciasnota i brak samotności, kwasy i intrygi są czemś bardziej może uciążliwem od panującego głodu.

To wszystko prawda, ale prawdą jest również, że Rosja pod wieloma względami już dzisiaj przoduje cywilizowanemu światu. Spotkać tu można fragmenty najzupełniej wykończone i mądrze związane z budującym się gmachem socjalizmu. Przeciera się przez mgłę widok pełen uroku. Gdy staje się przed takim obrazem, nabiera się wiary, że wysiłek i cierpienia tych ogromnych mas ludzkich nie idą na marne. Przychodzi fala optymizmu. Nędza nie wydaje się uciążliwa jeśli każdy dzień przynosi nowe emocje i nadzieje. Poczucie konstruktywnej i celowej pracy, świadomość ważności i godności codziennych wysiłków jest silnym narkotykiem.

„DWORIEC TRUDA”

Oto bardzo piękne popołudnie, które spędziłem w towarzystwie mego przyjaciela Entuzjasty. Tym razem Sceptyk został w domu. Dzień był pachnący świeżą zielenią i wiosennym deszczem.

Zwiedzaliśmy „Dworiec Truda”, w którym mieści się wzorowy zakład opieki nad matką i dzieckiem. Tu matka znajduje opiekę już od pierwszych miesięcy ciąży. Tu odbywa się poród i wychowuje się dziecko do trzeciego roku życia. Niedonoszone dzieci, pielęgnowane w specjalnych warunkach, rozwijają się normalnie. Dziecko od pierwszych tygodni życia wychowuje się kolektywnie, je, bawi się i uczy w gromadzie. W każdym pokoju dziecinnym znajduje się instrument muzyczny, aby dziecko oswajało się z dźwiękiem harmonijnym. Kolory zabawek, ścian czy obrazków są kolorami zasadniczemi. Dzieci nie bawią się ani zabawkami ani obrazkami wyobrażającemi przedmioty nierealne lub zwierzęta, których nie spotykałyby w życiu. Wychowawcy nie chcą widać budzić tęsknot trudnych do zaspokojenia. W każdym pokoju dziecinnym wisi portret Lenina albo Stalina. Święta rewolucji obchodzone są radośnie: dzieci dostają wtedy lepsze jedzenie i czerwone chorągiewki. Od pierwszych kroków uczy się je poczucia klasowego. Zastępowanie ikon i świętych obrazków portretami polityków wydaje się mi trochę niebezpieczne. Święci pańscy nie ulegali tak szybkim upadkom jak Trockij. Dziecko wychowane w kulcie Stalina może w przyszłości za rządów choćby Worosziłowa być traktowane jako obciążone nastrojami opozycji albo nawet kontrrewolucji.

Po zakładzie oprowadza mnie miła lekarka o mądrych niebieskich oczach, sądząc z nazwiska Miller, Niemka z pochodzenia. Pokazuje mi, jak dziecko liczące sobie rok i dziesięć miesięcy po umyciu rączek trafia do szafki ze swoim ręcznikiem. Na niziutkich wieszakach umieszczone są obrazki kolorowe. Tak malutka osóbka wie już, że czerwony kogucik oznacza jej łóżeczko i jej ręczniczek. Robi to trochę wrażenie doświadczeń z rybami w akwarjum. Jest coś przerażającego, że można kierować już tak młodą istotą, że instynkty i odruchy są tak nieomylne, jak czyny uśpionych na seansach.

Dzieci wychowywane są podług najnowszych metod, i Bertrand Russell z żywą satysfakcją oglądałby ten wielki kompleks ogrodów i zabudowań. Dzieci nie są ani karane ani straszone. Pielęgniarkom nie wolno mieć sympatyj osobistych, i jeśli zostanie zauważona specjalna czułość pielęgniarki dla jakiegoś dzieciaka, przenosi się ją na inny oddział.

