„Nie płacz, Dante!”

Stała się rzecz niezwykła. Sprawa życia dwu ludzi zamkniętych w więzieniu amerykanskiem poruszyła umysły i sumienia całego świata. Obojętność, z jaką ludzie mrużą oczy na codzienne zbrodnie i morderstwa dokonywane zarówno przez policję państw kapitalistycznych jak i przez Łotyszów z Czerezwyczajki – nagle odpadła i oczy całej ziemi skoncentrowały się z natężoną uwagą na tym drobnym punkcie, który zajmowali na świecie dwaj skazani na śmierć ludzie. Wskazówka zegarów elektrycznych zbliżała się do godziny stracenia a niepokój i wzburzenie tłumów rosły. Protestowali ci, którzy prawa do tych protestów nie mają; ci, którzy sankcjonują równie ohydne zbrodnie w imię takiej lub innej doktryny politycznej, protestowali ludzie, dla których sprawa życia i śmierci Sacca i Vanzettiego była posunięciem taktycznem, za śmiercią zaś dwu więźniów wypowiadali się zwolennicy panującego ustroju, wrogowie anarchji i komunizmu, urzędnicy walczący o prestige swego klanu czy stronnictwa, – ale do tego zwykłego chóru giełdy haseł i przekonań wmieszały się również głosy ludzi myślących nie o programach i prawach martwych, lecz o żywych jeszcze, czekających na śmierć skazańcach.

Wielkie nowe miasta Stanów Zjednoczonych i stare stolice Europy, dziesiątkowane przez głód, choroby, wojny i rewolucje – miasta, przywykłe tak szczodrze i szeroko rozlewać krew swych mieszkańców. zatroskały się nagle o wątłe ciała dwu dalekich nieznajomych ludzi. Cóż skłoniło starców, których synowie polegli pod Verdun, z tej lub tamtej strony okopów, matki kalek wojennych, liczne ofiary wszystkich okropności, które człowiek sam na swą zgubę pomnaża, – cóż skłoniło te tłumy do wystawania nocami przed gmachami redakcyj? Cóż je popchnęło do walki z policją, do narażania znów swego życia – już wtedy, gdy Sacco i Vanzetti zginęli na fotelu elektrycznym w Bostonie?

Prawdopodobnie, było to uczucie obawy o istnienie własne, lęk przed psującą się maszyną sprawiedliwości panującego ustroju, prawdopodobnie było to oburzenie wynikłe z jaskrawej i sensacyjnej formy morderstwa, nieróżniącego się przecież w swej treści od innych morderstw, które się przemilcza, ale było w tem jeszcze coś innego – wręcz wspaniałego: owe poczucie sprawiedliwości, zagłuszane postokroć, ale zawsze żywe, wybuchające w najmniej spodziewanych chwilach. Człowiek jest siłą nieobliczalną! Kanalja rządząca światem przelicza się w swej ufności, pozostał jeszcze bastjon sumienia, niezdobyty i niesplugawiony kłamstwem. Urzędnicy sądowi z Bostonu mogą się uśmiechać z politowaniem czytając depesze, donoszące o strajku w Argentynie i o manifestacjach w Paryżu. Znamy aż nadto dobrze ten bezczelny uśmiech pewności i zarozumiałości faszerowanej głupotą. Tak samo uśmiechali się z politowaniem czytając depesze Wellsa, czy Curie-Skłodowskiej, domagające się ułaskawienia skazanych. Uśmiech ten, pełen solidności, znaczy: „My wiemy dobrze, co czynimy; wybaczcie ale już te sprawy do nas należą – a wy, wielkie dzieci, idealiści i marzyciele, jesteście bardzo mili i nawet uznajemy was i nagradzamy w chwilach wolnych od spraw poważnych”. Takie cyniczne nieliczenie się z autorytetem największych umysłów świata nie jest niczem nowem. Zjawia się ono zawsze tam, gdzie na jednej szali waży się interes kliki a na drugiej rozum i sprawiedliwość. Uśmiech sędziów z Bostonu to znany już nam uśmiech „trzeźwo patrzących” polityków, którzy uważają za mrzonkę dziecinną -pokój. Mówią nam oni: „Wy, marzyciele i idealiści, wznoście gmach cywilizacji, walczcie o siłę i rozum ludzkości, pracujcie w szpitalach i laboratorjach – a my ludzie trzeźwi będziemy tymczasem zbroić państwa. Niektóre wasze wynalazki mogą być nawet wcale pożyteczne, gdy przyjdzie dobra okazja do wymordowania paru miljonów nieustalonych dziś jeszcze nieprzyjaciół”. Ale władza tego uśmiechu maleje z dniem każdym, aż przyjdzie dzień, gdy roztopi się ten uśmiech w grymas lękliwy zdemaskowanych oszustów.

Zamordowano dwu ludzi – ale ta śmierć dwu Włochów wzburzyła miljony. Wierzymy, iż oburzenie to nie przeminie -obowiązywać ono będzie nadal, stanie się zapowiedzią wielkiego gniewu narodów gnębionych przez zgraje oszustów, polityków, handlarzy i żołdaków.

Tłum francuski na wieść o śmierci Sacca i Vanzettiego – porozrzucał wieńce, pogasił światła na mogile nieznanego żołnierza.

Tym ludziom nie zdołacie już zamydlić oczu sentymentalną maskaradą pogrzebu, rozkoszną łezką w oku nad tem, co się stało, i drapieżnem sięganiem po noże, jeszcze od krwi niezardzewiałe.

Obowiązkiem ludzi dziś w Europie piszących jest właśnie stać po stronie oszukiwanych tłumów i zdzierać maski z tych wszystkich, którzy, broniąc martwego prawa, gubią życie ludzkie – lub w razie potrzeby tworzą nowe, wygodne dla siebie prawa wojny, zbrodni i grabieży.

Senator Fuler, były sprzedawca rowerów, sędziowie tego nikczemnego procesu, kat-elektrotechnik (nowa zaiste postać wśród urzędników sprawiedliwości), wreszcie ci wszyscy, którzy się przyczynili do śmierci Sacca i Vanzettiego – mogą mieć pewność, iż postąpili tak, jak im nakazywał obowiązek – ale obowiązek ten jest fałszem i kłamstwem. Bronili oni prestige’u swych urzędów, swej partji i kliki, a podeptali i zlekceważyli opinje najwyższej instancji, – jaką być dla nich powinni wielcy uczeni i pisarze. Podporządkowali oni sprawom własnego interesu życie dwu bliźnich – i okryli przez to hańbą swój naród. My, ludzie piszący, powinniśmy podsycić ten ogień sprawiedliwego oburzenia, który się począł z elektrycznej iskry fotela w Bostonie. Jest w mocy pisarzy starego i nowego lądu rozdmuchać tę iskrę do wielkości zorzy, zwiastującej nowy obraz świata. Emblemata i akcesorja tej zbrodni staną się jakby biblijną przypowieścią o rodzącej się nauce życia. Bliski jest bowiem dzień, gdy słowa wielkich myślicieli nie będą się już rozbijały o dufny uśmiech wyższości urzędniczej.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close