BOY-ŻELEŃSKI

Niebezpieczna fikcja

Widowisko, na które patrzymy w tej chwili, godne jest uwagi: doniosłość jego przerasta nawet o wiele przedmiot, który mu dał powód. Mam na myśli reakcję, którą wywołał projekt nowej ustawy małżeńskiej. Przygotowywany przez szereg lat, obmyślany z całą rozwagę przez komisję kodyfikacyjną, która reprezentuje z pewnością najbardziej zachowawcze i umiarkowane sfery naszego prawoznawstwa, projekt ten, od pierwszej chwili ujawnienia, rozpętał istną burzę. Bez najmniejszej próby porozumienia się, uzgodnienia stanowisk, nasze wysokie duchowieństwo rzuciło niemal klątwę na pp. kodyfikatorów, potraktowało tych czterdziestu kilku srebrnowłosych starców jak chłystków, zuchwalców, buntowników, łobuzów. Znane są listy pasterskie biskupów i prymasa. Ale to była dopiero przygrywka, po której nastąpiła zorganizowana agitacja przeciw projektowi. Nad jej formą i metodami warto się zastanowić.

Katolicka Agencja Prasowa zakasała rękawy i wzięła się do roboty. Komunikaty podpisane „KAP” mają swoją zasłużoną reputację; uczyniły przy tej okazji co mogły, aby tę reputację usprawiedliwić. To jest centrala gazów trujących. A jaki rozwinięto terror wśród swoich, świadczy fakt, że, kiedy niepodejrzany chyba o bezbożnictwo sędziwy ksiądz Urban, jezuita, powiedział swoje rozsądne i niezależne słowo, natychmiast, najwyraźniej „pod rewolwerem”, musiał w upokarzającej formie wszystko odwołać i wszystkiego się wyprzeć.

Ale to, co znają czytelnicy pism stołecznych, niczem jest w porównaniu do tego co się dzieje w całej Polsce na prowincji. Tam dopiero działa słowem i pismem! Ambona, wiec, gazetka lokalna… System zawsze jeden: podaje się fałszywe tezy, dorabia się do nich fałszywy komentarz, na tej podstawie uzyskuje się lub wymusza rezolucje i protesty obałamuconej ludności, te protesty znów przez centralę wysyła się w świat jako „żywiołowy odruch społeczeństwa”, i tak wkółko.

Czyni się to w sposób najbardziej bezwzględny, zarazem obliczony na grubą ciemnotę. Zohydza się projekt niemałej ustawy jako bolszewicki, bezczelny, bezwstydny, bezbożny (same b). Zwłaszcza „bolszewicki”; przyczem oczywiście przemilcza się, że jest on jedynie bardzo zapóźnionem zrównaniem z urządzeniami od lat istniejącemi w całej Europie. Opowiada się w drastycznej formie, że rząd chce wprowadzić „psie małżeństwa”; że chodzi o to, aby każdy mógł co tydzień zmieniać żonę, rzucić starą a brać młodą, przemilcza się zaś to, że rozwód cywilny, ze swoim szeregiem warunków i swoją wieloletnią kwarantanną, będzie nieskończenie trudniejszy do uzyskania niż owo katolickie „unieważnienie”, które każdy bogaty człowiek może dziś sobie przez adwokata konsystorskiego zafundować; że ujednostajnienie prawa małżeńskiego właśnie stanie się ochroną dla kobiety, którą dziś, zapomocą prostej zmiany religji, mąż może w każdej chwili rzucić i zostawić na bruku. Plecie się smalone duby o „małżeństwach lindseyowskich”, krzycząc w niebogłosy że „sam Lindsey” odwołał swoje poglądy w ostatniej książce; przyczem najwyraźniej nikt z piszących o tem nie widział na oczy owej ostatniej książki Lindseya, która jest tylko rekapitulacją i wzmocnieniem jego poglądów, bynajmniej nie odwołaniem. (Ale co to zresztą ma do rzeczy?) Wkońcu -i to już szczyt humorystyki – kler występuje w obronie swoich owieczek, lamentując, że cywilna ustawa małżeńska… podroży śluby i obciąży ludność nowym podatkiem!!