W zakładzie jest około dwustu miejsc. Dostaje się tu nikły niezmiernie procent dzieci rodzących się w trzymiljonowej Moskwie. Olbrzymia większość dzieci wałęsa się po podwórzach, pije wodę z kałuż ulicznych, dzień cały, zwłaszcza latem, spędza na brudnej ulicy, bo w przepełnionych mieszkaniach niema powietrza ani miejsca na zabawę. Widziałem zupełnie małe dzieci na ulicy bardzo późnym wieczorem. Kontrast między wychowaniem ulicznem a „Dworcom Truda” jest większy niż między dawną szkołą paziów a żydowskim chederem. Jakie dzieci przyjmowane są do tego sanktuarjum? Kto tu ma pierwszeństwo? Czy te dzieci którym jest najgorzej, czy te matki które są najbardziej opuszczone i godne opieki? Nie. Dzieci przyjmowane są na podstawie tabelki hieratycznej, z którą często można się spotkać w Sowietach. Naczelna lekarka objaśnia mnie, że pierwszeństwo mają dzieci gepistów, krasnoarmiejców, robotników fabrycznych, należących do partji. Potem idą robotnicy niepartyjni, pracownicy umysłowi i tak wdół aż do liszeńców, czyli ludzi pozbawionych praw. Oczywiście, niższe stopnie tej drabinki hieratycznej mają już tylko prawa czysto teoretyczne.

Znajdują się tu prawie wyłącznie dzieci sfer rządzących i uprzywilejowanych. Ludzie władzy korzystają z wszystkich udogodnień. Władza jest przecież jedyną w Rosji organizacją zwartą i silną.

Ale czy władza w Rosji mniej demoralizuje ludzi rządzących niż w krajach kapitalistycznych? Czy przewrót proletarjacki wniósł ze sobą atmosferę zdrową i wolną od bakteryj zakażających organizmy starych ustrojów? Cały świat jest dzisiaj chory. Ale wydaje mi się, że nasz kryzys i nasze dolegliwości można porównać do cierpienia na własnych betach, ze szklanką herbaty na nocnym stoliku i starym romansem pod poduszką. Łykamy różne świństwa, które nam zapisują znachorzy, i przewracamy się z lewego boku na prawy. Tu w Rosji chory leży na stole operacyjnym. Podlega zabiegom chirurgicznym bez znieczulenia. Jeśli zabieg się uda, przyniesie on światu prawdziwe zdrowie i nowe nieobliczalne siły. Ale czy ta bolesna i krwawa operacja odbywa się z konieczną precyzją i atmosferze wolnej od bakteryj, wydaje mi się może najważniejszem i najciekawszem pytaniem.

MIKROBY G. P. U.

Można było myśleć, że przewrót komunistyczny wniesie ze sobą atmosferę czystości i zaufania, że hasła, któremi żyje Rosja, po raz pierwszy może w dziejach świata wzbudzą zbiorowe uczucia pozytywne. Niestety, skłonny jestem przypuszczać, że w Rosji niema żadnej świadomej woli pracującego ludu. Jest natomiast władza, która twardą ręką, tępiąc wszelki najdrobniejszy sprzeciw, siłą narzuca nowy ustrój. Dzień jest długi. Robotnik stojący przy maszynie nie może żyć przez osiem godzin, przez tydzień, miesiąc, rok, a nawet przez lat kilkanaście, samym entuzjazmem. Rząd nietylko agituje i podnieca do pracy ale i pilnuje obywatela. Ciągłe „czistki” partyjne, procesy o sabotaż, krwawe egzekucje i nieustanne szpiegostwo, to odwrotna karta tego wychowania zbiorowego. Ponieważ władza jest tu zorganizowana mocniej od innych dziedzin życia, można przypuścić, że ogólny efekt wychowawczy jest raczej ujemny. Nie trzeba również zapominać, że szerokie masy patrzą codzień na klasę rządzącą i że poczucie nierówności społecznej jest bardzo ostro zarysowane. Można wmawiać obywatelowi, że wspaniałe samochody, któremi jeździ towarzysz Worosziłow, należą równie do wodza armji jak i do każdego obywatela. Ale trudno aby obywatel pamiętał o tem, gdy przyczepiony do tramwaju, wraca po pracy do domu, trzymając się zmęczoną ręką mokrego od deszczu buforu. Parę razy, gdy wyjeżdżałem autem za miasto, słyszałem wrogie okrzyki, a raz wielki kawał blachy wpadł przez otwarte okno samochodu.

