Moja podróż do Rosji (cz. 3)
MŁODZIEŻ W SOWIETACH

„PARK KULTURY I OTDYCHA”

Tak, to wszystko jest prawda, towarzyszko Zino,
Któżby nosił na głowie chustki perkalowe?
Nie kłamie film z Marleną. Prawdę mówi kino,
Panny u nas są srebrne i dwuwymiarowe.
Chodzą lekko i dłoni nie mają tak ciemnych,
Gdzieżby tam łapcie albo też brudne paznokcie?
Nie mają nóg stwardniałych na robotach ziemnych,
Ani rąk popękanych, urobionych po łokcie.
Nasze panny jak perły rodzi piana morska,
Albo jak te syreny srebrną szumią łuską,
I serca im jak tobie nie biją pod bluzką,
Gdy na mapie objaśniasz wzrost Magnitogorska.

Towarzyszka Zina, o której napisałem ten niewinny wierszyk, istnieje naprawdę. Ma czerwone pyzate policzki, nie jest bardzo zgrabna, ale oczy jej są pełne blasku. W jednym z pawilonów parku „Kultury i Otdycha” objaśniała wycieczce młodzieży wzrost uprzemysłowienia Związku Rad. Długą tyką pokazywała na mapie czerwone gwiazdy miast sowieckich. Mówiła z zapałem. I o dziwo, gdy przyszła druga grupa zwiedzających, i trzecia grupa, towarzyszka Zina nie straciła ani pół tonu, ani jednej wibracji w głosie. Mówiła wciąż to samo z tem samem wzruszeniem. Gdy umilkła, zatrzymałem się w pustym chwilowo pawilonie i poprosiłem o parę wyjaśnień. I jeszcze raz śpiewnym głosem, upojona, wypowiedziała swą małą tyradę. Rozmawiałem z nią potem całe pół godziny. Stanęliśmy przed pawilonem. Pogoda była piękna. W dole wzdłuż całego Parku wiła się rzeka Moskwa pełna łódek i kajaków.

Był to dzień „otdycha”. Niema w Sowietach dni w tygodniu, są tylko daty. Każdy szósty dzień jest dniem odpoczynku. Oczywiście, nie dla wszystkich, gdyż różne fabryki i instytucje mają swoje dni pracy, i często dzień świąteczny żony jest dniem pracy męża. Towarzyszka Zina pytała się mnie o zagranicę. Widziała jakiś film amerykański i wcale się jej nie podobał. Ta dziewczyna nie myśli cały dzień jakby skopjować model od Lucyny i głównem jej zmartwieniem nie jest, że jakaś Pindzia ma modniejsze futro. Powaga stosunku do życia, zrozumienie walki o socjalizm i brak obłudy seksualnej -wszystko to nadaje młodzieży szlachetności i zupełnie swoistego wdzięku. Niema w Rosji hołoty młodzieńczej, zapełniającej dancingi, plotkującej i grającej w bridża. Te kategorje, które się znudziły już w świecie kapitalistycznym, tu wogóle nie istnieją.

Jak bawi się ta młodzież? W „Parku Kultury i Otdycha”, w ogrodzie zabaw publicznych, próżnoby szukać bud jarmarcznych i głupich atrakcyj, jakich pełno jest w naszych Luna-Parkach czy Magic-City. Niema aparatów do wróżenia przyszłości, automatów z pornograficznemi fotografjami ani loteryjek, na których wygrywa się gliniane świnki. Są natomiast wielkie czytelnie, pokoje do gry w szachy, koncerty na powietrzu, sale odczytowe i zbiorowe tańce, prowadzone przez specjalnych instruktorów. Latem grają tu najlepsze teatry stolicy. Jest nawet jedno koło szczęścia, coś w rodzaju loteryjki, ale fantami są tylko książki. Ten kult do nauki i pęd do kształcenia się jest najsympatyczniejszym może objawem nowego życia Rosji. Wystarczy posłuchać choćby radja sowieckiego aby odczuć powagę różniącą Rosję od lekkomyślnej Europy. Wiedeń nadaje walce, Londyn – jazz z „Savoyu”, Paryż – piosenki Chevaliera, cała Europa w radjo śpiewa i tańczy. Tu ciągle uczą. Wystarczy usiąść w Parku na ławce, aby w letnim zmierzchu usłyszeć z jakiegoś gigantofonu słowa: „Chemja organiczna jest chemją związków węgla”…

