Nocuję w przytułku

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Schodząc ze schodów tego gmachu, który znajduje się na rogu Bednarskiej i Krakowskiego Przedmieścia i nosi wiele mówiący napis „Rzecz święta ubogi”, przysiadłam sobie na ławce, stojącej w półpiętrzu, bo byłam bardzo zmęczona. Siedziały tam już dwie kobiety, z których jedna z dzieckiem na ręku, ale kiedy je przeprosiłam, posunęły się zaraz, żeby mi zrobić miejsce. Po schodach, wgórę i wdół, chodzili dwaj mężczyźni: pukali widać do różnych drzwi. Trochę mnie to zdziwiło, bo wiedziałam, że już jest za późno, i że żadnych drzwi nikomu nie otworzą, czemu się zresztą trudno dziwić: urzędnicy też są ludźmi i muszą czasem odpocząć. Jeden z tych mężczyzn miał twarz szarą i zniszczoną, miejski kurz wżarł mu się między zmarszczki, chód jego był automatyczny, a ręce wykonywały ciągle ten sam gest zniecierpliwionej, a mimo to pokornej prośby. Drugi był czerwony na twarzy i biegał prędzej, nic mu to jednak widocznie nie pomogło.

Ta, która miała dziecko na ręku, bardzo była skora do rozmowy. Przyjechała już dziesięć dni temu z oddalonej prowincji do Warszawy na sprawę sądową, tymczasem sprawa została odłożona, i musi wracać. Ponieważ przez ten czas dziecko zachorowało, więc chciałaby dostać pieniądze na powrót: w tę stronę przyszła na piechotę. Zapytałam się, ile waży dziecko, powiedziała mi, że około piętnastu kilo. Tyle właśnie kilogramów dźwigała na ręku, idąc pieszo z Wyszogrodu (kiedyś przejeżdżałam tamtędy statkiem). Jej buty były zupełnie podarte, przywiązała je sobie do nóg sznurkami, bo ciągle spadały: mimo sznurowadeł potrzebne im było podtrzymanie od spodu. Wtedy spytałam jej się, czy dostała na ten powrót i czy doktór widział jej córkę. Powiedziała, że nie, bo zawsze się spóźnia, nie umie sobie wyliczyć odległości, a że nie ma na tramwaje, a Warszawy nie zna, zawsze przyjdzie nie o tej porze, o której każą, i wobec tego nic nie może załatwić. Kiedy mówiła, jej oczy wznosiły się i patrzyły na boki, jej usta wykrzywiały się ironicznie, albo opadały tak smutno jakby już do końca życia nie miała powiedzieć ani słowa.

Jej córeczka miała najwidoczniej gorączkę i cały czas spała. Musiała mieć około dwóch lat. Spytałam się kobiety, gdzie nocuje i co robi w Warszawie. Wtedy skierowała mnie do przytułku. Wprawdzie nie można tam przychodzić z dziećmi, ale jej wyjątkowo pozwalają. Noc kosztuje piętnaście groszy. Spytałam się, czy dostaje się tam śniadanie, ale powiedziała, że nie, i jej ruchliwa twarz przybrała znowu wyraz zniechęcenia. Dają tylko gorącą wodę: jeżeli kto ususzył sobie herbatę z czyjej esencji, to ma, a nie, to nie. Potem dodała jeszcze:
– Do jutra poczekam, ale jak mi się nic nie odmieni, to idę z tem mojem dzieckiem do Wisły.

I zaczęła płakać. Spojrzałam wtedy na tę drugą kobietę, która usunęła się w drugą stronę na ławce i która cały czas zachowywała kamienną obojętność. Jej twarz była nieruchoma, jej ręce zaplecione na brzuchu, ani miny, ani gestu. Na co czekała, niewiadomo, bo biura były już dawno pozamykane. Kiedy poczuła na sobie mój wzrok, (nie lubię siedzieć w milczeniu), powiedziała zwolna, nie odwracając głowy, jakby nie do nas mówiła, ale gdzieś przed siebie do ściany:
– Trzeba mieć trochę delikatności i nie dobijać się do urzędu, jeżeli drzwi są zamknięte.

Tamta gwałtownym ruchem podniosła oczy do nieba, a właściwie do sufitu, bo niebo było nim przysłonięte. Byłaby napewno podniosła i ręce, ale zaciężyło jej chore dziecko. Tak przez chwilę rozmawiały ze sobą ruchami, a właściwie jedna przeciwstawiała drugiej swój zimny spokój i na gwałtowne pomrukiwania i gesty odpowiadała zrzadka, patrząc tylko na ścianę, jakby mówiła z nikim. Potem powiedziała jeszcze:
– Zawsze w życiu potrzebna jest subtelność.

