ANTONI SŁONIMSKI

Moja podróż do Rosji (cz. 1)
PIERWSZE SPOJRZENIE

W WAGONIE

Dzień wlecze się powoli. Dopiero pod wieczór będziemy na granicy sowieckiej. Nie mogę czytać ani spać. Gdy wreszcie po przedwyjezdnej bieganinie przyszedł ściśle na zegarku oznaczony czas odejścia pociągu, gdy zostałem sam w przedziale kolejowym, ogarnęło mnie silne wzruszenie. Czy ta doba podróży przeniesie nas do kraju najbardziej różnego od reszty obcego nam świata, do ziemi obiecanej, do ojczyzny wszystkich ludzi pracy, twórczości i sprawiedliwości? Jakie będą twarze ludzi po tamtej stronie granicy, jakie będą ich oczy? Czy to będą twarze zdrowo uśmiechniętych robotników, budujących dla siebie fabryki Magnitogorska, czy zmęczone i wylęknione oczy ludzi, stojących od świtu w ogonkach po chleb, sól czy naftę? Prócz bagażu, leżącego na siatce wagonu, bierzemy przecież ze sobą ogromny bagaż wiadomości o Rosji. Czy oblepieni jesteśmy kłamstwami prasy burżuazyjnej, czy też może okłamani przez propagandę sowiecką? Czy z tej podróży zdołamy wynieść jakąś prawdę istotną? Czy potrafimy zrozumieć co czują tam ludzie, którzy rządzą, i co czują ludzie rządzeni? Kto wie zresztą, czy pytania, które sobie tutaj zadajemy, nie stracą swego znaczenia w Rosji i czy ich miejsca nie zajmą inne niepokoje? Czy jadę do kraju czerwonego terroru, czy do państwa żywego socjalizmu, o którym przecież każdy z nas marzył od dziecka? Kto wie, może za parę już godzin znajdę się po drugiej stronie, gdzie wszystko jest jasne i zrozumiałe, gdzie zaczyna się kształtować naukowa organizacja życia! Powietrze takiego kraju musi być upajające. Męczy niemożność urobienia sobie, wypracowania obrazu, który nas czeka, a jest to cechą natury ludzkiej, że wychodzimy naprzeciw nieznanego z niepokojem. Przychodzą kolejno coraz gwałtowniejsze fale sceptycyzmu i entuzjazmu. I już nie jestem sam w przedziale. Jest nas trzech. Po prawej mojej stronie zasiadł, nogę na nogę założywszy, Sceptyk o bacznem i przenikliwem spojrzeniu. Pan ten ma w sobie coś nieprzyjemnego, ale nie można mu odmówić inteligentnego wyrazu twarzy. Po lewej stronie siedzi Entuzjasta. Już teraz przylgnął twarzą do szyby i wygląda z niecierpliwością nocy, za którą przyjdzie nowy dzień za granicą świata przeszłości. Wybaczcie, że ci dwaj będą nam towarzyszyli przez cały czas wycieczki do Rosji sowieckiej i że od czasu do czasu będą się wtrącali do rozmowy o tem co zobaczyłem w najdalszej, najciekawsze, i najtrudniejszej podróży życia.

ZA CZERWONĄ BRAMĄ

Pociąg sapiąc, pewnie z emocji, której i ja podlegam, przejeżdża przez czerwoną bramę graniczną, ozdobioną emblematami władzy sowieckiej. Na bramie wśród sierpów i młotów widnieją napisy witające proletarjat całego świata. Ten łuk powitalny po obu swych stronach ma ogromne zasieki drutu kolczastego. Nie jest tu tak łatwo wejść na to powitalne zaproszenie, a jeszcze trudniej, zdaje się wyjść bez pożegnania. Jedziemy już po ziemi sowieckiej, za kilkanaście minut staniemy na stacji Niegoriełoje. Pejzaż niczem nie zdradza różnicy ustroju państw sąsiadujących. Ta sama rzeczka, która wylała po stronie polskiej, i tu zatopiła niskie łąki i nieużytki. Wyglądam ciekawie pierwszych domów i osad ludzkich. Znajdują się tu pewnie jakieś pokazowe kołchozy, jakieś domy nowowybudowane, dźwignięte wysoko. Nie. Nie ma tu żadnej propagandy. Pod laskiem drzemie parę niskich chałup. Nic na pokaz. Jakgdyby tylko więcej nieużytków i ani śladu bydła na polach. Przez ostatnią godzinę obserwowałem umyślnie pejzaż naszych biednych kresów. Nie ulega wątpliwości, że tam więcej było terenów obsianych i więcej krów i koni. Było też więcej płotów. Tu ziemia nie jest podzielona na szachownice drobnych prywatnych własności. Rozciąga się przed oczami daleka i niczem nie ujęta ani nie obsiana.

