ANTONI SOBAŃSKI

Niemcy hitlerowskie po roku (cz. 3)
IKONOGRAFJA I ŚWIĘTO PRACY

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Współczujący przyjaciel pisał do mnie po mordach z dn. 30 czerwca: „Jeżeli chcesz być zawsze à la page, musisz się postarać o posadę speakera w radjo”. Ta uwaga, właściwie bardziej filozoficzna niż przepojona współczuciem, nic a nic mnie nie pocieszyła. Tylko teraźniejszość i „fakt bieżący” są mniejwięcej wolne od wilczych dołów. Przyszłość objęta prorokowaniem, to niezrównana sposobność do wygłupiania się, a przeszłość, choćby wczorajsza, w obecnych chyżych czasach, to albo nudziarstwo, albo wprost nekrofilja. Muszę wybierać. Wybieram więc ze stanowczością ale i ze smutkiem za temat i tło mojego reportażu zamierzchłą przeszłość w zapomnianem państwie: epoka – maj, czerwiec 1934; państwo – Rzesza Niemiecka pod rządami partji narodowo-socjalistycznej, nie znającej jeszcze rozłamów ani różnicy zdań, opozycji ani krytyki. (Państwo to nb. przestało istnieć już w końcu maja).

Obchody święta pracy, 1 maj 1934 rok, Berlin

Obchody święta pracy, 1 maj 1934 rok, Berlin

Niemcy były wówczas typowem państwem policyjnem. Cecha ta trwa nadal i została nawet brutalnie podkreślona „czerwonem” w nocy z 29 na 30 ub. m. (Chciałbym bardzo doczekać się czasu, kiedy słowa policja i władza bezpieczeństwa przestaną być lekkomyślnie używane jako synonimy. Synonimami być powinny, to inna rzecz; ale tylko w krajach naprawdę demokratycznych, czyli w starych demokracjach zachodnich, i to niestety, z bardzo licznemi wyjątkami, policja jest naprawdę władzą bezpieczeństwa a nie czemś w rodzaju siepaczy).

Do jakiego stopnia ustrój policyjny otoczony jest w Niemczech nimbem władzy, można przekonać się choćby z tego, że instytucja tajnej policji – w innych krajach uważana za malum necessarium – rozwija tu swoją propagandę popularyzatorską narówni z innemi ugrupowaniami funkcjonarjuszy państwowych. Nawet w Polsce mówi się szeptem, że ktoś należy do wywiadu. W Berlinie zaś akt przekazania przez Goeringa bezpośredniego zwierzchnictwa nad tajną policją dowódcy S. S. Himmlerowi i przebieg tej ceremonji jest opisywany i fotografowany na wszystkie boki. Zdjęcie upamiętniające to zdarzenie zostało bardzo starannie upozowane, obmyślone, skomponowane. Jest tam i flaga ze swastyką, i dwaj panowie, o których chodzi, stoją dokładnie pośrodku obrazu, dokładnie profilem i podają sobie ręce, a twarze ich wypadają akurat na tle białej części hitlerowskiej flagi.

Jest to typowe zdjęcie propagandowe, gdyż jak wszystkie mu podobne, spełnia dwa zadania: jest uderzająco plastyczne i wzbudza poczucie, że władza to nie byle co.

Ale tu wkroczyliśmy na temat bezmierny, na temat ikonografji rewolucji narodowej która to ikonografja jest w lwiej części wypełniona śmiertelnemi kształtami „Jego Przeciętności Wodza”. Temat to zresztą poza swą obszernością – bynajmniej nie błahy.

Siedzę przy stole w towarzystwie katolików, więc elementu nieco bardziej obiektywnego i odważnego, a na temat Hitlera wygłasza peany obecny wśród nas Włoch. Następuje ożywiona dyskusja. Sąsiadka moja nie zabiera w niej głosu, tylko po chwili dotyka mego łokcia i tonem konkluzji mówi: „Ich halte mich an die Photographie”. Nie potrzebuję podkreślać, do jakiego stopnia uradowała mnie ta idealnie zwięzła i sceptyczna uwaga, gdyż po przestudjowaniu tysięcy istniejących zdjęć Hitlera nie czuje się już potrzeby dowiadywania się, kim on jest właściwie.

