Na Jasnej Górze

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Mroczna jest Jasna Góra. Z ciemnego masywu zabudowań klasztornych wspina się w niebo wieża, niby maszt, i światłem jednej latarni płynie, trochę między gwiazdami, a trochę wśród chmur, pędzonych wiatrem i nabrzmiałych nocą.

Błonia klasztoru jasnogórskiego = lata trzydzieste XX wieku (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Błonia klasztoru jasnogórskiego – lata trzydzieste XX wieku (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Podkreślone czarnym pasem obronnych wałów, piętrzą się dachy klasztoru, kościoła i baszt. Z ich ciemnego skupienia ledwo odzywa się życie echem śpiewu czy też brzękiem dzwonków, tak słabym, jak słaby jest odblask świateł, rozkwitający od wnętrza przez jedną czy dwie szyby w rzędach okien, śpiących już ciemnością i ciszą.

Gdy ogarnąć to wszystko jednem spojrzeniem – zamczysko. Gdyby obejść naokoło i uświadomić sobie wysokość fortecznych szańców, które wynoszą klasztor ponad wzgórze i dają mu należne odcięcie i odosobnienie od reszty świata, – wyspa.

Wyspa kościoła ongi naprawdę wojującego. Jeszcze cała forteczna i obronna. Jakby z feudalnych czasów żywcem wzięta, przeniesiona w dzisiejszą współczesność: pełna wspomnień i tradycyj, zamknięta w sobie i już tylko tryumfująca.

Pierwsze zbliżenie: przez szereg bram, powoli nasiąkając atmosferą coraz bardziej kościelną, przez trzy bramy z różnych czasów, różnemi rękami stawiane, wszystkie trochę cmentarne, półkolem wspinającą się drogą, drogą pielgrzymów i pątników, razem z nimi i obok nich, wchodzimy na pierwszy dziedziniec.

Noc jest zupełna, i zaraz będą zamykali bramę. Pusto prawie, tylko nieliczne gromadki ludzi czernią się na tle murów, klęczą tu i tam na kamieniach, odchodzą ze świecami w rękach. Im dalej w głąb, tem ciemniej i puściej. Mnożą się tylko krużganki i łuki bram. Arkady, niby wtopiony w ściany wału most nad przepaścią mroku, schody wiodące w próżnię nieba i nocy. A głębiej, między murami, dziedzińce, załomy i wnęki pełne czarnego cienia, który spływa po płaszczyznach skośnych dachów i z kopuł kapie smugami smoły, wyściełającej całe dno podwórca. Architektura tych domostw klasztornych pod patyną nocy tworzy ramy, w których mieszka dawność, tajemnica i poezja. Wyobraźnia zaludnia je życiem, taksamo nierzeczywistem jak nierealna się zdaje obecność ludzi, wciąż jeszcze klęczących gdzie popadło. A kiedy klucznik klasztorny zamyka furtę, dwa skrzydła krat w pierwszej bramie, – dawniej tu zakonnicy most zwodzony podnosili na noc, – życie wewnętrznych dziedzińców przenosi się poza mury, na stoki wzgórza. Skupia się pod szczytową ścianą kaplicy, o którą wysoko nad wałami oparty jest ołtarz zewnętrzny, postawiony tu dla „zaspokojenia pobożności pielgrzymów” i gdzie w okresach wielkiego napływu wiernych, w dnie odpustów i szczególnych świąt, dla tłumów na placu zebranych odprawiają się nabożeństwa.

Nadole rzędami poustawiane ławki dla pobożnych, jak dla widzów jakiegoś przedstawienia na świeżem powietrzu. Pełno ludzi, niektórzy z zapalonemi świecami, inni klęczący dalej poza ławkami, w trawie. Bywa, że cały plac się rozpala drobnym migotem tych świec. Roi się mrowiem płomyków i twarzy, jakby w obrzędzie jakim świętojańskim. Powtarza się widowisko z każdym odpustem. Jest na co patrzeć zgóry, od ołtarza, jak falują płomyki na wietrze, jak drgają języki ognia, posiane gęsto w czerń.

A czerń wszystkie oczy podniosła, wszystkie utkwiła w ołtarzu. Obraz w nim (jakaś wymuskana kopja cudownego wizerunku, który się mieści wewnątrz kaplicy) jest jak ekran, jasno oświetlony światłem bocznem, ukrytem, więc tak jakby sam świecił. Tem światłem odcina się z ciemnej oprawy murów i ścian i całej masy mroku, tak czarnej, że aż granatowej.

