ANTONI SOBAŃSKI

Niemcy hitlerowskie po roku (cz. 1)
STOLICA I BEZROBOCIE

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Pojechałem do Niemiec po całorocznej nieobecności *). Chciałem ujrzeć na własne oczy, jakie zmiany tam zaszły. I nietylko tam, ale i we mnie. Chciałem sprawdzić, czy moje sumienie, moje poczucie zła i dobra, – nie stępiało. Przecież po fali snobizmu na temat Sowietów, przebaczającego temu ustrojowi wszystkie jego niepotrzebne okrucieństwa, wyczuwa się dziś wyraźnie nadchodzący wielki snobizm pro-hitlerowski. Zaczyna on zresztą panować i wśród Żydów, taksamo jak życzliwość dla endeków czy nieodzowna wzmianka o Golgocie w poezji każdej białostockiej grafomanki.

Drugi ten pobyt w Niemczech hitlerowskich (świadomie unikam określenia „Hitlerja”, gdyż daje on zgoła fałszywe wrażenie, jakoby sam Hitler rządził krajem) dowiódł mi, że zmiany na obydwóch niewspółmiernych sobie, ale ważnych dla mnie odcinkach – naprawdę zaszły. Ponieważ typowe objawy rewolucji zakopały się głęboko pod powierzchnię wielkomiejskiego życia, tak że nawet zryta przewrotem ziemia zaczęła porastać trawką normalności, – więc i moja czujność na sprawiedliwość i cierpienie, na absurd i obcość, stała się roztargniona, lekkomyślna, obojętna.

Dla człowieka w danym kierunku nieusposobionego i obdarzonego czy ukaranego temperamentem entuzjasty – jakże nużącem zajęciem jest szukanie dziury na całem, zwłaszcza gdy to całe czaruje nas i olśniewa, gdy tkanina społeczna i państwowa wydaje się dla oczu laika bez defektu, gdy jej ufarbowanie na kolor bronzowy wypadło, zdawałoby się, wprost znakomicie. Nigdy też badanie jakiejś kwestji czy nastrojów nie przyszło mi z taką trudnością. Przyjechałem do Berlina podszyty jakąś niezwyciężalną lekkomyślnością, jakiemś czysto zmysłowem nastawieniem. Obserwowałem i upajałem się powierzchowną stroną zdarzeń i obrazów, a nie chciało mi się wniknąć w ich głęboki sens. Byłem przepojony zabójczą dla badacza życzliwością a priori. Cieszyłem się, że dane mi jest wejść znowu w kontakt z Zachodem, inaczej jak via księgarnia. Berlin pozostaje bowiem nadal najwschodniejszą stolicą Zachodu. Słowem, przyjechałem do Niemiec w stanie określonym bliżej słowem „cielęcy zachwyt”, trochę pijany wiosną. A tymczasem warunki zewnętrzne bynajmniej nie sprzyjały otrzeźwieniu. Tiergarten, ten las dębowy przetykany kępami rododendronów, pachniał jak nie pachniał żaden las odkąd przed siedemnastu laty wyjechałem z Podola. Każdy przejazd taksówką przez tę centralę świeżego powietrza, to był powrót do najczarowniejszego, najzmysłowszego dzieciństwa. Każde spotkanie z młodymi ludźmi – arystokratami, Żydami, hitlerowcami czy bezrobotnymi – budziło żal, że się własnych młodych lat nie wyzyskało w takiej pełni, w jakiej oni potrafili je wyzyskać. Traciłem na chwilę zmysł humoru i myślałem: a nuż „lachendes Leben” miało rację. Każdy wieczór spędzony w podmiejskich willach moich znajomych, gdzie sąsiedzi odwiedzają się motorówkami, choć miljonerami nie są; gdzie wszyscy w strojach kąpielowych pędzą przez trawnik wprost z wody do kuchni, aby tam obierać kartofle na improwizowaną, ale jakże świetną kolację, przy której króluje na środku stołu, jak tego wymaga w tym sezonie tradycja, „Kalte Ente” (nie jest to zimna kaczka, ale kruszon z wina mozelskiego i niemieckiego szampana), – potwierdzał wniosek: ci ludzie potrafią żyć. Sceptyk Słonimskiego szeptał: „są bogatsi, wysoka stopa życia przyzwyczaiła ich do tego wszystkiego i nie cieszą się tem”. Ale wystarczało mi popatrzeć, jak berlińska biedota wyrusza rowerami lub zgoła pieszo na zieloną trawkę w niedzielę rano, zobaczyć ich dogłębi pogodne a nie bydlęce twarze -aby przekonać się, że Bóg obdarzył Niemca genjuszem szczęścia indywidualnego a ukarał go niezdrowem dążeniem do organizowania zbiorowości. Nie jest to żaden paradoks. Piękny dorobek kulturalnych Niemiec pochodzi z epoki ich rozproszkowania na dziesiątki odrębnych państewek. Zwiedzałem znowu po raz nie wiem który w muzeum berlińskim dział rzeźby gotyckiej, a także późniejszej, ale zawsze anonimowej. Jest genjalna, a widać, że nie urodziła się na chwałę „des totalen Staats” lecz tylko dlatego, że nieznany rzeźbiarz lubił rzeźbić, że był pobożny i zdolny, że chciał ozdobić swój kościół lub przysporzyć sławy swojej mieścinie. Znam dobrze Polaków, Rosjan, Skandynawów, Francuzów, Włochów, Anglików i Amerykan, ale nikt wśród nich nie wyciśnie z niedzieli w maju tyle duchowych witamin co Niemcy.

