Moja podróż do Rosji (cz. 6)
ROZMOWY Z PISARZAMI

PRZYJĘCIE W W. O. K. S.’IE

Wyjeżdżam z Leningradu, bo muszę być w Moskwie dn. 5 czerwca. Wieczorem poselstwo polskie wydaje przyjęcie, na które zaproszono wszystkich wybitniejszych pisarzy sowieckich. Prawie wszystkich poznałem już na przyjęciu w W. O. K. S.’ie. Raz już spotkaliśmy się oficjalnie, a teraz będzie to niejako rewizyta, niepozbawiona znaczenia, gdyż od czasu jak istnieją polskie placówki dyplomatyczne w Sowietach po raz pierwszy rosyjscy literaci będą gośćmi poselstwa.

Przyjęcie w W. O. K. S.’ie odbyło się bardzo, a nawet za bardzo ceremonjalnie. Posadzono mnie za długim stołem, obok prezesa tej instytucji, Pietrowa. Z drugiej strony siedział jakiś sowiecki bubek z tamtejszego M. S. Z., który bawił mnie rozmową w stylu przyjętym przez wszystkich urzędników dyplomatycznych, to znaczy ględził. Entuzjasta uśmiechał się do tego ględzenia, ale Sceptyk kopał mnie pod stołem. Stół miał również swój szary koniec, gdzie siedzieli literaci: – Selwinskij, Wsiewołod Iwanow, Wiera Inber, Pasternak, Lidin, Leonow, Żarow, Trietjakow. Zbliżenie z tymi pisarzami było nieco utrudnione odległością i towarzystwem urzędników, urzędniczaków, urzędniczyków, urzędniczków i urzędniczorów zasiadłych przy stole zastawionym winami krymskiemi, kanapkami z kawiorem i ciastkami. Nuda wiała przez całą długość białego obrusa.

Czytelnik może sobie pomyśleć, że to nie bardzo ładnie mówić tak z przekąsem o tych przekąskach. Patrzcie, przyjmowali go tam, wozili samochodami, a on zaglądał do kuchni, podglądał i teraz jeszcze wykpiwa gościnność. Jest to sprawa warta wyjaśnienia. Sowiety do siebie jak do ojczyzny zapraszają wszystkich ludzi pracy. Gdzież pisarz ma się czuć bardziej u siebie niż w tym właśnie kraju, który nie uznaje, przynajmniej teoretycznie, żadnych różnic rasowych, ani patrjotyzmów lokalnych? Niema tu miejsca ani powodu do kurtuazji i czczych form. Nie przyjeżdża się do Rosji aby wymieniać bilety wizytowe i wdzięczyć się z urzędnikami. Ludzie, którzy głoszą hasła zbrojnej rewolucji i niejednokrotnie odgrażają się, że wyrwą z korzeniami chwasty w rodzaju inteligencji liberalnej, socjalistów czy innych demokratów, nie mogą być tak delikatni aby wymagać od pisarza uprzejmości przeszkadzającej w patrzeniu i ocenie form życia, które przecież bolszewicy chcą narzucić całemu światu. Sposob, w jaki opiekował się mną W. O. K. S., był tak djablo wykwintny, że mocno zirytowany wyrwałem się z urzędniczenia i paplania przy stole, aby pomówić z moimi kolegami-pisarzami. Zaledwie zdołałem zamienić parę słów z Pasternakiem i Selwińskim, gdy młody urzędnik zapowiedział część koncertową. Przeszliśmy do sali, gdzie na estradzie popisywała się jakaś urzędowa skrzypaczka. Potem wysoka i chuda dziewczyna odśpiewała bardzo silnym, jak zauważył Entuzjasta, i niewyszkolonym, jak zauważył Sceptyk, głosem parę urzędniczych pieśni. Na szczęście, na tem skończyły się te imieniny u babci-rewolucji i do głosu przyszli poeci. Pierwszy Selwinskij recytował parę mocnych choć bombastycznych wierszy, opartych na onomatopeach, czyli, powiedzmy poprostu, dźwiękowców. Zalatywało jeszcze starą poezją futuryzmu i formalizmu rewolucyjnego. Znacznie przyjemniejsza była Wiera Inber, dowcipna i zręczna. Małe jej wiersze przypominały strofy Pawlikowskiej, tylko tematem nie była tu ani zazdrość ani miłość, ale plan pięcioletni i eksport sowiecki. Po niej wyszedł na estradę ulubieniec publiczności, poeta-komsomolec Żarow, który odczytał długą bajkę z niezbyt przyjemnemi dowcipami na temat zmarłego tragicznie świetnego poety Rosji, Majakowskiego. Na sali siedział wśród słuchaczy spadkobierca wielkiej poezji rosyjskiej, Pasternak. Gdy komsomolec zszedł nagrodzony oklaskami, krzyknąłem nazwisko Pasternaka. Odezwało się parę jeszcze głosów. Urzędniczyk, bardzo zmieszany, objaśnił zebranych, że Pasternak nie był wymieniony tylko przez omyłkę i że oczywiście za chwilę odczyta parę wierszy. Pasternak odczytał jeden wiersz, i na tem miała się skończyć audycja poetycka. Pasternak jednak zażądał dość kategorycznie, abym i ja odczytał jakiś wiersz.

