Na Podhalu

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Ilekroć jadę do Zakopanego i minąwszy Skawinę, zbliżam się do pierwszego łańcucha beskidzkich pagórów – budzi się we mnie pytanie, kiedy, w jakiem miejscu i pod jaką postacią powita mnie po raz pierwszy Podhale. Szukam tego sygnału w kwiatach porastających zbocza turń, w rysunku świerka, wykrętach i wypadach dróg, w domie drewnianym, leśnej polanie, a nawet w kolorze nieba i powłóczystości chmur. Szukam… i nie znajduję. Razporaz wpada mi w oko coś szczególnego, jakgdyby żywcem wziętego z Podhala, ale… kto wie, czy się nie mylę? Musiałbym mieć zaraz obok prawdziwy pejzaż podhalański. Wyobraźnia w wypadkach tych zawodzi – a gdy się człowiek zda na czyste metody analityczne, nie dojdzie wogóle do niczego.

Podhale

– Jak się poznaje piękne dywany? – pytałem raz na Wschodzie starego kupca i słynnego zarazem znawcę kobierców. Szanowny mąż rozłożył ramiona i mlasnął wargami.

– Rozumiem! zdajesz się na smak.

– Nietylko! – odpowiedział. – Mam jeden, z którym zestawiam inne. – Poczem wyciągnął ze składu podniszczony, ale świetny i czcigodny łach i obłożył go innemi. I rzeczywiście!… cechy charakterystyczne i gatunek każdego z nich wyszły na jaw w mgnieniu oka.

Otóż wzoru takiego, jeśli chodzi o krajobraz, nie mogłem, oczywiście, wozić z sobą, – rozum zaś mówił, że te jakieś szczególne znaki Podhala są wogóle urojeniem a tam, pod Tatrami, jest tylko nieco inaczej niż na nizinach, z prostej przyczyny różnicy wysokości geograficznej.

Świerkowy las koło Kalwarji zdaje się potwierdzać tę prostą i rozsądną tezę. Nadole miesza się jeszcze z gajem liściastym, ale na grzbietach gór stoi już jednolitą szczotką nie tak jeszcze zębatą jak w Tatrach, lecz właśnie jesteśmy dopiero w Beskidzie. Drewniany dom, który pokazuje się tu i ówdzie, jest oczywistą pochodną taniego budulca. Zakręty dróg wiążą się ściśle z pochyłościami terenu. Ciemniejszy i wyrazistszy kolor kwiatów ma pono na celu wabienie owadów nie tak tu licznych jak w dolinach. Licho zresztą wie, czy jest rzeczywiście ciemniejszy.

Przestaję dochodzić bliskości Podhala i gotów jestem przyznać, że całe przypuszczenie co do jego szczególnej odrębności jest manjactwem sentymentalisty gór.

Wyciągam gazetę i w racjonalnej nudzie mijam Chabówkę. Gdzieś koło Raby wyglądam przez okno. Ech! co tu gadać! Jestem jednakże na Podhalu! Świat, który mnie otacza, jest rzeczywiście szczególny i tak swoisty w wyrazie, że nic tu dodać, ująć, ni zmienić, z niczem porównać.

– To jest przecież dziki kraj! – mawiała o Podhalu pewna poważna osoba z mojej rodziny, ilekroć, jako młody chłopak, przekonywałem ją o wspaniałości Tatr i okolic tatrzańskich. Pomawianie gór o „dzikość” wydawało mi się wówczas obelżywe, zwłaszcza, gdy mianem tem obejmowano nietylko szczyty ale i cały góralski „kraj”. Dziś nie znalazłbym jednak trafniejszego określenia. Podhale jest „dzikie”, to znaczy, że nie zdołał go przeinaczyć hebel cywilizacji, ścinający z wiedeńska, z paryska, czy nawet z łacińska kańciaste i twarde harmonje podgórskich zjawisk bytu. Tu – w miasteczkach na stokach Gorc – znajdzie się coprawda i biały kościołek z łagodnem obliczem nizin „nasiąkłych” kulturą a obok kościołka „domek” wyczarowany z wyobraźni miejskiego emeryta. Gdzieniegdzie pojawi się jeszcze i standardowa willa, pachnąca lakierem, dychtą i blachą, parszywemi zwiastunami tandetnego komfortu, – ale już parę kroków dalej za miasteczkiem zaczyna się królestwo surowej przyrody gór i czystej aż do okrucieństwa kultury ludowej Podhala. W tym dziwnym świecie wszystkie drzewa rosną, grupują się i padają jednako, strumienie płyną jednakowemi korytami i z jednakim nurtem i poszumem fali, łąki pokwitają w jednaki sposób kwiatami – a każda skiba, każdy zagon, każda droga, drożyna i ścieżka ma jakiś wspólny kształt i bieg. Wszystkie wreszcie domy ludzkie, wszystkie nagrody, mury i płoty wzniesione są jakgdyby tą samą ręką.