Teraz jest cisza zupełna na placu i nad klasztorem. Są jeszcze ludzie klęczący między ławkami. Są jeszcze świece ręką osłaniane od wiatru.

Na murach jednostajnie jasny czworokąt obrazu. A noc rumiankiem pachnie na Jasnej Górze.

*

532 stopnie prowadzą na szczyt sto pięć i pół metrowej wieży kościoła jasnogórskiego. Łatwo rozpatrzeć się stąd w okolicy. Częstochowa-miasto nieważne się zdaje z tej wysokości, rozrzucone, rozwlekłe, rozciągnięte na długość wzdłuż jednego strumienia alei, wieś prawie, tylko że w końcu i z boków kominami fabryk nastroszona. Więcej stąd jednak widać zieleni, przestrzeni pól i typowej dla każdego aeropejzażu wsi ich szachownicy.

U stóp zabudowania klasztorne. Dziedzińce niby dno studni. Poprzerastały się budynki, przystają do siebie pod prostemi kątami, włażą na siebie dachem. Stąd, zwysoka, jak z mapy, możnaby wprawnem okiem odczytać historję zrastania się tych wszystkich dobudówek jakiemi pęczniał i odbudowywał się klasztor w ciągu wieków, pożarami niszczony częściej, niźli cierpiący od wojen.

Zabudowania Jasnej Góry odcięte są bardzo dokładnym kwadratem, obrysowanym krawędziami wałów, wpartych w cztery strony świata klinem narożnych bastjonów. Jest Jasna Góra w Częstochowie miastem w mieście. Miastem zupełnie niezależnem, choć się na dobrą sprawę życie ich obu przeplata – jedno z drugiego żyje. Jasna Góra z całej Polski: Częstochowa trochę z Jasnej Góry. Mówię: trochę, bo wbrew przypuszczeniom, obecność Jasnej Góry na rozwój Częstochowy nie miała decydującego wpływu.

*

Korytarze klasztorne pachną kadzidłem i winem piwnicznie i staroświecko. Korytarze bielone, a mroczne, o murach grubych nieraz na kilka metrów, o oknach wciśniętych często, niby strzelnica, w ścianę, o sufitach sklepionych, krawędziami łuków rozpinających się nisko.

Na ścianach stare obrazy, stare zegary, stare krucyfiksy, pamiątki dawności i dziejów klasztornych – niesposób porachować ani spamiętać ile tego, niepodobna wszystkiego zobaczyć nawet. Tu ołtarz z wizerunkiem Matki Boskiej malowanym na miedzi, najbezpieczniejsze miejsce w całym klasztorze, najgrubszemi murami obwarowane, gdzie w czasie oblężenia szwedzkiego przeniesiono cudowny obraz, a naprzeciwko cela przeora Kordeckiego, którego święta pamięć i kult żyje i trwa w klasztorze. Z każdą salą, rycerską czy refektarzem, o sklepieniu niby rozgwiazda, wspomnienia związane i przypowieści. Niejednokrotnie ściany albo sufit przyozdabia ich wyobrażenie, dzieło miejscowych malarzy, niezawsze wiadomego nazwiska. Ciągnie się labirynt korytarzy i wydłuża po schodach rozmaitych aż do lochów, pachnących wilgocią i pleśnią, aż do przejść potajemnych, co pod szańce wiodą i którędy w dnie oblężenia wypadów i wycieczek na pozycje nieprzyjacielskie dokonywano.

Cofamy się: okna korytarzy i cel odsłaniają widoki niespodziane na wewnętrzne dziedzińce, wykrawają ramą okiennicy fragmenty murów i baszt, odcinki dachów, i z poplątanej architektury dobudówek z rozmaitych czasów utrwalają w pamięci piękne zestawienia, zrównane dzisiaj tym samym, przyjemnie szarym odcieniem muru, który już zdążył porosnąć patyną, siwym, matowym tonem czegoś jednako dawnego.

Żyje się tutaj w osobności, w odcięciu, w cieniu. W spokoju od tych nieustannych falang ludzi, pielgrzymów, zwiedzających, które przelewają się wdole, przez kościół, kaplicę i na dziedzińcach. Wychodzi się ku nim, zanurza między nich, a potem cofa i wraca w zaciszne, niezakłócone żadną zewnętrznością korytarze i cele klauzury. Odgłos śpiewu z kaplicy wzbija się i dociera tutaj. Ten sam, pielgrzymi, nabożny, procesję Bożego Ciała przypominający, przepełnia zresztą powietrze całej Częstochowy.