Zareagowałam gwałtownie, bo i ja nie umiem zapanować nad wzburzeniem albo uniesieniem:
– Niewiele to pani pomoże!
– Czekałam cztery lata, – powiedziała zimno, – poczekam jeszcze ten jeden dzień.

Na to nie było już co odpowiedzieć. Zapytałam jeszcze o adres tego przytułku. Powiedziały mi, że to było przy Lesznie 93. Można przyjść już o szóstej, wcześniej nie, ale o szóstej można. Wtedy otwierają drzwi dla wszystkich. Cały dzień można chodzić, gdzie się komu podoba i szukać pracy. Podzieliłam się z niemi czterdziestu pięciu groszami, które akurat miałam przy sobie, w ten sposób każda z nas miała po piętnaście groszy za przytułek. Zawsze będzie gdzie spędzić noc – pod dachem. A właśnie zbierało się na deszcz.

Była już prawie ósma kiedy powlokłam się Lesznem ku temu przytułkowi. Idąc, myślałam cały czas, że przez dzień chodziłam po nieznanem mieście i że wszędzie, gdzie tylko nastręczała się potemu sposobność, pytałam o pracę. W alejach Ujazdowskich podniosłam z ziemi gazetę, którą tam ktoś porzucił, przeczytawszy, – i szukałam między ogłoszeniami, gdzie potrzeba starej kobiety do roboty. Przeważnie potrzebowano kelnerek albo kasjerek z kaucją półtora tysiąca. Natrafiłam na dwa ogłoszenia, z których sensu mogłam się domyślać, że nie trzeba specjalnych kwalifikacyj dla wykonywania pracy, która tam była ogłoszona, i poszłam pod wskazane adresy. Jeden z nich był w Mokotowie, drugi około Politechniki. Trzeba jednak było przyjść rano: jedno miejsce było już zajęte, o drugie wypadnie dowiedzieć się na drugi dzień.

W tem nastawieniu ulica Leszno wydała mi się być bez końca. Nigdy nie myślałam, że to taka długa ulica i że przechodzi prawie nieznanemi stronami miasta. Od pewnego miejsca zaczęły się parkany, wielkie domy zrzadka tylko dochodziły do jezdni. Podnosiło to uczucie pustki i obcości. Parkany miały zrzadka małe furteczki, a często nie miały ich wcale, trzeba je było obchodzić, żeby wejść w jakieś niewiadome i niegościnne miejsce. Otwarta brama ma w sobie coś zachęcającego, choćby prowadziła do nieznanego domu, można się pod nią skryć przed deszczem i wszelką nieuprzejmością nieba.

Doszłam pod wskazany numer – i tu był parkan. Spojrzałam wgórę: stały tam dalekie oficyny, przesłonięte siwym deszczem, w niektórych oknach migotało światło, ciemno-żółte, słabo nasycone blaskiem. Otworzyłam furtkę: w małej przybudówce drzemała odźwierna, która jednak na skrzypnięcie obudziła się i przyjrzała mi się bacznie. Za mną weszły jeszcze dwie kobiety, a ponieważ znały drogę, skierowałam się za niemi. Wszystkie trzy poszłyśmy do innego znowu budyneczku, położonego widocznie przy głównem wejściu, gdzie była kasa. Na drewnianej zabłoconej podłodze leżały dwa tłomoki, owiązane sznurem. Kilka kobiet stało w ogonku.

Usunęłam się w cień: pierwszy raz przychodzę do przytułku. Chciałam usłyszeć jak przemawia do kobiet kasjerka. Nie każdy tu musiał płacić, i kobieta w okienku przemawiała szorstko, ale życzliwie. Która nie miała nawet tych piętnastu groszy, wchodziła i tak. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi, a bałam się, że moje palto może kogoś zastanowić: nie było wprawdzie ostatniej mody, ale jeszcze porządne. Jednak nikt na to nie zwrócił uwagi, przychodziły tu kobiety bardzo strojne, a te właśnie nie miały często piętnastu groszy.

Dostałam kartkę i poszłam nagórę, najpierw przez podwórze, a potem do wysokiego, ceglanego budynku, którego nietynkowana czerwoność raziła oczy nawet po nocy. Ponieważ nikt mnie nie zatrzymywał, weszłam najpierw na parter, chociaż nie tu było moje miejsce.

Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, to był niepojęty zaduch specjalnie przykrego gatunku: była to mieszanina chlorku z kloaką. Ten straszny zapach wydawały zebrane tutaj stare kobiety, które siedziały i leżały na pryczach, ustawionych w kilka rzędów w olbrzymiej sali. Zatrzymałam się w progu, myślałam, że dają pościel a przynajmniej sienniki, ale nic podobnego: prycze były puste. Zrobione z sosnowego drzewa, pomalowane olejno, zapewne dla czystości, której inaczej nie dałoby się utrzymać; widać było, że często zmywa się je wodą. Kolor, na który je pomalowano, jest specjalnie obmierzły, żółto-bronzowy, przypominający najwstrętniejsze odory. Na środku sali, na ścianie, paliła się lampka oliwna przed świętym obrazkiem.

Moje wejście nie przeszkodziło żadnej z obecnych w oddawaniu się spokojnie zajęciom, jakie zamierzyły. Jedna zdejmowała nieprawdopodobne pończochy z nieprawdopodobnych nóg, inna odciągnęła sobie na piersiach szeroką, dzienną koszulę i szukała w niej wszy, bijąc je przy świetle lampy. Kilka mościło się poprostu na łachach, które ze siebie zdjęły i które obecnie podłożyły pod siebie, żeby im było miękko.

(Przechodziłam kiedyś, zimą jeszcze, przez plac Zamkowy. Szlam do przyjaciół na małe zebranie, na którem miały być ciastka, czarna kawa i kobiety nie w luksusowych wprawdzie, ale nowych, jedwabnych sukniach. Naprzeciwko Zamku, pod gęstym przenikliwym deszczem, stała grupa ludzi. Odrazu pomyślałam, że spoistość tej grupy musiała być mocniejsza, niż bywa zwykle zbiegowisko: inaczej roztopiłaby się na deszczu. Jakoż zgadłam. Jądro tego ugrupowania stanowiły przedmioty, nie doświadczające uczuć, więc i na wpływy środowiska ani atmosferyczne niewrażliwe. Te przedmioty właśnie ściągały do siebie ciekawych, którzy przegrupowywali się powoli, tak powoli, że trudno się było rozeznać w unoszącym ich prądzie. Stąd wrażenie ciągłości.

Te przedmioty, to były dwa koszykowe łóżeczka dziecinne, parę brudnych i złamanych stołków z sosnowego drzewa, szafa, taka jaką oni zwykle mają, sosnowa, opatrzona secesyjnym deseniem linjowym i pomalowana na kolor ekskrementów, a także balja z dwiema doniczkami roślin, jeden asparagus i jedna aspidistria. Parę węzełków ze szmatami uzupełniało własność. Do tych przedmiotów przynależało widocznie parę osób, które też były przy nich nieruchome: jeden stary człowiek i dwoje dzieci. Wszystko troje siedzieli na rzeczach, w nieruchomości tak całkowitej, że nawet nie zamykali oczu, w które przez rzadkie rzęsy wpadał deszcz. To była eksmisja.

Przystanęłam i zapytałam się, co z tymi ludźmi będzie dalej. Ktoś z przechodniów odpowiedział mi, że pewno zostaną tak na tym deszczu do wieczora, a jak już wszyscy zobaczą, że naprawdę nie mają się gdzie wynieść, przyjedzie furgon magistracki i zabierze ich do przytułku).

Przysiadam na jednej pryczy, kobieta, która na niej leży, jest stara jak Baucis, ma na sobie paskowane łachmany bez koloru, na głowie szarą chustkę, spod której zwisają białe kosmyki, jej usta są bez zębów. Kiedy odczuwa moją obecność, otwiera oczy. Pytam jej, czy jest tutaj już dawno. Owszem, już dwa lata. Ale tam, w tamtym końcu sali, są kobiety, które mają dobrze.

Mierzę oczami olbrzymi dystans, który oddziela kobiety, mające dobrze, od tych, które mają źle. Ten dystans jest bardzo mały, wynosi zaledwie dziesięć metrów. Jednak, jak tam jest dobrze, widać odrazu: wznoszą się tam, jak śnieżne góry, Himalaje biało obleczonych pierzyn. Nie widać stąd, czy są naprawdę czyste, czy też tylko takie się wydają przez porównanie z tem co tu jest blisko. W każdym razie olśniewają. Można obie wyobrazić, jak tam jest wygodnie, na piernacie, z poduszką pod głową, i nakryć się taką masą ciepłego pierza wtedy kiedy innym jest twardo i zimno.