A człowiek? mieszkaniec tego kraju?

„Cała jego istota przypomina jakiś leśny stwór… o długich członkach, prosty, jak trzcina, rzekłbyś, rwący wgórę, jakgdyby serce w jego piersi było lekkie… Gdy mija kogoś, stopy jego zdają się nie dotykać kurzu. Skacze przez kładki, przemierza zbocza długim, elastycznym krokiem, który można rozpoznać na wielką odległość”. Któż to w ten sposób opisywał górala? Witkiewicz? Tetmajer? Orkan? Nie! piewca egzotycznych mórz: Conrad-Korzeniowski w opowiadaniu „Amy Foster”. I chociaż mówi o nim, że jest to przybysz ze wschodniego łańcucha Karpat, daje mu czarne oczy i oliwkową cerę, przyczem nazywa go naiwnie „Janko” – przecież dojrzymy w obrazie tym niewątpliwą reminiscencję z pobytu wielkiego pisarza w Zakopanem w r. 1914. Krótkie i jedyne chwile spędzone w Tatrach (w Karpatach Wschodnich Conrad nie był) wystarczyły mu, aby pochwycić genjalnie i w swój właściwy, napół wizyjny, sposób fizyczną istotę górala.

Ale oto pociąg dojeżdża do przełomu Gorc. Z okna widać cały łańcuch Tatr i całą rozległą kotlinę podtatrzańską, całe Podhale, które mogłoby być wzorem krainy stworzonej przez geograficzną strukturę ziemi, gdyby właśnie chciało się pomieścić w swych naturalnych granicach. Bo chociaż góralszczyzna polska nie zdołała pokonać muru Tatr i zdobyć słonecznej kotliny Spiszu – przecież nie utknęła na zwałach Beskidu i Gorc i nawet przebiła się przez szaniec, którym Pieniny zaszpuntowały młodzieńczy bieg Dunajca. Spotkamy ją więc głęboko za Babią Górą, gdzie dopiero na połowie drogi między Krakowem a Tatrami cofa się przed galicyjską Suchą, wraz z jej „cepersko”-urzędowym duchem, obejmuje skolei północne stoki Gorc, pomimo ich nędzę jałową – i potem najdziwniejszym i najszerszym wypadem wybiega wraz z Dunajcem aż po Sącz. Foremne i wesołe miasteczko, jedno z najpiękniejszych na południu Polski, zostało nawet zaanektowane przez góralszczyznę i zaliczone do jednej ze stolic Podhala. Powiadam: „jednej”, gdyż jest ich trzy w tym małym kraiku. Każda z nich, równorzędna w honorze i znaczeniu, spełnia swoiste zadania i w odrębny sposób reprezentuje góralszczyznę. I kiedy w Zakopanem gnieździ się idealistyczna anarchja tatrzańskiego ducha, uosobniona w zakopiańskim inteligencie i góralu, potomku zbójnika, tancerzu, przewodniku, narciarzu, – gdy w Nowym Targu zasiadło chłopstwo Podhala ze swym twardym interesem życiowym i nieufnością do wszystkiego co się nie wiąże z racją góralskiego stanu posiadania, – Nowy Sącz promienieje duchem obywatelskim, państwowym i publicznym i obrasta w zasługi góralszczyzny dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. „Rozum trza mieć! – mówił mi raz zakopiański „głupi Jasiu” – my górole trzimamy w Zakopanem z pane Stryjeńskim, w Nowym Targu z Witosem a w Sączu z sanacyją”.

