ANTONI SOBAŃSKI

Niemcy hitlerowskie po roku (cz. 2)
ŻYDZI I KULTURA

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Określić położenie Żydów w dzisiejszych Niemczech nie jest rzeczą trudną. Śmiało powiedzieć można, że położenie ich wyjaśniło się, co bynajmniej nie znaczy że się poprawiło. Tylko tyle, że dzisiaj Żyd niemiecki wie mniejwięcej na jakim gruncie się znajduje, wie co mu wolno a czego nie. Skończyło się prześladowanie czynne i pomimo powtarzających się od czasu do czasu groźnych pogróżek, choćby niedawno wypowiedzianych przez samego Goebbelsa, wątpliwe jest, czy znowu się rozpocznie. Skutki prześladowania utrzymane są oczywiście w mocy. Krzywda nabrała cech chronicznych, a jak wiadomo, chroniczność stępia współczucie. Wynikiem prześladowania jest fakt, że Niemcy zachowały ghetto i żydowską finansjerę a wyzbyły się intelektualistów i artystów. Wiem co mi na to powiedzą sztafeciarze i stare dewotki: to właśnie ta inteligencja żydowska, sącząc jad zgnilizny moralnej, doprowadziła Niemcy nad brzeg przepaści. Jestem, niestety, sceptyczny co do tych przepaści. Każdy nowy régime czy kierunek myśli, kiedy zdobędzie sobie stanowisko, nie zaniedbuje nigdy oglądać się z przerażeniem na tę straszną przepaść, od zwalenia się w którą jakoby uratował w ostatniej chwili naród. Jest to jeden z najelementarniejszych chwytów stosowanych natychmiast po „coup d’état”. Podobne wskazówki będzie można niewątpliwie znaleźć w dziecinnem pisemku „Mały Dyktator”, którego ukazania się oczekujemy lada dzień.

Oczywiście, niektórzy żydowscy miljonerzy, jak np. Guttmann, bardzo ucierpieli, gdyż wytoczono im sprawy o rzekome nadużycia w bankach czy przedsiębiorstwach, któremi zarządzali. To znowu demagogja à la Roosevelt. Ale wypadki te są naogół sporadyczne. Znacznie ciężej jest wolnym zawodom.

Lepiej niż lekarzom powodzi się adwokatom. Jak się okazało, adwokaci żydowscy w Berlinie mają tak chlubną wojenną przeszłość, że 39% wśród nich zachowało prawo praktyki. A warunki zachowania tego prawa nie są łatwe. Należało być w przednich okopach podczas wojny przynajmniej w ciągu dwóch miesięcy lub też w tychże okopach ulec ciężkiemu zranieniu. Utrata ojca czy syna na wojnie daje podobne prawa. Ci adwokaci, którzy obecnie zachowali prawo praktyki, nie spotykają się z żadnemi szykanami ze strony sądów i dalej cieszą się liczną klientelą.

Lekarze zaś z natury samego swego fachu nie byli narażeni na służbę w okopach – toteż teraz nędza szerzy się wśród najwybitniejszych uczonych, z których niejeden pracował z całem poświęceniem nad ulżeniem cierpieniom ludzkim wogóle, a ze szczególnym zapałem niósł ofiarną pomoc żołnierzom podczas wojny.

W dziedzinie życia kulturalnego nie nastąpiła w ciągu roku żadna poprawa. Teatr w dalszym ciągu nie istnieje, w dawnem berlińskiem tego słowa znaczeniu. Rok temu wystawiono przynajmniej „Schlagetera”, – teraz niema nawet ciekawej sztuki propagandowej. „Idzie” kilka fars – błahych, często tłumaczonych z angielskiego, w których grają aryjskie niedobitki „braci” aktorskiej. Grają zresztą świetnie, ale tych kilka komedyjek bez poziomu nie może wskrzesić życia teatralnego. Działa też zaledwie kilka teatrów. Ludzie stracili zwyczaj chodzenia do nich, tak jak zresztą na wystawy obrazów i t. p. imprezy.