– Nie mam ze sobą ani jednej książki, – tłumaczyłem, – i pozatem nie rozumiecie języka, tak że zostanie tylko efekt dźwiękowy.

– To nie jest tak mało, dźwięk ma też swoje znaczenie – powiedział Pasternak tonem dającym do zrozumienia, że on się i tak pozna na wartości wiersza.

Ponieważ nie miałem książek, więc przeczytałem wiersz napisany już w Moskwie; wiersz ten podobał się pod względem dźwiękowym, a zwłaszcza życzliwie przyjęte były słowa końcowe o Magnitogorsku. Selwinskij jako specjalista od muzycznych wartości wiersza zagadnął mnie jeszcze przy wyjściu. Przed domem W. O. K. S.’u asfaltowano ulicę. W miłym zapachu smoły przystanęliśmy na chwilkę. Powiedziałem mu pierwszy czterowiersz sonetu Mickiewicza: „Już wstążką pawilonu wiatr zaledwie muśnie, Cichemi gra piersiami rozjaśniona woda, Jak marząca o szczęściu narzeczona młoda, Zbudzi się aby westchnąć i znów cicho uśnie”… Selwinskij poczuł wagę i kolor, poznał się na tej białości sylab, bo cmoknął jak znawca, jak kaper, któremu dano skosztować nowego gatunku wina.

W POSELSTWIE POLSKIEM

Na przyjęciu w poselstwie polskiem spotkaliśmy się już zbratani winem poezji i paroma kieliszkami wódki. Wódka bardzo ułatwia zbliżenie. Pamiętam jak w Warszawie na przyjęciu dla Majakowskiego Boy popijał z ogromnym Majakowskim. Boy mrugał do niego okiem a Majakowskij uśmiechał się. Majakowskij nie znał żadnego języka poza rosyjskim, a Boy zna wszystkie z wyjątkiem rosyjskiego, więc mogli albo pocierać się nosami i poklepywać po łopakach, albo się uśmiechać. Ma to swoje znaczenie, mimo że świat nie przywiązuje dostatecznej wagi do uśmiechu poetów.

W poselstwie polskiem przy suto zastawionych stołach tłoczno jest jak przy bufecie teatralnym. Najlepiej się pije z Leonowem. Nie mówię tu o piciu w dosłownem znaczeniu, bo dużo pić nie lubię, myślę raczej o tym rodzaju obcowania podtrzymywanym ogniem alkoholu, o tej ochocie do okazywania sobie sympatji, jaką daje parę kieliszków. Leonow wygląda jak młody Jack London. Zjeździł całą Rosję i zna Zachód. O Europie wyraża się jednak z przekąsem.