Do pociągu weszło dwu żołnierzy straży granicznej. Na karabinach mają bagnety. Przechodzą przez korytarz, zaglądając do wszystkich przedziałów. Wysiadamy z wagonu wchodzimy do budynku stacyjnego. Rzeczy niesie „nosilszczik”. Proletarjusz, w państwie rządzonym przez proletarjat, niesie mój kuferek. Człowiek ten jest gospodarzem swego kraju. Ja jestem gościem, nic więc dziwnego, że gospodarz pomaga gościowi. Tranzakcja ta kosztuje wszystkiego pięćdziesiąt kopiejek. Niema napiwków. Tyle wynosi taksa. Ale zwyczaj ten istnieje tylko na granicy, na innych dworcach we wnętrzu kraju napiwki są bardzo chętnie widziane. Tak samo daje się napiwki w restauracjach, hotelach i teatrach. Wysokość tych napiwków jest bardzo względna. Rubel sowiecki, kupiony poza granicami Rosji, kosztuje dwadzieścia parę groszy polskich. Natomiast oficjalny kurs, po którym cudzoziemiec zmuszony jest zmieniać walutę na terenie Rosji, wynosi przeszło cztery złote polskie za jednego rubla. Gdy się daje napiwki w rublach, spotyka się z nienawistnem spojrzeniem obdarowanego. Gdy pierwszy raz dałem w szatni szwajcarowi czterdzieści kopiejek, czyli przeszło złoty pięćdziesiąt, spojrzał na mnie z wrogością. Zrozumiałem to gdy spostrzegłem, że tubylcy dają rubla napiwku. Od tego czasu dawałem dziesięć centów amerykańskich, co mnie kosztowało dziewięćdziesiąt groszy a dla portjera stanowiła około trzech rubli. Obaj byliśmy bardzo zadowoleni. Tragarz na stacji nie bierze napiwków, gdyż jest to w zgodzie ze sposobem traktowania cudzoziemców. Olbrzymia większość przyjezdnych przesuwa się przez Rosję utorowanym i obstawionym szlakiem podróży, wyreżyserowanej przez biuro turyzmu, czyli t. zw. „Inturist”. Są to przeważnie wycieczki, które za zgóry opłaconą sumę mają wszystko, od hotelu począwszy a skończywszy na biletach teatralnych. Cudzoziemiec, który przyjeżdża sam, jest osobą bardziej kłopotliwą, i tem się może tłumaczy pewna konsternacja poselstwa sowieckiego w Warszawie gdy zamiast spodziewanej wycieczki literatów ja sam wkońcu zgłosiłem się po wizę. Wycieczkę oprowadza się według zgóry oznaczonego programu, wypełnia się jej cały czas pobytu; daje to większą ekonomję sił potrzebnych, powiedzmy, do pilnowania bezpieczeństwa przyjezdnych.

Jedzie ze mną właśnie taka wycieczka amerykańska pierwszej klasy i jedna wycieczka trzeciej klasy. Po dość szczegółowej i długotrwałej rewizji spotykamy się wszyscy w wagonie restauracyjnym Niegoriełoje-Moskwa. Do wycieczki pierwszej klasy należy paru bogatych przemysłowców z Ameryki. Wiezie ich już od granicy przydzielony tłumacz. Amerykanie mają miny bohaterów i zdobywców. Pewnie przyjechali się przekonać, dlaczego to właściwie ich businessy zaczęły iść gorzej i jaki ma to związek z kryzysem światowym a jaki z dumpingiem sowieckim. Są, zdaje się, bardzo dumni z własnej odwagi. O wiele sympatyczniej przedstawia się wycieczka ich własnych pewnie robotników, z Buffalo czy Detroit, którzy za uciułane oszczędności przyjechali popatrzeć na kraj dyktatury proletariackiej. Przy stolikach siada również paru Rosjan. Mają wygląd robociarzy, którzy wracają z pracy nie przebrani ani nie umyci. Są bardzo obdarci i dość brudni. To pierwsi nieumundurowani obywatele Rosji jakich widzę. Patrzę się więc na nich z ciekawością. Bardzo mi się podoba, że ci robociarze siedzą tak swobodnie w wagonie restauracyjnym pierwszej klasy. Nawiązują rozmowę z Amerykanami. Porozumiewają się łamanym językiem niemieckim. Znajduje się również jakaś dziewczyna, która zna język rosyjski, pewnie Żydówka z New Yorku. Nastrój jest przyjazny i ożywiony.