Pytam wszystkich, co warto widzieć. Hitlerowiec odpowie, że nigdzie nie był od miesięcy; opozycjonista – że niema nic do widzenia. Zasadniczo ludzie, nawet ci u władzy, którzy rok temu mieli jakie takie przebłyski szczerości, – obecnie zachowują się jak karpie. Nie warto pytać ich o cokolwiek, więc tem bardziej pamięta się ich każde, choć trochę szczersze słowo. Pamiętam więc z całą wyrazistością dwa momenty z rozmowy, którą miałem z bardzo wpływowym panem z S. A. Najpierw zapytał mnie, czy w Polsce uważa się Hitlera za główną sprężynę ruchu narodowo-socjalistycznego, czy też za kukłę wysuniętą przez ten ruch (pytanie zdumiewająco śmiałe), a pod koniec rozmowy stwierdził: „Ja, kulturell geht es bei uns miserabel”.

Ten brak zainteresowania sprawami sztuki i kultury uderzył mnie kiedy chciałem dowiedzieć się czegoś o książce i filmie, które nagrodzono 1-go maja. Nagrody pieniężnie przedstawiały się bardzo poważnie, i sam Goebbels wręczał je na uroczystej akademji. Nie znalazłem jednak człowieka, któryby przeczytał Euringera „Deutsche Passion 1933″. A rozpytywałem się z pedanterją. Co się zaś tyczy nagrodzonego filmu „Flüchtlinge” Ucicky’e-go – widział go tylko Polak, współpracownik PAT’a, który mi zaręczył, że film ten, osnuty na epopei powrotu do Rzeszy Niemców znad Wołgi, posiada duże zalety artystyczne.

Ale naogół film niemiecki nie podniósł się ze swego upadku. Ostatni obraz Kiepury jest straszny, chociaż zdobył duże powodzenie. Tak że bylejaka miernota filmowa amerykańska, wyświetlana w Berlinie z ogromnem opóźnieniem, cieszy się nieprawdopodobnym, prawie bezkrytycznym sukcesem. Publiczność upaja się dźwiękiem obcej mowy. Jest to zresztą objaw wysoce pocieszający.

Opera utrzymuje się mniejwięcej na dawnym poziomie. Pierwszym jej tenorem jest dalej Żyd, Kipnis, dla którego nie mogą znaleźć aryjskiego zastępcy. Do tego stopnia dbają o ten swój filar, że niedawno podpisano z Kipnisem trzyletni jednostronny kontrakt, wiążący jedynie operę a nie śpiewaka. Kipnis, pomimo pozostania w Niemczech, odmówił śpiewania w Bayreuth, gdyż, jak twierdzi, zrobiłoby mu to już zbyt złą prasę w Stanach Zjednoczonych, dokąd co rok jeździ na występy. I tak robią mu tam różne wstręty, zarzucając pozostawanie nadal na gaży rządowej. W Ameryce opinja jest tak dalece wroga rządom Hitlera, że znajomy mój, amerykański działacz katolicki którego spotkałem w Berlinie, skarżył się na niewygodną podróż przez ocean, której nie mógł uniknąć, gdyż jedyny inny statek, odpływający w odpowiednim czasie, był „Bremen”, a jak tłumaczył: „Mam zbyt wielu przyjaciół Żydów w Ameryce, żeby móc popełnić względem nich podobną niedelikatność”.

Dobrych koncertów w ostatnim sezonie też było niewiele. Większość aryjskich muzyków zagranicznych wstrzymuje się od koncertowania w Niemczech przez solidarność z żydowskimi kolegami.