A na zakończenie tego wstępu, ażeby znaleźć się uczciwie wobec czytelnika, powiem to co powinno być ostateczną konkluzją zamykającą moje artykuły; wróciłem z Niemiec równie nienawrócony do narodowego socjalizmu jak zupełnie pod urokiem Niemców; tych których znałem dawniej, których poznałem teraz, jak również tych trzecich, których nie dane mi było poznać, ale których prostą życzliwość odczułem tak ciepło, mijając ich na ulicy.

*

Niemiecki celnik budzi mnie w nocy nagłym wykrzyknikiem: „Heil Hitler!”. Tak dalece jestem na to nieprzygotowany, że oglądam się mimowoli, gdyż mignęło mi przez zaspaną myśl, iż Hitler znajduje się może w przedziale, tylko go dotąd nie zauważyłem. Jest w tem pozdrowieniu, które rok temu jeszcze nie istniało, coś tak nieskierowanego do witanej osoby, że trudno się do tej formy towarzyskiej, a raczej narodowej, przyzwyczaić. W sklepie czy na stacji benzynowej biedny cudzoziemiec jest nagle zmuszony do konieczności wyboru pomiędzy tchórzostwem, które chętnie chrzci mianem kurtuazji, a uzewnętrznieniem swej odrębności narodowościowej, politycznej, ideologicznej lub poprostu swego konserwatyzmu „powitalnego”. Zabłądziwszy do gospodarczych suteren hotelu Bristol, ujrzałem porozklejane na ścianach kotłowni centralnego ogrzewania, lodowni, pralni i t. p. plakaty z napisem: „Hier wird nur deutsch gegrüsst -Heil Hitler!”. Zresztą w takiej świątyni kosmopolityzmu, jaką jest każdy wielki hotel berliński, te objawy ducha narodowego muszą się chować po piwnicach, niczem po katakumbach: powyżej powierzchni chodnika nie ujrzysz ich nigdzie. Tylko raz słyszałem w jednym z wytwornych barów dyskusję, podczas której elegancka pani oznajmiła, że nigdy nie mówi „Heil Hitler!”, ale samo „Heil!”, gdyż uważa pełną formę pozdrowienia za wzywanie „imienia Führera swego nadaremno”.

*

Po pierwszych kilku chwilach spędzonych na ulicy zaraz widać jak dalece ilość mundurów zmalała, a flagi wiszą tylko tam gdzie naprawdę coś oznaczają. W zeszłym roku były one poprostu objawem lojalności mieszkańców danego domu lub właścicieli przedsiębiorstwa. Ci z moich znajomych, którzy rok temu stale paradowali w bronzowej koszuli lub w czarnym wykwincie S. S.’ów, – dziś nakładają mundur jedynie w czasie służby. Oczywiście, do zmniejszenia ilości osób umundurowanych przyczyniło się zlikwidowanie niemiecko-narodowych oraz Stahlhelmu. Członkowie Stahlhelmu, choć wcieleni do S. A., wolą dziś chodzić po cywilnemu.

*

Sklepy świetne, pełne pięknego towaru, choć przedmiotów wielkiego zbytku poza samochodami nie widać. Ruch w tych sklepach jest także znacznie bardziej ożywiony niż rok temu.