Sceptyk powiada, że gdy się już nauczą chemji, to wtedy będą śpiewali i zapragną tańczyć. Narazie tłum w Parku robi wrażenie młodych kleryków na wycieczce podmiejskiej. Snują się z powagą i godnością, którą zwykle daje młodzieży wiara i surowość obyczajów.

Jest tu parę miejsc o dość konserwatywnym charakterze. Wielkie koło z fruwającemi w powietrzu wagonikami, parę strzelnic, w których strzela się do wyciętych z deski podobizn popów, burżujów z cygarami w zębach albo żołnierzy w obcych uniformach. Przyznać trzeba, że przy tych strzelnicach tłok jest największy. Gdy Entuzjasta rozmawiał z Ziną i zwiedzał czytelnie, Sceptyk znalazł jakiś bardzo dziwny ogonek nie prowadzący do nikąd. Przed małym mostkiem nad strumykiem stało może ze sto osób w ogonku. Pytaliśmy się paru ludzi, o co tu chodzi, ale nikt z czekających nie wiedział. U nas wystarczy, gdy parę osób zacznie się patrzeć bez powodu w górę, aby zebrał się tłum na ulicy. Widocznie w Rosji wystarcza, gdy dwie osoby staną za sobą, żeby się utworzył ogonek. Sceptyk powiada, że jest to ogonek dla przyzwyczajonych do stania i że kierownictwo Parku chce stworzyć warunki, do których przywykła publiczność moskiewska. Powiada on również, że może tu chodzić o racjonalny trening. Są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia bez ogonków. Spotkałem takiego w pewnym naszym urzędzie. Był to bardzo surowy woźny, który gdy chciałem kupić jakieś marki stemplowe, rzekł:

– Niech pan stanie w ogonku.
– Kiedy nie ma żadnego ogonka, – odpowiedziałem, rozglądając się po pustej sali.
– To musi pan zaczekać aż będzie ogonek i stanąć w ogonku.

Był to urodzony kolektywista. Sądzę, że w Rosji doszedłby do wielkich wpływów i znaczenia.

W głównej alei Parku Kultury stoją szeregiem biusty „udarników”, t. zn. robotnikow, którzy odznaczyli się wydajnością pracy przy planie pięcioletnim. Aleja Udarników przypomina galerje portretów rycerskich albo berlińską „Siegesallee z Tiergartenu. Jest tu w Rosji nowe szlachectwo pracy, i możliwe, że za lat kilkadziesiąt potomkowie ślusarza Czerkisowa, odznaczonego orderem Lenina, promenować się będą po Parku Kultury z uczuciem dość arystokratycznej dumy.

Na końcu alei Udarników znajduje się okrągła przestrzeń podzielona na dwie części. Nazywa się to Wspólna Platforma. Jest to ładny i prosty sposób łączenia ludzi, którzy przyszli samotnie i chcą spędzić dzień albo wieczór razem. Stają tu dziewczyny szukające chłopców, a po drugiej stronie chłopcy, którzy przyszli sami. Zamiast dawać ogłoszenia do kurjerka, że przystojny blondyn szuka fertycznej brunetki albo że rudy i błękitnooki szuka muzykalnej szatynki, zamiast ogłaszać, że będzie się czekało przed pomnikiem Chopina z różą w zębach, tu ludzie poprostu uśmiechają się do siebie i porozumiewają odrazu. Znajomość zawarta na podstawie powierzchowności może się utrwalić lub rozchwiać po godzinie. Ma to swoją smutną stronę. Widziałem dwie krostowate i koślawe dziewczyny stojące bardzo długo bez skutku, jakgdyby skazano je na jakiś okrutny pręgierz osamotnienia.