Tu, w klauzurze, jest także bibljoteka. Przyćmione, żółtawe światło. Ściany wykładane boazerjami, sufit we freskach. Równemi rzędami na równych półkach ustawione grzbiety potężnych tomów. Zdawałoby się, że stare księgi były wszystkie jednego formatu, wielkości mszału conajmniej. Ale to co jako księgi rzuca się w oczy starej bibljotece, to tylko futerały drewniane w formie ksiąg, których wnętrza dopiero mieszczą nieprzebrane bogactwo wiekowych tomów, jedenaście tysięcy egzemplarzy uratowanych od klęski ognia, jakie dawniej pustoszyły klasztor. Między nimi najpiękniej przechowane unikaty z XV i XVI w. Myślę, że niejedno jeszcze odkrycie, niejedne „Kazania świętokrzyskie” czekają tutaj na swego Kolumba w staroświeckich oprawach grubych łacińskich i polskich foljałów. O. Marjan Paszkiewicz, bibljotekarz klasztoru, nie bez racji powiada, że majątek drogocennych kruszców, jaki zawiera skarbiec jasnogórski, ledwo równać się może ze skarbami bibljoteki.

Skarbiec jest koło zakrystji, w jednem z bardziej bezpiecznych miejsc klasztoru (z grubości murów sądząc). Z oszklonych i oświetlonych szaf rozbłyskuje przepych klejnotów i złota, nagromadzonego tu przez wieki z darów wyłącznie, których niejeden bank państwowy mógłby z powodzeniem pozazdrościć klasztorowi. Strzeżony, ma się rozumieć, nowoczesnym zgoła systemem alarmowej sygnalizacji, wobec niejednych w historji i w czasach niedawnych prób niekoniecznie legalnego uszczuplenia jego zawartości. Majstersztyki złotników sprzed kilkuset lat, monstrancje, że tylko opis jednej przytoczę, ofiarowanej na Jasną Górę po odparciu najazdu szwedzkiego zbiorowym wysiłkiem narodu: 22 funtów złota, 2 366 brylantów, 2 208 rubinów, 30 szafirów, 81 szmaragdów i 215 pereł, razem 5 funtów drogich kamieni. Brylant w koronie tej monstrancji uważany jest za największy w Polsce.

W czworobocznym krużganku, przed wejściem do kaplicy cudownego obrazu, zatrzymajmy się przed pomnikiem z czarnego marmuru, „wzniesionym dla siebie” przez Wojciecha Kazimierza z Kurozwęk Męcińskiego. O. Męciński, jezuita, w XVII w. z Portugalczykami do Japonji się wybrał, nawracać Japończyków na wiarę świętą. Trzy dni zaledwie trwał jego pobyt na wyspach Nipponu, gdzie już prześladowania trwały w całej pełni. Misjonarz Męciński męczeńską śmiercią zginął, zrzucono go do morza ze skały w porcie Nagasaki. Taka jest historja pierwszego Polaka w Japonji.

*

U wejścia do kościoła należy odczytać komunikat przeora p. t. „Odezwa do niewiast: „Uprasza się niniejszem wszystkie niewiasty, pragnące wstąpić w progi świątyni, aby nie wchodziły tu ubrane według dzisiejszej mody, z wyciętemi dekoltami, nagiemi rękami i w zbyt krótkich sukniach. Jeżeli bowiem tego rodzaju strój wszędzie jest niewłaściwym, moralnie szkodliwym i bezwzględnie wpływa na obniżanie się chrześcijańskiej moralności, to stokroć więcej w świątyni, ze względu na zniewagę Boga, jaką Mu się przez to wyrządza” (podkreślenia o. przeora).

Wstąpiłem do księgarni klasztornej. Na ścianie napis: „Zapisujcie się do szczęśliwej wieczności”. Możebym się i zapisał, ale na wszelki wypadek pytam, co to znaczy. „Jest to stowarzyszenie dobrej śmierci” – pada uprzejma odpowiedź. – Zapisałem kilku znajomych.