Cudzoziemców jest też więcej, choć zapewne mniej niż 1% normalnego ruchu sprzed dwóch lat. Mała ilość gości zagranicznych sprawia, że Berlin robi wrażenie trochę oddalonego od reszty świata. W rozmowach ze znajomymi uderza, jak wiele faktów, o których wie w Polsce przeciętny czytelnik gazet, jest im zupełnie nieznanych: zainteresowanie sprawami wewnętrznemi zbyt wszystkich pochłania.

Jest jeden kontakt z Zachodem, który nie został zerwany, a mianowicie kontakt z modą paryską. Kobiety dalej ubierają się świetnie, używają szminek, chodzą z wykarminowanemi ustami i paznokciami. Jeżeli się utleniają – to nie z powodów nordyckich. Słowem, moda narodowa w Berlinie, jak i we wszystkich innych większych ośrodkach miejskich, nie chwyciła. Kobiety palą, obnażają się gdzie i jak tylko mogą. Zwyciężyły Urząd Mody Narodowej, o którym jakoś głucho. Podobno czasem na prowincji, gdzie miejscowe damy zawsze hołdowały modzie pokrowcowej, kobieta zbytnio wyfioczona może spotkać się z wymówką, uzasadnioną hasłami partyjnemi sprzed roku, – ale to wszystko.

*

Ceny naogół trwają na tym samym poziomie, i dalej istnieje ogromna rozpiętość pomiędzy maksymalnym budżetem przeciętnego berlińczyka, a minimalnemi wydatkami przyjezdnego. W Berlinie trudniej jest „urządzić się” tanio, kiedy się nie jest odpowiednio wprowadzonym, niż w jakiejkolwiek innej stolicy Europy.

Wygląd ulicy stał się znacznie normalniejszy. Kawiarnie pełne, przechodniów mnóstwo. Ruch kołowy wzmożony i w dodatku zasilony wielką ilością wspaniałych aut. Wyraźnie i w sklepach i na ulicy daje się wyczuć, że w obrocie jest więcej gotówki. W niektórych z tych pięknych, nowych, luksusowych samochodów siedzą Żydzi.

Jak się to wszystko tłumaczy? Otóż rok temu i Żyd i junkier, przemysłowiec i kupiec – nie wiedzieli jaki obrót wezmą sprawy. Dziś ustabilizowanie, co tu gadać, jest znacznie bardziej zasadnicze. Pomimo że położenie gospodarcze jest nadzwyczaj ciężkie a ingerencja państwa w sprawy ekonomiczne jednostek przemożna – przeciętny Niemiec może sobie dziś stworzyć mniejwięcej rozsądny preliminarz budżetowy; zwłaszcza dla rentjera jest to możliwe, a zdumienie bierze ile pomimo katastrof i inflacyj pozostało jeszcze tych rentjerów.

*

Gwarna ulica Berlina pozostaje gwarną do późnej nocy. Znowu można zaobserwować czysto berliński fenomen: skromna piwiarenka, w której szoferzy taksówek i inni maluczcy tego świata graja w szachy lub w bilard, jest otwarta i rozbrzmiewa wesołemi rozmowami do trzeciej rano, i to nietylko w soboty. Cóż dopiero mówić o prawdziwych „nocnych lokalach”. Rok temu o pierwszej nie było już w nich żywej duszy – dziś o trzeciej, kiedy zapada „szpera”, trzeba z naciskiem wypraszać gości. Lista tych lokali także znacznie się przedłużyła i dalej przedłuża. Widać, że zanim minie jeszcze rok, Berlin pod względem życia nocnego powróci w dużej mierze do swej „weimarskiej formy”. Fala purytanizmu stanowczo załamała się, i jedynym jej objawem zewnętrznym jest mała ilość prostytutek. Podobno wiele z nich znajduje się w obozach pracy.

Świat cyganerji posiada znowu kilka doskonałych knajp. Są one przeważnie prowadzone przez Żydów, którzy zniechęceni warunkami panującemi przed rokiem, pojechali spróbować szczęścia w Paryżu, ale wkrótce zatęsknili za Berlinem i teraz organizują dla berlińczyków świetne nastroje za skromną cenę ,,ein kleines helles” lub „ein Mocca”. W lokalach tych spotkać można różne ważne figury rządowe w mundurach i po cywilnemu. Wejście ich nie stwarza zeszłorocznego popłochu. Witają się serdecznie z niearyjskim gospodarzem, nie psioczą na muzykę jazzową, nie żądają grania marszów. Natomiast sam pianista o wybitnie krogulczych rysach zupełnie spontanicznie po zanuceniu ostatniego nowoyorskiego szlagiera – nagle zaśpiewa: „Ich hab mein Herz in Heidelberg verloren”.