Rozumowanie to nie każdemu wyda się budujące, ale też nie można brać go całkiem na serjo. Góral nie trzyma bowiem z nikim. Obchodzą go tylko najprostsze racje życia, zawarte nietyle może w walce o byt ile w sile namiętności, przed któremi niema ucieczki, chyba na tamten świat. Najwymowniej opowie nam o tym góralskim fatalizmie pieśń i muzyka góralska, pozbawiona wszelkiej tkliwości nad samym sobą, i wszelkich apelów do współczucia w bliźnim, a nawet wiary w sprawiedliwość boską. Od słów piosenki: „Albo mnie zabiją albo ja kogosi, bo mi sie cupryna do gory podnosi” – aż do tekstu innego: „Byli chłopcy, byli, ale się minęli, i my się miniemy po maluśkiej chwili” – zamyka się cały góralski pogląd na świat, zawarty w kategorycznych stwierdzeniach, że świat jest taki jaki jest i inny być nie może. Zapatrzony w potęgę namiętności góral nie będzie też nigdy na serjo odnosił się do polityki, idej społecznych i wszelkich objawów zbiorowości, w których upatruje jeno sposoby przechytrzania się jednych nad drugimi. Naprawdę porwać go może tylko wojna. Ale i o niej cicho jakoś w pieśni góralskiej.

Pisali o tem jednak i inni obszerniej, trafniej i lepiej, jak przystało na kraj, który był, jest i pewno jeszcze będzie ziemią obiecaną dla literatury wszelkiego rodzaju. W ogromnej obfitości relacyj, fantazyj i uczonych analiz na temat Podhala wyjaśniano wiele jego swoistych cech, prócz jednej: samego znamienia góralszczyzny, które byłoby i bezspornie i jednocześnie powszechne. Nie mogąc znaleźć go ani w budownictwie, ani w muzyce, ani w rasowym typie człowieka, ani w jego obyczaju, ani nawet w gwarze, – postanowiono wkońcu, że Podhale sięga tam, gdzie się jeszcze spotyka portki góralskie, ściślej mówiąc, portki „bukowe” z białego filcu wełnianego z charakterystycznym lampasem i haftem parzenicy. Wszystko inne zawodzi ponoć a portki nie. Nie zastanawiajmy się, jakim sposobem powstał wniosek tak niezwykły, i przyjrzyjmy się właściwościom tych znakomitych portek. Zbite z surowej ostrej i grubej wełny owcy tatrzańskiej, są prawdziwem zgrzebłem, tem bardziej dotkliwem, że przylegającem ściśle do nóg. (Dziś nosi się je coprawda na bieliźnie, ale jest to chyba już objaw zepsucia obyczaju). Koloru białego, lub prawie białego, plamią się łatwo i gruntownie, łatać dają się bodajże szewską tylko dratwą. Kosztują dziś jeszcze koło trzydziestu złotych, co stanowi w kalkulacji odzieżowej na wsi cały majątek. Trwałość, temat legendy ludowej, przejęty przez entuzjastów, nie stoi w żadnym stosunku do ceny. Haft, swoisty ponoć babskiej szacie, obniża ich męską godność i powagę. Summa summarum jest to curiosum przeżytkowe, które w tej dziedzinie nie ma równego sobie w całej Europie – chyba tylko w pstrej spódniczce Szkotów.

A jednak góral, acz coraz mniej używa już cuchy i serdaka, nie chce pomieniać swych portek bukowych na tanią i praktyczna odzież przeciętnego typu nizinnego. Rozumie bowiem instynktownie, że strój ten, jak mundur, jest czemś honorowem i że portki, choć będą łatane, brudne i zużyte, stanowią jakiś znak dystynkcji, która wychodzi obronną ręką z najgorszego nawet poniżenia i nędzy i która otworzy mu drzwi tam, gdzieby nie dostał się w przyzwoitym nawet stroju ceperskim. I jeśli jest odzież, która, być może, jednak zagraża portkom ludowym, będą nią „pumpy” sportowe. Pojawiły się na Podhalu wraz z taternictwem i narciarstwem. Mają w sobie także coś co zrównywa ludzi na płaszczyźnie nieuwłaczającej honorowi osobistemu.

Pumpy uzupełnia zazwyczaj sweter i wiatrówka, które zamieniły w zgoła logiczny sposób starodawny serdak i cuchę. Całość stanowi komplet dość jeszcze znośny i odpowiada dokładnie jakoś szarudze słotnego dnia w Zakopanem, – podczas gdy stary, ludowy strój dostosowany jest świetnie i olśniewająco do blasku tatrzańskiego słoneczka. Dziwne to tylko, że wraz z kultem słońca, jasności i wesela, które pono niesie ze sobą sport, zesmutniał i zszarzał strój góralski.

