„Moralnie obojętne”…

Kiedy w nr. 423 „Wiadomości Literackich” ogłosiłem wyciąg ze słynnego już dziełka O. Pirożyńskiego „Co czytać?” , sporo osób było zdania, że przecenia się znaczenie tej publikacji. Ot, – mówiono, – ekstrawagancje nieszkodliwego dziwaka, bez znaczenia. Wyznaję, że i ja sądziłem mniej więcej tak samo; a jeśli poświęciłem O. Pirożyńskiemu tyle miejsca, to dlatego że chciałem, w tych dość ponurych czasach, dostarczyć czytelnikom trochę łatwej zabawy. Przyznaję się nawet do pewnej naiwności. Sądziłem mianowicie, że wystarczy ujawnienie tych bredni, aby wydawca, który przepuścił je może przez niedopatrzenie, wycofał je czem prędzej z obiegu. Byłem o tem tak przekonany, że zakupiłem kilka egzemplarzy, aby je mieć na podarki dla znajomych, wówczas gdy staną się bibliograficzną rzadkością.

Byłem naiwny. Bo oto niebawem, w najpoważniejszem naszem katolickiem czasopiśmie, „Przeglądzie Powszechnym”, organie tychże samych krakowskich 00. Jezuitów, którzy książeczkę O. Pirożyńskiego wydali, pojawiła się z niej recenzja. Recenzja solidaryzująca się bez zastrzeżeń z zawartością książki. Oto, w skróceniu, co czytamy w lutowym zeszycie tego miesięcznika:

„Dzieło O. Pirożyńskiego wypełnia dotkliwą lukę w piśmiennictwie polskiem; brak katolickiej oceny całokształtu twórczości beletrystycznej. Dotychczas stosowano najrozmaitsze oceny; estetyczne, narodowe, państwowe, ekonomiczne; tylko o etycznem jakoś stale zapominano. Poradnik „Co czytać?” przezwyciężył ten bezwład i powinien stanowić punkt wyjścia do dalszych prac w tym kierunku. Pragnąc osiągnąć możliwie najwyższy stopień objektywizmu, autor opiera się na autorytecie Kościoła… Trzeba przyznać, że autor ma dar w kilku lapidarnych słowach scharakteryzować pisarza, uchwycić zasadniczy ton jego twórczości ze stanowiska etyki. Pomimo wyraźnej tendencji do umiaru, ocena ta nie dla wszystkich pisarzy wypadła przychylnie, ale to już nie jest wina O. Pirożyńskiego… Jeżeli w twórczości jakiegoś pisarza oprócz rzeczy złych są i dobre, autor nie omieszka zaznaczyć tego szczegółu; widać nawet, że czyni to z pewnym pośpiechem i radością; zato tam, gdzie ganić należy, wyczuwa się żal i smutek; ale trudno: amicus Plato, sed magis amica Ecclesia. Tak więc. akcja katolicka w Polsce zyskała w pracy O.  Pirożyńskiego nieodzowną pomoc w umoralnieniu stosunków na terenu literatury, w zorientowaniu się gdzie przyjaciel a gdzie wróg”.

Kończy się ta ocena życzeniem, aby O. Piroźyński nie zaniedbywał swej pracy na tem polu, ale kontynuował ją i doskonalił.

Ci wszyscy zatem, którzy uważali dziełko O. Pirożyńskiego za wyskok indywidualny. mają oto autorytatywną odpowiedź: to nie jednostka mówi w tym niesłychanym „poradniku” – to mówi sam kościół. To nie majaczenie nieuka i manjaka, — to program! Wobec tego czem kościół (a raczej kler, który stara się utożsamić te pojęcia: ksiądz – kościół – religja – Bóg) jest w Polsce, a jeszcze więcej czem chce być, stwierdzenie to wystarczy, aby usprawiedliwić uwagę, jaką poświęca się O. Pirożyńskiemu. Wszak już donosił „Dwutygodnik Literacki” z Poznania o nieoficjalnej próbie wprowadzenia dziełka O. Pirożyńskiego do gimnazjum!

Ale nietylko dlatego książeczka ta zasługuje na uwagę. Ma ona wielką wartość dla studjów nad psychiką naszych „okupantów”. Jest karykaturalna, ale właśnie przez to tem lepiej odbija, niby we wklęsłem zwierciedle, charakterystyczne rysy.

