Nad miłem morzem naszem

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

BANAŁY PODRÓŻNICZE

Człowiek lubi radość i szuka radości w każdej możliwej postaci. Wszelki dobrowolny wyjazd jest wyjazdem w szczęście, w radość istnienia, w wyczekiwane rozkosze. Nietzsche, największy współczesny hipnotyzer ludzi myślących, mówi o konieczności szukania najwłaściwszego dla siebie klimatu. Tylko na odpowiedniej wysokości i przy odpowiedniej suchości powietrza można, zdaniem Nietzschego, dobrze się czuć i jasno myśleć. Czasem, oczywiście, potrzebna jest odpowiednia nizina i chłodna wilgoć morska. I wtedy jedzie się nad morze. Tak czynili starożytni Rzymianie, którzy kąpali się i romansowali w Bajach i w Puteon, tak czyni najnowocześniejsza Ameryka w Palm Beach, i to samo powtarza cała Europa w Heringsdorfie, w Scheveningen, w Biarritz i w Jastarni.

Dotychczas nie mieliśmy nigdy właściwego stosunku do morza. W Kołobrzegu-Kolbergu byliśmy gośćmi Niemców i pisywaliśmy płaczliwe artykuły po kurjerkach, jak nas Niemcy szykanują za rozmowy polskie, na południu byliśmy gośćmi morza włoskiego czy francuskiego. Przybywaliśmy, patrzyliśmy i płaciliśmy. Teraz jest „mare nostrum”, wszyscy stajemy frontem do morza i całkiem inne mamy uczucie, chociaż do komfortu jeszcze daleko. Do komfortu daleko nad polskiem morzem, ale z Warszawy do morza zachwycająco blisko. Dziewięć stacyj: tyle ile między Warszawą a Żyrardowem przystanków. Łowicz, Kutno, Włocławek, Aleksandrów, Toruń, Bydgoszcz, Laskowice, Tczew, Gdańsk i zaraz potem Gdynia. W Warszawie o pół do dziewiątej był upał niezgorszy, a tu na podwieczorek przewiewny chłodek i chybotliwy granat morza. Thalassa! Thalassa! Całkiem jak w Ksenofoncie, tylko że żołnierzom greckim nie psuły humoru ceny pensjonatowe i różne kłopoty, które są integralną częścią radości podróżowania.

Gdynia jest jakąś sprawą rodzinną, czemś w rodzaju siostrzenicy, która strasznie szybko rośnie i dobrze się uczy, ale… wdaje się z cudzoziemcami. Gdynia szybko rośnie. Znajomy, którego spotkaliśmy tu przed dwoma laty, mówi nam odrazu, że Gdyni przybyło sto dwadzieścia domów, w porcie wybudowano pięć ogromnych magazynów, sześć dźwigów i t. d. I że jeszcze nie to będzie. W r. 1920 jakby nic, a teraz kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców stałych, o niestałych wcale nie mówiąc. Patrzymy, podziwiamy, słuchamy: mola, baseny, stocznia, „taśmowiec”, przeładowujący 600 tonn węgla na godzinę, magazyny, łuszczarnie, olejarnie, chłodnie, dźwigi, statki, ładne kobiety, uśmiechy, flirty, kolorowa nagość… Słowem, Gdynia. Wielki współczesny port polski.

„A CZY ZNASZ TY, BRACIE MŁODY?”…

„Widoki morza Bałtyckiego wydały się Polowi ponure, a samo wybrzeże określa jako płytkie i piaszczyste” – powiada Nowak w swej rozprawie o geologicznej przeszłości Bałtyku. Przytaczam to zdanie Pola o morza Bałtyckiem, aby stwierdzić, że zapewne nietylko jemu widoki tego morza wydały się ponure, bo w gruncie rzeczy poważnie zainteresowała się niem dopiero polityka, i dopiero za polityką przyszła literatura. A teraz już cała bez wyjątku Polska stoi frontem do morza, zaciekawiona, roześmiana, zdumiona i uradowana. Cudze morze mogło być ponure, swoje jest piękne. I nietylko piękne, ale cudowne. Płynny malachit, ładnie poprzecinany żyłami piany, syty chłodny granat, rozmigotany w słońcu, linja widnokręgu odcięta równiutko od nieba… Trójkąt bielutkiego żagla wisi na tem tle i jaśnieje w słońcu, dymi wojenna „Burza”, i romantycznie płynie pod child-haroldowskiemi żaglami smukły „Dar Pomorza”, a bielutki „Gdańsk” kołysze się na zielonych falach z tłumem rozradowanych pasażerów, przybyłych ze wszystkich stron Rzeczypospolitej, aby własnemi oczami zobaczyć i własnem sercem odczuć polskie morze i aby własnem ciałem zanurzyć się w tem swojem morzu