Próbka stosunków. W „Beethoven-Saal” odbywa się bachowski koncert pod batutą szwajcarskiego, aryjskiego dyrygenta. Nagle wpada na salę zgraja S. A.-Mannów z okrzykiem: „Precz z żydowską muzyką, gdzie tu jest Guttmann?”. Publiczność oburzona jest przerwą. Dyrygent ponad głowami słuchaczy z trudnością nawiązuje pertraktacje z rozkrzyczanymi awanturnikami. Tłumaczy, że Bach, to nie żydowska muzyka, ale słyszy odpowiedź, że nie przyszli zastanawiać się a żądni są tylko czynu. (Znamy tę gloryfikację czystej akcji). Następnie dyrygent pyta się, o jakiego Guttmanna chodzi. Okazuje się, że bojówkarze są co do tego niepewni, ale przypuszczają, że chodzi o bankiera. Niema go na sali. Nikt nic nie rozumie. Aż tu ktoś wpada na genjalne rozwiązanie zagadki. Tego samego dnia, o tej samej godzinie, koncertuje w „Bechstein-Saal” żydowski śpiewak Guttmann. Młodzieńcom żądnym czynu nienawiści, wszystko się poplątało…

Na zasadzie oświadczeń Goebhelsa, że Żydom wolno organizować swoje własne życie kulturalne, byleby się nie mieszali do spraw Aryjczyków, Żydzi niemieccy stworzyli „Kulturbund der Deutschen Juden”, który prowadzi teatr, salę koncertową i wogóle ma służyć jako kulturalny ośrodek. Było oczywiście moją ambicją pójść tam na przedstawienie lub koncert, ale przekonałem się, że aryjskie pochodzenie stanowi przeszkodę niedoprzezwyciężenia. Regulamin „Kulturbundu” jest pod tym względem nieubłagany. Pod żadnym warunkiem podwoje tego związku nie mogły się dla mnie otworzyć, choćby na jeden wieczór. Zapytałem się, jakim sposobem w dzisiejszych rytualnie zregenerowanych czasach można mieć pewność, że członkowie stowarzyszenia mają wszyscy chociażby ćwiartkę krwi semickiej. Odpowiedź brzmiała prosto: „Wystarcza nam jeżeli dzisiaj w Niemczech ktoś przyznaje się do żydostwa”…

Istnieje też nowoutworzony żydowski klub tennisowy, „Blau-Weiss”, do którego należą tak świetne rakiety, jak mistrz Niemiec Prenn. Wzmianka o tym klubie przypomina mi spotkanie z młodym arystokratą, który oznajmił mi z dumą, że został zaproszony na herbatę do „Blau-Weissu”. Jak widzimy, snobizm jest to kwiat o największej ilości odmian, a każda gleba mu sprzyja.

Organizowanie się Żydów, poczucie ich łączności i solidarności nie jest w Niemczech stuprocentowe, taksamo jak bojkot Niemiec przez żydostwo świata nie jest uprawiany w 100%. Zarówno bojkot wywozu niemieckiego nazewnątrz Rzeszy jak akty żydowskiej niesolidarności wewnątrz kraju są zależne w dużej mierze od stopnia zamożności bojkotujących. Żyda polskiego poprostu nie stać na bojkot gospodarczy Niemiec, a przeciwnie, w Ameryce, Anglji czy Holandji przychodzi to tamtejszym Żydom bez większych poświęceń finansowych. Inaczej znowu dzieje się z bogatymi Żydami w Niemczech. Strasznie im ciężko zgodzić się na izolację choćby w najkulturalniejszem, najzamożniejszem, najbardziej niemieckiem ghetto. I kiedy żydowska biedota i nawet dostatnia inteligencja przyjmuje z dumną rezygnacją swój los parjasów -plutokracja walczy jak lew, i to nie o byle co, ale o najwyższą stawkę; nie o kafel z pieca, ale o gwiazdkę z nieba -o aryjskość. Nie są to żarty. Znajomi moi, żydowscy miljonerzy i dzikie snoby, nie mogli przeboleć, że „zblakbulowano” ich w jednym z ekskluzywnych sportowych klubów Berlina z powodów rasowych. Matka ich, Aryjka, wyszła po raz drugi zamąż za Aryjczyka, personę gratę obecnych rządów. Pasierbowie udali się więc pod możne skrzydło ojczyma i póty go męczyli, aż cała rodzina została „zum arischen Stand erhohen”, a męskie latorośle wstąpiły do S. A. Jest to zresztą drugi tego rodzaju wypadek, o którym słyszałem. Jest też faktem pocieszającym, że w Niemczech dzisiejszych, tak jak w dawnej, świętej Rosji, można jeszcze czasem „pristroitsia”.