Tymczasem przynoszą mi pół kurczęcia, które sobie zamówiłem za cenę ośmiu rubli czyli żywych trzydziestu sześciu złotych. Jest to jakieś stare ptaszysko, mrożone i obsmażone, nieładnie pachnącą fryturą. Podobne rzeczy podają i przy innych stołach. Rozmowa się jakoś urywa. Słychać brzęk odkładanych noży i widelców. Tak. Niema wątpliwości. W najbardziej demokratycznym kraju Europy, we Francji, nie wpuszczonoby do wagonu restauracyjnego brudnego robociarza, ale każdy robociarz wyrzuciłby za okno brata proletariusza, który ośmieliłby się podać mu tak brudno przyrządzoną potrawę. Rozmowa przycichła. Między wzniosły nastrój bratania się proletarjatu Ameryki i Rosji wkradł się ckliwy zapach nieświeżego jedzenia. Akcent przyziemny i trywjalny. Już coś się popsuło. Od stołu fabrykantów amerykańskich pada jakiś żart, który robotnicy z Detroit przyjmują wybuchem śmiechu. Widocznie któryś z wyzyskiwaczy kapitalistycznych ma poczucie humoru. Nie idzie to po linji materjalistycznego ujmowania dziejów. Nie wiem, czy uświadomiony proletarjat powinien się śmiać z żartów klasy wyzyskującej. Tuż obok mnie siedzi robotnik amerykański, który się nie śmieje. Co więcej, je z zaparciem się siebie jakąś ciemno szarą potrawę, o której nie umiałby powiedzieć, czy jest zupą czy kotletem. Umysł tego człowieka panuje nad jego żołądkiem. Podoba mi się ten człowiek. Ma charakter.

Dzień jest pogodny. Od rana świeci słońce, męczące dla oczu zaczerwienionych z bezsenności. Pociąg przyjeżdża na stację moskiewską punktualnie co do minuty. Na dworcu podchodzi do mnie jakiś pan o ciemnej gruzińskiej cerze. Trzyma w ręku numer „Wiadomości Literackich” z moją fotografją. Jest to przedstawiciel „Woksu”, czyli „Wsiesajuznowo Obszczestwa Kulturnoj Swiazi z Zagranicej”. Czeka również przedstawiciel poselstwa polskiego w Moskwie. Do wspaniałego Lincolna „Woksu” siada ze mną również mała ruda osóbka. Jest to towarzyszka Bronstejn. Moja tłumaczka. Wyjaśniam, że tłumaczka jest mi niepotrzebna, gdyż znam język rosyjski. Otrzymuję odpowiedź, że w takim razie towarzyszka moja będzie mi służyła za przewodnika po Moskwie. Ponieważ widzę, że sprawa jest zgóry przesądzona, przystaje chętnie. Pędzimy ostro przez zatłoczone ulice. Chodniki są przepełnione. Tłumy ludzi przelewają się aż na jezdnię, tak że co chwila mam wrażenie, że kogoś przejedziemy. Tłum jest ubrany mniej niż ubogo. Kobiety mają na głowach chustki, mężczyźni czapki. Przejeżdżamy całe miasto. Niema tu ludności przedmieść ani śródmieścia. Ten sam ubogi tłum kłębi się na krańcach miasta co i na placu Czerwonym. Przed sklepami stoją długie ogonki. Wreszcie udaje mi się odczytać szyld jednego z takich sklepików. To „Bułocznaja”. Ogonki po chleb. Przyznam się, że nie wierzyłem, aby w Rosji po piętnastu latach od rewolucji nie było dosyć chleba. Samochód musi stanąć na rogu koło jakiegoś wielkiego budującego się domu. Siedzący przy mnie Entuzjasta wychyla się z samochodu i liczy ilość pięter. Będzie coś koło dziesięciu. Obok stoi maszyna do asfaltowania jezdni. Wre praca. Oddychamy razem z Entuzjastą miłym zapachem smoły. W tej chwili trąca mnie w bok siedzący obok Sceptyk. Z miejsca, w którym stoimy, widać ogonek, a raczej część ogonka, bo reszta zepchnięta jest w bramę domu. Sceptyk objaśnia mnie, że pewnie na podwórzu stoi reszta ogonka. Powiada, że jest sposób walki z ogonkami czysto propagandowo optyczny. Uważam, to przypuszczenie za niesprawdzone. Wogóle niema co gadać z tym panem. Poprostu nie wyspał się i jest głodny. Jak się wykąpie, ogoli i zje śniadanie, to pogadamy.