Nie, to morze nie jest ponure. Przeciwnie, możnaby powiedzieć, że za dużo tu słońca, za dużo migotania fali, za mało cienia. Fala jest zielona i niewypowiedzianie miła, a plaża nadmorska po raz pierwszy w dziejach narodu polskiego ogląda zbiorowy „kult ciała”. Dziewczęta i chłopcy, dojrzałe niewiasty i krzepkie chłopy, młodzi i… Powiedziałbym głupstwo: niema tu starych, wszyscy są młodzi, chcą być młodzi, zdrowi, podobać się sobie i długo żyć na tej ziemi przylegającej do zielonego morza i jego ziemskich-arcyziemskich sugestyj.

Molo pasażerskie w Gdyni było odskocznią rozkoszy nieznanych i niespotykanych gdzieindziej. Z prawej strony kolorowa plaża pod Kamienną Górą, Babilon kolorowych możliwości, kokieterja masowa i wiszące ogrody Semiramidy. Kajaki, żaglówki, jachty… Gdzieś wdali majaczy prześliczny bielutki statek z kursem na Gdynię. Może „Pułaski” wracający z Ameryki, może „Kościuszko”? A flizy nabrzeża pasażerskiego są prężne i elastyczne. Czy może nasze własne stopy posiadły skrzydełka Hermesa?

„I widział Bóg, że to było dobre” -powtarza Mojżesz, referując porządek stworzenia świata. Któż śmiałby zaprzeczyć takiemu autorytetowi? Na molo pasażerskiem w Gdyni, w tłumie przeistaczających się ludzi, w obliczu granatowego morza, pod jasnem słońcem lipcowem, z twarzą zwróconą ku żaglom, masztom i kominom, ślubuję morzu miłość i wiarę. I nietylko morzu, ale także wszelkiemu stworzeniu morskiemu i nadmorskiemu. I mówię słowy ewangelji: „Panie, dobrze nam tu być”.

„ALE W ORŁOWIE LEPIEJ”

Zacytowałem słowa ewangelji zbyt entuzjastycznie i głośno, i mój znajomy uzupełnił je i poprawił pochwałą Orłowa. Nie przeczę, oczywiście, tem bardziej, że statek stoi u mola i huczy. Kto chce jechać, niech się decyduje. Już się zdecydowaliśmy i za chwilę odbijamy od brzegu. Płyniemy naprzód, ale patrzymy wstecz, bo taki jest porządek wszelkich morskich odjazdów. Gdy stopy opuściły ląd, oczy trzymają się go długo i wiernie. Zresztą w spacerze do Orłowa ten kochany ląd nie znika z oczu. Płyniemy tylko w miłą ciszę, w dobroczynny kontrast zgiełkliwej i ruchliwej Gdyni, w sielankę klifu orłowskiego, wyrażając się fachowo. To znaczy: wysoki stromy brzeg, wąziutka kamienista plaża, a ściana obrywa się potrosze i osuwa w morze, zamulając je u brzegów. Czerwono-biała bojka kołysze się na falach i ostrzega przed mielizną, nad którą polatują znudzone mewy.