Z. A. G. S.

Swoboda kojarzenia się i rozłączania wnosi niewątpliwie uzdrowienie do stosunków seksualnych. Spędziłem parę godzin w „Zagsie”. Skrót ten oznacza instytucję do rejestracji małżeństw i udzielania rozwodów. Pokoik, w którym siedzi jedna panienka przy małym stoliczku, przypomina salonik dentysty. Zniszczone secesyjne mebelki, jakaś oszklona bibljoteczka, obrazek przedstawiający księżyc, łódeczkę i zameczek. Obok jest poczekalnia, w której wiszą duże kolorowe afisze objaśniające cele, środki i skutki życia płciowego. Osoby obu płci, które tu czekają parę minut, wchodzą już uświadomione płciowo do pokoju, gdzie podlegają zarejestrowaniu, poczem mogą wyjść i swobodnie korzystać ze świeżo zdobytych wiadomości.

Była godzina dwunasta. Zegar stojący w kącie wybił sześć razy, a wskazówki stały na godzinie pół do czwartej. Z własnym więc zegarkiem w ręku obliczałem jak długo w Rosji sowieckiej trwa ślub i jak długo rozwód. Pierwszym interesantem był malarz pokojowy. Dostał rozwód w dwie minuty trzydzieści sekund. Nie był to jednak czas rekordowy, gdyż później jakiś zakatarzony młodzieniec w skórzanej kurtce osiągnął w świetnej formie rozwód w dwie minuty piętnaście. Jegomość ten, jak zeznał, brał ślub cztery razy a ostatni dwa miesiące temu. Następna para spotkała się z poważnemi przeszkodami. Chodziło tu o brak metryki panny młodej. O ile nie omyliło mnie wrażenie, coś było istotnie nie w „porządku” z pochodzeniem dziewczyny. Sposób jej zachowania się, ruchy i wymowa wskazywały na środowisko burżuazyjne. Urzędniczka nie chciała uznać za wystarczające świadectwa z biura, w którem panna młoda pracowała jako maszynistka.

Po tej młodej parze, lękliwej i niepewnej, brał ślub dwudziestodwuletni szofer z osiemnastoletnią robotnicą fabryczną. Ci czuli się jak u siebie w domu. Wieroczka, miła blondynka o szarych oczach, czekała przy biurku, bo Borys telefonował w kącie pokoju do jakiegoś Saszy i zapraszał go na wieczór, ale Sasza robił trudności. Wyszli po akcie rejestracji trzymając się pod ręce. Nie było ani welonów, ani drużek, ani karety. Sprawy tego rodzaju traktowane są z całą naturalnością, i napewno szofer Boria, mimo że nie rozesłał specjalnych ogłoszeń na welinie, że spędzi tę noc z żoną swą Wieroczką, nie będzie przez to mniej szczęśliwy a nawet mniej wierny. Panna młoda nie płakała ale wesoło uśmiechnięta wsiadła do ciężarówki, którą oboje tu zajechali pewnie po drodze do fabryki.

