Moja podróż do Rosji (cz. 4)
SZTUKA

MUZEA

Muzea sztuki w Sowietach są przepełnione. Galerja Tretjakowska czy Galerja Sztuki Zagranicznej (dawne muzeum Szczukina) pełne są wycieczek szkolnych i robotniczych. Obrazy nie stanowią przedmiotu kontemplacji. Potrzebne są raczej jak wypchane ptaki w szkole przy wykładzie zoologji. Przysłuchiwałem się takim wykładom w wielu muzeach. Praca oprowadzaczy ułatwiona jest zresztą napisami, które każdą salę i każdego malarza oświetlają z punktu widzenia materializmu dziejowego.

Istnieje cała specjalna sztuka muzealna, wielu specjalistów pracuje nad tem aby jak najbardziej celowo i konsekwentnie wyzyskać malarstwo dla uświadomienia klasowego i kierować uczuciami zwiedzających. Ten marxizm, gwałtem wpychany do muzeów, dla nas, ludzi, podlegających innym prawom grawitacji, wydaje się czemś bardzo ciężkiem, niezdarnem, a czasem wręcz komicznem.

Galerja Tretjakowska podzielona jest na epoki: – feudalizmu, pańszczyzny, wpływów rosnącego w znaczenie mieszczaństwa, rozwoju przemysłu, narodowego inteligenckiego liberalizmu. Są tam uwzględnione nawet dość drobne odchylenia polityczno-społeczne. Oczywiście, obrazy, sama ich wartość i faktura malarska mają niewiele wspólnego z materjalistycznemi napisami. Układ tematyczny odgrywa tu znaczną rolę. Np. w sali „pańszczyzny i chłopskiej nędzy” zebrane są przeważnie portrety myśliwskie. Panowie z dubeltówkami i psami u nóg. Oprowadzacz w sali tej mówił: „Wot riebiata, tak żyli sobie panowie obszarnicy, gdy klasa włościańska jęczała pod knutem”.

W dawnej galerji Szczukina znalazłem parę napisów bardzo delikatnie i wzruszająco oświetlających malarstwo francuskie. W żaden sposób nie mogą zrozumieć niektórych subtelnych odcieni. Np.: „Sala gnijącego kapitalizmu: Renoir, Degas”. Albo „Sztuka plutokracji: Moreau”. Nie wiem również, dlaczego Cezanne zaliczony jest do sztuki „epoki wielkiego przemysłu” i w takim razie co wielki kolorysta ma wspólnego ze swoją epoką. W sali poświęconej Gauginowi znalazłem parę napisów, które sobie odnotowałem. „Pytanie dla zwiedzających: czy w sztuce Gauguina przedstawiona jest imperialistyczna polityka kolonjalna Francji?” Niestety, malarz nie daje na to pytanie odpowiedzi, a jego obrazy mówią tylko o tem, jak kolorowy proletarjat na wyspach Pacyfiku leży w fioletowym cieniu kobaltowych palm i je cynobrem i ochrą nakrapiane ryby.