*

Obszerna, ale ciemna i niska, sklepiona zakrystja przylega do cudownej kaplicy. Tu już tłok wiernych znaczny, zwłaszcza w godzinach rannych nabożeństw. Trzeba ogromnej cierpliwości ojców, aby to wszystko pomieścić, zadowolić, załatwić, jednemu poświęcić szkaplerze i te wszystkie pamiątki, jakich pełne garście nakupował w straganach pod klasztorem, drugiego wyspowiadać, trzeciemu odpowiedzieć na najdziwniejsze pytania, kiedy tłumem nieprzebranym walą, wciąż nowi, wciąż inni i wciąż taksamo niezaspokojeni. Trzeba się przy tem wszystkiem ubierać do mszy, modlić, uważać na ludzi, żeby się nie podusili, dobrotliwie ale stanowczo łagodzić napór ich na boczne drzwi, prowadzące do prezbiterjum przy cudownym obrazie, gdzie każdy chciałby się dostać, ale gdzie miejsce jest tylko dla powołanych, dla chorych zwłaszcza i przedewszystkiem. Niemałej wprawy wymaga ze strony ojców umiejętna manipulacja tym żywym strumieniem tłumu, który nieraz występuje z ram opanowanych, rozbucha się i ponosi, ciasność miejsca, rozsadzić chce straszliwem od wnętrza, ciśnieniem ciał, łokci i rąk.

Do kaplicy najlepiej wejść przez główne drzwi, naprzeciw ołtarza i obrazu. Zanurzyć się odrazu w mroczność gotyckiego prezbiterjum, oddzielonego kratą od barokowej reszty. Przez żebrowania krat jarzy się teraz od świec i lamp i srebrnego odblasku wotów, któremi zawieszone są boczne ściany i hebanowy ołtarz. Spomiędzy tych migoceń, tego gorzenia czerwonych języków w srebrnych ciężkich wiecznych lampach i w roju żółtych płomieni świec, poprzez siwe smugi kadzideł, rozkręcających się zwolna od stóp ołtarza, zza kap i ornatów złoconych, zza całej uroczystej bieli asysty w komżach – ikona. Jak bardzo piękna jest ta ciemna twarz. Jak z wpatrzenia się w jej owal, oprawny w srebro, występują powoli oczy. Tło i samo oblicze – mrok. Spojrzenie idzie w głąb niego, niby w studnię, i choć poprzez mrowie świateł dosięga ciemnego dna, żadnym blaskiem nie da się odciągnąć, ani rozproszyć w skupieniu. Widzi tylko oczy obrazu, przykuwające i piękne.

Od obrazu myśl powraca do tłumu. Przejść się wzrokiem po twarzach tych ludzi klęczących tutaj w ścisku niepomiernym i próbować odgadnąć zagadkę tej ekstazy, tego napięcia zachwytu, który w ich piersi rośnie oczekiwaniem nadzwyczajności jakiejś – cudu.

Jest w tym tłumie, na codzień szarym i śpiącym, zapamiętanie się, żarliwość, dochodząca do omdleń, do wybuchów histerji u słabszych, są źrenice w łzach. Najjaskrawiej manifestują się uczucia w doskonale wyreżyserowanych chwilach odsłaniania i zasłaniania obrazu. Przy zasłanianiu zwłaszcza, któremu towarzyszy muzyka, hejnał na trąbach. Płacz, jęk, westchnienia i szlochy, ręce załamane w powietrzu, ręce wyciągnięte ku ołtarzowi…

W życiu ludzi, przychodzących tutaj z wyczekiwaniem pomocy, z potrzebą znalezienia pociechy, w szarem życiu rzesz, którym los nie jest łaskawy, jedynym blaskiem, jedynem ukojeniem i nadzieją jest to oblicze w aureoli klejnotów i oczy, w których każdy znaleźć może bezmiar współczucia i serca, choćby nie wszyscy nawet rozumieli, dlaczego twarz Matki Boskiej jest ciemna.

Żadnej dyskusji, żadnego rozumowania: to już jest wiara. Mówią mi wprawdzie,

że dawniej wiara była większa, więc i cudów więcej – bo teraz cudów mało, więc znaczy wiara mniejsza.

Patrzę w twarze tych ludzi i dostrzegam w nich wiarę i oddanie tak ślepe i tak ogromne, że chyba góry mogłoby poruszyć. Wierzą z pasją, całkiem fanatycznnie i bez opamiętania, wpatrzeni, porwani, wniebowzięci.

Klęczę między nimi, z nimi razem. Śpiewają mocnym, pełnym głosem suplikacje. Jest coś z siły żywiołu czy burzy w tym śpiewie, bijącym w ołtarz. Jest błaganie o cud. Jest więcej niż prośba – żądanie. Od powietrza, głodu, ognia – i wojny… O gdybyż można wierzyć tak jak oni.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close