Znam pewien sklep na Kleiststrasse (podobnych jemu jest wiele, ale ten wydaje mi się specjalnie „dobry”), w którym 90% towaru stanowią podobizny Führera: fotografje, obrazy, sztychy, rzeźby, płaskorzeźby, medale i makiety. Pozostałe 10% towaru, to fotografje o tematach narodowo-socjalistycznych. Ilość przeróżnych zdjęć we wszelkich możliwych rozmiarach i wykonaniach przyprawiłaby napewno o żółtaczkę, gdyby jeszcze żyła, św. Teresę z Lisieux. A każda z tych podobizn jest starannie upozowana. Hitler automatycznie i (miejmy dla Niemiec nadzieję) podświadomie zachowuje się plastycznie i fotogenicznie. Nie opuszcza żadnej okazji „zdjęcia się” z dziećmi czy z kwiatami. Karmi też czasem daniele. Pierwsze działa na rodziców wogóle, drugie – w szczególności na kobiety, trzecie – na dzieci oraz miłośników przyrody i zwierząt. Istnieją też obrazy alegoryczne, obrazy, gdzie Führer przedstawiony jest w sympatycznej grupie z Fryderykiem Wielkim i Bismarckiem; zdjęcia w mundurze (choć w przeciwieństwie do Goearinga zawsze w tym samym) i po cywilnemu, groźne i uśmiechnięte, w powitaniu faszystowskiem czy też z klasycznym napoleońskim gestem skrzyżowanych ramion. I tu potrzebna jest wstawka. O ile całą ludność cywilną i umundurowaną obowiązuje powitanie staro-rzymskie, które młodzi polscy sztafetowcy mogą studjować w „Zachęcie” na rzeźbie gladjatora dłuta Welońskiego -o tyle wodzowie przy ukłonie odwracają dłoń ku niebu, trzymając ją przewróconą nad ramieniem. Ma to podobno symbolizować podtrzymywanie państwa, a wygląda jakby nieśli niewidzialną tacę. I choć wiemy dobrze, że żadna praca nie hańbi, a już chyba najmniej praca naszych kochanych karmicieli, kelnerów, -powitanie hitlerowskie w wykonaniu samego wodza wygląda szalenie śmiesznie, zwłaszcza, że w zestawieniu z jego twarzą wypada to tak bardzo zawodowo. Ale „capo d’opera” fotografów niemieckich oraz zgrywania się Hitlera, to zbiorek 6 pocztówek pod ogólnym tytułem: „Adolf Hitler spricht”. Bardzo wątpię, czy to są zdjęcia kinowe. Patrząc na nie, ma się wyraźne wrażenie patrzenia niedyskretnie poprzez lustro, tak dalece każda poza wydaje się wystudjowana właśnie przed lustrem, wystudjowana w stylu prowincjonalnie aktorskim. Pocztówki te zaopatrzone są w krótkie urywki z przemówień wodza, o tonie najintensywniejszej demagogji, a zdjęcia mają ilustrować gestem myśl przytoczonego zdania. Przypuszczam, że to właśnie tego zbiorku pocztówek „trzymała się” głównie moja znajoma, której lakoniczną opinję przed chwilą cytowałem.

Dopełnieniem wrażenia, jakie sprawiają te pocztówki, było dla mnie słuchanie oraz oglądanie stosunkowo zbliska samego Führera na Tempelhofie w dn. 1 maja b. r. Żywo wówczas stanęła mi przed oczami świetna kreacja aktorska Fidlera jako Kolasińskiego w „Rodzinie” Słonimskiego. Możnaby było przysiąc, że aktor warszawski osobiście podpatrzył gesty i mimikę Hitlera. Jest w tej gestykulacji coś prymitywnego, a zarazem szablonowego, coś skróconego, przerwanego w połowie, jakgdyby sam mówca wahał się ciągle, czy przypadkiem nie użył nieodpowiedniego ruchu lub mylnej postawy.