Z tem wykąpaniem się jest gorzej, bo w hotelu dla cudzoziemców, gdzie mi zarezerwowano pokój, niema pokoju z łazienką. To znaczy owszem jest, ale za piętnaście dolarów dziennie. Trzeba więc wziąć prysznic we wspólnej umywalni. Pokoik, który dostaje za cenę pięciu dolarów, umeblowany jest w sposób dość dziwny. Niema szafy na rzeczy, ale jest za to empirowa oszklona szafka na bibeloty. Stoją aż dwie kanapki i parę foteli stylowych. Na każdym meblu wisi karteczka z numerem. Być może, są to jakieś antyki z muzeum albo ze zbiorów państwowych.

Na dole w hotelu dostaję śniadanie złożone z bardzo złej herbaty, masła zmieszanego z margaryną, kawałka ryby wędzonej i ciemnego chleba. Czekam jeszcze parę minut, i zjawia się mój anioł-stróż. Jedziemy z towarzyszką Bronstejn do „Woksu”, aby złożyć tam wizytę oficjalną i uzgodnić plan zwiedzania miasta. „Woks” z wielką kurtuazją ofiarowuje mi się dopomóc we wszystkiem. Zasiadamy przy stole w parę osób. Jest tam przedstawiciel sekcji literatury i bardzo miła starsza pani, referentka spraw szkolnictwa i wychowania. Plan obejmuje po parę objektów dziennie. Na dziś nie da się już więcej zrobić jak chyba zobaczyć któryś z nowych domów kolektywnych i wieczorem pójść do teatru lub do kina.

DOM KOLEKTYWNY

Idziemy piechotą do domu „Narkomfinu”. Jest to wspaniała budowla w stylu Corbusier, wybudowana przez architekta Ginsburga. Przed domem wydeptana łączka i parę drzewek. Budynek przypomina wielki okręt. Na każdym piętrze okna pokoi wychodzą na szeroki pomost spacerowy. Olbrzymie okna obliczone są na maximum światła i powietrza. Dom ten ma kolektywną kuchnię, pralnię i sale klubowe. Wszyscy lokatorzy tego domu mieszkają tak samo i jedzą tak samo ze wspólnej kuchni. Wchodzimy do wnętrza, ale widzę, że Entuzjasta został przed domem, oglądając z zadowoleniem fasadę. Natomiast Sceptyk prowadzi mnie do wielkich okien, obliczonych na maximun światła, i zapytuje, czy nie mógłbym objaśnić dlaczego w tych wielkich oknach jest tyle brudu? Sceptyk powiada, że jedno zwyczajne czyste okno dałoby więcej światła. Pyta mnie również, czemu w ciepły wiosenny dzień wszystkie okna w gmachu są szczelnie pozamykane. Powiada, że to pewnie uświadomieni proletariusze boją się przeciągów.

Zaglądamy do jednego z mieszkań. Pokój zapełniony mnóstwem gratów mieszczańskich. Jakieś stare kanapy i etażerki, łóżka i parawany. Spodziewałem się zastać tu prostotę wnętrza, wydawaćby się mogło, że jeśli nie sam ustrój społeczny, to przynajmniej styl budowli narzucać powinien pewną celowość w urządzeniu mieszkań. Czem to objaśnić? Czyżby głód mieszczańskiego zbytku był tak silny, że robotnicy w nowych domach otaczają się niepotrzebnemi rupieciami, tworzącemi nastrój przedwojennego wnętrza? Są to pewnie pragnienia, które się muszą wyżyć.

A może wynika to z braku wytwórni mebli nowoczesnych i z bardzo rozwiniętego handlu starzyzną? Niewiele można kupić za ruble sowieckie, a zawsze zabawniej trzymać w domu kanapę niż papierowe pieniądze.