Młodzież, która nie zna kategoryj przedrewolucyjnych, czuje się w Rosji dobrze. Niewiele trzeba jej do życia i mało ma pokus. Widziałem na drodze pięknie nazwanej Szosą Entuzjastów kolumnę komsomołców, pracującą przy ustawianiu słupów telegraficznych. Pracowali bawiąc się i śmiejąc. Piękną tą drogą prowadzono kiedyś skazańców na Sybir. Jest tu koło małego stawu miejsce, w którem zesłanych żegnały rodziny. Dalej już iść z partją nie było wolno. Teraz budują tu domy robotnicze i stadjony sportowe. Entuzjasta na tej Szosie Entuzjastów czuł się jak u siebie w domu i nawet pogwizdywał „dubinuszkę”. Sceptyk zwrócił mu uwagę, że fałszuje, a potem zaczął się go wypytywać, czy niewiadomo mu, którędy prowadzi droga na wyspy Sołowieckie i czy teraz rodziny zesłanych mogą, a zwłaszcza czy chcą, odprowadzać więźniów. Co do radosnej twórczości i wesołej pracy młodzieży, Sceptyk także miał cośniecoś do powiedzenia. Jest on zdania, że jeden flegmatyczny Niemiec zrobiłby więcej przez dzień niż pięciu komsomołców przez tydzień. Podobnego zresztą zdania było dwu robotników amerykańskich, sympatyków komunizmu, z którymi zwiedzałem wielką pokazową fabrykę kaloszy. Jeden z tych robotników, Polak amerykański, słabo zresztą już władający językiem polskim, pracował również przy wyrobie kaloszy i znał się świetnie na produkcji.

– Panie, – powiedział do mnie, – oni tu się chwalą, że niema bezrobocia. Nic dziwnego, jeśli pracę jednego robotnika wykonywa dziesięciu ludzi. Czy pan nie widzi, że w tej fabryce jest tłok? Przecież tu ludzie sobie przeszkadzają!

WYRZUCENI NA ZAKRĘCIE

W fabryce tej panuje nastrój dość swobodny. Robotnice chodzą po salach, rozmawiają, śmieją się. Nikt się tu nie boi, że za byle opieszałość straci posadę. Naskutek tej zbytniej nieco swobody wprowadzono w ostatnich czasach w większości fabryk sowieckich pracę na akord. Szerokie masy niebardzo więc czują celowość i wagę tempa rozbudowy przemysłowej i nie wystarcza samo uświadomienie, jeśli, jak widzimy, potrzebny jest jeszcze stary kapitalistyczny bicz do poganiania; nieśmiertelny pieniądz. Mało można dostać w wolnym handlu za znaki sowieckie, ale zawsze wydatniejsza praca podnosi nieco stopę życiową. Niewiele się tu widzi starych twarzy. Wszędzie przeważa element młodszy, może z tej samej przyczyny, dla której w wojsku nie widzi się starych podporuczników. Robociarze awansują, i wielu dawnych robotników przedrewolucyjnych nie zajmuje się już produkowaniem kaloszy, ale siedzi na wyższych urzędach i robi politykę. Jest wielkie zapotrzebowanie na stuprocentowych przedwojennych proletarjuszy. Towar ten stoi wysoko na giełdzie sowieckiej. Starzy wodzowie i młodzież ideowa, to cała siła Sowietów. Zarówno członkowie partji jak i brygady komsomołców nie pracują na akord. Jest to element naprawdę wierzący. Dziewczyny w czerwonych chustach na głowach, – co jest niejako uniformem komsomołców, – przejmują się gorąco każdem hasłem rządowem.

Praca nie kończy się dla nich z wyjściem z fabryki. Walczą oni na najcięższych odcinkach frontu, jak żołnierze słuchają ślepo rozkazów, cierpią niewygody, podlegają ostrej dyscyplinie, przerzucani są z jednego końca Rosji na drugi. Jeśli jakie wojsko ma sens, to chyba ta armja pracy. Jeśli się już zmusza ludzi, to lepiej ich chyba zmuszać do budowania szos czy fabryk niż do przekłuwania ludzi bagnetem albo też do zdychania na drutach kolczastych. Młodzież pracuje nie dla zarobku. Motorem, który ich porusza, jest wiara. Wierzą ślepo w kanony wiary marxowskiej, ale i oni są kuszeni przez szatana zwątpienia. Często synod kremlowski każe przeklinać wczoraj czczone bóstwa i modlić się do złego ducha. Tragedje, które wynikają na tem tle, są najzupełniej nowym motywem psychologicznym, godnym zastanowienia.