Hitler przemawia

Cofam się tu pamięcią do już dość przebrzmiałych pomp 1 maja, ale obchód ten uważam za tak bardzo znamienny dla możliwości zbiorowego usposobienia Niemców, że podałbym jego opis nawet po upadku rządów narodowych socjalistów.

Wychodzę z domu przed dziewiątą. Dzień jest wspaniały i już bardzo upalny. Przed moim domem stoi grupa ze stu pięćdziesięciu osób z transparentem głoszącym, że reprezentują pewną firmę. Czekają na środku jezdni, aż tajemniczo działająca i niesamowicie sprawna organizacja rozkaże im postępować dalej. Są to widocznie drobni urzędnicy i urzędniczki. Ubrali się nie odświętnie, ale przeciwnie, w to co mieli najstarszego, bo wiedzą co ich czeka. Kobiety niosą ze sobą składane krzesełka, na których chętnie siadają. Wszyscy są już spoceni i wyglądają zmęczeni, a mają przed sobą jeszcze ze cztery godziny marszu i przystawania zanim dotrą do Tempelhofu. Humory zdają się jednak być bez zarzutu. Biorę taksówkę i jadę już trochę spóźniony do Lustgartenu, gdzie ma się odbyć „Kundgebung” dla młodzieży hitlerowskiej. Dojechać tam niełatwo, gdyż każdą ulicą kroczy rozczłonkowany pochód. O dojechaniu do samego zamku – niema mowy, a właśnie na tarasie tegoż zamku będą wypowiedziane mowy, i tam też wyznaczono miejsca dla prasy i zaproszonych gości. Toruję więc sobie na piechotę drogę poprzez kordony policji, hitlerjungów, S. S., i wreszcie docieram do wyrwy wyglądającej jak prostokątny rów wijący się wśród bronzowej oranki, w jaką zamienił się dziś „Lustgarten”. Rów ten czy okop jest jakby ocembrowany z boków szpalerem czarnych, rosłych S. S’ów, którzy powiązawszy się za łokcie paskami, bronią go od zasypania przez bronzową masę – tem ruchliwszą, że bardzo młodą. Tem pustem, jakby wyschłem, korytem rzeki, którem przybyć ma Führer, kroczę samotny i zawstydzony w jasnem, letniem ubraniu, stuprocentowy cywil, prawie Żyd. Okazało się kilka dni później na pewnem przyjęciu, na którem spotkałem dość wielu członków S. S., że mój samotny ingres nie bez racji mnie zażenował. Jakież było moje zdziwienie, kiedy trzech nieznajomych mi panów, tym razem ubranych po cywilnemu, podeszło do mnie z zapytaniem, czy to ja w dn. 1 maja kroczyłem samotnie do trybuny prasowej. Zauważyli mnie i zapamiętali.

Z tarasu zamku – świetny widok. Morze chłopców w bronzowych koszulach, to stojących w kornych szeregach, to rozsypanych luźnemi grupami. Latarnie wyglądają jak choinki przeładowane młodzieżą hitlerowską. Zastanawia spostrzeżenie, że prawie co drugi chłopiec posiada aparat fotograficzny, i to nie bylejaki, ale drogi i skomplikowany. Wciąż nim „zdejmuje”. Zwyczaj upamiętniania drogą fotografji wszystkiego i wszystkich oraz noszenia w portfelu i pokazywania po dwu minutach znajomości nowospotkanej osobie zdjęć rodziny, kochanki, psa lub motocyklu jest prawdziwie instytucją wśród niemieckiej pół-inteligencji.