A zaraz potem widać cudowne Orłowo: wysoki pagórek zalesiony iglastemi drzewami i biały dom kuracyjny na zboczu, a przed nim taras, z którego wzrok sięga chyba aż po Finlandję. Taras orłowskiego domu kuracyjnego ma ustaloną sławę. Z Gdańska i z Gdyni zjeżdżają miłośnicy pięknych widoków morskich, osobliwie w niedziele i święta, zjadają na tarasie obiad, podwieczorek czy kolację i przy tej sposobności radują oczy niezrównanym widokiem na morze. Ale widok jest jeszcze ładniejszy, gdy zejść z tarasu i ominąwszy domki rybackie, wdrapać się na taki pagórek zalesiony sosnami i świerkami, jakich mnóstwo spotyka się w Ojcowie, w okolicach Torunia i Bydgoszczy. Różnica jest tylko ta, że gdy się obrócić, w oczy wtargnie odrazu niespodziane, nieogarnięte, błękitne i ciche morze. Tu pachnie las jak w Zakopanem czy w Krynicy, a tu migocze jasne kochane morze. Trzeba patrzeć długo, z jakimś wielkim wysiłkiem, aby to pojąć, ale wysiłek jest daremny: nic się z tego nie pojmie, tylko czuje się ustokrotnioną radość istnienia, najpierwotniejszą rozkosz życia. Za takie uczucie modlił się dziękczynnie Glahn Hamsuna: „Dzięki, o dzięki, że to ja tu siedzę!”. Opisać tego nie można, bo to za wielkie dla wszelkich słów, sfotografować niepodobna całości, a drobny fragment powie niewiele. Trzeba przychodzić, patrzeć własnemi oczami i czuć najosobistszem uczuciem tę pełnię życia widzianą z orłowskiego pagórka, czyli to szczęście, tę postać szczęścia, która jest tylko tutaj, jednorazowa i niepowtarzalna.

WIECZÓR I RANEK. DZIEŃ PIERWSZY

Na pomoście orłowskim spaceruje kilkudziesięciu ludzi w nastroju skupionym. Rozmowy są ciche, uśmiechy dyskretne, jakgdyby wszyscy umówili się między sobą, że nie zamącą tej ciszy, która jest dobra i zarazem uroczysta. Chodzi się wolniej niż w Gdyni, a wiatr jest tu łagodny, miękki. W podwieczornej ciszy kilku melancholijnych wędkarzy wsparło się na balustradzie i patrzy uporczywie w spławiki własnych wędek. W promieniach słońca, które stają się coraz bardziej poziome, widać na horyzoncie pastelowy kontur Helu, oddzielony od ciemnego tła morza jasnym paskiem plaży. Zdaje się że ten pasek ziemi z drzewami i czerwonemi strzechami domków rybackich unosi się w powietrzu. To wrażenie, które jest tylko wrażeniem, przyjmuje się wdzięcznie jak cud. Tak bardzo przecie, zawsze i wszędzie chce się cudu.

Robi się chłodno, zapada coraz gęstszy zmierzch, i molo sopockie jarzy się dziesiątkami lamp. Trzeba wracać, bo niedługo odejdzie ostatni statek do Gdyni, tej bazy wypadowej dla naszych morskich zaciekawień. Z pajęczyn zmierzchu wynurzają się latarnie sygnałowe statku: kilka osób wysiada, kilkanaście wsiada, syrena huczy przepisowo, marynarze odczepiają schodki od pokładu i odcumowują go. Znowuż patrzymy na oddalający się ląd, tym razem orłowski. Zielone pagórki poczerniały nadobre, wdali jarzą się lampy sopockie, rytmicznie mruga gdańska latarnia morska, w różnych stronach odpowiadają jej inne latarnie własnym rytmem. Kołyszemy się łagodnie na ociężałej fali i niebawem znajdujemy się w zasięgu tysięcy świateł gdyńskich. Na pomoście gdyńskim tłumy wesołych rozbawionych ludzi, poubieranych inaczej niż w dzień, snują się, śmieją, flirtują.

Warszawa jest dziwnie blisko morza. Siedzieliśmy parę godzin w wygodnym wagonie sympatycznego pociągu pośpiesznego, zdążyliśmy zobaczyć cały ogromny przyrost Gdyni i ucieszyć oczy widokiem ze wzgórza orłowskiego. Aż dziw jak wiele wrażeń i wzruszeń zmieścić można w niewielkiem kolisku godzin jednego dnia. Ale jesteśmy troszeczkę, jakby to powiedzieć, zużyci, przestajemy reagować należycie, i trzeba iść spać. Między wieczorem a rankiem mieści się czas przemiany. Jutro przemienieni, „odpoczęci”, – jak pisze Norwid, – pojedziemy do Pucka, w którym według opowiadania kaszubskiego pisarza, Majkowskiego, coś się przytrafiło było panu Czorlińskiemu.