Schodzimy do suteryn, do kuchni kolektywnej. Jest godzina czwarta po południu. Pora obiadu. Przed okienkiem kuchni stoi ogonek mieszkańców domu. Wydają im zupę, jakąś wodnistą kartoflankę, i po kawałku ryby. Ryba ta cuchnie tak niewątpliwie, że trudno oddychać. Towarzyszka Bronstejn proponuje, czy nie chciałbym spróbować jedzenia. Udaję że nie słyszę, i pytam, co znaczy skrót „Narkomfin” i jakiej branży robotnicy mieszkają w tym nowowybudowanym domu. Okazuje się, że to nie robotnicy ale urzędnicy jakiegoś wydziału finansowego.

– Czy pan widzi, – powiada do mnie, gdy już jesteśmy znowu przed domem, – że w każdym oknie jest doniczka z kwiatkiem?

Niebardzo widzę te doniczki, bo szyby są zbyt brudne. Zły jestem, bo chciałem zobaczyć dom robotników a nie buchalterów, i drażni mnie, że każdy kwiatek, który stoi na oknie lub na stole w mieszkaniu sowieckiem, urasta do wielkości baobabu. Rozglądam się przed domem. Mój przyjaciel Entuzjasta nie czekał widać i poszedł spać do hotelu. Cóż robić, entuzjazm jest uczuciem bardzo męczącem.

– Tak, – powiadam, aby sobie trochę ulżyć, takiego domu nie widziałem nigdzie w Europie. – Myślę w tej chwili o całych dzielnicach wspaniałych robotniczych domów w Wiedniu, które wybudowano bez wielkich haseł i rewolucji. Nasza realna towarzyszka przyjmuje mój ironiczny komplement z wyraźnem zadowoleniem. Patrzę na nią z pod oka. Czy taka sprytna jesteś, czy poprostu mam do czynienia z bardzo dziecinną i naiwną bidulką? Zaczynam podjrzewać, że nawet słynne G. P. U. jest też bardzo przereklamowane. Wracamy do domu, a stary drań Sceptyk nietylko siada ze mną do samochodu ale poprostu włazi na moje miejsce.

WIECZÓR W KINIE

W największem kinie moskiewskiem w gmachu dawnego cesarskiego konserwatorjum wyświetlają film „Putiowka w żizń”. Obraz ten idzie od szeregu miesięcy. Wogóle produkcja sowiecka nie wystarcza, i na całą Moskwę są teraz do obejrzenia tylko dwa filmy. Drugim filmem jest obraz na tle strajków niemieckich p. t. „Niech żyje Moskwa!” Filmów europejskich ani amerykańskich niema. Jest to wynik braku walut zagranicznych. Szkoda dolarów na sprowadzanie Chevaliera, gdy tak potrzeba maszyn i speców. Oczywiście, jest to też usprawiedliwione względami politycznemi. Władzy sowieckiej chodzi o izolację od wpływów Zachodu. Film, który głodnemu i obdartemu widzowi nietylko mówi o zbytku gwiazd filmowych i wampów w pyjamach, ale który prowadzi go na ulice wielkich metropolij i pokazuje warunki życia pracującego robotnika amerykańskiego, może mieć wpływ destrukcyjny. Wzbroniona jest tu „anarchja” filmów Rene Claira, a biedny lumpenproletarjusz Charlie Chaplin mógłby tu najzupełniej niespodziewanie wzbudzić nietylko wesołość ale i zazdrość w widzach, którzy często nie mają nawet śmiesznych i za dużych butów Chaplina. W społeczeństwie pracy przymusowej, świętej i czczonej, niema miejsca dla samotnego włóczęgi. Aby być ścisłym, muszę zaznaczyć, że widziałem tu jeden niemy film z Olgą Czechową w kinie na placu Arbackim. Obraz jest spreparowany napisami i służy do ukazania upadku i zgnilizny obyczajów mieszczańskich. Jeśli się u nas bardzo dużo kłamie o Sowietach, to przyznać trzeba, że kłamstwa te są obustronne. Brak filmów zagranicznych, brak prasy burżuazyjnej i monopol, który posiada państwo na udzielanie wszelkich wiadomości, wytwarza zgodną opinję Rosjan o nędzy i terrorze panującym w krajach kapitalistycznych. Widok dobrze odżywionych i ubranych cudzoziemców, speców i turystów tłumaczą pewnie ich przynależnością dla klas uprzywilejowanych.