– Mnie od was potrzeba dwu rzeczy. Patefonu i Leiki. Na resztę gwiżdżę.

Nie mam ani gramofonu ani aparatu fotograficznego przy sobie, więc nie mogę zadość uczynić tym niezbyt wygórowanym żądaniom. Aparatu fotograficznenego nie mam, ale nie na wiele przydałby mi się w Rosji; oprowadzacze „Inturista” wręczali przy mnie wycieczkowiczom amerykańskim karteczkę z wyszczególnionemi obiektami, których nie wolno fotografować. Były tam wymienione dworce kolejowe, gmachy rządowe, a nawet plac Czerwony i Kreml.

Leonow był we Włoszech. Zabrał go tam Gorkij. Nie mogę się dowiedzieć, czemu właśnie Gorkij stale mieszka we Włoszech, a tylko czasami przyjeżdża do swej ukochanej Rosji. Jeśli chodzi o klimat, to Kaukaz albo Krym różnią się od Capri mniej, niż faszyzm od komunizmu.

Wśród pisarzy zebranych w poselstwie odróżnić można jednym rzutem oka tych co byli zagranicą. Ubrani są normalnie. Mają normalne koszule i garnitury. Reszta przypomina prawdziwych poetów z dawnych czasów. Mają za długie włosy i za krótkie spodnie, to znaczy wyglądają jak Lechoń w czasach „Pikadora”. Jeden tylko baron Steiger jest w smokingu, który temu gepiście jeszcze pewnie pozostał z carskich czasów. Jest to dość ciekawe, skąd wybitni komuniści a dawni proletarjusze biorą swe fraki czy smokingi. Czy szyją je krawcy miejscowi czy też sprowadza się fraczki od Poole’a z Londynu?

W rozmowach z pisarzami najbardziej interesuje mnie, co koledzy rosyjscy wiedzą o zagranicy. Już po paru zdaniach widać, jak obie strony obełgiwane są przez swoją prasę. Jest tylko ta różnica między nami, że ja wiem, iż nasza prasa brukowa łże o Rosji, a oni wierzą we wszystko co napisze „Prawda” albo „Izwiestja”. Gazet zagranicznych w Rosji niema. Rząd nie wpuszcza żadnych pism z wyjątkiem komunistycznej „L’Humanite”. Po piętnastu latach czytania „Prawdy” czytelnik jest już tak załgany, że traci krytycyzm. Widziałem w Domu Pisarza stół prasy europejskiej. Przypominało to szkółkę anglikańską, gdzie dzieciom daje się do czytania tylko słowo Boże.

Siedzieliśmy w kąciku na kanapie z paru pisarzami, i widzę wyraźnie, że swoboda z jaką mówię o łgarstwach naszej prasy brukowej, robi wielkie wrażenie. Moi rosyjscy koledzy patrzą na mnie z niedowierzaniem i jakby z odcieniem zazdrości. Bo oto pozwalam sobie nietylko wymyślać na prasę ale i na wiele innych rzeczy, które zdarzają się w moim kraju. Dzieje się to w gmachu poselstwa i w obecności urzędników dyplomatycznych. Mam wrażenie, że koledzy moi z Rosji, gdybym ich upił i czmychnął z nimi do ogródka, nasobaczyliby na Kreml z rozkoszą jaką daje rozwiązanie kompleksu i wyładowanie utajonych sił. Prawo do szkalowania własnego kraju, z którego tak pięknie korzystał Gogol i Dickens, Bernard Shaw i Wolter, jest prawem, którego nie zdrowo pozbawiać jest pisarzy. Koledzy rosyjscy są bardzo skrępowani w rozmowie. Po dwu minutach intymnej pogawędki zjawia się z uśmiechem jakiś słodki urzędniczak albo nadęty urzędniczor i wtrąca swoje trzy grosze. Był tam jeden taki co specjalnie pilnował aby który z pisarzy w rozmowie ze mną nie zachybotał się na chwilę w marazmie. Wtrącał się do rozmowy, ustawiał pisarza pionowo, podpierał go paru marxowskiemi słupkami i odchodził pilnować, czy inny poeta nie wypadł z klasowego siedzenia. To pilnowanie artystów i pisarzy znam już z konkursu chopinowskiego w Warszawie. Młodych muzyków otaczano taką opieką, że nie wolno im było bez asysty urzędnika rozmawiać z cudzoziemcem. Mówię z Leonowem o trudnościach, jakie ma pisarz, o poczuciu odpowiedzialności, o tem wreszcie, że łatwo być pisarzem-komunistą w Rosji, ale nieco trudniej jest nim być w Europie.