Noc mija szybko, a nazajutrz po śniadaniu jedziemy do Pucka wzruszać się, nie jego osobliwościami, bo tam żadnych osobliwości niema, ale jego „innością”. Miłe są domki puckie pozwracane z wiejska ścianami szczytowemi ku ulicy. Ludzie znający dzieje tego miasteczka opowiadają nam jak to bywało niegdyś, jak na miasto napadali różni amatorowie cudzej własności, jak się ono broniło lub nie broniło, jak żołnierze łupili przygodnie rozbitków, gdy koło Wielkiej Wsi rozbił się statek, i pocieszają nas, że to się stało dawno już temu, bo pono w październiku r. 1638. Gdy starosta Wielkiej Wsi stanął po stronie rozbitków, porucznik wziął stronę żołnierzy. Inne były czasy, inne pojęcia, i dlatego mówi się także i w tem mieście: stare, dobre czasy. Generalny nastrój w Pucku: przymorska zaściankowość, poczciwość, stagnacja. Ale to się już zmienia pod wpływem zadań, jakie Rzeczpospolita wyznacza temu miasteczku.

MAŁE MORZE, WIELKIE MORZE

Aż dziw, że ten mały Puck dał nazwę wielkiej zatoce morskiej, czyli całemu „małemu morzu”. Dysproporcja jest jawna i krzycząca, bo to małe morze nie jest znowu takie bardzo małe. Gdyby na południowym brzegu zatoki Puckiej nie było dość wysokich wzgórz i gdyby nie tworzyły tła dla wody, horyzont byłby tu niemniejszy od horyzontu morza wielkiego. Zresztą to małe morze potrafi się burzyć. Fala dźwiga się wprawdzie niebardzo wysoko, ale zato przy krótkości swojej i ruchliwości nabawia żeglarzy lądowych choroby morskiej już po godzince jazdy, oczywiście, podczas burzy, bo podczas pogody zatoka jest obrazem groźnych ongi „sztylów” morskich, kiedy wymierały na bezsilnych żaglowcach całe załogi.

Kuracjusze siedzący nad wielkiem morzem przychodzą specjalnie nad małe morze, aby wyzyskiwać jego burze. Brzeg tu jest niebardzo spadzisty, i fala, uderzając zgóry, daje kąpielowiczom bajeczny masaż. Zwolennicy i zwolenniczki smukłej linji poddają się chłoście fal w przekonaniu, że to jest osobliwie zdrowe. Uzupełnia się ten masaż gimnastyką, która z Hollywood rozeszła się po całym świecie. Prym trzymają kobiety, śród których coraz mniej jest osób starych i które coraz powszechniej są młode ze wszystkiemi konsekwencjami młodości. Jeśli odmładzające skutki gimnastyki, morza i różnych innych zabiegów działać będą dalej, niebawem cała połowa rodzaju ludzkiego składać się będzie z dzieci.

Na wielkie morze najlepiej spojrzeć z wybrzeża Karwi albo jeszcze lepiej z wysokości Jastrzębiej Góry. Widok jest równie piękny jak z orłowskiej góry Zamkowej, ale zgoła inny. Gdy się na morze patrzy z Orłowa, na horyzoncie widać prawie zawsze mgliste zarysy wybrzeży Prus Wschodnich, widać też urządzania portowe Gdańska, i to psuje wrażenia „bezkresności” morza. Natomiast wielkie morze kończy się siną linia wody, jakby wygiętą nieco ku górze. Przypomina to dziecinne wyobrażenia krańca świata, gdzie już niema więcej nic i gdzie świat jest zabity deskami, żeby nikt nie spadł w to głębokie nic. W gorący jasny dzień nad morską krawędzią świata wisi ciężki biały obłok, wyzłocony słońcem odgóry i podbity oddołu morską sinością. Obłok wisi ciężko nad niczem i budzi wrażenie niesamowite: zaraz się oberwie i runie w milczącą wieczność. Uczucie śmieszne, ale prawdziwe.

MOLO RZECZYPOSPOLITEJ

Taksamo przedstawia się wielkie morze od strony Wielkiej Wsi. Niema tu krótkiej żwawej fali małego morza. Fala toczy się długim wałem z grzywą białej piany na karku i zalewa plażę z jakąś metodyczną rzeczowością sine ira et studio. Ale tu zaczyna się właśnie ten dziwny półwysep podobny do maczugi, której trzon przyczepiony jest do lądu około Wielkiej Wsi. Jest to molo naturalne, wysunięte na kilkadziesiąt kilometrów w morze i przedzielające zatokę i wielkie morze.

