JERZY ZARUBA

Moje wycieczki osobiste po Warszawie

Mieszkam stale zagranicą, a właściwie za granicami miasta: na dalekich peryferjach peryferji – 23 minuty koleją.

Kiedy wieczorem wyjrzę przez okno, widzę dwa światy: – po prawej ciemną ścianę lasu, po lewej zaś wielką łunę – to Warszawa.

Rzecz prosta, że gdy się mieszka lata całe w otoczonym sosnami drewniaku, ma się wspaniałe (week-endowe, że tak powiem) powietrze na codzień, a co wieczór widzi się na własne oczy, jak oszołomiona ciszą i zapachami powstaje ogromna noc, miasto wydaje się zwarjowanym, wrzaskliwym i cuchnącym „Pociejowem”, obłąkaną wyspą straceńców, gdzie wśród kamieni, żelaza i reklam kręcą się podejrzane „lombrosowskie” typki. Powtarzam – wydaje się, gdyż autochtoni wcale tego nie widzą – taki gałgan jeden z drugim czuje się tu jak ryba w wodzie. Ja po czterech godzinach jestem już „śnięty” i wymykam się chyłkiem do siebie.

Warszawa - rys. Jerzy Zaruba

Warszawa – rys. Jerzy Zaruba (ilustracje do artykułu)

Nie znaczy to bynajmniej, żebym po swojemu nie lubił miasta. Bawi mię ono jak cyrk, jak panopticum, czasem pociąga przedsmakiem przygody, albo porusza jak dziwaczny poemat: jeżeli się nie jest tylko wyławiaczem wzniosłości, można i tu, wśród tych wszystkich kakofonij, usłyszeć „bicie serca kraju baśni”.

Nie należę do ludzi, których ogólny widok gazowni na Solcu napawa dumą i którym nasuwa refleksje na temat „ujarzmionych przez człowieka ciemnych sił przyrody”. Nie cieszą mnie specjalnie ani zabytki, ani pomniki, nie imponują drapacze nieba, ani profilaktyczny przepych dwóch szaletów miejskich. Wzrusza mnie natomiast i fascynuje groteskowe piękno rzeczy pospolitych, wulgarny romantyzm ulicy i cała ta dziwaczna fauna i flora „dżungli miejskiej”, w której niezdrowym klimacie pienią się tak bujnie modne kompleksy i poczciwe stare grzechy naszej prowincjonalnej planety.

Lubię niesamowite pejzaże miejskie, pokreślone wykresami „brandmauerów niebo, wstrząsającą wymowę miljona okien, piętrowe litery i znaki – to abecadło człowieka z epoki auta: „człowieka, który zwyciężył czas i przestrzeń, który widzi wszystko i nie widzi nic”.

– – – – –

Za dnia Warszawa prezentuje się fatalnie i robi wrażenie lichej imitacji wielkiego miasta. Coś ze źle zbudowanej i pretensjonalnie wyfioczonej groszowej elegantki, coś z patetycznego nędzarskiego szyku Chaplina. Wszystko niby jest: i melonik i żakiet i butonierka i sztuczkowe spodnie i rękawiczki i cygaro – ale wszystko w okropnym stanie, wyświechtane, niedopasowane, przypadkowe, trochę śmieszne, trochę budzące litość. Odrapane jednopiętrowe i dwupiętrowe stare budy uśmiechają się dołem sztuczną szczęką fałszywej „moderny” wystaw i barów. Po asfalcie jezdni paradują furki chłopskie i dwupiętrowe żydowskie bryki, pełne beczek, pak i gęsi. Parę rozklekotanych, groteskowych, przypominających chińskie Daimlery z filmów disneyowskich, taksówek, ginie w powodzi leniwych drynd. Znudzony policjant reguluje, jakby dla rozrywki, nieistniejący, wyimaginowany ruch uliczny.