– Ja to rozumiem, – powiada Leonow. – Być komunistą w Polsce wymaga bohaterstwa. Jest to droga męczeńska. Wiem, że u was pisarzowi-komuniście grozi więzienie albo i śmierć, ale tem wznioślejsza jest tak niebezpieczna walka.

– Sądzę, że informacje pana nie są zupełne – odpowiedziałem. – Jeśli chodzi specjalnie o pisarzy-komunistów, nie cierpią oni w tym stopniu, jak sobie wyobrażacie. Może pan tu w Moskwie spotkać znanego poetę komunistycznego, który wyjechał za legalnym, a nawet ulgowym paszportem do Rosji, mimo iż ma sprawę sądową. Paru naszych poetów i pisarzy komunizujących, których nazwiska otaczane są w Rosji nimbem niemal męczeńskim, widuje codziennie w kawiarni warszawskiej. Zaręczam panu, że są oni ubrani i odżywieni nie gorzej od waszych najwyższych dostojników mieszkających na Kremlu.

Rozmowie przysłuchuje się ironicznie uśmiechnięty urzędniczak sowiecki.

– Przyzna pan jednak, – wtrąca się do rozmowy, – że konfiskuje się u was książki i pisma komunistyczne.

– Tak jest. Nie bardzo jednak rozumiem stosunek pana do tej sprawy. Jeżeli Polskę uważacie za kraj, w którym panuje dyktatura, w takim razie powinniście pochwalać metody stosowane wobec literatury i prasy, gdyż są to własne wasze metody. Mam jednak wrażenie, iż chodzi wam tylko o to, że pałka, którą bijecie po głowie, jest różdżką czarodziejską, a kij, którym bije wasz przeciwnik, jest zbójecką buławą. Trudno będzie się nam porozumieć. Z pewnością nie zechce pan uznać, naprzekór całej waszej prasie i opinji, że panują u nas rządy liberalne, a przecież tylko w tym wypadku miałby pan prawo potępiania konfiskat. Jeśli chodzi o literaturę i wolność prasy, jestem jej zwolennikiem w każdym ustroju, i urzędnik cenzurujący pisarza jest mi wrogi zarówno u nas jak i w Rosji.

– Zapomina pan, – mówi poważnie Leonow, – że u nas w Rosji pisarze godzą się na ten stan rzeczy. Że ta cenzura jest raczej wspólną pracą, że pisarz chce uzgadniać swoją działalność z potrzebami państwa. Nie cenzoruje nas wrogi urzędnik ale towarzysz partyjny.

Takie postawienie kwestji jest bardzo istotne, ale utrudnia nam rozmowę. Zwracam uwagę, że należałoby wysłuchać opinji tych, którzy nie godzą się na cenzurę partyjną twórczości i że głos tych ludzi jest tu najważniejszy. Spotykałem się z takiemi głosami w Rosji. Wiem jak rzeczy wyglądają naprawdę.