Naciąganie marxowskie niezawsze przecież skutkuje. Nieraz widziałem jak młodzież z najwyższem zainteresowaniem przystawała przed malarstwem gnijącego feudalizmu i pożerała oczami śliczne różowe pupki z obrazów Francois Boucher. Ogromnem powodzeniem cieszą się nietylko sceny mieszczańskie Pierowa ale również imperjalistyczne carskie wojny, malowane przez Wereszczagina, albo też wspaniałe bohomazy Siemiradzkiego, obrazujące poniżenie proletarjatu greckiego, zmuszonego do obrzucania wieńcami z róż przedstawicieli klas posiadających. Słynny obraz Riepina użyto do bardzo naciągniętej wolty. Iwan Groźny, zabijający syna, ma według napisu obrazować ustrój carski zabijający swych najlepszych synów. Na dowód czego obok osobno powiększonej głowy zabitego wisi portret poety Garszina, który zmarł w obłędzie i który jakoby ma być podobny do syna cara. Niestety, wszystko tu jest prócz podobieństwa, i nie wydaje mi się aby Riepin wogóle miał coś podobnego na myśli. Przed bardzo mdłym oleodrukiem, przedstawiającym młodą śliczną damę w powozie z parasolką w ręku i z pieskiem na kolanach, stanął jakiś młody robotnik i długo patrzał oczami pełnemi nietajonego zachwytu. Takich kobiet nie widzi się teraz w Rosji. Portrety dawnych poetycznych piękności muszą działać na młodego widza sowieckiego jakimś nieziemskim czarem. Cała galerja mówi o barwności dawnego życia, kusi słodyczą barw, pięknem kobiet, i młody robotnik po wyjściu z „Tretjakowki” na brudną i biedną ulicę Moskwy więcej może pamięta oczami niż mu zdołano wytłumaczyć agitacyjnym słowem. Może dlatego wszystkie wycieczki, które widziałem w muzeach, szły tak ostrem tempem przez sale, jakby oprowadzacze nie chcieli im pokazać malarstwa a tylko raz jeszcze mówić na temat walki klasowej, o czem równie dobrze mogliby opowiadać pod gołem niebem albo w klubie robotniczym.

Jeśli chodzi  o taką rewję przeszłości plastycznej, to bardziej wrażliwemu widzowi nasunąć ona może myśli dość sprzeczne z tendencją organizatorów muzeów. Widzi się tu znakomite obrazy, powstałe w czasach ucisku i niewoli, w czasach pańszczyzny i klerykalizmu, a potem wszystkiem na końcu wchodzi się do sali malarstwa sowieckiego, do sal sztuki wyzwolonego proletarjatu, gdzie wiszą współczesne sowieckie pokraczne bohomazy w stylu niemieckiego ekspresjonizmu. Malarstwo w dzisiejszej Rosji mało jest warte, i znacznie polityczniej byłoby nie umieszczać tych kiczów w Galerji Tretjakowskiej i nie ozdabiać ich tak patetycznemi napisami. Nie wyobrażam sobie, żeby tę nieudolną propagandę w muzeach robili ludzie inteligentni i pomysłowi. Prawdopodobnie kierują tem, jak w większości instytucyj sowieckich, dawni robotnicy, t. zn., co tu dużo gadać, ludzie prymitywni. Widziałem parę galeryj w Leningradzie zręczniej i dowcipniej podanych pod względem agitacyjnym. Tam czuć było rękę fachowca, ale i tam robota była dość niechlujna. Chciałoby się dać parę rad tym zacietrzewionym marxistom. Niestety, są oni zbyt zarozumiali. Rosja jest to niejako „Związek Rad udzielanych przez cudzoziemców w sprawach technicznych”. Jeśli chodzi o zdolność rozumowania, to przeciętny bolszewik uważa całą resztę ludzi na świecie za embrjony. Człowiek u nich zaczyna się od marxisty. Gdy trzeba naprawić traktor, który zepsuje „russkij czełowiek”, to zagraniczny embrjon jest uznawany. We wszystkich innych kwestjach komuniści mają absolutną przewagę, bo wiedzą wszystko, wszystko rozumieją i nie mają żadnych wątpliwości.

Muzea w obecnym stanie nie mają sensu właśnie z punktu widzenia marxizmu. Obrazy powinny być oceniane od ich istotnej strony – t. j. faktury malarskiej. Albo też powinny stanowić część muzeum ogólnego. Możnaby sobie wyobrazić muzeum w duchu bolszewickim, łączące eksponaty z dziedziny przemysłu, narzędzi, architektury i sztuki. W takiem zbiorowem muzeum historji cywilizacji i pracy ludzkiej możnaby przy obrazach Velazqueza pokazać prawdziwe koronki hiszpańskie i objaśnić, wiele dziewcząt pracowało i psuło oczy dla jednej dekoracyjnej kryzy koronkowej. Nie odbierając piękna sztuce, możnaby dać prawdziwe tło epoki. W sali Gaugina, zamiast głupich pytań, pokazać cykl fotografij ilustrujących degenerację rasy krajowców pod wpływem alkoholu i wyzysku prywatnych eksploatatorów. Więcej rozmachu i więcej śmiałości – albo też odseparować malarstwo od marxizmu, co byłoby może najprostsze i najrozsądniejsze.