Ten i jemu podobne motywy krajowe, i to nietylko w muzyce, zyskały sobie ogólnie prawo obywatelstwa. Dawniej taka pieśń w nocnym lokalu berlińskim byłaby wyśmiana. Snobizm na produkcję zagraniczną był wszechwładny i bardziej niż gdziekolwiek rozpanoszony. Dzisiaj pianista-Żyd nie śpiewa o Heidelbergu z wyrachowania, przeciwnie – ze szczerego sentymentu. Czar doliny Neckaru przemawia doń z tylu plakatów i publikacyj, propaganda piękna i uroku krajów niemieckich jest prowadzona tak energicznie, że choć może nie uda jej się udowodnić, iż piękno Nadrenji lub Würzburga jest zasługą Hitlera czy Partji, -ale świadomość istnienia tych wielkich zapasów piękna wsiąkła optymizmem w podświadomość wszystkich, bez wyjątku.

*

Takie więc naskórkowe wrażenie robi Berlin w drugim roku Trzeciej Rzeszy. Lecz nierównie ważniejsze od „wzorków i obrazków” są nastroje, tak zawsze trudne do zbadania tam gdzie panuje dyktatura, a w obecnych Niemczech bardziej niż gdzieindziej. Każdy boi się własnego głosu, własnej indywidualnej myśli. Chyba tylko w Rosji sowieckiej jest pod tym względem jeszcze smutniej. Istnieje jeden pewnik: rząd narodowo-socjalistyczny posiada całkowite poparcie mas, i to w pełniejszym stopniu niż rok temu. O inteligencji będziemy mówili potem. Ale masa narodu, tak strasznie chora na raka bezrobocia, widzi przed sobą nadzieję i wierzy w możliwość wyzdrowienia. Najsceptyczniejsi, a raczej najbardziej niechętni czy też partyjnie w przeciwnym kierunku zaangażowani – przyznają, że bezrobocie zmalało o połowę.

Mój znajomy Kurt, o którym pisałem w ubiegłym roku, dalej jest pełen kostycznych opowiastek, ale w rozmowę często wplątuje takie zdania: „Cóż chcesz, możemy dużo pyskować, ale kiedy tych sześćdziesiąt tysięcy bezrobotnych S. A., które liczy Berlin, dostanie pracę (bo oni mają pierwszeństwo), to może i na mnie przyjdzie kolej”.

Jak jest naprawdę ze zmniejszeniem bezrobocia?

Angielski dziennikarz przestrzega mnie przed braniem na serjo statystyk. Jak powiada, nie było jeszcze rządu na świecie, któryby tyle, zawsze i czasem zupełnie bez potrzeby kłamał. Zupełna i systematyczna pogarda dla prawdy jest wielkiem ułatwieniem w rządzeniu krajem. Ale słowa Anglika też należy brać cum grano salis. Anglosascy dziennikarze, którzy przez lat piętnaście, byli niestrudzonymi bojownikami o prawa Niemiec, przedzierzgnęli się w najzawziętszych wrogów Trzeciej Rzeszy. Hitleryzm nigdzie nie wywołuje tak poprostu fizycznej reakcji wstrętu jak w Anglji i Stanach Zjednoczonych. W Berlinie można spotkać Francuza lub Polaka, którzy będą tłumaczyli albo usprawiedliwiali jakieś poczynania narodowych socjalistów. Ale Anglik nie dyskutuje: wczambuł odrzuca wszystko i od wszystkiego odwraca się z pogardą. Występuje tu bardzo jaskrawo rozbieżność temperamentów tych dwóch nordyckich pobratymców. Brak zmysłu humoru hitlerowskich Niemiec doprowadza wyspiarzy i Yankesów do szału. Dowodem tego były incydenty na niedawnym międzynarodowym zjeździe studentów w Berlinie, na którym młodzież angielska, dziś w większości radykalna i lewicowa, zachowywała się wprost prowokacyjnie, wyśmiewając głośno wszystkie „nadbudowy” hitlerystyczne. Ostentacyjnie nie wstawali, nie salutowali, pili piwo byle jak -słowem, sprzeciwiali się skoszarowaniu towarzyskiemu, choćby na krótki czas zjazdu.