Pośrodku Lustgartenu stoi t. zw. „Maibaum”. Jest to kolosalny monolit z drzewa – wspaniały okaz lasów Turyngji. Uprzytamnia on widzowi bardzo plastycznie fakt, że obok piekła Ruhry istnieje też w tym ogólnie zasobnym kraju dość spokoju i poszanowania przyrody, aby takie drzewo mogło być wypielęgnowane. „Maibaum” jest odarty z kory, odziany w girlandy zieleni, udekorowany symbolami, wśród których swastyka odgrywa niepoślednią rolę. Jest to coś w rodzaju polskiego „gaiku” czy angielskiego „May-pole”. Ponieważ w Niemczech nic bez obchodu odbyć się nie może, więc i oficjalne przybycie „Maibaumu” „kinowano” od chwili zrąbania, poprzez podróż na kilku platformach kolejowych aż do ceremonjalnego powitania przez ministrów Turyngji i Rzeszy. Był to sam w sobie obchód, który zajął prawie cały dzień setkom, jeżeli nie tysiącom, ludzi.

Przypomina mi to dziwaczne wrażenie, które odniosłem będąc obecny przy ceremonji zakładania kamienia węgielnego pod nowy gmach „Reichsbanku”. Wiemy wszyscy jak stoją sprawy skarbowe Niemiec. Dziwić więc tylko może przedsięwzięcie budowy mającej kosztować około 40 miljonów marek. Gmach zająć ma przestrzeń 13 hektarów, a wykończenie go przewidziane jest w ciągu najbliższego roku. Przedsięwzięcie to, posiadające w opinji każdego trzeźwego człowieka niechybne cechy rozrzutności, nietylko nie jest załatwiane pocichu, ale przeciwnie, obchód, którego byłem świadkiem, otoczono niesłychaną prozopopeą. Wybudowano trybuny dwadzieścia razy większe i zbytkowniejsze niż warszawskie trzeciomajowe na pl. Marszałka Piłsudskiego, co jak wiemy, kosztuje. Były i dziewczynki w bieli i cały rząd z Hitlerem na czele. Przy tej okazji zdarzył się też ciekawy incydent; Hitler miał przemawiać, a obecnym dziennikarzom rozdano druczki, nawołujące do nierobienia notatek podczas przemówienia Wodza. Oczywiście, zaostrzyło to niesłychanie apetyty dziennikarskie, lecz nastąpiło rozczarowanie, gdyż Hitler powstrzymał się od słowa (rzadki wypadek), zato Schacht wygłosił przemówienie, w którem m. in. podkreślił niezapomniane zasługi Fryderyka Wielkiego na polu skarbowości, określając jednocześnie tego monarchę jako prawdziwego „narodowego socjalistę na tronie”. Co dzisiaj poczną z życiem płciowem tego monarchy?

Ale wróćmy do Lustgartenu i do „Święta Pracy”. Jak w każdej niemieckiej demonstracji, uderza przeróżność i bogactwo szczegółów: ileż tu oznak, chorągwi, emblematów, a choć zasadniczych mundurów jest mniej niż rok temu (bo niema „Stahlhelmu” i Niemiecko-Narodowych), jednakże w istniejących mundurach S. A., S. S., Feldpolizei, Reichswehry, obozów pracy i policji jest tyle odmian, że chodząc po tarasie zamkowym, naliczyłem piętnaście rodzajów samych bronzowych czapek.

Wodzowie przyjeżdżają wśród frenetycznych okrzyków i powiewania sztandarami. Najpierw przemawia Goebbels – słuchają go, choć treść przemówienia jest mglista, jeżeli chodzi o młodzież, i nienowa: bezustanne nawoływanie do entuzjazmu. Następnie przychodzi kolej na Hitlera. Wstępuje na mównicę – szalone oklaski; zaczyna przemawiać, czyli ryczeć, a wśród słuchaczy następuje najbardziej nieoczekiwane jakby odprężenie, trochę jak w wojsku na komendę „spocznij”. Zaczynają się rozmowy i rozglądanie się. Literalnie nikt czy prawie nikt nie słucha.