Żadna ekwilibrystyka dialektyczna nie poradzi, że malarstwo w czasach tyranji władzy świeckiej i kościelnej w epoce odrodzenia stało wyżej niż w kraju rządzonym przez zwycięski i wolny proletarjat. Nie jest to żadnem oskarżeniem nowego ustroju, i zachłanność propagandzistów i teoretyków rosyjskich ma w sobie coś z infantylizmu czy wschodniej megalomanji.

Malarstwo stalugowe w Rosji sowieckiej zdaje się zanikać. W Moskwie widziałem wystawę obrazów, i była to bodaj jedyna wystawa na trzymiljonowe miasto. Grupa malarzy, wysłana przez rząd na daleką północ, przywiozła z Arktyku kilkadziesiąt płócien o poziomie naszej „Zachęty”. Widoczni, jest tam już za zimno, żeby malować, ale poco się w takim razie upierać? Malarze pracują tylko na zamówienia rządowe, i przeważna część artystów ma zajęcie jedynie przy robocie afiszów, transparentów, wykresów i fotomontaży propagandowvch. Takie fotomontaże są dla mnie niebardzo przekonywające; są to raczej fotoszantaże, przedstawiające uśmiechniętych robotników i robotnice na traktorach. Wśród paruset fotografij propagandowego albumu „S. S. S, R. na strojce” widzi się same wesołe twarze. Po obejrzeniu stu uśmiechniętych twarzy czytelnik zasępia się. Znacznie lepiej przedstawiają się plansze propagandowe w muzeach antyreligijnych czy wręcz znakomite pod względem plastycznym eksponaty w Domu Chłopa.

TEATR

Jest jednak dziedzina, w której nawet malarstwo sowieckie stoi na niezwykle wysokim poziomie. Myślę tu o teatrze. Takiego teatru nie ma żaden naród. Wydawaćby się mogło, że scena pociągnęła do siebie wszystko co jest w Rosji najbardziej utalentowane i pomysłowe. Dzień cały spędzałem na mieście, oglądając instytucje i rozmawiając z ludźmi, a wieczorem prawie codzień byłem w teatrze.

Bilet w pierwszych rzędach kosztuje od dziesięciu do czternastu rubli. Najtańsze miejsca na galerji kosztują dwa ruble. Przeciętny czytelnik bardzo się dziwi, że w Rosji są bilety kolejowe pierwszej i drugiej klasy, że kto ma pieniądze ten siedzi w pierwszych rzędach na operze, lepiej jest ubrany i odżywiony. Z komunizmem jest trochę jak z teorją względności. Laicy wyobrażają sobie, że podług teorji względności wszystko jest względne i że w Rosji sowieckiej panuje komunizm. T. zw. „urawniłowka” jest starem i przebrzmiałem hasłem narodowego komunizmu. Rozpiętość płac w Sowietach jest może większa niż w Polsce. Robotnik niewykwalifikowany zarabia do stu rubli, inżynier do trzech tysięcy. Trzeba ciągle pamiętać, że Sowiety dopiero starają się wprowadzić socjalizm. Praca jest wynagradzana według ważności jej dla państwa. Związki robotnicze i inne organizacje korzystają w teatrach z ulg. Dzieje się tak zresztą i u nas. Bilety ulgowe kosztują pół ceny nominalnej, więc zniżka jest nawet mniejsza, bo u nas związki robotnicze dostają często teatr za 30% kompletu.