Ale portki, powiadam, nosi jeszcze ogromna większość górali. I filcowy okrągły kapelusik, prawdziwe unicum jednoczące melonik i borsalino, trzyma się jeszcze dzielnie góralskiej głowy.

Najwierniejszy sobie pozostał jednak sam typ człowieka. Można o nim mówić tak czy owak, lubić lub nie, pochwalać lub ganić, pomawiać o zepsucie i siedem grzechów głównych – ale niesposób zaprzeczyć że w sumie swych cnót i wad jest to najbardziej skończony rasowo, najszlachetniejszy materjał ludzki, jaki powstał na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej. Jak każdy wyrafinowany rezultat selekcji, psuje się łatwiej niż przeinacza i w zetknięciu z substancją innego rodzaju degeneruje raczej niż odradza.

Pewien wybitny znawca Podhala i zarazem miłośnik mówił mi raz o góralszczyźnie, że sczasem spotkać ja musi los Indjan amerykańskich. To znaczy, że w zetknięciu z cywilizacją zostanie skazana na wymarcie. Na dowód przytaczał mi dzieje Zakopanego wydzieranego systematycznie i nieuchronnie góralom, historję niektórych rodów góralskich, brak przedsiębiorczości i zupełną niemal niezdolność do zbiorowych poczynań, wreszcie pokazywał nawet podobizny rasowych górali, tak nieraz zdumiewająco podobnych do szlachetnych wojowników Ameryki.

– Przyjdzie taki czas, – utrzymywał, – gdy góry staną się rezerwatem a cała przestrzeń podgórska czemś w rodzaju ogromnego uzdrowiska, które będzie zarazem i rezydencją bardziej wybrednych mieszkańców nizin. Ostatnich górali widzieć się będzie wówczas w świetnych strojach jako pokazowe typy bacy i juhasów, jako przewodników biur turystycznych i zawodowych bajarzy i muzykantów. Taneczne ich grona będą występowały w hotelach i teatrzykach. Niektórzy znajdą zatrudnienie w wytwórniach przemysłu artystycznego, wyrabiając wzory podsuwane im przez artystów przybyłych z nizin. Parę rodów subwencjonowanych przez państwo lub instytucje społeczne zachowa dawny tryb życia i będzie urządzało co pewien czas wielkie pokazy obyczaju. Reszta wymrze lub wsiąknie w masę ludzką bez trwalszego śladu. Dobrze, gdy choć sztuka lub myśl ludzka przechowa heroiczną legendę tego świetnego ludzkiego rodu.

Ten pesymistyczny wywód nie mógł mi trafić do przekonania. Jeżeli bowiem można powiedzieć, że góral degeneruje się w zetknięciu z kulturą nizinnną, jeszcze silniejsze objawy „degeneracji” zauważymy u „doliniarza”, który osiedlił się w górach. (Zdziwaczały typ inteligenta zakopiańskiego byłby najlepszym tego dowodem.) Przyznając jedno i drugie, doszlibyśmy do absurdalnego i niewątpliwie fałszywego wniosku, że w czasach dzisiejszych same góry i ich przyroda stają się czynnikiem rozkładu.

Problemat Podhala nie jest i nie będzie żadnym przesądzonym zgóry procesem a tylko konfliktem, tak nieustannym, żywotnym i trwałym, jak samo zjawisko gór, wystrzelających z niziny. Konflikt ten, jeżeli chodzi o człowieka i jego pojęcia, polegałby na skłóceniu zasady systematycznej pracy z zasadą heroicznego porywu. Dziś, jak wiemy, jest moda na systematyczną pracę. Nakazem jej jest nadal jednak poryw heroiczny, bez którego niema żadnego postępu, żadnej perspektywy dla ludzkiej myśli i ludzkiej racji bytu.

Dlatego też góralszczyzna zazębia się mocno i trwale z całą kulturą Polski, a zwłaszcza z jej wierzchołkami, z których spływa potem nurtem górskiego potoku w rozległe obszary życia. Ile miejsca zajmuje i jaki jest jej wpływ w całej kulturze Polski, odpowiedzieć równie trudno jak ile jest wody Dunajcowej w Wiśle. A skoro już jesteśmy przy tem porównaniu, nie zapominajmy, że wszystkie wielkie rzeki wywodzą się z gór.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close