Po przemówieniach następuje pochód przypominający defilady karnawałowe w Nizzy. Kroczą lub jadą malownicze grupy chłopów z wszystkich zakątków Rzeszy w barwnych, tradycyjnych strojach; za niemi idą grupy i pojazdy alegoryczne, często cukierkowe, a znowu czasem tchnące jakimś ostrym powiewem atmosfery sowieckiej. Lecz może ciekawsze od pochodów i przemówień jest przejście poprostu wzdłuż tarasu zamku, gdzie zebrani są zaproszeni goście, rząd i prasa. Dziwne tu widać obrazki. Kilku starych woźnych z zamku, zapewne dawnych domowników cesarskich, patrzy z pogardą na tę bardzo „ludową” demonstrację -znać że są to wielkie snoby. Oficer „Reichswehry”, pocięty mensurami i z monoklem, niczem nie zdradza swego stosunku do odbywających się zjawisk rewolucji. Samotna pani – musiała być kiedyś piękna – w najnowszym paryskim modelu sumiennie podnosi znużoną rękę, kiedy tego wymagają okoliczności, ale wydaje się niesłychanie udręczona i znudzona tym statycznym gestem pożyczonym z „żywych obrazów”. Zato opodal od niej młody oficer i młoda kobieta, którą można jedynie określić jako naprawdę arystokratycznie, źle i niestarannie ubraną, – jak podnieśli ręce w faszystowskiem powitaniu na początku pierwszego hymnu, tak nie spuścili ich chyba przez cały czas trwania manifestacji. W każdym razie uszło to mojej uwadze. Śpiewają wszystko co jest do śpiewania, mają cały czas łzy w oczach, i ręce im nie drżą ze zmęczenia. A znowu dalej, choć też z ręką wzniesioną, ale ze sceptycznym grymasem na twarzy, obserwuje tę dziwną parę starszy dyplomata z „Auswärtiges Amt”, którego na takie kawały nie nabiorą.

„Kundgebung” dla młodzieży skończona. Do wyruszenia na Tempelhof mam kilka godzin czasu. Włóczę się więc po mieście i przyglądam grupom maszerującym w skwarze i pyle na to lotnisko, do którego ja – parjas i cudzoziemiec – zajadę wygodnie taksówką. Zabawił mnie wyjątkowo widok przedstawicieli teatrów berlińskich. Nie było wśród tej grupy oczywiśoie wielkich gwiazd sceny, – nie pofatygowały się maszerować, – toteż przedstawiała ona najśmieszniejszą mieszaninę szatniarek, dam zza bufetów i wyranżerowanych tenorów z przydługiemi włosami i w aksamitnych marynarkach, biednych, starych kabotynów.