Powróćmy do bezrobocia. Statystyki – statystykami, ale zmniejszenie ilości bezczynnych jest rzeczywiście bardzo znaczne. Wystarczy udać się do dzielnic, w których ci nieszczęśliwi byli skoncentrowani, i przekonać się osobiście, że i tam istnieją dziś kobiety, które znowu chodzą co rano na targ. Jak osiągnięto to wzmożone zatrudnienie? Tak, niestety, łamanemi sztukami. Można dziś w Niemczech stwierdzić, że etatyzm posiada swoje dobre strony, chodzi tylko o to, ażeby to co zdziała dawało rękojmię trwałości. Zmuszanie gospodarza wiejskiego do przyjęcia jednego lub dwóch „nadetatowych” parobków, i to w dodatku może jeszcze mieszczuchów, wydaje się sposobem wysoce sztucznym i nie wróżącym nic dobrego dla harmonijnego prowadzenia gospodarstwa, chociaż obmyślono wiele skomplikowanych oraz życzliwie pomyślanych sposobów aby osłodzić tę pigułkę. Roboty publiczne, jak drogi, koleje, kanały, regulowanie rzek, osuszanie bagien i lagun nadmorskich, budowa osiedli robotniczych – wszystko to zapomocą bezrobotnych przyjmowanych z wolnego najmu, lub też z obozów „dobrowolnej” pracy, -jest niezaprzeczenie wysoce pożyteczne dla kraju i skuteczne w zwalczaniu głodu pracy. Ale po pierwsze, jest to stwarzanie objektów nierentownych, nieproduktywnych i których à la longue stwarzać nie można, gdyż łatwo obliczyć czas, w którym nastąpi nasycenie; po drugie, na to wszystko potrzebne są pieniądze. Niemieccy optymiści twierdzą, że na samą budowę „koniecznych” szos potrzeba przynajmniej dziesięciu lat przy dzisiejszem, czyli maksymalnem, tempie pracy. To obliczenie wygląda rzeczywiście bardzo optymistycznie, zwłaszcza dla cudzoziemca ze wschodu, dla którego niemieckie „konieczne” wydaje się jak niezbędność piątego diademu jakiejś ekscentrycznej Mrs. Nash.

Finansowanie tych robót jest już dziś sprawą z punktu widzenia skarbowego niedorzeczną. Zadłużanie się na cztery budżety naprzód, wypisywanie kwitków: jestem winien budżetowi na r. 1937/38 tyle to a tyle, a potem dyskontowanie tych kwitków w Reichsbanku – to wszystko są operacje tak dalece groźne, że każdy laik na polu gospodarczem łatwo to chyba zrozumie. Znajomy mój Amerykanin, któremu o tych oczywistych niebezpieczeństwach mówiłem, zatrzymał mój potok argumentacji: „Ty się o Niemcy nie kłopocz. Odszkodowań nie płacą i nie zapłacą. Długów państwowych nie płacą i nie zapłacą, ani kapitału ani odsetek. Podobnie rzecz się ma z wierzytelnościami prywatnemi. Zobaczysz, że konferencja transferowa przyniesie korzyści jedynie Niemcom. Wojny o pieniądze nikt z nimi prowadzić nie będzie. Nasz rząd w Washingtonie posierdzi się, zakaże ostro prywatnym finansistom zadawania się z Niemcami, a nie minie dwu lat jak bankierzy nawoyorscy będą płaszczyli się i błagali Niemców, aby zechcieli przyjąć pożyczkę. Może pożyczki te będą umieszczane rozważnie, w indywidualnych, zdrowych przedsiębiorstwach pod dostateczne zabezpieczenia, ale tak czy inaczej Niemcy pieniądze mieć będą”. Nie podzielam całkowicie zdania mego przyjaciela, ale podaję je jako ciekawe i znamienne dla nastrojów.

