J. M. RYTARD

Nad Czeremoszem

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Gdy kilkanaście lat temu, zaraz po wojnie, wybrałem się po raz pierwszy na Huculszczyznę i ze szczytu Pop-Iwana spojrzałem na nieprzeliczone fale łańcuchów górskich, biegnących od moich stóp na północ, południe, wschód i zachód, aż po krańce najdalszych widnokręgów, zrozumiałem co to jest świat gór.

Hucuł w stroju regionalnym

Hucuł w stroju regionalnym

Niebieskie, przymglone pasma drgały w upale, przesłonięte oparem oddalenia, tajemniczym zwłaszcza od południa, gdzie w oślepiającem świetle, na pobladłym od żaru horyzoncie, rysowały się lekko, ledwie widoczne, Alpy Rodniańskie.

Hipnotyzowała mnie wtedy przestrzeń i pęd.

Gnałem jak furjat przez zalane słońcem połoniny, brodziłem po pas w trawach mieniących się kwiatami, połykałem dziesiątki kilometrów, wdzierałem się na szczyty, żeby wzrokiem płynąć na falach niebieskich spiętrzonych pasm, dalej, coraz dalej, w jakimś mistycznym głodzie pędu i przestrzeni.

Dzisiaj żądam już od siebie pewnego celu i metody w tem szaleństwie. Wiem, że nałóg ten pozostanie mi do śmierci, lecz niechże pogłębi się u licha i zmądrzeje sczasem!

Postęp jest, gdyż z biegiem lat dojrzałem inną „przestrzeń”: prowadzącą wgłąb życia i form bytowania ludzi gór. Dzisiaj znam wiązania i fundamenty ich psychiki, złożone ze zbliżonych do siebie elementów, choćby dzieliły je różnice rasowe i językowe.

Gdy niedawno odwiedziłem pod Żabiem Dmytra Pawluka, łowczego lasów Czywczyńskich, miałem wrażenie, że poznaję nowy utwór muzyczny, skomponowany według dobrze mi znanych zasad i reguł. Gdyż w ramach każdego świata górskiego tkwią zawsze te same charakterystyczne cechy.

Hucuł Dmytro Pawluk, myśliwy mający na rozkładzie osiem niedźwiedzi, nie mówiąc o innej nieprzeliczonej gawiedzi zwierzęcej, jak wilki, dziki, jelenie, gotury-głuszce i t. d., ma w sobie coś z dużego i łagodnego dziecka, trochę niezgrabnego w ruchach.

Gdy przyszliśmy do niego, czyścił właśnie studnię, o którą musi dbać, gdyż na tym wierchu o wodę trudno. Zza węgła domu ukazała się nam postać wielkoluda, niby jakiegoś Don Kichota huculskiego, o pięknych ostrych rysach, orlim, trochę wbok skrzywionym nosie, kruczych włosach i dobrotliwym uśmiechu, mówiącym o spokoju wewnętrznym i tej jedynej w swoim rodzaju prostej mądrości, jaką mają ludzie wychowani przez przyrodę.

Siedzimy na szerokiej, potężnej ławie, w pięknej, czystej izbie, której ład i kompozycję wewnętrzną kształtowały tysiące lat budownictwa drewnianego, a drzewo jako materjał dyktowało swoje logiczne prawa i wymagania konstrukcyjne.

Kobiety przędą wełnę, kręcąc cieniutkie niteczki na wrzecionach. Z tych szarych w tej chwili nitek składa się przedziwny, egzotyczny w barwie i kroju strój huculski.

– Dawniej, proszu was pane, – mówi Pawluk, – medwid zaczynał robić szkodę dopiero od św. Piotra i Matki Boskiej Siewnej, a teraz o każdej porze.

Po zastanowieniu się nad tem dziwnem zjawiskiem przychodzimy do przekonania, że zmienia się świat, a z nim i obyczaje „medwidiw”.