Rząd sowiecki jest bardzo elastyczny w swoich posunięciach, w ciągłym wysiłku myślowym szuka wyjść z trudnych sytuacyj, przy takich nawrotach zdarza się, że olbrzymie masy młodzieży zostają wyrzucone na zakręcie. Nowa polityka ekonomiczna czyli nowy „Nep”, wprowadzony częściowo, naskutek rosnących trudności aprowizacyjnych, zaskoczył młodzież i wykoleił ją ideowo. Przez ostatnie lata brygady komsomołców szły na wieś agitować przeciw wolnemu handlowi i gospodarce niekolektywnej. Co musi czuć taki chłopiec ślepo wierzący w głoszone przez siebie hasła, gdy nagle pewnego dnia dekretem z Moskwy burzy się całą jego pracę i wysiłek paroletni? Chłop, któremu tłumaczył szkodliwość prywatnego handlu, teraz z uśmiechem wyższości siada na wózek i jedzie na targ. Znalazł odpowiedź na dialektykę marxowską komsomołca! Teraz on ma rację. Żywioły reakcyjne są pod opieką władzy, a wierny i żarliwy rnarxista jest piętnowany jako szkodnik. To co wczoraj jeszcze było zbrodnią przeciw socjalizmowi dzisiaj jest nietylko tolerowane ale faworyzowane. Odwołuje się brygady komsomołców, którzy wracają posłuszni jeszcze, ale już wyleczeni z entuzjazmu. Podobny stan musi budzić rozgoryczenie. Żołnierz, któremu kazano jednego dnia łupić Niemców a drugiego bronić tych samych Niemców przed Turkami, dostawał tylko szablę w garść. Komsomolec dostaje argumenty, jego bronią jest dialektyka, a broń tę rząd wytrąca mu nie nowem rozumowaniem ale niemotywowanym oschłym rozkazem. Cóż on ma zrobić z temi słowami, które mu wrosły w umysł? Do czego mogą służyć te wszystkie wyostrzone i nieodparcie uszeregowane argumenty, wypracowane przez lata pracy agitacyjnej w kontakcie z żywym materiałem ludzkim? Mniej odporny młodzieniec zasępia się, traci wiarę w nieomylność rządu i popada w kacerstwo marxowskie.

KREML

Do Kremlu nie łatwo się dostać. Grupę zwiedzających liczą parę razy przed bramą. Musimy czekać na jakieś formalności i wreszcie konwojowani przez agentów, wchodzimy za mur tej świątyni władzy. Nie wolno brać ze sobą aparatów fotograficznych. Panuje tu nastrój czujności i poszanowania. Jest cicho i bardzo czysto. O ile mi wiadomo, Rosjan tu nie wpuszczają. Zarówno cerkwie jak i muzeum dawnych carów dostępne jest tylko dla cudzoziemców. Za murami muzeum, gdzieś w jakichś pokojach, może za temi żółtemi storami, urzędują proletarjusze z Centralnego Komitetu. To połączenie muzeum i najwyższej władzy przypomina Watykan.

Zwiedzałem Kreml w towarzystwie wycieczki amerykańskiej. Amerykanie oddychali tu pełną piersią. Nareszcie wiedzieli poco przyjechali do Rosji. Oglądali brylanty korony carskiej, niemal włazili do dworskich karet z czasów Piotra Wielkiego, wytrzeszczali oczy na szyte perłami stroje dostojników synodu. Największe powodzenie miała gablotka, w której wystawiono siodełko tureckiej roboty, ofiarowane przez sułtana Katarzynie Wielkiej. Mnie osobiście zastanowiło, jak malutka była ta poduszeczka atłasowa w złotej kulbace, na której siadywała największa pupa świata.