O zmroku, kiedy kontury się zacierają a linja dachów ginie w ciemni nieba, kiedy rozbłysną światła reklam i wystaw, następuje gwałtowna przemiana: wśród elektrycznej zamieci rodzi się nadwiślański Broadway. Miasto dostaje gorączki i bredzi. Na niebie tętnią neonowe Pulsy. Koszmarny sfinks, opity piwem, wygłupia się nad kominami. Fasady kamienic zaludniają się fantastycznemi figurami z ubiegłej epoki. Pseudo-barokowe aniołki igrają wśród hipotecznej numeracji. Secesyjne Ondyny ślą uśmiechy Giocondy, znad blaszanych szyldów sławiących wyroby gumowe. Elegijne westchnienia epoki lamp gazowych, gorsetów i vera-violetty giną w jaskrawem unerwieniu rozkrzyczanej reklamami współczesności. Neonowy księżyc wschodzi wtedy nad tureckiemi rogalami „Bosforu”. Sklepy pachną wszystkiemi pokusami świata: tu „Arabia”, tam futra „Kamczatki”, dalej luksusowe „bontony” i „delikatesy” Zachodu, paradizy głodnych, wędliniarnie, oblegają tłumy groszowych smakoszów. Bary dyszą zgiełkiem i wyziewami. Duch bigosu unosi się tam nad wodami. Wyondulowane vampy i „titiny”, otoczone rojami początkujących szykowców, odbywają wieczorną paradę. Z półcienia bram zerkają dyskretnie wyzywające „gejsze”.

Wystawy sklepowe wyglądają jak wyspy skarbów całego świata, a raczej półświatka; drogie futra, biżuterje, cacka, perfumy, a nadewszystko jedwabie – genjalne połyski jedwabnych łydek. Coś jakby cel i środek zarazem. Obok jak puenta, jak zakończenie tego brukowego romansu – skład broni, rewolwery systemu Browning. W sąsiedztwie – kantor wymiany: waluty, weksle, dewizy i inne rzeczy pachnące kryminałem. Tuż obok centrali dewiz – centrala snów: kino. Nad bramą, w ogniu reflektorów, gigantyczna para kochanków, spleciona w papierowym uścisku, reklamuje film. W kinie jest ciemno. W kinie pachnie przygodą. Tłumy nędzarzy chciwie wchłaniają słodki jad luksusu, który sączy ekran. Fotogeniczne uda najpiękniejszych dziewczyn świata sycą oczy spragnionych. W tylnych rzędach siedzą parami łakomcy bardziej realnych emocyj.

Kino – opjum dla samotnych, nieudanych, rozbitków… Kino – deser obżartego sensacją i nudą miasta…

Lubię powłóczyć się wieczorem po mieście. Zimnem okiem patrzeć na ten wielki pożar próżności i pokus. Coś jakby „tu się pali jak cholera, a ja nic”…

– – – – –

Jeżeli już mowa o osobliwościach Warszawy, niesposób pominąć jej mieszkańców jako takich i wogóle. A więc, w północnej części miasta gnieżdżą się niespodziewanie, gdzie i jak mogą, typy ognistych południowców. Na południe od Lardellego żyją niewiadomo za co i poco setki tysięcy rzewnych blondynów, o wyraźnych cechach mongolsko-łacińskich. Wytworne dzielnice warszawskiego West-Endu zaludniają mieszańcy rasy kuco-wałaskiej i pindo-semickiej. Wszystko to trudni się częściowo bezrobociem, częściowo „radosną twórczością”, częściowo zaś przesiadywaniem w cukierniach albo w kryminale. Pozatem oczywiście polowaniem – przedewszystkiem na naiwnych. „Nabrać”, „nabić w butlę”, „zbujać” i nie dać się „nabrać”, nabić w butlę”, „zbujać” – oto główne „slogany” tej rasy energicznych wałkoni.