Teatr grał zawsze wielką rolę w życiu Moskwy. Dziś jest on bodaj jedyną prawdziwą atrakcją w mieście o małej ilości kinematografów, w mieście pozbawionem kawiarni i zakładów rozrywkowych. Teatr dostarcza nietylko strawy duchowej ale i pożywienia dla ciała. Bufety teatralne, z których można korzystać jedynie po wykupieniu biletu, są w stałym oblężeniu. Przyszedłem kiedyś do teatru im. Wachtangowa o pół godziny za wcześnie i zastałem już tłok przy bufecie. W Rosji mało jest okazji do kupienia czegoś w wolnym handlu. Pieniądz wart jest niewiele, a w bufecie teatralnym można dostać kawał chleba z kawiorem za rubla. Tu handel nie szuka klienta, nie kusi go reklamą na każdym rogu ulicy, lecz przeciwnie, odbiorca szuka tych szparek, przez które przecieka upragniony towar. Nie wiem, czemu przypisać, że bufety teatralne lepiej są zaopatrzone niż niejedna kooperatywa, ale mam wrażenie, że stan ten wpływa w znacznym stopniu na frekwencję publiczności. Może to stary system Armji Zbawienia? Dać trochę zupy i słowo Boże? Teatr jest bowiem instytucją wychowawczą, i na stronę propagandową zwraca się tu baczną uwagę. Sztuki autorów współczesnych odznaczają się prymitywizmem i nudzą ciągłem apoteozowaniem regime’u sowieckiego. Są to przeważnie patrjotyczne szmiry w rodzaju „Obrony Częstochowy”, tylko że rolę Szwedów grają wrogowie proletarjatu a ksiądz Kordecki ma skórzaną bluzę i wygłasza kazania marxowskie. Od czasu do czasu znajdzie się sztuka uczciwiej i bardziej zajmująco oświetlająca zagadnienia nowego życia sowieckiego. Nawet najsłabsze sztuki grane są jednak tak znakomicie, że nieraz siedziałem na lichem dramidle oczarowany i dopiero po przyjścu wieczorem do hotelu, jak po przebudzaniu się ze snu hipnotycznego, uświadamałem sobie, że mi pokazano zupełne głupstwo. „Cudak”, „Chleb”, „Strach”, „Wakrowi”, najczęściej grane dzisiaj sztuki rosyjskie, należą do tej kategorji.

Najbardziej może zajmujący jest „Strach”, aczkolwiek autor wygrywa za łatwo sprawę, rozdzielając słuszność w sposób zbyt stronniczy. Wszystkie postacie dodatnie są pochodzenia proletarjackiego, a jedyny nawrócony inteligent, pierwszy mąż Wali, jest z urodzenia synem chłopskim. Walia, to burżujka i wobec tego jako rzeźbiarka jest wyzuta z talentu. Myślę, że sztuka byłaby bardziej zajmująca gdyby Walia miała talent. Konflikt profesora Borodina jest zakończony sielanką w G. P. U. Dawni autorzy rosyjscy nie odważyliby się przedstawić ochrany carskiej z taką słodyczą i z takiem uznaniem. Autor jest zdania, że nauka powinna dzisiaj być na usługach polityki i o ile się nie mylę, utażsamia naukę z twórczością. Gdyby bohaterem „Strachu” był ostrożny i sceptyczny Koch, lękam się, że skończyłby pod ścianą. Twórczość może nie znosić kontroli sił partyjnych i wglądu niecierpliwych i podejrzliwych proletarjuszy. Ostrożność uczonego może być poczytana za sabotaż a sceptycyzm za destrukcję.