Co tam zresztą argumenty! Grunt to obelgi, jakie wszystkie pisemka prowincjonalne, dzielnie w tem obsługiwane przez „KAP”, wylewają kubłami na komisję kodyfikacyjną, złożoną z „masonów i niedowiarków”, którzy „chcą zmusić Polaków do zaparcia się Boga i podeptania moralności chrześcijańskiej”; komisję, której „bezczelność i bewstyd” da się porównać tylko z Sowietami, i t. d.

W ten sposób „poinformowaną” ludność zagania się do podpisywania protestów. Chorzy w szpitalach muszą podpisywać pod grozą szykan ze strony siostrzyczek. Zdrowi – pod grozą rygorów kościelnych. W Łucku, po nabożeństwie, młodzież szkolna musiała przysięgać, że będzie walczyła z tą bolszewicką ustawą. Odmawia się sakramentów kmiotkowi na Pomorzu, o ile nie uzna prof. Lutostańskiego bolszewikiem i rozpustnikiem. Nie dziw, iż potem czytamy w „Dzienniku Gdyńskim”, że w Gdyni Tow. Rzemieślników i Rybaków „przystępuje do Stołu Pańskiego, aby uprosić Boga o łaskę oświecającą dla członków komisji kodyfikacyjnej, żeby skreśliła punkty sprzeczne z zasadami wiary katolickiej z projektu nowego prawa małżeńskiego”…

Czy nie byłoby lepiej wprost porozumieć się z komisją kodyfikacyjną, niż rozmawiać z nią za pośrednictwem rybaków z Gdyni? Możeby jej wskazać te punkty? Ale wówczas okazałoby się, że te punkty wzięte są z ustawodawstw innych katolickich krajów (konkordat belgijski!), gdzie kościół dawno się z niemi pogodził. I dlatego trzeźwo patrzący ksiądz Urban nie widział tych „punktów” i radził naszemu duchowieństwu z gruntu odmienić taktykę…

Kto wie, jakiemi środkami rozporządza na wsi lub w małem miasteczku duszpasterz i jak daleko może sięgać jego presja, ten łatwo sobie wyobrazi technikę zbierania tych podpisów. Ale przy tym sposobie informowania, mogą między niemi być szczere; i są z pewnością, zabawne tylko jest, że najobfitszy plon tych protestów zbiera się w b. zaborze pruskim, gdzie oddawna obowiązuje – ba, dalej idące od projektu naszej komisji? -właśnie to cywilne ustawodastwo małżeńskie, o które jest cały rwetes! Trudno o kunsztowniejsze arcydzieło mistyfikacji, niż to którego dokonał tutaj nasz kler.

Ale jaki ma cel ta walka, w której często nawet pastorał zmienia się w widły; jaki cel to agitowanie mas, to podawanie w pogardę państwa, które ci nieboracy ledwie nauczyli się znać i szanować? Kogo to ma oszukać? Nie rząd, bo każdy rząd sam wie najlepiej, jak się robi takie nastroje i takie opinje. Przecież nie plebiscyt będzie to rozstrzygał. Cóż z tego, że rybaczki w Gdyni modlą się o światło dla Lutostańskiego, kiedy tu raczej trzebaby się modlić o nawrócenie i o siłę męczeństwa dla Janusza Radziwiłła.

Ta fala demagogji, kłamstwa, oszczerstw, antypaństwowego podjudzania płynie bez żadnej przeszkody w pismach i na wiecach; ba, nawet radjo oddano jej na usługi. Może w tem jest kalkulacja, że samą swą napastliwością i złą wiarą akcja ta zużyje się i obudzi zbawczą reakcję; że społeczeństwo potrafi dać jej odpór. Wszak tu nietylko o „rozwody” idzie, ale o coś więcej!

Jak dotąd, odpór ten jest zadziwiająco słaby. O ile część pism oddała się niepodzielnie na usługi „KAP”, o tyle inne pisma starają się, o ile można, nie wypowiadać; te nawet, które objawiają sympatje dla projektu komisji, omawiają ten projekt bardzo rzeczowo, abstrakcyjnie, -z umysłu obojętnie; – czasem jedynie, między wierszami, dla umiejących dobrze czytać, przyszpilając zbożne szalbierstwa napastników. Ale, w sumie, uderzający jest brak proporcyj między jawnością i zuchwalstwem ataku a dyskrecją i wstrzemięźliwością obrony.