W tego rodzaju wycieczkach zwykle w pewnej dyskretnej odległości towarzyszyło nam auto G. P. U. Samochód poselstwa polskiego ma zawsze taką honorową straż. Czasem jest to bardzo pożyteczne, kiedyś nawet gepiści wyciągnęli polski samochód z błota na jakiejś bardzo rozmokłej drodze. W warunkach monotonnego i codziennego szpiegowania wytwarza się zabawa sportowa, której głównie podlegają szoferzy poselstwa. Czasem szofer ku wielkiej swojej radości zdoła przy sprzyjających warunkach oderwać się od towarzystwa szpiegującego wozu. Gdzieś na jakimś zakręcie da gazu i bocznemi ulicami umknie gepistom, którzy smutni i markotni, krążą od policjanta do policjanta, wyszukując ukochanej czerwonej chorągiewki. Dzień cały siedzą te draby w samochodzie przed poselstwem i opowiadają sobie stare kawały albo plotki o innych szpiclach. Czasem gdy nudny i znudzony korpus dyplomatyczny w ładny dzień wyjeżdża za miasto na piknik, zjeżdżają się również w swoich autach gepiści i o paręset kroków w lesie albo przy szosie dłubią w nosie i grają w durnia specjalną sowiecką talją kart „bezbożnych”. Kiedyś na takim pikniku zostało trochę prowjantów i któryś z dyplomatów chciał poczęstować niemi przyglądających się zdaleka łakomie szpiclów. Zaniechano jednak poczęstunku, gdyż mogłoby to stać się przyczyną prowokacji. Chytry gepista, zjadłszy za dużo, mógłby potem donieść, że usiłowano go otruć.

Łażą te stare wałkonie po mieście, włóczą się za człowiekiem, przerywają rozmowy telefoniczne i biorą za to grube pensje. Ile razy dzwoniłem z hotelu do poselstwa polskiego, musiałem się łączyć dwa razy. Trzeba było czekać aż telefonistka zawezwie specjalistę-wałkonia, rozumiejącego po polsku. Jeśli się w czasie rozmowy przejdzie niespodziewanie na francuski, wałkoń-szpicel jęczy w telefon i wkońcu przerywa rozmowę aby zawezwać kolegę władającego językiem francuskim. W bardzo głupim wywiadzie Ludwiga ze Stalinem (patrz nr. 441 „Wiadomości Literackich”) był jeden moment dość pikantny, którego mało inteligentny Ludwig nie umiał wyzyskać. Ludwig zadał Stalinowi parę oszołamiających pytań w rodzaju: „Gdzie jest pańska fajka?” i „Czy wierzy pan w przeznaczenie?” Spytał go również niewiadomo czemu o jezuitów. Stalin odpowiedział, że nie pochwala metod jezuitów, gdyż ich podstawową metodą jest szpiegostwo. „Np, szpiegostwo w internacie: o 9-ej rano dzwonią na śniadanie, uczniowie udają się do refektarza a po powrocie do swych izb widzą, że podczas tego wszystkiego ich kuferki, wszystkie ich rzeczy, zastały przewrócone do góry nogami… Cóż jest dobrego w tym systemie?”.

Gdyby Ludwig miał trochę przytomności umysłu, dodałby: „Istotnie, nie widzę nic dobrego w tym systemie, bo w czasie gdy ja rozmawiam z panem w Kremlu, pańscy jezuici przewracają mi w hotelu wszystkie rzeczy w walizkach”.