Ze sztuki tej wynosi się wrażenie, że atmosfera pracy naukowej jest w Rosji nieznośna, co nie wydaje mi się prawdą. Utwór ten, mówiący o nieufności, jaką ma proletarjat do ludzi pochodzenia burżuazyjnego, już się zestarzał. Nieufność tę wpajano długo i tkwi ona w szerokich masach, ale jedna z ostatnich mów Stalina zaznaczyła zmianę kursu. Potrzeba speców jest tak ogromna, że fachowców rosyjskich bez względu na ich pochodzenie zaprasza się i nawet kokietuje. Prześladowaniom może podlegać liszeniec czy jakiś były burżuj, niepotrzebny lub łatwy do zastąpienia, ale nie fachowiec, inżynier lub uczony. Na argumenty takich sztuk Sowiety same dają odpowiedź, zmieniając po paru miesiącach kurs polityki. Sztuki w Rosji starzeją się i więdną szybko. Bardzo jest charakterystyczne, że stale na repertuarze utrzymują się dramaty Ostrowskiego czy Czechowa, że grany jest Tołstoj i Dostojewskij, a o sztukach z przed paru lat wszelki słuch zaginął.

Wspaniałe przedstawienie, może jedno z najlepszych jakie widziałem w życiu, to było właśnie „Zmartwychwstanie” Tołstoja, znakomicie przerobione na scenę. (Wchodząc do teatru w Rosji, Sceptyka zawsze oddawałem razem z kapeluszem do kontramarkarni). Opisowość w „Zmartwychwstaniu” zastąpiona jest przez conferenciera. Po skończonym akcie przed kurtyną staje Kaczałow i opowiada co się przez ten czas stało z Katiuszą Masłową. Co więcej, wchodzi często na scenę. Zjawia się zwyczajnie, ubrany w dzisiejszy strój, staje na boku sceny i opowiada o myślach osób działających. Dialog się przerywa. Kaczałow wydobywa myśli bohaterów, oskarża ich i broni, wskazuje na względność, jaka panuje między czynami i słowami ludzi a ich myślami. Czyni to wrażenie wręcz przejmujące. Fragmenty opisowe, wygłaszane przed kurtyną najpiękniejszym chyba językiem na świecie, przejmują nas dreszczem jak muzyka. Mowa rosyjska w ustach aktorek brzmi, -pocóż tu szukać określeń, – brzmi pięknie. Nie wiem, czy nie popadam w przesadę, ale wydaje mi się, że w każdym teatrze rosyjskim co druga aktorka gra jak Duse albo Bergner, że aktor występujący w roli epizodycznej mógłby zagrać Hamleta jak Moissi, gdyby mu tylko pozwolono. Gdy się pozna teatr rosyjski, rozumie się tę pasję, jaką miała zawsze publiczność moskiewska, stojąca całemi nocami przed kasami teatru.

Na sztukach dawnego repertuaru widzi się nieco inną publiczność. W pierwszych rzędach siedzą ci sami turyści, gepiści czy uprzywilejowani robociarze, ale gdzieś w ostatnich rzędach, na galerji i paradyzie, widzi się typowe twarze niedobitków inteligencji rosyjskiej. Panów w binoklach na sznurku z siwemi bródkami w podniszczonych marynarkach z alpagi albo cze-su-czy. W foyer przechadzają się paniusie i panienki w starych, niemodnych sukienczynach. O, rzewne sukienki dawnej inteligencji rosyjskiej, przemyślnym staraniem zachowane przy życiu bluzeczki, w których chodziły matki mizernych i wychudłych panienek! Wieleż starań trzeba było aby ten czarny szal mógł jeszcze otulić wąskie ramiona! Ale nie popadajmy w zbytni liryzm. Jest w tem przecież coś odpychającego. To drapieżne poczucie własności, to przywiązanie do łachów, które odebrać można tylko razem z życiem, ta miłość do broszki, kanapy czy serwety, większa i gorętsza niż miłość do ludzi, przeraża raczej niż zasmuca.