Szerokie, piękne i zbytkowne kuluary konserwatorium są przepełnione. Tłum się przechadza. Długiemi szeregami idą mężczyźni, trzymając pod rękę dziewczyny. W marynarskich trykotach, w czapkach cyklistowskich, przeważnie bez kołnierzyków, marynarek, a czasem i bez butów. Ma to w sobie swoiste piękno. Te wielkie sale o lustrach w ramach złoconych, te poczekalnie, dawniej dostępne jedynie dla możnych i bogatych, otworzyły się dla całej biedoty i nędzy miejskiej. Tłum jest tu u siebie. Głodny wzruszeń, które daje sztuka, przynosi wzamian swój szczery entuzjazm i prawdziwą żądzę doskonalenia się. Dawniej po tych posadzkach przechadzały się wyfioczone damy i obwieszeni orderami oficerowie. Było tu targowisko próżności. Damy przyglądały się przez lorgnon tualetom, a panowie obnosili swe insygnja władzy, demonstrując brylanty swych żon jak trofea. Tłum, który defiluje przede mną, nie poto przyszedł. A jednak kto wie? Może i tu jest jakaś parada tualet? Gdy zaczynam pod tym kątem widzenia obserwować przechadzające się pary, nabieram wątpliwości. Oto idzie jakiś Kałmuk w liljowej rubaszce i fantazyjnym kapeluszu panama. Kobieta w starym kapeluszu, ozdobionym w kwiatki, owoce, motylki, wstążki i piórka, podstarzałe widmo z umalowaną twarzą, patrzy ze śmieszną wyższością na otyła damę w męskim szynelu. Oto widać jakiegoś wychudłego urzędniczynę w starannie wyprasowanych białych płóciennych spodniach, stukającego drewnianemi trepkami. Kobiety, które mają pończochy, patrzą z pewnego rodzaju dumną śmiałością na te, które mają tylko skarpetki. Kobiety bez skarpetek patrzą ironicznie na wyskarpetkowane. Patrzą ironicznie, ale patrzą. Gdzieniegdzie w tłumie kroczy dumnie chłop w skórzanej kurtce, albo dandy współczesnej Moskwy – krasnoarmiejec. Czyżby się tak niewiele zmieniło? Po kularach konserwatorjum promenują się stare instynkty, odarte z zewnętrznej świetności.

Przy drzwiach prowadzących do sali stoją dwa biusty Bacha i Beethowena. Jakiś wyrostek próbuje przeczytać swemu towarzyszowi nazwiska wyryte łacińskimi literami. Wreszcie woła obcą przechodzącą dziewczynę:

– Te, przeczytaj…

Dziewczyna nietylko przeczytała ale i objaśnia chłopców, kim byli wielcy muzycy. Małego wykładu słucha już kilkanaście osób. Jesteśmy w kraju, gdzie panuje prawdziwy głód wiedzy, gdzie słowo jest chlebem, gdzie gadają więcej niż mogą wysłuchać. Film „Putiowka w żizń” jest też wykładem dydaktycznym. Jest to historja nawracania „biezprizornych”, zdziczałych dzieci, których bandy doniedawna były postrachem ludności miast. Film pokazuje nietylko sposoby wychowywania opuszczonych dzieci, ale jest też agitacją za wytężoną pracą brygad komsomołców i poglądową lekcją szkodliwości pijaństwa, lenistwa i anarchji w życiu zbiorowem. Obraz zrobiono znakomicie pod względem technicznym, aczkolwiek jako dźwiękowiec często zawodzi. Film jest bardzo piękny i mądrze przeprowadzony. Strona wychowawcza ani na chwilę nie ciąży nad dynamiką akcji. W tego rodzaju pracy artystycznej Rosjanie wydają się mistrzami. Rosja jest przecież krajem aktorów i reżyserów. Trzeba to wiedzieć i pamiętać o tem nietylko w teatrze, ale i w życiu politycznym, gdzie, niestety, te cechy narodowe przybierają często znamiona kabotyństwa. Namiętność do wykazania się, przemawiania, ekshibicjonizmu psychicznego, spowiedzi i pozerstwa spotyka się tu na każdym kroku. Mam wrażenie, że mądra władza sowiecka nieraz potrafi te właściwości wyzyskać dla celów cywilizowania kraju. W tym filmie jak w każdej publikacji sowieckiej praca jest apoteozowana. Ma się wrażenie jakby nie było tu cichej i spokojnej pracy w laboratorjach czy fabrykach, ale jakaś praca wśród czerwonych transparentów na arenach oświetlonych reflektorami.