Ponieważ ocena „Przeglądu Powszechnego” kładzie główny nacisk na etyczne kryterja zawarte w książce, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze pewną ilość zwięzłych, w istocie, ocen O. Pirożyńskiego z tegoż samego dziełka.

Doliński: „Niezwykły pomysł Anapesta” polega na tem, że zamierza założyć komitet, opiekujący się kandydatami na samobójców; niezdrowa książka.

Emonts: „Duch trwogi”, uczciwa powieść, przedstawiająca walkę dwóch szczepów w Kamerunie.

Fletscher… autor bardzo przyzwoitych powieści detektywistycznych…

Gerstaecker. „Zbiry”, wojny domowe w Meksyku na początku XVI wieku; niema nic niestosownego.

Glyn Eleonora. „Przygody Eweliny”, smutne przejścia sieroty, pod względem moralnym obojętne…

Golden: „Gdy zegar wybije jedenastą”, historja detektywistyczna, bez wartości, ale nieszkodliwa.

Landsberger: „Ślepa sprawiedliwość”, pow… wymierzona przeciw stosowaniu kary śmierci; nieszkodliwa.

Larrouy… „Syrena i Trytony”, katastrofa łodzi podwodnej; jest ustęp bardzo niestosowny.

Latzko: „Powrót”… W kreśleniu okropności wojny jest umiarkowany i nie wprowadza pierwiastka erotycznego.

Lawrence. Pułkownik angielski, który z polecenia swego rządu podczas ostatniej wojny tworzył w Arabji bandy dywersyjne przeciw Turkom. Przygody swoje opisał w książkach: „Bunt Arabów”, „Burza nad Azją”, nie zawierających niestosowności.

Leroux. Autor powieści kryminalnych, obojętnych pod względem moralnym…

Lucieto. Autor bardzo przyzwoitych powieści na tle szpiegostwa politycznego.

Macdonald: „Zemsta detektywa” należy do typu sympatycznych powieści kryminalnych.

Marczewski: „Pijawki” – łapownictwo rosyjskie; powieść nie zawiera nic gorszącego.

Morus: „Człowiek w cieniu” , życie Sir Basila Zacharoffa, kapitalisty międzynarodowego, który zarobił setki miljonów na dostawie broni mocarstwom europejskim, zwłaszcza podczas wojny: pouczająca biografja.

Munoz: „Czarny dyktator”, walka liberałów ze zwolennikami dyktatury; naiwne; moralnie obojętne.

Norris… „Potęga giełdy” w Chicago; obraz spekulacyj pieniężnych, moralnie obojętny.

Poker…  „Kobiety w pociągu”, pod wiele obiecującym tytułem nowele nie obrażające naogół moralności; na pierwszy plan występuje pociąg, kobieta dopiero na dziesiąty.    

Sabatini: „Sokół morski”, awanturnicze przygody w XVI w. Anglika, który przyjmuje mahometanizm, potem wraca do Anglji; z wyjątkiem zaprzania się wiary nic niestosownego niema.

Salten: „Jerzy Erbacher”, nieszczęśliwe pożycie dwojga niedobranych małżonków; nic ciekawego.

Te oceny „moralne” księdza Pirożyńskiego są bardzo wymowne. Potwierdzają one to, na co zresztą nieraz zwracano uwagę; mianowicie że kler potrafił zacieśnić pojęcie „moralności” poprostu do wstrzemięźliwości, lub – ściślej biorąc – obłudy płciowej. Z siedmiu grzechów głównych upodobali sobie tylko jeden, a z dziesięciu przykazań Bożych co najmniej osiem jest im obojętnych. Człowiek moralny, kobieta cnotliwa – tych słów używa się jedynie w znaczeniu płciowem; pozatem ten człowiek może być lichwiarzem i wyzyskiwaczem, obżartuchem i leniwcem, potwarcą i kłamcą; kobieta może być piekielnicą, plotkarą i jędzą. Te same kryterja stosuje O. Pirożyński do literatury. Sam anielski Dickens jest dla niego „niepedagogiczny, bo sceny wyznań miłosnych opisuje zbyt drobiazgowo”; wszystko inne natomiast jest moralnie obojętne. „Moralnie obojętne” – jak na to zwrócił już uwagę Wacław Rogowicz w „Kulturze” – są dla tego księdza oszukańcze spekulacje giełdowe. „Moralnie obojętne” są mu i udręki sieroty i okropności wojny. Ba, kiedy mówi o najstraszliwszych zbrodniach, jak zbrojenie jednych ludów przeciw drugim, na zimno, dla celów „dywersyjnych”, obchodzi O. Pirożyńskiego tylko to, że książka Lawrence‘a „nie zawiera niestosowności”, t. zn. że się w niej nie całują! „Nieszczęśliwe pożycie niedobranych małżonków”, to dla niego „nic ciekawego”. Łajdackie życie hieny żerującej na dostawie broni to dla O. Pirożynskiego „pouczająca biografja”. Do czego doprowadza tego kapłana katolickiego owo spojrzenie na świat wyłącznie erotyczne, dowodzi niesłychany w jego ustach zwrot: „Z wyjątkiem zaprzania się wiary, nic niestosownego (!) niema .