Organizacja, powtarzam, jest fantastyczna. Każda grupa posiada jaknajdokładniejszy „rozkład” marszu: czyli czas zbiórki, dokładną marszrutę, miejsce i czas połączenia się z innemi grupami. To samo dotyczy rozwiązania się całej tej dwumiljonowej hecy. Rezultatem było zupełne uniknięcie zatorów w ruchu ulicznym, ale ponieważ na tym świecie za wszystko trzeba zapłacić, więc ceną sprawności marszu gwiaździstego na Tempelhof było jego trwanie od mniejwięcej 7-ej rano do 1-ej popołudniu, o której to godzinie cały plac był już szczelnie wypełniony; przemówienia rozpoczęto dopiero o 4-ej. Stanie w nieznośnym upale przez minimum trzy godziny bez możności siedzenia nawet na ziemi, to nie byle co dla cywila, i to niepodnieconego oczekiwaniem jakiegoś widowiska, ale tylko szeregu wiecowych ryków. Podobne ryki słyszy się codzień od półtora roku z okazji każdej funkcji publicznej i przy każdem włączeniu radja. Znajomy mój, będący jednym z bardzo nielicznych przedstawicieli swej firmy, opowiedział mi z dumą, że w pół godziny po dojściu do celu marszu spotkał się, choć nie umówiony, z wszystkimi swymi kolegami w knajpie niedaleko Tempelhofu: wszystkimi udało się, jak mówią myśliwi, „wyciec z pola”. Takich dezerterów jednakże sądząc po ilości pozostałych, nie musiało być wielu. Wystarczył pierwszy rzut oka z wysokości trybuny na to ludzkie mrowie, ażeby przekonać najbardziej zatwardziałego sceptyka, że podobnego skupienia ludzkiego nigdy w życiu przedtem nie oglądał. Niesposób opisać widoku dwóch miljonów ludzi, stojących w zwartych szeregach, na minimum przestrzeni jaką taka masa zająć może. Kolosalny łan białawo-szarych plameczek, jakaś chropowata, popielata powierzchnia, jakby pomeksu, pokryta najwyraźniej kilkumetrową warstwą lekkiej mgły – wyziewów z płuc. Ponad tą mgłą wystają symetrycznie rozstawione, w ziemię wmurowane słupy ze sztandarami. Pozatem monotonję i monochromję obrazu przerywa dwanaście czy szesnaście ogromnych, białych namiotów z powiewającemi flagami Czerwonego Krzyża. Są one ustawione w szachownicę naprzemian z imponującemi, jak schrony pod Verdun, żelazo-betonowemi ubikacjami. Widok ich wyraźnie potwierdza znany fakt, że nietylko słowem człowiek żyje. Szpitali też nie ustawiono jedynie dla ozdoby. Przeszło cztery tysiące osób skorzystało z usług personelu sanitarnego. Jak mnie poinformowano, około tysiąca osób złamało nogi lub ręce, przeważnie w kiści lub kostce, padając w omdleniu. Miało się też urodzić na polach Tempelhofu, jak jedni twierdzą, sześcioro, a inni – dziewięcioro dzieci. Oczywiście większość wypadków były to zwykłe omdlenia, spowodowane upałem. Naokoło zaś skupionego i poważnego placu panowała mniej ideowa atmosfera zwyczajnego odpustu. Masa straganów z lemonjadą. Jakiś pan w bieli roznosi na tacy befsztyki tatarskie, bardzo już zeschnięte, fioletowe i pokryte muchami. Pracuje jakby miał w kieszeni komisową umowę z Czerwonym Krzyżem.

Tło dla naszych trybun stanowią trzy flagi: dwie ze swastyką, a jedna niemiecka, trójbarwna. Są one rozciągnięte na stalowych rusztowaniach kilkupiętrowej czy kilkunastopiętrowej wysokości, wmurowanych w ogromne bloki betonu. Jest to sama w sobie tytaniczna i skomplikowana budowla, ale nie wytrzymałaby naporu wiatru, gdyby flagi były zwyczajnie szyte: są one tylko luźno plecione z wąskich bawełnianych taśm, tak aby przepuszczały wiatr. Zbliska widać, że są przezroczyste. Prawie pierwszą rzeczą, o której słyszałem w Berlinie, to właśnie te flagi. Fryzjer mój, stary znajomy i nienawrócony socjalista, opowiedział mi o przygotowaniach do „Święta Pracy”, podkreślając z zaciętym sarkazmem, że te dwudziestopięciometrowe flagi, to jedyny pozytywny rezultat hitlerowskiego régime’u.