Koła konserwatywne są naogół mało antysemickie. Arystokraci dalej bywają u bogatych Żydów, i tylko z natury rzeczy zawistne miejskie łyki i ułamkowi inteligenci jedzą „jewreja” na surowo. To samo zresztą widzimy i w Polsce. Antysemityzm w Niemczech jest naogół zjawiskiem tak nowem i tak wyraźnie zgóry narzuconem, że pomimo całej społecznej karności, jaka tam istnieje, mało kto potrafił dotychczas szczerze wmówić go w siebie. Świadczy o tem fakt, że jedynem posunięciem rządu, które bywa głośno czy prawie głośno krytykowane, to właśnie wprowadzenie paragrafów aryjskich oraz związane z tem sprawy i krzywdy. Mówi się o tem śmielej niż np. o sprawach wyznaniowych.

Rozpytuję się znajomych, jakie są możliwości egzystencji dla Żydów. Dowiaduję się, że istnieją, zwłaszcza w Berlinie, ogromne utrudnienia ze strony władz w zakładaniu nowych sklepów i przedsiębiorstw handlowych. Cierpią na tem, oczywiście, i Żydzi, ale zarządzenia te nie są skierowane wyłącznie przeciwko nim. W wielkich żydowskich sklepach personel jest nadal rasowo bardzo mieszany, a pozostawienie zwierzchniej kontroli nad przedsiębiorstwem w rękach właściciela-Żyda zależy od prowincji, a raczej od jej namiestnika. Np. w Turyngji panuje nadzwyczaj gwałtowny kurs antyżydowski. W każdem przedsiębiorstwie w Niemczech istnieje dzisiaj „Vertrauungsmann” czyli człowiek zaufania rządu. Nie musi być on koniecznie członkiem partji, jest on raczej parlamentarjuszem z ramienia przedsiębiorstwa do utrzymywania stosunków z władzą i jako taki posiada wewnątrz przedsiębiorstwa ogromny autorytet. W Berlinie w średnich i małych przedsiębiorstwach tym „Vertrauungsmannem” jest po większej części właściciel bez względu na profil. W Turyngji natomiast namiestnik nie dopuszcza do tego, aby Żyd w jakichkolwiek okolicznościach był mężem zaufania. Drogą innych znowu szykan pozbawił ten sam namiestnik żydowskich właścicieli prawie wszelkiej ingerencji do własnego „interesu”. Przeciwko takiemu satrapie niema żadnego odwołania: władza jego jest de facto absolutna.

W sklepiku Ludendorffa, o którym rok temu pisałem i który nie przestał być rajem dla szperacza, szukającego absurdu i okropności, znalazłem nowe wydawnictwo, a mianowicie serję czterech pocztówek z cytatami wysoce niepochlebnemi dla Żydów, zaczynając od Tacyta a kończąc na samym wydawcy, Ludendorffie, poprzez Senekę, Lutra, Giordana Bruno, Napoleona, Woltera, Kanta, Herdera, Fichtego, Liszta, Wagnera, Fryderyków Wilhelmów I i IV, Moltkego i Bismarcka. (Nb. Moltke, to nie obecny poseł Rzeszy w Warszawie, który jest na „ty” z Bronisławem Hubermannem). Pytanie: co się robi z takiemi pocztówkami, czy posyła się je filosemitom w celu ich nawrócenia? Jeszcze nikt mi tego zbiorku cytatów nie przysłał – musiałem je sam kupić. Może rozsyła się je poprostu Żydom, żeby im zrobić przykrość? A też jak należy je rozsyłać: czy wszystkie razem, czy też pojedynczo, aby tym sposobem bardziej skutecznie prawda o Żydach powoli wsiąkała w świadomość naszych korespondentów? A może – i to wydaje mi się niezłą myślą – wiesza się je w ramkach u wezgłowia umierających Aryjczyków, żeby uprzytomnić im w ich ostatnich godzinach, jak to naprawdę wygląda łono Abrahama, na które tak ochoczo się wybierają. „Lepiej ciotka nie umierajcie, bo tam to na kolanach u starego Żyda trzeba wam będzie siedzieć”.