Wróg wilków, dzików i niedźwiedzi, Don Kichot huculski, Dmytro Pawluk, jak każdy myśliwy, na grubego zwierza zwłaszcza… miał wiele dziwnych przygód w swem życiu. Lecz temu leśnemu olbrzymowi można wierzyć na słowo. Człowiek o takim uśmiechu i profilu, jak Dmytro, nie będzie się przechwalał.

Niektóre z opowiedzianych przez niego historyj brzmią fantastycznie.

Złapał mu się raz niedźwiedź w „kapkan” (oklepiec) i poszedł z nim bestja, oderwawszy go od pnia, na co trzeba było rzeczywiście niedźwiedziej siły. Tropiony przez myśliwych i osaczony na skraju lasu, nie widząc innego wyjścia, rzucił się w kierunku najbliższego domu. Z sieni wychodziła właśnie po wodę kobieta z wiadrami i ujrzała na kilka kroków przed sobą rozjuszonego zwierza przytrzymuącego łapą potężne żelazo, w którem tkwiła zgnieciona druga łapa. Wśród przeraźliwych wrzasków oszalałej ze strachu Hucułki celny strzał zakończył tę niesamowitą przygodę.

Izba, w której siedzimy, Huculi o pogodnych, dobrotliwych twarzach, ich humor i dowcip, gwara o miękkiem, śpiewnem brzmieniu, – cały ten odrębny świat działa jak muzyka wycyzelowana w skończonej, zamkniętej w sobie formie. Nic tu nie można ani ująć, ani dodać.

Przytrzymując olbrzymią ręką koszulę rozwierającą mu się na potężnej, brunatnej piersi, opowiada Dmytro o strasznym pojedynku z dzikiem, którego nie mogły powalić kule największego kalibru. Dzięki plastyce słów Pawluka, wierzymy, że dzik ten był jakąś niezwykłą, apokaliptyczną bestją leśną, i rozumiemy, że doprowadzony do szału człowiek może, ryzykując wszystko, rzucić się z nożem w ręku na grzbiet olbrzymiego rannego odyńca i silnem pchnięciem skończyć przeciągającą się i denerwującą walkę.

W opowiadaniach swoich wraca Dmytro ciągle do niezwykłego pożaru lasów, który widział w zeszłym roku, w jesieni, pod Alpami Rodniańskiemi.

Te ognie i krwawo-rude światła, które zalały pół nieba i przeniknęły swym strasznym, ponurym odblaskiem w najgłębsze gąszcze puszczy Czywczyńskiej, niepokoją go do dzisiejszego dnia.

Przykłada wielkie, kanciaste dłonie do ust, i nagle rozlega się głuchy skowyt wilka, przechodzący w przeciągłe wycie. Tak wyły tej nocy niespokojnej w świetle krwawej łuny, wałęsając się jak upiory po wąskiej polance między dwiema ciemnemi ścianami lasu, gdy on siedział przyczajony pod potężną „hadżiugą” (starym, wielkim smrekiem), zapatrzony w morze płomieni falujące – na czarnym nocnym horyzoncie, zamkniętym niewidocznym w ciemności murem szczytów.

W słowach Pawluka, kiedy mówił o tem, brzmiała dziwna, niepokojąca nuta, jakby echo pradawnego kultu ognia i związanych z nim tajemnych przeznaczeń.

*

Stłumionem dudnieniem huczy bęben, jęczą metalicznie cymbały, wtórują im skrzypce. Nagle wszystkie instrumenty porywa za sobą prymista jazgotliwą nutą, orkiestra uderza w pełny ton, i ciasną izbę rozsadza jak wicher wściekła, podrywająca muzyka.

Huculi tańczą!

Grupa tańczących Hucułów

Przez chwilę suną wkoło szybkim, rytmicznym krokiem. Nagle wszystkie pary zawirowały na miejscu, frunęły w powietrzu kiptary-serdaki, jak rozpostarte skrzydła, i zatrzymał się krąg par rozwinięty w półkole.