Przyznam jednak, że Kreml mnie nudził. Nigdy nie miałem zapału do zwiedzania muzeów i gdy przeczytałem, że w Hiszpanji w czasie rewolucji spalono parę objektów do oglądania, miałem lekkie uczucie ulgi. Najciekawszym eksponatem Kremlu była dla mnie „ścienna gazeta” personelu, wywieszona na dole w westibulu. Tego rodzaju gazety spotkać można w każdym urzędzie, w klubie robotniczym, fabryce, szkole czy koszarach. Podczas gdy Amerykanie oglądali berła i kołyski dawnych carów, przepisałem sobie z tej gazety, wydawanej przez stróżów, woźnych i kustoszów, parę wzmianek dających posmak nowego życia rosyjskiego.

Najpikantniejszą rubryką gazety ściennej były „Sny”. Anonimowy autor w satyrycznem ujęciu poddawał krytyce prawomyślność swych towarzyszy. Wśród paru niewinnych złośliwości w rodzaju: „Towarzyszowi G… śniło się, że w czasie gdy on pali papierosy w ubikacji, miotły same zamiatają”, była wzmianka podkreślona czerwonym atramentem: „Towarzysz Ak…ij jest widocznie lunatykiem, gdyż w nocy łazi po Krasnej Płoszczadi i rozmawia po francusku ze swoją mamusią”. Po paru tygodniach pobytu w Rosji, gdy znalazłem w notesie tę przepisaną złośliwostkę, odczułem jej dość drapieżny posmak. Być może, był to niewinny żarcik, ale równie dobrze można sobie wyobrazić, że taki żart może mieć w konsekwencji wydalenie pracownika, który ukrył swoje burżuazyjne pochodzenie. W kraju, gdzie żyje się słowem, odpowiedzialność za słowo jest ogromna. Znane mi są wypadki popadania w niełaskę, wyrzucania ze związków, ba, nawet sądu, za parę zdań wygłoszonych w publicznej dyskusji. Czytałem kiedyś w piśmie polskiem wychodzącem w Rosji list pewnego pisarza-komunisty, który spowiadał się ze swych błędów, prostował swe mylne poglądy, przepraszał za omyłkę i obiecywał poprawę. Przypominało to nieco heretyków spowiadających się przed świętą inkwizycją. Pisarz ten, któremu zarzucono zbyt nacjonalistyczne podejście do sztuki, uczynił to co czyni ogromna większość oskarżonych o odchylenia opozycyjne, t. zn. „raskajałsia”. To cerkiewne słowo, bardzo popularne w Rosji, oznacza lojalne przyznanie się do błędu. Wyznanie własnej winy mogłoby wzbudzać nawet szacunek gdyby nie to, że za niewycofanie się z błędu grozi w Rosji ciężka odpowiedzialność życiowa. Jedynym prawodawcą i panem życia czy śmierci jest państwo, a państwo w Rosji ciągle jeszcze znajduje się w stanie walki. W tych warunkach, gdzie za niebaczne słowo można stracić „pajok”, ludzie trzy razy się namyślą nim coś publicznie powiedzą. Częściej jeszcze idą po drodze najłatwiejszej i najbezpieczniejszej, t. zn. wogóle nie myślą, ale wygłaszają obowiązujące formuły i konwencjonalne proletariackie ogólniki. I to jest odwrotna strona tego medalu za entuzjazm, którym obdarzamy młodzież sowiecką.