Ale popatrzmy raz jeszcze na pole. Najbliższe sto metrów zajęte jest przez przedstawicieli formacyj mundurowych w szykach mniej zwartych niż dalej stłoczona masa cywilów. Pięknie świecą się w słońcu łopaty „oddziałów pracy”, trzymane na ramieniu jak karabiny. (Gdyby tylko tak szlachetną bronią ludzkość chciała walczyć!). Nad polem krąży błękitny sterowiec z gigantycznym, dobrze nam znanym napisem: „Odol”. Podobno policja zapomocą radja kieruje stamtąd ruchem mas. Obok mnie stoi chłopczyk, syn znajomych moich, Amerykanin. Wierci mi dziurę w brzuchu pytaniami, jaki jest narodowy ptak Niemiec. Będzie z niego tęgi heraldyk. Nie mogąc dać mu właściwej odpowiedzi, wskazuję na sterowiec i mówię bez przekonania że zapewne „Odol”, a w duszy myślę, że właściwie wszystko to odbywa się za wstawiennictwem nacjonalistycznego ducha świętego, który wprawdzie nie jest gołębicą pokoju, ale śmiało można go nazwać „Dentolem”.

Trybuna, z której przemawiać będzie Wódz, przypomina konstruktywnie niektóre makiety miast antycznych, spotykane po muzeach. Posiada schody, występy i balkony. Na jednym z takich występów stoją w czworobok, tyłem do mównicy, nieruchomi, czarni członkowie S. S. Świetny to efekt. Pomyślałem sobie w tej chwili, że Charrell w „Grosses Schauspielhaus” nie potrafiłby lepiej pod względem efektu scenicznego. Wszystko tu jest barwne i ciekawe. Oto właśnie na trybunę dyplomatyczną wchodzi nuncjusz papieski z kwaśną miną. I cóż mu się dziwić? Nawet kamedułę, przywykłego do całonocnych modłów, znudziłyby wreszcie nieustające „godzinki” nacjonalistów. A dopiero, kiedy ma się przeświadczenie, – a przypuszczać należy, że nuncjusz właśnie takie przeświadczenie posiada, – że nabożeństwo to skierowane jest do fałszywego boga, – wówczas cała liturgja wydaje się nieznośnie niepotrzebna. Jestem dopiero kwadrans na trybunie, a czas już się wlecze. Jedyny ruch, – ale i ten staje się prawie monotonny, – to sanitarjusze pędzący z noszami na pomoc.

Wreszcie, wśród szalonych okrzyków radości, wjeżdża na pole, według swego zwyczaju stojąc w otwartem aucie, jak cezar z komicznego filmu, – Hitler. I tu kończy się interesująca część widowiska: przemówienia i reakcje na nie są podobne do tego cośmy widzieli rano podczas obchodu w Lustgartenie. Tylko tu upał jest większy, i dzięki temu uwaga słuchaczy jeszcze bardziej rozrzedzona. Poniżej mównicy siedzi Röhm i August Wilhelm, najmłodszy syn ex-cesarza. Głośno opowiadają sobie jakieś dykteryjki i śmieją się dorozpuku. To jakiś dziwnie nieoczekiwany objaw na tle zgóry narzuconej ogólnej powagi. Po trzech kwadransach przemówień następuje koniec tego co kosztowało miljony, stracony dzień pracy, niepotrzebne zmęczenie i dla wielu upokorzenie. Góra urodziła mysz, lecz poród był ciężki i sensacyjny. Rozwiązanie manifestacji było też arcydziełem organizacji: nietylko że po pół godziny pole Tempelhofu było puste, ale ja osobiście bez wyjątkowych wyczynów łokciami dostałem się do podziemnej kolei, przepuściwszy z powodu przepełnienia zaledwie jeden pociąg.

Ażeby zebrać myśli i odpocząć, zaszedłem do baru hotelu Eden – panowały tam zupełne pustki, zato cały personel baru i kuchni słuchał w skupieniu ryków Goeringa, który tymczasem zaczął już przewodniczyć trzeciej w tym dniu demonstracji, odbywającej się znowu w Lustgartenie. Był to jedyny wypadek, kiedy widziałem ludzi uważnie przysłuchujących się mowie politycznej, ale cóż ma robić barman, kiedy wszyscy odbiorcy cocktaili demonstrują?

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close