Co przyniesie daleka przyszłość (daleka – w czasach, w których się żyje z dnia na dzień), tem sobie szary człowiek z ulicy nie zaprząta głowy. On wie tylko, że jest lepiej i że mówią mu, krzyczą, piszą, malują, wyświetlają – że będzie jeszcze lepiej. Głównym urokiem Berlina jest dziś codzienna konstatacja, że o tyle rzadziej widzi się twarz młodą a zupełnie zrozpaczoną, czy jak dawniej czasem bywało, nawet złą z rozpaczy. Uśmiechu jest więcej. Wielkie to bogactwo. Tylko zachodzi pytanie zasadnicze: czy rok albo dwa lata uśmiechów i nadziei, lub też nawet chwilowego zawieszenia broni w w walce z zimnem, głodem i nudą, są zdobyczami pozytywnemi, jeżeli po tej przerwie ma nastąpić powrót do kryzysowego status quo. Czy będzie to „odsapka” dla skołatanych nerwów, czy też tylko odskocznia w głębszą, czarniejszą rozpacz? Pytania takie i im podobne nie dają mi spokoju podczas całego mego pobytu w Berlinie. Boję się prawie poruszać ten temat w rozmowie z Niemcami. Niech się cieszą póki to trwa. Nie chcę siać zwątpienia, bo tu chodzi o rzeczy zbył straszne. Mam ciągle wrażenie, że obracam się dokoła czegoś bardzo pięknego, ale tak bardzo kruchego, że nie można oddać się całkowicie zachwytowi: wszystko psuje myśl: czy to nie efemeryda? Żal ściska za gardło na myśl, że ci wszyscy zdrowi, pracowici ludzie zapatrzeni są w krótkotrwały miraż.

Jeszcze jedna refleksja. Jakiż to wdzięczny materjał ludzki ci Niemcy! Daj im głodową pensję, tylko szczupłą nadzieję na pracę – a oni już sami wydobędą z siebie zdumiewająco wielką dawkę pogody i szczęścia.

Prawie przypadkiem napisało mi się słowo „głodowe pensje”. Otóż tak: na robotach publicznych czy w obozach pracy – wszędzie wynagrodzenia są dosłownie głodowe, minimalne. W obozach ludzie są przynajmniej wyżywieni, odziani i nie potrzebują troszczyć się o dach nad głową, choć skądinąd leży już w naturze ludzkiej chęć rozporządzania własnym zarobkiem; zarobek ten, otrzymywany na rękę, przedstawia sumy groszowe. Ale „wolnym najmitom” – praca rzeczywiście nie przyniosła dobrobytu. Z ust moich informatorów padały takie cyfry, jak 55 mk. miesięcznie łącznie z dodatkiem mieszkaniowym, co na niemieckie stosunki nie jest o wiele więcej niż 55 zł. w Polsce. Powiedzmy, że to jest może najniższa kategorja płacy, choć wiem dobrze, że zróżniczkowanie wynagrodzeń jest minimalne i że zasady demokratyczne są ściśle przestrzegane: jest rzeczą pewną, że kwestja płacy zbyt świetnie się nie przedstawia. Czy ten niski poziom zarobków wywoła rozgoryczenie? Objawów tego jeszcze nie widać, a gdyby istniały, nie byłoby znowu tak łatwo przekonać się o nich. Przecież prasy bezstronnie informującej niema, związków zawodowych też, więc tylko jakieś ogromne, masowe strajki i rozruchy oznajmiłyby światu, że wrzenie istnieje.

Nikt też w Niemczech nie boi się jakiejś gwałtownej reakcji czy protestów ze strony licho wynagradzanych robotników: przy obecnym ustroju policyjnym, gdzie co dwudziesty piąty członek „Arbeitsfrontu”, czyli robotnik, powinien być konfidentem urzędu bezpieczeństwa, -masowe ruchy byłyby nader utrudnione. Ale istnieje uzasadniona obawa całkowitego upadku na duchu wśród rzesz robotniczych, jakiejś zbiorowej depresji psychicznej, z biegiem czasu zaraźliwej i dla sfer rządzących i nic dobrego nie wróżącej krajowi. Łatwo sobie wyobrazić podświadomy proces myślowy takiego świeżo pracującego robotnika. Nie pracował, gdyż na skutek wojny był kryzys, a on był ofiarą tego kryzysu, czyli poniekąd ofiarą wojny, bohaterem; podkreślano wciąż, że z taką godnością i spokojem znosi swą nędzę. Był jednak zawsze świadom tego, że jest depozytariuszem tego wielkiego waloru, jakim jest jego zdolność do pracy. Teraz tę zdolność zużytkowano, i okazało się, że ten wielki skarb wart jest dla narodu 55 mk. miesięcznie – nawet niedosyć aby w najskromniejszych warunkach utrzymać pojedynczego człowieka. Jest więc, jak się okazuje, zwierzęciem pociągowem, którego w obozach karmią i doglądają, ale zwierzęciem widocznie niebardzo potrzebnem, skoro tak mało cenionem.

Oto blaski i cienie problematu bezrobocia w Trzeciej Rzeszy.

———–
*) patrz „Wiadomości Literackie”, nr. 498 – 505.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close