MUZEUM REWOLUCJI

Obywatel sowiecki czuje strach nietylko przed własną władzą. Dla umocnienia solidarności klasowej rząd posługuje się widmami przeszłości. Ślady caratu nie są wymazane. Zbrodnie „białych” z wojny domowej, straszak wojny interwencyjnej i wszystkie inne niebezpieczeństwa, czyhające na proletarjat rosyjski, przemawiają bardzo wymownie z każdego eksponatu Muzeum Rewolucji. Muzeum mieści się w pięknym starym pałacu w dawnym Klubie Angielskim. W kilkunastu salach zobrazowany jest wyzwoleńczy ruch proletarjatu rosyjskiego od buntów Pugaczowa aż do rewolucji październikowej. Obok sali poświęconej dekabrystom znaleźć można sporo pamiątek polskich z r. 1831. Rewolucja r. 1905 ma całą salę, i sporo jest tam materiału dotyczącego Warszawy. Poza materiałem historycznym, ilustrującym każdy z etapów walk rewolucyjnych, pracę bolszewików na emigracji, wszystkie zjazdy międzynarodówki, walki między mienszewikami a bolszewikami, poza materjałem anegdotycznym z życia Lenina czy Plechanowa, jest w Muzeum bardzo wiele agitacji i propagandy politycznej. Wszystko co ma na celu okazanie grozy i zohydzenie caratu czy kleru przemawia bardzo mocno do wyobraźni i uczuć widza. Natomiast niebardzo przekonywające w formie i wyrazie są kpiny z demokracji europejskiej. Francuz, Niemiec czy Anglik, to zawsze ten sam gruby bankier z cygarem w gębie, siedzący na worku złota. Polak z afiszów wojny polsko-bolszewickiej przedstawiony jest zawsze w kontuszu, z długiemi wąsami i szabelką w ręku. Widziałem tam parę karykatur Piłsudskiego, właściwie dość dobrodusznych i nadających się do warszawskiego „Cyrulika”.

W całej drobiazgowo przedstawionej historji rewolucji brak jest zupełny tylko jednego działacza. Po działalności Trockiego nie zostało nawet śladu. Wśród setek portretów, biustów i fotografij niema ani jednej podobizny byłego wodza armji. Uderzyło mnie to już po zwiedzeniu paru sal i postanowiłem sprawdzić, czy istotnie ta małostkowość w zwalczaniu pokonanego dawno przeciwnika politycznego jest aż tak groteskowa.

– Gdzie tu jest sala Trockiego? – spytałem mej towarzyszki, oprowadzającej mnie po Muzeum. – Czy niema tu jego portretu?

– A poco panu Trockij? Zresztą, proszę bardzo, jeśli panu zależy na zobaczeniu fotografji Trockiego, to nic łatwiejszego.

Towarzyszka Bronstejn była jednak bardzo zmieszana mojem pragnieniem popatrzenia w oczy Trockiemu. Po kilkunastu minutach szukania zaprowadziła mnie z tryumfalną miną do fotografji zbiorowej. Była to grupa paru działaczy bolszewickich w formacie pocztówkowym.

– Trzeci z prawej, – objaśniła mnie, – to Trockij.

Znowu byłem zdziwiony naiwnością mojej przewodniczki. Było w tem coś rozbrajającego. Mogła mi przecież w jakiś inteligentniejszy sposób wytłumaczyć podobny sposób walki z opozycją.

– Tak, powiedziałem, więc jednak jest tu fotografja Trockiego, a mnie okłamano i mówiono, że Trockiego w Muzeum Rewolucji niema.

*

W jednej z sal znalazłem stary sztandar z polskim napisem: „Za naszą i waszą wolność”. Wracając przez ulicę Twerską do hotelu, długo miałem jeszcze przed oczami ten czerwony transparent. Próbowałem wydobyć z siebie wzruszenie powtarzając to słowo, tak niegdyś upajające. Nie. Słowo wolność nie ma już w sobie patosu. To tylko eksponat muzealny. Może za bardzo przywiązaliśmy się do tego hasła, które ma coraz mniejsze znaczenie w świecie trudnych i ważnych przeobrażeń. A jednak coś z tego słowa jeszcze zostało, jest w niem jeszcze coś niepokojącego.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close