Reakcje publiczności są naogół dość inteligentne. Policzek, który otrzymuje książę Wołkowskij w pięknej przeróbce scenicznej „Oskorblionnych i poniżonnych”, odzywa się echem oklasków na sali. Ale są to oklaski państwowo-twórcze i „dozwoleno cenzuroju”. Oklasków buntowniczych, przebiegających dreszczem przez teatr, w Rosji się nie słyszy. Odbiera to wiele czaru sztuce scenicznej. Teatr sowiecki nie wytworzył swego bohatera. Szlachetny młodzieniec z Dickensa, to zgniły burżuj. Klasy posiadające propagowały dawniej poszanowanie dla władzy, religji czy pieniądza, ale literatura była od tego przymusu wolna. Literatura była w opozycji i z tego buntu czerpała soki żywotne. Element walki, tak konieczny dla pisarstwa, zastępuje tu powszechne, zarówno w powieści jak i w sztuce dramatycznej, zwalczanie i wyszydzanie dawnej inteligencji i burżuazji. Prawie w każdej powieści sowieckiej spotyka się typ zgniłego inteligenta, przedstawiony z ogromną wnikliwością i znajomością psychologiczną wynikającą może poprostu z tego, że większość pisarzy należy właśnie do dawnej inteligencji. Natomiast postacie pozytywne – pełni zapału i wierności komsomołcy – błądzą po kartach książek jak anemiczne cienie.

„HAMLET”

Problemat zgniłego inteligenta spodziewałem się ujrzeć również w „Hamlecie”. Idąc do teatru im. Wachtangowa domyślałem się już, że pokażą nam niezdolność do czynu, wynikającą z nadmiaru myśli paraliżujących energję. Wyobraziłem sobie takiego bolszewickiego księcia z Elsinoru i zawiodłem się. Teatr poszedł dalej. Historja Hamleta jest zwykłą walką o władzę. Hamleta gra komik, tęgi i barczysty byczek, Ofelja nie jest obłąkana, ale się poprostu urżnęła. Wielkiego monologu Hamleta niema. Jest on rozbity na dialog między Hamletem a Horacym. Duch ojca nie istnieje, to Hamlet przy pomocy starego garnka udaje głos ducha, aby pozyskać sobie straż zamkową. Jeśli na „Oskorblionnych i poniżonnych” byłem w nastroju hamletycznym, to na „Hamlecie” byłem „oskorblionnyj i poniżonnyj”. Przedstawienie irytowało mnie, a mimo wszystko byłem zachwycony. Forma teatralna zwyciężała, każde podniesienie kurtyny okazywało tyle pomysłowości i kipiącego talentu, że wkońcu, a raczej już w połowie sztuki, stało się mi obojętne, że nie jestem na „Hamlecie”, ale na sztuce trochę tylko podobnej. Konsul angielski, z którym jadłem śniadanie w Leningradzie, nazwał to przedstawienie ohydą, a o reżyserze powiedział: „He is wild”. Co więcej, gdy miałem okazję rozmawiać z Arkadjewem, szefem departamentu sztuki w komisarjacie oświecenia, spotkałem się ze strony tego wysoce inteligentnego i bystrego urzędnika z ostrą krytyką nowej inscenizacji „Hamleta”. Starałem się przekonać Arkadjewa o wartościach teatralnych tego znakomitego spektaklu, ale był nieubłagany. Na szczęście dla teatru, przedstawienie „Hamleta” nie było omyłką polityczną i niczem nie kolidowało z obowiązującą „generalną linją”. Był to spór natury czysto estetycznej. Spory tego rodzaju są tak rzadkie w dzisiejszej Rosji, że tem sobie można wytłumaczyć niezwykłe zainteresowanie się sztuką i to że tak wybitny działacz jak Arkadjew, który jest czemś w rodzaju naszego księdza Żongołłowicza, dyskutował ze mną u siebie w biurze przez dobre pół godziny na temat celowości wprowadzenia żywych koni na scenę.