Co do widoków – to co tu dużo gadać. Może najtypowszy będzie Widok róg Marszałkowskiej. Stoi tam piętrowy kurnik cały obwieszony neonami – uniwersalny bałagan, reprezentacyjny winegret neonów: mydło, czekolada, murzyn, rewolwer, Watermany i „manikir”, bar i licho już nie wie co. Na piętrze gramofony i płyty. Pod płytami, jak Pan Bóg przykazał, trumny – słynne trumny Świejkowskiego. Przed trumnami, na chodniku, jak wcielenie syntezy tego pełnego kontrastów i bardzo syreniego grodu, chodzą żywe i całkiem nieraz przedwojenne „dziewczynki”. Czasem nawet biegają, zwłaszcza kiedy je goni policja.

„Warszawa, to mały Paryż” – tak mawiali, pamiętający dawne czasy staruszkowie. Były to dobre czasy Gablera, Akwarjum, Jackowskiego i Udziałowej.

Hordy „najeźdźców ze Wschodu” w postaciach kupców „pierwszej gildji” z Moskwy, Penzy i Saratowa puszczały się tu na potęgę, a obsypywana rublami Syrena mizdrzyła się słodko, pokazując im imitację paryskich majtek i kankanów. Dla tych bogatych i brodatych gości Warszawa była istotnie Europą, „szykarnym monplezirem”, rojącym się od „belfamistych” kobiet i garsonów. Dla nich nawet klimat był tu „italjański”.

Klimat podobno się zmienił. Gabler przestał już dawno istnieć, byłe Akwarjum na Chmielnej, przemieniło się w cały Bałtyk. A Udziałowa, ówczesne schronisko nagich dusz i półświatka, w sToniowany nowocześnie Cafe-Club Stu.

„Hańbiące piętno” owych najazdów pozostało jednak i cieszy się, można powiedzieć, ogólnem powodzeniem. Mam tu na myśli owo rozpanoszone chamskie wódkochlajstwo, zalewanie się w „dryzg” i cały ucharkupiecki styl głośnego jedzenia, kochania, mordobijstwa i strzelaniny po knajpach z muzyką „Wołgi, Wołgi” i „Ej, wy cygankami” Własta włącznie. A jako kropka nad i – sensacyjne w oczach Zachodu papierosy z munsztukami, nadające egzotyczny wschodni charakter miasta. Dzięki czystej, mordobijstwu i egzotycznym papierosom, Warszawa ma opinję miasta niemal wschodniego, jest czemś w rodzaju przedwojennej Moskwy. Taką ją przynajmniej widzą i taką piszą dość rzadcy „inturyści” i komiwojażery. Szkoda tylko, że ci dranie są skąpi i prowadzą się bardzo moralnie.

Z innej znów strony miasto to zasługuje na nazwę drugiego Klondajku, a to spowodu trawiącej stale jej ludność gorączki złota i towarzyszącej tej gorączce stanom zaślepienia, fantastycznego optymizmu w możność głównych wygranych, wykpienia się od pracy i t. p. snom o potędze. Okoliczność ta jest znakomicie wyzyskana przez odpowiednie czynniki, które zorganizowały systematyczny, na naukowych zasadach oparty „udój” łasych na uśmiechy fortuny „naiwniaczków”. „Szukasz szczęścia, wstąp na chwilę” – „Posada miljonera jest do objęcia”. Cała sieć umiejętnie zamaskowanych pułapek zwabia potulną zwierzynę, która wprost sama się pcha do udoju – niezupełnie zresztą, niestety, sama, bo z uciułanemi nieraz w głodzie-chłodzie groszakami. Malownicze ogonki tych „cwanych” marzycieli, przyszłych miljonerów, podziwiać można w biały dzień na własne oczy. Gdzież prócz Klondajku macie takie widoki?

A wyścigi konne? I wijących się w końskich szponach czytelników białych i czerwonych programów? A „łańcuchy szczęścia”? A kartograjstwo?