Muzyka warczy, rwie w szalonem tempie. Miesza się z nią stłumiony śpiew niecierpliwych tancerzy. Pierwszy zbrzegu, trzymając za rękę swoją dziewczynę, odbija się jak piłka od ziemi, spada skulony na deski podłogi i zaczyna rytmicznie wykonywać nogami błyskawiczne zwroty, wyrzucając je co chwilę w powietrze. Po nim ruszają do tańca następni, porywając na zakończenie w zawrotny wir swe tancerki.

Izba drży i huczy.

Pięknym, dzikim tańcem jest „hucułka”.

Orkiestra zmienia ton. Melodja kołysze się, to znów skacze krótkiemi, urywanemi szarpnięciami.

Na środku izby krąg, złożony z sześciu trzymających się za ręce tancerzy, kołysze się przez chwilę na miejscu, potem rusza w koło miękkim krokiem. Gdy orkiestra podrywa takt, falujący kociemi ruchami krąg nagłem szarpnięciem przyniża się ku ziemi i rusza w odwrotnym kierunku. Ten rytmiczny, powolny ruch obrotowy przerywają jak oślepiające błyskawice szybkie, wężowe skręty i podrywy nóg.

Sześć ciał i sześć par nóg wiruje i faluje lekko, jak jednolita, elastyczna masa, w którą muzyka tchnęła porywający, pełen gracji ruch. „Arcan”, to taniec męskiej siły, zręczności i wspaniałego zgrania mięśni sześciu mężczyzn tworzących w tej chwili jedno ciało prężne, szybkie i pełne dynamizmu!

W tańcach huculskich jest żar Południa i drapieżność Wschodu.

*

Wędrujemy konno przez połoniny. Małe, silne koniki, krępe, o krótkich nogach, wspinają się wąskiemi płajami na zalane słońcem, gorące stoki. Kopuły leśnych szczytów i zielone, trawiaste pagóry rozwijają się przed nami jak wachlarze. Gdy je mijamy wolno, zwierają się i cofają w przymglonej perspektywie.

Pomału, noga za nogą, wynoszą nas konie na szeroką grzędę, gdzie wśród bujnych, lśniących traw rozłożyły się Hołowy, najwyżej położona wieś w Polsce. Otwierają się z wszystkich stron niepokojąco rozległe horyzonty. Przed nami wierchy Diereczok, Krugła, Kremenicia, a dalej, już po rumuńskiej stronie, Konietyn za Białym Czeremoszem.

Flisacy na Czeremoszu

Flisacy na Czeremoszu

Wzrok płynie w przestrzeń, gubi się gdzieś w niebieskiej mgle oddalenia, w której dziesiątki kilometrów wydają się majakiem wyobraźni. Tutaj przestrzeń nie istnieje, kształty i barwy, na które patrzymy, są zupełnie odmaterjalizowane i wszystko jest jak złudzenie.

Pomału zniżamy się w dolinę. W Krasnoili na ławie przed młynem przydrożnym, siedzi młynarz z książką w ręku. Zsiadamy z koni. Spoglądam na tytułową kartkę: polski przekład któregoś z francuskich ekonomistów!?

Młynarz podnosi się z ławy i pyta o polskie wydanie listów Darwina.

Patrzymy sobie przez chwilę w oczy w milczeniu. Konie dzwonią munsztukami, opędzając się od much. Mfyn terkocze, drży i szumi. W żarze południa falują mieniące się stoki. Gdzieś niedaleko, na płaju wijącym się po zielonem zboczu słychać wesołe wyskanie dziewczyny. Wysoki, przenikliwy ton leci nad doliną.

Spod olbrzymiego, kilkusetletniego buka, rzucającego chłodny cień na „Rimskij Płaj”, którym Rzymianie maszerowali przez północną Dację, wyjeżdża na koniu młoda kobieta i w przyjaznym uśmiechu, rozchylającym jej zmysłowe usta, błyska ku nam białemi zębami. Czerwone besachy kołyszą się po obydwóch bokach kroczącego powoli konia.

W bladej, ubielonej mąką twarzy młodego Hucuła świecą duże, wpatrujące się wciąż we mnie, szeroko rozwarte oczy.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close