Niektóre sceny „Hamleta” zostaną mi na zawsze w pamięci. Zwłaszcza czerwony, nie kończący się tren króla, powiewający i trzepoczący się w powietrzu, wypełniający całą scenę gdy król ucieka w popłochu z przedstawienia, na którem zobrazowano jego zbrodnię. Uczta w Elsinorze, kuplety pijanej i płaczącej Ofelji, scena, w której król pozuje malarzowi, i parę innych jeszcze obrazów, których Szekspir nie przewidział, usprawiedliwiły wiele niepotrzebnych brutalności.

W Moskwie miałem czasem chęć stanąć jak w latach młodzieńczych pod teatrem i czekać aż wyjdą aktorzy. Miałem ochotę popatrzeć zbliska na wolną od szminki bladą twarz Elanskiej, chwycić w świetle lamp ulicznych błysk jej poważnych oczu, iść za nią przez Moskwę aż pod bramę jej domu, aby zachować wspomnienie o jej piękności, aby je umiejscowić w realnym i zwykłym świecie w jakimś smutnym i obojętnym domu, gdzie mieszka i żyje naprawdę.

SĄD NAD OBORINEM

Wszystkie wieczory spędzałem w teatrze, na koncertach albo na recytacjach literackich, których odbywa się tu sporo. Byłem na wieczorze poezji Pasternaka, najlepszego dziś poety Rosji. Poezja Pasternaka nie jest dostępna i łatwo zrozumiała dla szerszej publiczności. Popularność poety jest przez to większa w środowisku literackiem niż u władz. Wieczór jego odbył się w Domu Uczonych i zgromadził około dwustu osób. Dom Uczonych jest bardzo pięknie i wygodnie urządzony. Na szerokich tapczanach i kanapach siedzą i leżą ludzie z książkami, w pokoju do gry młode panienki pochylają jasne głowy nad szachownicami, broniąc się przed podstępnemi atakami starych szachistów, siwych panów, popijających wieczystą herbatę.

Pasternak ma piękny zwyczaj śpiewania swych wierszy. Jest to młody mężczyzna o ślicznym uśmiechu i bardzo zaniedbanej fryzurze. Nie chciał już więcej czytać, ale zmuszano go oklaskami. Tłumaczył się, że jest zmęczony, bo dziś się właśnie przeprowadzał. Powiedział, że ma teraz własny bardzo ładny pokój. Gdyby podał adres, sądzę, że połowa słuchaczek jego wieczoru stanęłaby jeszcze tej nocy w ogonku przed bramą poety.

Dom Uczonych zaprosił Pasternaka na wieczór poezji, a Dom Pisarzy w parę dni później urządził u siebie koncert Oborina. Po koncercie miałem zamiar iść normalnie do hotelu, ale okazało się, że najciekawsza część wieczoru dopiero się zaczyna. Oborin grał pięknie Chopina, i na temat jego wykonania odbyła się dyskusja publiczna, t. zw. ,,osużdienje” Oborina. Pierwszy mówił gruby Żyd, znany krytyk muzyczny. Było to fachowe i dość nudne rozważanie techniki fortepianowej młodego i wielce utalentowanego pianisty, który przez cały czas dyskusji siedział grzecznie na scenie, śledząc z pewnym niepokojem niebieskiemi, lirycznemi oczami twarze publiczności. Nie bez lekkiego przestrachu patrzał na młodego krasnoarmiejca, który wyszedł na estradę aby zaprotestować przeciw nadmiarowi liryzmu w muzyce. „Chopin nas rozrzewnia, a my nie chcemy aby proletariat rozrzewniano”, – powiedział na zakończenie i dostał huczne brawa.