GOSIZDATIELSTWO

Jedynym wydawcą jest państwo. Książkę można wydać tylko w „Gosizdatielstwie”. Od decyzji urzędnika zależy, czy książką się ukaże. Co więcej, ponieważ w Rosji panuje głód papieru, od decyzji urzędnika zależy, jaki będzie nakład książki. Powieść, która uzyska opinję państwowo-twórczej i pożytecznej z punktu widzenia generalnej linji polityki, otrzymuje duży przydział papieru i osiąga nakład stu albo dwustu tysięcy. Powieść oryginalna, ale nie polityczna, prawie nie istnieje. Chodzi więc tylko o stopień jej użyteczności. Zdarza się jednak często, przy elastyczności polityki sowieckiej, że pewne tematy są niespodzianie skazane na niepopularność. Przeciwnie, zjawia się zapotrzebowanie na dzieła literackie, zachęcające do szybszego tempa zasiewów jak to się zdarzyło wiosną tego roku. Pisarz nie zawsze jest pewien, czy praca włożona w książkę opłaci się. Wytwarza to dość niebezpieczny stan poszukiwania tematów popularnych. Wiadomo mi, że niektórzy pisarze przychodzą wprost do „Gosizdatielstwa” i poddają cenzurze swoje projekty. Dopiero po uzyskaniu aprobaty urzędnika kontynuują pracę.

Może ktoś na to powiedzieć, że podobny stan rzeczy panuje również w krajach kapitalistycznych, że tam autor też szuka tematu popularnego i że również idzie za modą. Prawdą jest również że pisarz niewygodny klasie posiadającej bywa zwalczany. Jest tu jednak mała różnica. Choćby ta, że wiemy o tych pisarzach niewygodnych i czytamy ich. W Rosji poprostu nie istnieją. Warto wspomnieć również o jeszcze innym fakcie. Książki pisarzy sowieckich, tłumaczone na języki europejskie, są to przeważnie utwory t. zw. „poputczików”, czyli pisarzy idących w życzliwym dystansie od komunizmu. Księgarnie rosyjskie zawalone są masami autorów prawie w Europie nieznanych i trudnych do przetłumaczenia, naskutek ich czysto partyjnej, lokalnej i utylitarnej działalności. Zdarzają się przecież dość zabawne paradoksy. Wydawnictwo Państwowe poza propagandą ma także na celu interes handlowy. Chodzi również o zarobek. Nie można więc negować zapotrzebowań rynku. Dowiadywałem się w „Gosizdatielstwie” o nakłady różnych książek i nie bez zdziwienia dowiedziałem się, że ogromnym pokupem cieszy się powieść kryminalna. Przekłady Wallace’a znaleźć można w każdej czytelni.

Kiedyś przysiadłem na skwerku moskiewskim obok jakiejś komsomołki w czerwonej chustce. Entuzjasta bardzo życzliwem okiem patrzał na tę dziewczynę, która pewnie po wyjściu z fabryki z książką w ręku samotnie siedziała w ogrodzie. Sceptyk, który zawsze lubi wszystko wiedzieć dokładnie, zetknął okiem na książkę. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że był to stary poczciwy Dumas. „Wicehrabia de Bragelonne” albo „Dwiadzieścia lat później”. O czem więc marzyła ta dziewczyna w letnie popołudnie? Lękam się, że marzenia jej były skierowane w stronę pięknych przedstawicieli klasy posiadającej, ozdobionych jedwabnemi wąsikami i uzbrojonych w białą broń epoki feudalnej. Cóż robić? Potrzeba bajki i oderwania się od rzeczywistości jest starym nałogiem. Opowiadano mi fakt dość żywo ilustrujący to poszukiwanie nowych, a raczej bardzo już dawnych emocyj. Do Moskwy przyjechał teatr prowincjonalny, który miał na repertuarze starą farsę węgierską „Dobrze skrojony frak”. Stało się to oczywiście na skutek niedopatrzenia cenzury prowincjonalnej. Głupie farsidło zdobyło tak wielkie powodzenie w Moskwie, że policja musiała najpierw rozpędzać tłumy przed teatrem, a nazajutrz rozpędzić aktorów. Wyobrażam sobie, jak silne wrażenie musiała robić sztuka, w której nic się nie mówi o walce klasowej, sabotażu i piatiletce.