Psychoza gry, manja kombinatorstwa, potrzeba ciągłych stanów podniecenia wytworzyła nowy, śmieszny typ rozindyczonego wice-szataństwa, wysiadującego wśród lew, honorów i szlemów swe metafizyczne i fizyczne hemoroidy. Efemerydami tego manjactwa są plagi snobizmu nieprzespanych nocy, zapóźnionego, niechlujnego trybu życia, ogólnego zaniedbania i niecierpliwych histeryj, „nietracenia czasu” i dorwania się czemprędzej do kart. Zapewne, wszędzie grają w bridża Ale nigdzie gra ta nie przybrała tak zastraszających rozmiarów. Od suteryn do poddaszy, od pałaców do magli! Prawdziwe yoyo.

– – – – –

Innem dziwactwem i osobliwością Warszawy są fajfy w południe, od pierwszej do trzeciej. Kiedy cały świat zajada steki i kotlety baranie, tu w przepychu sztucznych marmurów i tandetnego estetyzmu modnych kawiarni nasz „elegancki” światek opycha się pączkami, napoleonkami i zalewa „czarną”. Jeszcze rozumiem Światek Karpiński, który jest poetą i wogóle bohema. I dlaczego przed samym obiadem? Stałą atrakcją tych niebywałych fajfów są odbywające się tam nieoficjalne konkursy piękności staruszek, ucharakteryzowanych naiwnie na „dziewczynki”. Puder, szminka, wyskubane brwi i wyzywające spojrzenia mają siać niepokój wśród samców. Ostatnie kreacje, utrzymane w tonie z modnemi psami, lisami i małpami, świadczyć mają o zamożności i wzniecać pożary zawiści wśród rywalek. Roje niebieskich ptaszków, artystycznych żygolaków i laufburszów czarnej giełdy reprezentują tak zwanych słodkich brutali. Czasem jak „post scriptum” tych patetycznych bojów, zabłąka się jakiś mąż. Prawdziwe „dziewczynki”, przebrane za „grafinie z wyższych sfer”, reprezentują tu naturalny sex-appeal. W ich to stronę zerkają tłumy kurtyzowanych z angielska Konów. Cała ta menażerja świetnie siedzi w uzupełniających ją ramach wypoconego przez jakiegoś miejscowego Corbusiera ultra-nowoczesnego wnętrza. Całość do żygania – prawdziwy „żyg moderne”! I bardzo niewygodnie. Jedynem właściwie miejscem w lokalu, gdzie da się jako tako usiedzieć, jest ubikacja. I powietrze tam nawet lepsze.

– – – –

Dużo jest jeszcze dziwnych rzeczy w mieście. Wziąć chociażby to, że tubylcy ciągle tu mówią o komforcie a nie posiadają przecież najprymitywniejszych potrzebnych do życia wygód: jak powietrze, cisza, spokój.

Że budują sobie „szklane domy”, montowane przez „speców”, „maszyny do mieszkania”, a mieszkają tylko „à la fourchette”, koczując stale po cukierniach, knajpach, kinach i t. p. spelunkach i że tam czują się dopiero jak w domu. Że mówią ciągle o pełni życia a mają przed sobą pustkę i nudę, od której uciekają pod skrzydła tłumów, albo alkoholu, albo bridża. Coś tam nie jest w porządku z tym komfortem… Słusznie Russell nazywa miasto ośrodkiem degeneracji, a Chesterton doradza ucieczkę, ucieczkę, która jest zwycięstwem.

Co do mnie, traktuję miasto jako teren łowiecki. Zbijam tam poprostu forsę. Niech się tam użerają o swoje ambicyjki, o srebrne nakrycia, o bidety, o auta, o miejsca w Adrji, o „titiny”. Ja uprawiam tam tylko swój ciężki przemysł.

Ale żyć wolę tu, na boczku, pod lasem, jak „hrabia”…

Jerzy Zaruba.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close