Tłumaczy się to poniekąd układem stosunków w niepodległej Polsce. W chaosie pierwszych naszych poczynań, kler umiał się stać od początku wielką siłą. Świetnie zorganizowany, czujny, karny, z wiekowemi tradycjami polityki, wzbogacony wpływem dzięki naszej ordynacji wyborczej, umiał wyzyskać każdą sposobność, każdą cudzą słabość czy nieuwagę, każdy błąd. Żadne ze stronnictw nie lubi go mieć przeciw sobie. Jeszcze bardziej zaakcentowało się to od czasu przewrotu majowego i rozłamu jaki po nim nastąpił. Rozłam ten zmącił naturalne ugrupowania warstw, łącząc najsprzeczniejsze żywioły zarówno po stronie rządu jak po stronie opozycji. Wszystko, co nie stanowi bezpośredniego atutu w walce opozycji z rządem – choćby skądinąd najbardziej zasadnicze – stało się nieistotne a przynajmniej nieaktualne; stało się czemś, czego się nie rusza, aby nie osłabiać „wspólnego frontu”. Charakterystyczne jest, że po obu stronach kompromis odbył się kosztem „lewicy”… Braterstwo socjalizmu z endecją sparaliżowało odpór, jaki socjalizm w innych warunkach byłby dawał zaborczości klerykalnej. Gdyby nie partyzancki animusz p. Budzińskiej-Tylickiej, nasz organ socjalistyczny bodajże najchętniej zignorowałby całą tę awanturę kodyfikacyjną. Aby nie martwić księdza Panasia. Po stronie rządowej ten sam znowuż skutek sprawia wzgląd na „konserwę”.

Dodajmy, że i charakter naszej prasy uległ przeobrażeniu. Kiedy czytamy np. pamiętnik Świętochowskiego, wydaje się nam niemal legendą typ pisma, w którym grupa ludzi walczy o swoje poglądy lub wogóle pragnie je wyrazić. Owszem, mamy pisma walczące ale dość osobliwegu typu. To jest, można powiedzieć, polska specjalność: jeden ewangelik dobiera sobie trzech wolnomyślicieli, dwóch Żydów i półtora masona, i przy ich pomocy redaguje wojujące pismo katolickie. Czasem tylko zdarzają się małe nieporozumienia, gdy np. w jednej rubryce widnieje natchnione orędzie o nieprzejednaniu kościoła w kwestji sakramentów, a w drugiej rubryce tegoż pisma czytamy o małżeństwie włoskiego wynalazcy Marconiego: „Na przeszkodzie małżeństwu stoi narazie fakt, że Marconi nie ma dotychczas rozwodu z pierwszą żoną. Jak wiadomo, rozwód we Włoszech nie istnieje, przeto Marconi zwrócił się do Watykanu z prośbą o unieważnienie małżeństwa. Prawdopodobnie, wobec wysokich wpływów narzeczonej (ojciec jej należy do gwardji papieskiej), prośba zostanie uwzględniona. Ślub zapowiadają na wiosnę”… („Kurjer Warszawski”).

Mamy zatem, jak z tego widać, pisma klerykalne. Natomiast miejsce dawnych pism liberalnych, demokratycznych, postępowych, czy jak je tam nazwać, zajęły przeważnie pisma „informacyjne”, które najchętniej unikają drażliwych przedmiotów, W tych dziennikach również prywatne opinje piszących nie mają żadnego wpływu na opinję – pisma.

Przed wojną było w Polsce co najmniej kilkanaście dużych dzienników o zabarwieniu antyklerykalnem; dziś niema ani jednego, mimo że napór kleru jest nieskończenie większy, nastrój zaś inteligencji miejskiej zdecydowanie antyklerykalny. Pod tym względem dzienniki nasze nie są w żadnej mierze odbiciem rzeczywistości. I jestem przekonany, że pismo, które byłoby wyrazem prawdziwej opinji czytelników w tych sprawach, miałoby zapewnione powodzenie. Trudno zrozumieć, czego się oni wszyscy boją? Straszaka, którego sami fabrykują.

Z tego wszystkiego powstaje paradoksalny obraz. Odkąd ogłoszono projekt ustawy małżeńskiej, biskupi grzmią klątwami, radjo co niedziela łka omal że nie pieśnią „Boże coś Polskę” przeciw naszej komisji kodyfikacyjnej, dzienniki przepełnione są mniej lub więcej zelżywemi protestami, i to wszystko bez żadnej przeciwwagi. Któżby się z tego domyślił, że projekt ten, jednomyślnie uchwalony przez naszych luminarzy prawa, przyjęło całe oświecone społeczeństwo z żywem uznaniem! I jakże ma być prawdziwy obraz, skoro nasza prasa (wiedząc doskonale co one są warte!) drukuje wszystkie sztucznie fabrykowane protesty i rezolucje, chowa zaś do teki lub rzuca do kosza setki autentycznych głosów, piętnujących z oburzeniem demagogję kleru.