Godne podziwu są metody działania na tłum i pomysłowość w wynajdywaniu nowych zastrzyków zapału. Tego dnia w kinie widziałem, a raczej słyszałem, mocny wyraz celowości tych wysiłków. W pewnym momencie, gdy na ekranie rozgrywa się walka komsomołców z pijanemi szkodnikami, gdy dzielni młodzi robotnicy rozbijają bufet z wódką, nagle gdzieś w kącie sali rozległ się huk. Po zapaleniu światła okazało się, że to dwóch młodzieńców rozbiło wielką butlę wódki pod wpływem agitacji filmu, na który pewnie przyszli z nadzieją urżnięcia się po kinie. Gdybym sam tego nie widział, uważałbym to za naiwną opowiastkę propagandową. Widzi się przecież tu wiele rzeczy prostych i naiwnych, które budszą sympatję. Oczywiście, nie można na ten temat rozmawiać ze Sceptykiem, bo ta bestja, gdyśmy wracali z kina, umyślnie przystawała i przyglądała się pijanym leżącym wpoprzek ulicy. Z takich ludzi leżących na chodniku nic tu sobie nie robią. Tłum okrąża ich poprostu jak mrówki, które omijają spotkany na swej drodze patyk. Milicjant patrzy na to obojętnie.

CO JEST W DAWNYCH SKLEPACH?

Gdy rankiem wymykam się z hotelu przed godziną umówioną na oficjalne zwiedzanie, przypominam sobie, że przed wyjazdem myślałem często o dawnych sklepach i wielkich magazynach. Co się tam teraz mieści? Niema przecież handlu prywatnego a państwo nie może prowadzić tylu magazynów. Czyżby tam ludzie mieszkali? Czy można tak mieszkać w oknie u Szczerbińskiego? Muszą chyba zasłaniać te okna i cały dzień siedzieć w mroku. Już po przejściu paru ulic znajduję na to pytanie dość znamienną odpowiedź. W magazynach i sklepach poprostu mieszczą się urzędy. Za wielkiemi szybami siedzą urzędnicy i przykładają stempelki do spiętrzonych stosów papierów. Przepisują kawałki, wkładają w teczki, rejestrują, kopjują, spinają spinaczami. Zamiast wędlin, butów, zegarków, kapeluszy męskich a wystaw konfekcji widzi się twarze wysuszone jak wędliny, plecy zgarbione nad aktami, całe tłumy urzędników, bo i tu jest wieczne przeludnienie. Tak. To fakt, który się da łatwo wytłumaczyć. Zniesienie handlu prywatnego i kontrola państwa nad każdym szczegółem życia obywatela musiała zatrudnić setki tysięcy i miljony tych, którzy nie produkują, nie handlują, ale agitują, pilnują, organizują i prowadzą kontrolę, aby nie handlowano. W niektórych sklepach mieszczą się teraz kooperatywy lub magazyny rządowe. Na wystawach widzi się często napisy: „Butów niema”. Okna wystawowe zarzucone są jakiemiś słoiczkami i paczuszkami. Nieraz leżą na oknach sztuczne, zrobione z drzewa rekwizyty. W sklepie państwowym, w jakimś „Mostorgu” do handlu mięsem i wędlinami, widziałem na oknie wystawowem drewniane szynki i salcesony pomalowane dość realistycznie. Przed sklepem z ubraniami stoi tłum w ogonku. Na stronie widać jakąś kobiecinę, która beczy. Opowiada coś, żywo gestykulując, ale nie rozumiem ani słowa. Pytam jakiegoś wyrostka co się tu stało.

– To Tatarka, – powiada, – sprzedali jej papierowe ubranie dla męża. Głupia. Myślała, że za dwadzieścia rubli dostanie z sukna.

W tych wszystkich sklepach trzeba mieć „pajok”, sprzedają tylko na kartki. W handlu wolnym ceny są znacznie większe, i towarów jest bardzo niewiele. Widzi się kramy ze sznurowadłami i tekturowemi szachownicami. Bez kartek można kupić w sklepach rządowych książki, antyki, różne używane sprzęty domowe, papierosy i gazety. Jest jednak sklep „Torgsin”, gdzie mieszkaniec Moskwy może wejść w każdej chwili bez żadnych kartek i kupić zarówno amerykańskie konserwy z ananasa, kiełbasę, masło, jak i jedwabne pończochy. Ale tylko za złoto lub dolary. Sklepy takie, to wielkie magnesy, które wyciągają ostatnie złote opiłki pochowane na czarną godzinę. Rząd potrzebuje walut; przy pomocy tej przynęty wyławia ją z wygłodzonych obywateli. Sklep taki wygląda jak koszmarna gablotka z panopticum. Jak miraż oazy na pustyni. I u nas przed Hirszfeldem zatrzymują się ludzie głodni, pożerając wzrokiem białe majonezy i złote banany. Ale ostatecznie w Polsce gdy człowiek głodny zarobi złotówkę, może zjeść kawał chleba białego z prawdziwem masłem i prawdziwą kiełbasą. Tu trzeba mieć walutę, a waluty kupić w Rosji nie można. Łatwiej ubogiemu przejść przez ucho igielne niż przez drzwi „Torgsinu”.