Na każdym kroku sprawdzić można w Berlinie niezaprzeczalną łączność, istniejącą pomiędzy życiem kulturalnem stolicy a swobodnie niegdyś rozwijającemi się wpływami artystycznemi oraz intelektualnemi ludzi pochodzenia semickiego. Najlepszym tego dowodem przerażające skurczenie się „produkcji kulturalnej” wogóle, jak również zanik zainteresowania sprawami ducha i sztuki, który daje się zauważyć od czasu prześladowania Żydów w Niemczech.

Ażeby więc uciec od świadomości nadciągającej czarnej chmury ciemnoty i choćby w odbłyskach świetnej przeszłości zakosztować tego co było niemiecką kulturą XX w., poszedłem do „Kronprinzen-Palais”. Nie powiem, że moje reakcje były zupełnie odmienne od przeżyć przytęgiej generałowej, która przypomina sobie „dobre dawne czasy”, kiedy to jechała „na lichaczu” do „Jaru”, gdzie słuchała cyganów i bałałajek. Wiem dobrze, że dążenie do wskrzeszenia czegokolwiek drogą retrospektywy i rekonstrukcji jest u „wskrzeszającego” objawem bardzo niezdrowym, objawem słabości, jednakże w moim wypadku zdaje mi się, żem szukał podświadomie w potężnych objawach niedawnej kultury Berlina potwierdzenia tego co mój może zbyt optymistyczny instynkt wciąż mi podsuwał; – potwierdzenia niezłomnej we mnie wiary, że musi się zacząć dziać lepiej, i to wkrótce.

„Kronprinzen-Palais” lepiej niż którykolwiek z wielkich muzeów współczesnej plastyki, czy to Luxemburg z jego niewybrednością, a jednocześnie „akademickością”, czy też londyńska „Tate Gallery” z jej zakupami wyłącznie „pewniaków” (nie mówię tu, oczywiście, o proroczym a nieomylnym smaku i „nosie” prywatnych zbieraczy w przedsowieckiej Rosji), odzwierciadla to czem była kultura plastyczna Rzeszy do Hitlera. Kultura ta do r. 1918 stanowiła przywilej pewnej, może nawet nielicznej, ale wpływowej grupy ludzi, mogących decydować o asygnowaniu sum na kupno płócien czy rzeźb. Po „klęsce” zaś wojennej ten przywilej niewielu cudownie jakoś zaraził ogół społeczeństwa czynnym, ważnym, powiedziałbym: zawadjackim, snobizmem. Widzimy tam jedyny w swoim rodzaju fenomen: sfery mieszczańskie popierają awangardę. W takiej to atmosferze „Kronprinzen-Palais” dojrzał do swej świetności, do swej wspaniałej „przekrojowości” – rozumiem przez to urocze zagalopowania się lewicowe przy niektórych nabytkach. Może właśnie te nieszczęsne nabytki bardziej jeszcze od „pewniaków” nadają tym zbiorom cudowną młodzieńczość i pozwalają odczytywać z nich historję nietylko smaku ale także szybko następujących po sobie snobizmów czy też wpływów „marchandów”.