Publiczność łaknąca farsy salonowej, dziewczyna czytająca Dumasa, są to objawy niepozbawione znaczenia, gdyż przypominają nam o prawach kontrastu i reakcjach, które muszą się budzić. Kto wie, czy przyszłe pokolenie rosyjskie, wychowywane w dyscyplinie partyjnej i w ślepem posłuszeństwie wobec wymagań rządu, nie wniesie pierwiastków buntu i sprzeciwu. Wychowanie klasztorne rodzi często ateuszów. Wszelki przymus wywołuje reakcję. Rozmawiałem w Rosji z dyrektorami teatrów, reżyserami filmowymi, z pisarzami i ludźmi nauki. Wszyscy oni robią dzisiaj wrażenie koni zaprzęgniętych do ciężkiego wozu. Na oczach mają jak konie coś w rodzaju zasłon, nie pozwalających spojrzeć ani w lewo ani w prawo. Podobny stan rzeczy nie może się długo utrzymać. Sprzeczny jest nietylko z potrzebą opozycji i krytyki, ale co ważniejsze, z pragnieniem ulepszania. Wydaje mi się, że do tego rodzaju twórczości zbiorowej potrzebna jest atmosfera ufności. Gdzie jak gdzie, ale właśnie w Sowietach pisarz powinien mieć silną potrzebę mówienia prawdy, namiętną chęć wytykania błędów i głupstw, prawdziwego współdziałania w budowie nowego życia, i nigdzie nie jest to tak trudne, a nawet niemożliwe. Gdy mówiłem z pisarzami, odpowiadali mi zawsze, że samokrytyka istnieje w Sowietach, że jest żywa i czujna, albo też odpowiadali, że mają zupełne zaufanie do polityki rządu i że nie czują żadnej potrzeby walki. Niestety, nie mogę dać temu wiary. Między polityką państwa a pracą pisarza czy artysty stoi urzędnik, i to urzędnik wyposażony we władzę i tak złośliwy, jak bakterje w czasie ciężkiej epidemji.

Wychwalanie własnego państwa jest typowe dla młodych i niewyżytych szowinizmów. Bernard Shaw może sobie pozwolić na to, aby stale poza granicami swego kraju nazywać Anglików narodem głupców, co zresztą wzbudza w nas uczucia sympatji i dla pisarza i dla jego narodu. W Rosji naiwne samochwalstwo jest cechą niemal powszechną. Podawano mi np. ogromne cyfry nakładów książek, ale wcale nie większe od nakładów przedrewolucyjnych. Mówiono mi o ogromnych bibljotekach przekładów z literatur obcych, przemilczając, że przeważna ilość tych tłumaczeń wyszła przed wojną i że obecnie tłumaczy się bardzo niewiele. Z autorów obcych największem powodzeniem cieszy się w sferach literackich John dos Passos. Paru pisarzy powiedziało mi, że jest to ich ulubiony autor. Stawiają go wyżej od Sinclaira i Dreisera. Nie wiem czemu przypisać popularność Passosa w Rosji. Być może, gra tu rolę fragmentaryzm jego techniki, kolektywne ujmowanie życia, i to, że bohaterem nie jest człowiek, ale środowisko. Proust jest tłumaczony, a raczej zaczęto go tłumaczyć i wydawnictwo utknęło na paru tomikach. Conrad, Wells, Russell, Huxley są prawie nieznani, i to właśnie w sferach literackich. Dość zabawny charakter ma wielka popularność Shaw’a jako przyjaciela Sowietów. Po jego enuncjacjach na temat Rosji jest on wychwalany i czczony przez prasę, ale żadna z jego sztuk nie jest grana. Mówi się, że największy dramaturg świata jest przyjacielem bolszewików, ale sztuki jego, widać, uważane są za wrogie bolszewizmowi, bo się ich w Rosji nie pokazuje.