W Domu Pisarza, gdzie grał Oborin, była w tym czasie wystawa trzech popularnych karykaturzystów, którzy wspólnie opracowują swe rysunki. Są to przeważnie satyry nie łatwe do zrozumienia dla cudzoziemca, ilustrujące dość intymne spory między organizacjami artystycznemi, jak np. walkę R. A. P. P’a ze Związkiem Pisarzy. Nie wiem, co oznacza skrót „R. A. P. P.”, ale słowo „rab” dość dobrze zdaje się oznaczać stosunek tej organizacji do rządu. Wyrwałem się z tą uwagą przed młodym człowiekiem, który mnie po wystawie oprowadzał, żart ten nie spotkał się jednak z aprobatą. Skrótów jest w Rosji tyle, że pizydałby się specjalny słownik. Jest jakaś instytucja, która się nazywa „Sowmordal”; oznacza to coś ,,morskawo i dalniawo”, a brzmi dosyć blisko i lądowo.

LOTERJA

Zarówno na koncertach jak i w teatrze spotkać się można z pomysłową karotą. Aktorzy w kostjumach schodzą do publiczności i sprzedają bilety loteryjne. Kupiłem taki bilet od jednej z niewolnic królewny Turandot. Sceptyk, który nie chodzi ze mną do teatru, nie chciał słuchać moich opowiadań o sztuce, bo powiada, że to zawsze było w Rosji, ale rzucił się na bilet i oświadczył, że ma on dla niego specjalny smaczek. Zmusił mnie nawet, żebym sobie przepisał tekst biletu. Los kosztował rubla, a wygrane były następujące:

„Pierwsza wygrana i wielkie premjum: „Sześciotygodniowy wyjazd zagranicę”.
Dalej: „Motocykl z koszykiem.
Maszyna do szycia.
Dwa marynarkowe garnitury męskie do zamiany na suknie kobiece.
Rower.”

Było tam jeszcze dużo różnych fantów. Bilet, obiecujący jako wielki los wyjazd zagranicę, jest istotnie ogromnie wymownym obrazem tęsknot i nastrojów rosyjskich. Nigdy nie mogłem się dowiedzieć, czemu tak trudno jest się wydostać z Rosji, czemu paszport zagraniczny jest niedostępnem marzeniem. W każdym razie efekt takiego losu loteryjnego musi być propagandowo fatalny. Prawdę powiedziawszy, i w Polsce mamy w ostatnich czasach podobne stosunki, bo cena czterystu złotych większości śmiertelników uniemożliwia wyjazd, ale Polska nie wydaje miljonów dolarów na propagandę zagraniczną i nie chce przekonać całego świata, że tylko rządy piłsudczyków mogą zbawić ludzkość. Polska nie reklamuje się jako jedyny kraj sprawiedliwości i nie namawia wszystkich państw świata aby przy pomocy siły i krwawego przewrotu wprowadziły rządy Prystora na całej kuli ziemskiej. Cóż ma pomyśleć robotnik zagraniczny, któremu mówi się, że w Rosji jest tak świetnie, i który dowiaduje się, że z Rosji nie można wyjechać, że Rosjan nie wypuszcza się zagranicę? Trudno jest wyjechać do Europy, ale podróżować po Rosji jest czasem bardzo łatwo. W czasie mego pobytu w Moskwie oddziały G. P. U. okrążyły pewnego dnia jeden z dworców kolejowych, i wszystkich śpiących tam bezdomnych zwagonowano i wysłano w „tiepłuszkach” za Ural. Prawdopodobnie dostaną tam pracę, i będzie im może lepiej spać niż na kamiennej podłodze dworca. Może państwo ma rację, tak postępując, ale również ma rację człowiek porwany nocą i wywożony na drugi koniec Rosji. Ma rację taki człowiek gdy przeklina państwo i władzę. Ta racja jednostki coraz mniej ma na świecie posłuchu i znaczenia. Ale nie jest to błaha racja. Głosy pojedyńczych ludzi, przeklinających swoje rządy, rosną w sile. Słuchajmy tych głosów, kto wie czy nie są one ważniejsze od najpiękniejszych haseł, kto wie, czy nie mają one ostatecznej słuszności gdy wołają o prawo życia, o szanse dla wszystkich bez względu na to, do jakiej kto należy klasy, narodu czy pokolenia.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close