Agenci G. P. U. są wszędzie. Zarządzający w hotelu, portjer, kelner, służący, wszystkie panienki w barach dla cudzoziemców są na służbie szpiegowskiej. Pokojówki i tancerki kokietują przyjezdnych, ale wdają się w romanse dopiero wtedy kiedy dostaną rozkaz od swej władzy. Łączą w ten sposób dwa bardzo świetlane i wzniosłe zawody. Szpiegostwo z prostytucją. Nie trzeba sobie wyobrażać aby gepiści byli jakiemiś romantycznymi ludźmi podziemia. Pod ziemią mają tylko piwnice do doraźnych egzekucyj. Krążą po świecie i często odznaczają się bardzo wykwintnemi manjerami. Poznałem takiego wybitnego przedstawiciela G. P. U. od spraw sztuki i teatru. W kołach dyplomatycznych nazywają go panem baronem, co przyjmuje chętnie, gdyż istotnie tytuł ten kiedyś posiadał w dawnych czasach gdy służył jeszcze w carskiej ochranie. Jegomość ten, bardzo przystojny i arystokratyczny w manjerach, musi mieć nadtalent szpiegowski jeśli bolszewicy w jakiemś dramatycznem spięciu parominutowej rozmowy odesłali go prosto z pod ściany na wysokie stanowisko rządowe. W dancingu „Bolszaja Moskowskaja” widziałem cudnej urody aktorkę dramatyczną Warginę w towarzystwie okazałego i dobrze odżywionego draba w wojskowym trenczu. Był to również wybitny gepista, człowiek o wielkich podobno wpływach i znaczeniu. Nieustanny festival, coś w rodzaju corsa karnawałowego szpiclów, odbywa się codzień na drodze do posiadłości Stalina. Miejscowość Gorki, połączona z Moskwą wspaniałą szosą asfaltową, roi się od szpiegów na rowerach i motocyklach i biednych początkujących szpiclów, chodzących jeszcze na piechotę.

W każdym kraju wałęsają się te zdemoralizowane durnie, podglądają przez dziurki od klucza jak ktoś zdejmuje kalesony i co miesiąc z kas państwowych przynoszą do domu ciężko zapracowane pensje. Ale nigdzie chyba niema ich tylu co w Rosji i nigdzie chyba nie są tak faworyzowani i tak nabrzmiali dumą i ważnością swej państwowej roli.

To zresztą, że szpiegują zagranicznych dyplomatów, ostatecznie nie jest w niczem dziwne. Dyplomacja robi mniej więcej to samo, tylko na sposób salonowy. Dyplomaci dostają zato ordery, a niewygodnych szpiclów likwiduje się bez sądu, czasem nawet po obustronnem porozumieniu dwóch szpiegujących się państw. Mniej mają oni z życia i więcej chcą sobie użyć póki są przy żłobie. Mówił mi pewien sympatyczny dyplomata, że gdy przyjechał do Rosji, na stacji czekało już dwu szpiegów. Miałem mu ochotę powiedzieć, że jest to zupełnie naturalna kurtuazja i że gdy ja przyjadę, będzie pewnie na mnie czekało dwu poetów. Jest więcej niż prawdopodobne, że nietylko poeci zajmowali się moim przyjazdem do Sowietów, ale ostatecznie nie krępowano mnie i umiałem sobie dać radę z niepożądaną opieką. Ciekawość w stosunku do mojej osoby nieraz wyrażała się dość groteskowo. Kiedyś, jadąc przez Moskwę w towarzystwie mojej „przewodniczki” spotkałem pewnego Anglika, którego poznałem w swoim hotelu; gdy zatrzymałem auto i wyszedłem, żeby dowiedzieć się od niego co porabia i czemu zmienił hotel, moja towarzyszka była bardzo zaniepokojona. Po moim powrocie do samochodu, spytała się z dziecinną gwałtownością:

– O czem pan mówił z tym panem?

Popatrzyłem jej długo w oczy i odpowiedziałem ze smutkiem:

– Mówiliśmy o bardzo ciekawych rzeczach, ale, niestety, nie mogę pani powiedzieć o czem, bo to sekret.

Biedna towarzyszka Bronstejn musiała źle spać tej nocy.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close