Jak okiem sięgnąć, piaski i piaski, twarde i ciężkie, niby mielony żwir. Teoretycznie na takich piaskach nic urosnąć nie może, a jednak przyjęła się na nich trawa, twarda, szorstka i ostra, jak one. Ta pionierska trawa przygotowała grunt dla innych traw i mchów, po których pojawiły się sosenki i świerczki na wydmach. Kolejność przemian zdaje się dość prosta: jedno pokolenie roślinności bierze z ziemi co może i dochodząc do kresu sił, zamiera, lecz stwarza pomyślniejsze warunki dla powstania i rozwinięcia się pokolenia następnego. Dzisiaj na Helu jest miejscami bogaty las iglasty, tu i ówdzie rosną brzozy i inne drzewa liściaste. Od Jastarni aż po wielką plażę na południowym cyplu Helu las jest podobny do każdego przeciętnego lasku podwarszawskiego, i w tem jest jakiś niewymiernie miły wdzięk helskiej mierzei. Można się zaszyć w lesie, zdala od wiatrów morskich, i zapomnieć zupełnie o istnieniu morza, aby nagle na skraju lasu przez karłowate sosenki dostrzec to co zawsze wywiera wielkie wrażenie: granatową chłodną dal, posyłającą ku brzegowi szerokie, niespokojne fale. Gdy w drodze powrotnej zbieramy borówki albo przyglądamy się wrzosom, nagle przed oczami błyśnie ciepła stal szyn kolejowych. Tor kolejowy wrzyna się wąskim korytarzykiem między sosny i świerki i tworzy cudowną perspektywę uczuciową.

Oczywiście, to molo Rzeczypospolitej jest tylko teoretyczne, jeśli chodzi o żeglugę, natomiast jest to cudowny naturalny falochron. Gdy na Bałtyku szaleją burze, zatoka bywa cicha i spokojna jak wiejski staw, i to czyni z jej wybrzeży idealne przystanie, przez samą naturę przeznaczone na porty. Ale morze buduje i morze niszczy swoje dzieła. Fale burzliwej zatoki i wielkiego morza wdzierają się głęboko w półwysep i stają się groźne, osobliwie w tych miejscach gdzie półwysep liczy zaledwie kilkaset metrów. Rybacy umieją opowiadać o straszliwych burzach, gdy fale morskie wdzierały się aż na ulice helskie. „Ale – powiada mi pewien rybak niemiecki – odkąd jesteśmy Polakami (seit der Zeit wo wir Polen sind), nie było tu porządnej burzy”. I pokazuje mi molo rybackie na Helu. Było dawniej krótkie i byle jakie, teraz liczy kilkaset metrów, wybiega daleko w morze i służy (nietylko żegludze, ale przedziela fale, odbierając im siłę wszelkiej zbiorowości. „Divide et impera” ma swoje znaczenie nietylko w polityce.

KRAINA KONTRASTÓW

Na Hel jedzie się po zdrowie, po spokój, po radość życia, ale przy tej sposobności robi się ciekawe spostrzeżenia. Na tym pasku ziemi, oblewanym falami morskiemi z obu stron i owiewanym wiatrami z wszystkich stron, panuje żywioł sprzeczności. Po upalnym dniu nadchodzi chłodny wieczór i zimna noc, po ulewie oślepiających blasków słonecznych nadchodzą dni chmurne, podobne do wieczorów październikowych, i trwają wyjątkowo długo. Ale nagle pewnego wieczoru niebo przeciera się na zachodzie, chmury znikają, i na półwysep padają długie promienie o niepojętej sile oszołamiającej radości. Bywają tu dni, gdy żar słoneczny unieruchamia wszystko, a morze śpi w omdleniu letargicznem. Ani jedna fala nie uderzy o brzeg, powietrza nie poruszy najmniejszy wiew. Niespodziewanie wszakże powieje od północy krótko, zwięźle, chłodno. Głowy na plaży podnoszą się, ręce sięgają po płaszcze kąpielowe. O brzeg uderza krótka fala, blada zieleń morza ciemnieje, a wdali ukazują się szybko po sobie płaty białej piany. Przylatują skądś chmury, robi się chłodno, i zaczyna się parodniowa burza z deszczem, wichurą i mgłami. Koło mola helskiego pojawiają się żaglowce ze zwiniętemi żaglami. To statki holenderskie, szwedzkie, niemieckie, duńskie szukają schronienia przed burzą. Wieczorem jakiś statek szwedzki ze złamanym masztem wzywa ratunku, i na pomoc śpieszy mu cały korowód kutrów rybackich, a wreszcie wypływa duży statek strażniczy. Biorą go na linę, holują w bezpieczne miejsce. Akcja ratownicza emocjonuje lądowych widzów. Śmiertelnie wyczerpaną załogę uratowanego statku witamy na pomoście jak braci rodzonych. Solidarność wszechludzka w walce z żywiołem jest cudowna i wzruszająca.