W ostatnich latach „Kronprinzen-Palais” stracił trochę przez przeniesienie całego wieku XIX do „Alte National-Galerie”. Jest on obecnie poświęcony „ostatniej dobie”, i to wyłącznie niemieckiej. Wyjątek stanowią dwie salki parterowe, z których jedna reprezentuje najnowszą szkołę włoską, do której mylnie zdaje się, zaliczono wybitnie paryskiego Chirica, druga zaś oddana jest obrazom van Gogha. Całe więc wspaniałe zbiory impresjonizmu francuskiego ulokowały się gdzieindziej wraz z pracami Maxa Liebermanna. Jak wiadomo, staruszek żyje jeszcze, ale twórczość jego nie bez racji zaliczono do ubiegłego stulecia. Woźny muzealny z dumą podkreśla, że Liebermann choć Żyd zachował swoje znaczenie jako malarz i nie jest na indeksie. „Jak coś dobrego, nie wyrzucamy” – burczy pod nosem stary woźny. Za mało znam malarstwo niemieckie ostatnich lat kilkudziesięciu oraz personalja samych malarzy, ażeby wiedzieć, kto był Żydem i czy go ze zbiorów wyrzucono. Katalogu obecnie niema, starego znaleźć nie zdołałem – przy systematyczności muzeologów niemieckich fakt ten wydaje się bardzo znamienny.

Przyznać należy, że obrazy zakupione do muzeum w r. 1933, a więc za panowania narodowych socjalistów, są zupełnie „na poziomie” i nie służą do schlebiania drobnomieszczańskiemu kołtuństwu. Od woźnych trudno się dowiedzieć, jakie obrazy usunięto. Twierdzą, że było przeładowanie i że z tego powodu wiele dziel schowano do magazynów, ustanawiając jakoby jednocześnie pewien turnus w ich wieszaniu. Nie widziałem prac Kafki ani Grosza, ani wogóle tak popularnej wśród młodych plastyków niemieckich tematyk socjalnej. Rany społeczne, skutki wojny, nędza – wszystko to nie znajduje odzwierciadlenia w „Kronprinzen-Palais”. Uderzyły mnie zato piękne rzeźby pani Renée Sintenis, o której zawsze mniemałem że jest paryską Żydówką. Na większości najnowszych obrazów napisy wykonano białym atramentem. Są one pisane ręcznie i tak misternym gotykiem, że dla cudzoziemca mogłoby to być równie dobrze pismo klinowe, jeżeli chodzi o uzyskanie informacji. Zastanowił mnie podpis pod bardzo udatnemi, choć nieco plakatowemi obrazami przedstawiającemi parowce w portach – wyczytałem najwyraźniej: „Franz Radziwill”. Pytam się woźnego, czy to Polak. Woźny dziwi się mojemu pytaniu i odpowiada, uważając to nazwisko – widocznie – za typowo niemieckie, że Radziwill zaczął od tego że był mularzem a od tego czasu jako samouk stał się i malarzem i zdolnym architektem. Mam wrażenie, że nasi litewscy magnaci mogą być bardziej zadowoleni z nieznanej im zagranicznej latorośli, niż ród Potockich ze swego nowozelandzkiego krewniaka.

Oczywiście, wpływ Paryża jest w „Kronprinzen-Palais” jak i w każdym dobrym zbiorze współczesnej sztuki widoczny i przemożny. Nie potrafi on jednak odniemczyć tych zbiorów, i Bogu dzięki. Uderza ogromna zmysłowość wszystkich wystawionych prac, ta sama zmysłowość, która stanowi całą treść czaru Niemiec, dla tych, którzy wogóle ten czar chcą uznać. Poziom prac tych najmłodszych Niemców jest bezwzględnie bardzo wysoki. Gust i smak są zupełnie pewne, przebłysków genjuszu nie widziałem.

Poza „Kronprinzen-Palais” obejrzałeś sobie jeszcze dwie współczesne wystawy w małych galerjach. Gdzież są te czasy, kiedy po tygodniowym pobycie w Berlinie podróżny wyjeżdżał zgnębiony poczuciem tego wszystkiego czego nie zdążył obejrzeć? Kto ma zresztą urządzać dziś wystawy? „Kunsthändlerzy” byli prawie wyłącznie Żydami – dziś ich wogóle niema, a nieliczni, którzy pozostali, handlują albo staremi obrazami, albo tandetnemi drzeworytami japońskiemi, o których każda Gretchen może powiedzieć: „zu süss”. Wśród tych drzeworytów trafiają się portrety z fotografji lub nawet kolorowane zdjęcia Hitlera. Znieść bez szemrania podobne poniżenie, to także sztuka – ale nie najszlachetniejsza.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close