Gdy wraca się nad ranem, w ubraniu wieczorowem z jakiegoś przyjęcia czy knajpy, i spotyka się robotników idących do pracy, z uczuciem zawstydzenia podnosimy kołnierze aby zakryć biały gors koszuli. Tu w Moskwie sowieckiej doznaję często podobnego uczucia zażenowania. Dla mnie, gdy mam walutę zagraniczną, znajdzie się w tym głodnym kraju masło, którego nie dostaje robotnik, i jajka, których nie dostają dzieci.

Pamiętam niedawno widzianą scenę w Warszawie. Policjant zatrzymał jakiegoś obrosłego brudem obdartusa z baraków, bez koszuli pod poszarpaną marynarką, i zabronił mu przejść ulicą Mazowiecką:

– To ty nie wiesz cholero, że masz Solcem iść, a nie pchać się tu pryncypalną ulicą!

Oczyszczanie ulic z niemiłego oczom turysty widoku jest również stosowane w kraju zwycięskiego proletarjatu. Widziałem identyczną scenę dn. 22 maja przed hotelem „Metropol” na placu Teatralnym. Przed werandą kawiarni hotelowej, jedynej zresztą kawiarni moskiewskiej, przystanęło paru bosych i oblepionych błotem, straszliwie wyniszczonych ludzi. Tych wynędzniałych proletarjuszy przepędził milicjant, krzycząc, że tędy przechodzić nie wolno, i każąc im iść najpierw do cholery ciężkiej a potem niżej położonemi ulicami wzdłuż rzeki Moskwy. Obserwowałem później niejednokrotnie, że władze sowieckie starają się drogę i miejsca postoju turystów zagranicznych oczyszczań z niemiłych widoków. Starają się, ale niezbyt gorliwie. Myliłby się ktoś sądząc, że w Rosji panuje jakaś zupełnie sprawna reżyserja czy organizacja życia. Mam wrażenie, że nawet terror w stosunku do przestępców politycznych jest stosowany z okrucieństwem ale i z dużą dozą niechlujności i przypadkowości.

Jedynym miejscem miasta prawdziwie pokazowem jest plac Czerwony, najładniejszy chyba plac na świecie. Mury Kremlu oświetlone są nocą silnemi reflektorami. Niezwykłego uroku dodaje „Krasnej Płoszczadi” wypukłość terenu. Idąc od strony ulicy Twerskiej widzi się wielkiej piękności cerkiew Wasilewską jakgdyby wyłaniającą się z morza. Z za wypukłości placu wystają tylko wschodnie turbany kolorowych kopuł bizantyjskich. Z okien mego pokoju mam piękny widok na tę cerkiew i na Kreml od strony rzeki. Słyszę u siebie nocą dzwony Kremlu wybijające co kwadrans jękliwą melodję.

Nocy tej długo nie mogę zasnąć. Budzi mnie pierwszy brzask. Staję przy oknie. Nic jeszcze nie wiem. Nie silę się objąć rozumem tego małego wycinka życia, z którym się zetknąłem. Czeka mnie wiele wrażeń. Parę dni w Moskwie, to przecież zaledwie pierwszy krok w tę dżunglę miejską pełną uroku, dzikości i melancholji. Nie próbuję rozumować. Narazie działa tylko moja wrażliwość.

Słyszysz za oknem szelest bosych stóp?
Płyną, jak widma, głowy w białych chustkach.
Idą mosty budować na zgliszczach i pustkach,
Strzeliste wieże, sieci dróg.
Nad rzeką Moskwą różowieje świt.
Błyszczy się fala. Wiatr dmie coraz chłodniej.
I nad dachy cerkiewne i nad Kremlu szczyt
Wschodzi znojny, upalny, żółty smutek wschodni.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close