Bardzo, bardzo charakterystyczny jest stosunek tego księdza do wielu spraw. Powieść, agitująca przeciw karze śmierci, jest mu zaledwie „nieszkodliwa”; pomysł opieki nad kandydatami na samobójców – niezdrowy; wśród obelg rzuconych na Anatola France mieści się epitet „zagorzały pacyfista”; zato innego autora chwali O. Piroźyński że „w kreśleniu okropności wojny jest umiarkowany”.

W rezultacie, ten ksiądz, który oplwał wszystkich wielkich pisarzy, od Goethego do Żeromskiego, który chce wytrącić czytelnikom z rąk niemal całą naszą literaturę, który tępi wszelką szlachetną ideę, -„bez zastrzeżeń” poleca prawie wyłącznie „sympatyczną” lekturę detektywistyczno-kryminalną, zatem tę, która, jak to dowodnie stwierdzono, fabrykuje młodych złoczyńców. Oto do czego doprowadza autora jego wyrafinowana „moralność”.

Dziełko O, Pirożyńskiego przywodzi mi jedno wspomnienie. Podczas wojny miałem przez jakiś czas powierzony jeden z „objektów” fortecznego szpitala nr. 7 w Krakowie, pomieszczony w gmachu Akademji Sztuk Pięknych. Otóż, pewnego dnia, zaraportowano mi, że ksiądz, który z urzędu odwiedzał chorych, przyniósł pod habitem młotek i poodbijał wstydliwe części wszystkim gipsowym posągom, znajdującym się w sieni i w kurytarzach. Nie darował nawet boginiom i ich nadobnym wzgóreczkom! Wojna szalała, sale były pełne rannych, ludzkość przechodziła gehennę, ale księżulo interesował się tylko tem jednem…

Ten ksiądz ze swym młotkiem wydaje mi się symbolem; odzwierciedla psychikę całej kasty. Ci detektywi niemoralności sami nie zdają sobie sprawy, do jakiego stopnia przeżarci są niezdrowym erotyzmem. Czy przeciętny ksiądz strzeże celibatu czy nie, sprawa płci jest dla niego nieustającą obsesją, zboczeniem, chorobą. Przesłania mu cały świat. I to jest zupełnie naturalne, nie może być inaczej. Pamiętamy okres powojenny: ziemia kurzyła się jeszcze od krwi, przed Europą otwierały się całe kompleksy nowych zagadnień gospodarczych i moralnych, a księżule umieli tylko grzmieć z ambon przeciw krótkim włosom, krótkim sukniom i przeciw gołym ramionom pierwszych wioślarek. Najwyższe ich zadanie, to niedopuścić aby się jakaś para pocałowała – bodaj w książce. Życie przepływa koło nich jak coś obcego, niezrozumiałego, nienawistnego; widzą tylko genitalia, bodaj na gipsowym posągu. Chorzy ludzie!

Otóż, wobec tego, że ci ludzie są oficjalnymi piastunami „moralności”, że najzazdrośniej strzegą monopolu swego w tym zakresie, nie jest bez znaczenia fakt, że nędza, wojna, szpiegostwo, oszustwo, spekulacja, wyzysk i wszystkie wogóle niedole ludzi, to są dla nich rzeczy „moralnie obojętne”. Czyż tem wyznaniem nie stawiają się poza społeczeństwem, w którem – i z którego – żyją?

Tak, ta idjotyczna i przez to pozornie niewinna książeczka spełnia doniosłe zadanie: dokumentuje poziom etyczny i umysłowy naszego kleru. Powinna stać się sygnałem alarmowym.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close