Ale burza mija, rozrzutne słońce chlusta na wszystkie strony oślepiającemi blaskami, na plaży układa się wypoczywające próżnowanie, a rybacy wypływają na morze w swoich odwiecznych, prymitywnych łodziach i z takiemi samemi zapewne sieciami, jakiemi Piotr łowił ryby w jeziorze Genezaret. Tu włada pierwotna, prosta, natura, ale nad nią panuje maszyna i konstrukcja żelazna. W któremś miejscu pojawia się nagle łódź podwodna, smukła, żwawa i ładna, wdali jaśnieje bielutki statek transatlantycki, od mola odrywa się nagle czerwona łódź strażnicza i na zadzie, jak wściekła, pędzi po falach za czemś podejrzanem, podczas gdy nad falami polatują mewy i warczą wodnopłatowce, pojedyńczo i trójkami. Śród mnóstwa kontrastów helskich natura i sztuka ludzka tworzą jeszcze jeden kontrast, chyba najpotężniejszy.

ŻYCIE NA HELU

U północo-zachodnich wybrzeży zatoki Puckiej są wielkie pastwiska, i ludność jest tam pół-rolnicza, pół-rybacka w tym sensie, że rolnik jest jednocześnie rybakiem, rybak – rolnikiem. Na południowym cyplu Helu przeważa rybactwo. Gdy się patrzy na południowo-wschodnie wybrzeże Helu z mola, niektóre domki rybackie, kościół ewangelicki, port rybacki i to wszystko co widać na brzegu robi wrażenie czegoś bardzo już skandynawskiego. Urzędowe publikacje mówią, że pierwotną ludność wsi Hel stanowili koloniści holenderscy, którzy zniemczyli się później. Jeszcze dzisiaj typ tych „Niemców” jest nawskroś nie-niemiecki. Wybudowali sobie wieś o charakterystycznych domkach pozwracanych ścianami szczytowemi ku ulicy. Niektóre z tych domków mają, osobliwie od strony morza, wygląd nawskroś egzotyczny i ujmujący. Ich właściciele, to ludzie pracowici, trzeźwi, wytrwali. Mają duże kutry, porządne sieci i co tydzień w poniedziałek „liwrują” złowione flądry i węgorze na duży kuter przedsiębiorcy gdańskiego. Nie umiemy jeszcze szybko transportować ryb i sprzedawać ich tak tanio, aby się stały pożywieniem wszystkich mieszkańców Polski, przedewszystkiem najuboższych.

Jeden z tych rybaków dał swemu domkowi biblijno-romantyczne godło Daniela w jaskini lwów. Ogromnie pierwotna rzeźba w szczytowej ścianie domku pokazuje Daniela śród grzywiastych drapieżników, Domek nazywa się „Lwią Jamą” i jest wielką restauracją, a właściwie tylko przysionkiem wiodącym do dużej sali współczesnego domu, wychodzącej oknami na morze. Restauracja idzie świetnie, a nazwa „Lwiej Jamy” tworzy atrakcję zdumiewającą. Bo i jakże nie wkroczyć do lwiej jamy? Albo: jak możnaby spojrzeć bliźnim w oczy i przyznać się, iż nie jadało się czasem przynajmniej w tej „Lwiej Jamie”? W ogródku leśnictwa helskiego jest także atrakcja nielada. Śród krzewów i kwiatów stoi poważny i solidny bocian. Każdy przechodzień stara się wymiarkować z czego „to” jest, że takie podobne do bociana. Ale „to” porusza się nagle, podnosi łapę i chowa dziób w puchu na piersi. O, wsi spokojna, wsi wesoła!