O samej produkcji książki przez „Gosizdatielstwo” słyszałem wiele pochwał. Książka dociera do wszystkich najdalszych punktów Rosji. Organizacja oparta jest na czytelniach robotniczych i klubach. Książka nie jest przeznaczona dla jednostki, i stosunkowo mało ludzi w Rosji kupuje ją na własność. Cały nakład zostaje rozdzielony między zrzeszonych odbiorców, tak że często po wyjściu ksiażki prywatny czytelnik w księgarni w Moskwie nie może dostać egzemplarza gdy tysiące tomów idą na Syberję albo Ukrainę. Autor faworyzowany przez „Gosizdatielstwo” zarabia dużo. Za arkusz druku dostaje około czterystu rubli, i suma ta rośnie w zależności od wysokości nakładu. Również honorarja w prasie sowieckiej są dość wysokie.

Prasa mało jednak korzysta z literatury. Każdy kto czytuje „Izwiestja” albo nawet „Czerwoną Moskwę” wie, że niema tam prawie zupełnie beletrystyki ani feljetonu. Na pierwszej stronie zjawia się od czasu do czasu urzędowy wiersz Demiana Biednawo, o którym mówią, że jest to „samyj bogatyj czełowiek w Rosiji”. Gazeta nie pomieszcza wypadków ani opisów zbrodni. Rubryka sądowa ogranicza się tylko do wielkich procesów. W całości numer pisma sowieckiego przypomina raczej poważnv biuletyn jakiegoś towarzystwa przemysłowego. Miejsce, które u nas zajmuje skandal, polityka, teatr i reklama, tam wypełnione ject sprawozdaniami z frontu przemysłowego. Zamiast aktorek albo morderców, na pierwszych kolumnach widzi się portrety „udarników”, nowych bohaterów pracy. Każdy numer pisma nafaszerowany jest cytatami z Lenina i Stalina. Głód na nowe cytaty jest tak wielki, że cytowane są czasem pojedyncze słowa jak np. „Naprzód!, jak powiedział tow. Lenin”, albo: „Nie ulegniemy!”, jak powiedział tow. Kalinin”. Cytaty często opatrzone są cyframi i numerami tomów, stron i wierszy, co pogłębia jeszcze podobieństwo do wersetów z Biblji. Jak dalece dogmatycznie traktowane są słowa Lenina, dowodzi fakt, że w polemice wystarczy znaleźć cytatę z Lenina sprzeczną ze zdaniem przeciwnika, aby tem samem zakończyć dyskusję. Dlatego uczony w piśmie jest zawsze zwycięzcą.

Z każdego numeru pisma sowieckiego bije przecież powaga i wysiłek pokolenia budującego i walczącego. Nie trzeba zapominać, że w Rosji ludzie przeważnie wierzą w to co robią. U nas w Europie zawiera się pakty, w które się nie wierzy, dziennikarz bez wiary napada i bez wiary wychwala. Nie wierząc gani i nie wierząc piętnuję. Kupiec robi tranzakcje, w które nie wierzy, bankier nie wierzy w pieniądz, a dyskonter w weksle, urzędnik nie wierzy w celowość swego urzędowania, a robotnik w sens i trwałość swej pracy. Sąd wydaje wyroki nie wierząc w winę, rząd wydaje zakazy nie wierząc w ich skuteczność. Wiara w socjalizm, którą żyje proletarjat rosyjski, kryje w sobie wiele niebezpieczeństw i jest przyczyną wielu niesprawiedliwości. A przecież ten budujący się socjalizm stanowi cały urok i piękno życia nowej Rosji.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close