Wogóle, gdyby wnosić z tego co znajduje wyraz w naszych pismach, możnaby nabrać przekonania o niesłychanem wręcz sklerykalizowaniu naszego kraju. Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie, Polska jest klerykalna. Kina ani dancingu nie otworzy nikt bez kropidła i święconej wody. Ale klerykalna była do ostatnich czasów i Hiszpanja; pod tą powierzchnią mogą się kryć niespodzianki. Podejrzewam, że i u nas jest w tem wiele fikcji, i ta fikcja ma swoje niebezpieczeństwa. Źle jest gdy przy machinie parowej brak jest strzałki, która wskazuje ciśnienie.

Bo, przy tych sposobach fałszowania „opinji”, alboż my wiemy, co nurtuje pod tą skorupą? Bodaj na wsi, tej ziemi obiecanej naszych pasterzy? Wieś! Zapewne, to jest największa siła kleru, te miljony głosów bab wiejskich, które można rzucić na szalę w dniu wyborów, te procesje, które można wyprowadzić w całej Polsce przeciw „rządowym psim weselom” p. Lutostańskiego. To jest potęga, bodaj potęga ciemnoty. Ale czy taka pewna? Niewątpliwie, nasz chłop jest silnie przywiązany do religji, do obrzędów. Przywiązany jest do religji „raczej mimo księdza, niż przez księdza”, jak to w rozmowie ze mną sformułował pewien ziemianin. Ale czy ten chłop, pilnie utrzymywany w ciemnocie, podburzany przeciw własnemu państwu, czy ten bezdomny często proletarjusz z dziesięciorgiem dzieci, targujący się raz po raz o nową trumienkę, której ksiądz mu bez dobrej zapłaty nie pokropi, będzie zawsze równie podatnym gruntem dla sobkostwa i chciwości w sutannie? Czy kryzys obecnej nędzy (podczas którego wyciska się wciąż po staremu miljony na „misje murzyńskie”!) nie jest równocześnie momentem niebezpiecznych rewizyj, momentem refleksji w głowach najmniej do myślenia nawykłych? I właśnie w tym momencie nasz kler rozpętuje akcję, jakby poto aby – sposobem prowadzenia walki – unaocznić swój przerażająco niski poziom etyczny i umysłowy. Jadą – jak się to mówi – „na całego”. Niema kłamstwa, na które nie byliby gotowi gdy chodzi o zwalczanie przeciwnika, niema bredni, którejby w swoje owieczki nie spodziewali się wmówić. Sprowadzają walkę do tumanienia i terroryzowania najciemniejszych, w nadziei że w ten sposób zawsze będą mieli większość.

Ale to jest gra obosieczna. Bo, mimo że duchowieństwo nasze zlekceważyło zgóry w tej akcji wszystko co w Polsce jest wartościowszego, niepodobna przecież zapobiec temu, że ludzie patrzą i wyciągają wnioski. Patrzy na tę akcję inteligentniejszy robotnik, i nauczyciel ludowy; patrzy mnóstwo tych, którzy nie mogą się wypowiedzieć, ale którzy wiedzą co myśleć o tej oszalałej wojnie i jej pobudkach. Dostaję dość często listy – przeważnie z najsilniej „okupowanych” dzielnic – otóż uderzony jestem bijącą z nich nienawiścią i wzgardą dla kleru. Czy celem tej księżej konfederacji jest budzić w ludności przekonanie, że katolicyzm to jest szkoła szalbierstwa i cynizmu? Może ta cała akcja naszego kleru to jaka masońska robota? Podobno zdarzały się wypadki, że mason zostawał biskupem!

I jeszcze jedno. Ilekroć chodzi o usprawiedliwianie kleru, zawsze wysuwa się straszaka „bolszewji”, od której kler ma być obroną. Ale ten przykład ma dwa oblicza. Przecież właśnie w Rosji było morze ciemnoty i nad niem – tryumfujący pop. To powinno dać do myślenia.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close