Kaszubi, odwieczna, zasiedziała ludność Helu, pomimo długotrwałej germanizacji mówią ładnie po polsku, przeplatając potoczną polszczyznę miłemi wyrazami regjonalistycznemi. Polityka pruska w swych dążeniach germanizacyjnych upośledzała ich na rzecz żywiołu niemieckiego, i dlatego co do zamożności Kaszubi nie mogą się równać potomkom dawnych imigrantów holenderskich. Ale to się już zmienia. Rybak kaszubski doczekał się wreszcie opieki rządowej a kolonia rybacka, składająca się z czyściutkich białych domków o czerwonych strzechach, świadczy wymownie, że upośledzenie kulturalne i gospodarcze żywiołu kaszubskiego należy już do przeszłości.

ŚWIĘTO MORZA

To święto morza trwa znacznie dłużej niż wyznaczone urzędowo trzy dni. W ciągu paru tygodni widzimy dzień w dzień tyle nowego, radującego, kolorowego, zielone morze jest cudowną sugestją, a kolorowe pyjamy i kostjumy kąpielowe tworzą jarmark najlepszych uczuć. Dokonywa się w nas poprostu transfiguracja. Przemieniamy się, odnawiamy. Pobudzonej powietrzem morskiem i kąpielami przemianie materji towarzyszy przemiana myśli, wrażeń, całego odczuwania. Każdy nowy dzień jest świętem morza, wobec którego urzędowe święto, to tylko podkreślenie specjalne wywczasowych radości morskich.

Całe molo łopocze kolorami niezliczonych bander wszystkich znanych krajów morskich, do portu przybywają statki ozdobione całemi girlandami bander, a do tego wdaje się jasne słońce i tłumy ludzi zjeżdżających z wszystkich stron Polski. Że po stuleciach nierozumienia i lekceważenia morza cała Polska z miłością i podziwem zwraca się ku morzu, to nietylko zagadka psychologiczna i niekoniecznie cud, ale napewno coś więcej. Czasy rozbiorów Rzeczypospolitej, to czasy odpływu energji, poprostu choroba społeczeństwa, które chciało spokoju za wszelką cenę. Klonowicz rymował nawet że „co rolnik wyorze, połknie to morze” i że właśnie nastały te wszystkie „wstręty i wykręty, odkąd do Gdańska przybyły okręty”. Cóż więc znaczy ten dzisiejszy zapał, powszechny, trwały, wzmagający się stale z roku na rok?

Czy to nie jest powrót do zdrowia po długiej ciężkiej chorobie? Dość popatrzeć w twarze ludzi przybywających pielgrzymkami całemi z Kieleckiego, z Siedleckiego, spod Lwowa, z Katowic, aby dostrzec w tych twarzach bolesne zdziwienie, że się tu przybywa dopiero teraz, że dopiero teraz jest ta Gdynia i to wszystko co do niej należy. Stary górnik katowicki zdejmuje z głowy czapkę i czarnym pióropuszem, zrzuca ubranie i włazi w wodę, jakby się chrzcił dla tego morza i dla tej rzeczypospolitej morskiej. Patrząc na niego, wiem, że powie w domu: kąpałem się w morzu. Ale te słowa będą znaczyły coś więcej niż relację o kąpieli, bo to jest dla niego jak uświęcenie wielkim świętym żywiołem, symbolem światowości i potęgi. A rozumiem i odczuwam tego górnika śląskiego, i stare babki z Siedlec, i chłopów łowickich, dlatego że czuję to morze akurat tak jak oni. Kto tu raz był, ten będzie tu wracał a za każdym razem, pomimo przemijającego braku komfortu czy nawet niewygód, będzie tu zostawiał najlepszą cząstkę serca. Ten skrawek ziemi jest dzisiaj najdroższym, najbardziej kochanym skrawkiem Polski, tu bije serce nasze, tu pracuje myśl i prężą się mięśnie.

I dlatego rzymskim zwyczajem wrzucamy na odjednem miedziany pieniążek w zielone fale. To jest zabobon miłości. Zabobon nad podziw skuteczny. „Abym tu za rok wrócił!”. I za rok wracamy tu znowu, aby wrzucić na odjezdnem nowy pieniążek w zielone, kochane fale.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close