Bezzębne usta dają odpowiedź na niewypowiedziane pytanie, ale widocznie bez zębów bardzo jest trudno mówić, bo muszę się tak blisko nachylić, aż wyczuwam indywidualny odór niemytego ciała, póki go nie wyodrębnię z ogólnego smrodu.
– One tu są na stałe. A my tylko w goście.

Zwabiona głosem naszej rozmowy, podchodzi do nas maleńka stara kobieta, która gdzieś dotąd myszkowała po drugiej stronie sali, i słyszę ją kiedy jeszcze jest za mojemi plecami, jak brząka czemś co niesie w ręce. Odwracam się do niej: trzyma w ręku talerzyk, emaljowany biało i niebiesko i obtłuczony tak, że do tych dwóch kolorów dochodzi jeszcze na trzeciego kolor sinej blachy spod spodu. Na talerzyku ma drobne miedziaki, groszaki i dwugroszaki.
– Na oliwę przed święty ołtarz, -mówi, potrząsając miedziakami.

Chcę zrobić, jak wszyscy, ale nie mam więcej pieniędzy, niż to co zapłaciłam przy wejściu. Otwieram portmonetkę i znajduję w niej grosz, który kładę obok tamtych groszy. Chciałabym wkupić się do ich towarzystwa, wyglądać tak jak one. Chciałabym, żeby odczuły do mnie sympatję, ale nie wiem, czy kupię ją za grosz.

Maleńka stara odchodzi, jej brząkanie oddala się z nią razem. Odwracam oczy na ścianę, gdzie czerwonawym blaskiem, zupełnie innym od lamp elektrycznych, pali się knotek przed obrazem, za który zatknięte są dwie skrzyżowane palmy z Palmowej Niedzieli.

(Nędza całego świata mieszka podobnie. Oglądałam straszliwe dzielnice ubogich w Angorze, gdzie pod górą zamkową, w którą wmurowane są kamienie z takim samym krzyżem, jak na tarczy Gotfryda de Bouillon, a także łby wołowe i festony z owoców, jak na świątyniach rzymskich z w. III przed Chrystusem, -mieszkają nędzarze w wyrwach ziemnych, nakrytych od wiatru karbowaną blachą, puszkami od konserw i łachmanami. Widziałam takie same dziwnej konstrukcji dworzyszcza, otaczające pierścieniem Buenos Aires: na bezbrzeżnej, stepowej płaszczyźnie pod prostopadłemi promieniami piekącego słońca te same puszki od konserw i powiewające chorągwie podartych derek. W najrozkoszniejszej panoramie świata, na wyniosłościach, otaczających Rio de Janeiro, w cieniu bananowców, rysujących się żółto na dalekiej perspektywie zębatych szczytów De de Deus i Corcovado, wełnistogłowy Murzyn schyla kark żeby wejść pod dach, uścibiony z cienkiej dykty ze skrzynek po pomarańczach, umocniony blachą z rozwiniętych, jak ślimaki, puszek do konserw, powiewający sztandarami rozwieszonych łachmanów.

Tutejsza nędza nakryta jest stałym dachem, jak w Splicie, gdzie w dioklecjanowskim pałacu znalazło dla siebie miejsce całe miasto. Jak te we wspaniałe szczątki rzymskiego pałacu wrosły, zapuszczając korzenie między kolumny a pod architrawami szukając sobie schronienia, tak tutaj, w tym przytułku dla rodzin, namioty ubogich żyją w cieniu wielkiej, dziś już zlikwidowanej fabryki obuwia mechanicznego Połus. Widok cenny nietyle dla historyka sztuki ile dla badacza obyczajów, ale jak jeden tak i drugi niezapomniany.

W olbrzymich halach fabrycznych, przystosowanych do wielkiej produkcji, znalazło miejsce przeszło trzy tysiące nędzarzy. Nie jest to taki przytułek jak słynny Cyrk na Dzikiej, gdzie mieszkają sami mężczyźni, ani jak tamten, w którym spędzam noc. Tutaj mieszkają rodziny i za to mieszkanie płacą. Pod słupami, wspierającemi stropy, od słupa do słupa, poprzeciągano drewniane szalówki, w szalówkach zarezerwowano drzwi, pod któremi wcale prawie nie trzeba się schylać, żeby wejść. Tam, gdzie nie wystarczyło miejsca, albo gdzie cienkich desek zabrakło, poprzeciągano sznury i druty, porozwijano, jak ślimaki, blaszane puszki od konserw, zrobiono użytek z najdziwaczniejszych przedmiotów, żeby tylko jakoś się odgrodzić od innych ludzi, żeby już tak nie wszystkim i niekoniecznie pokazywać gołe ciało, kiedy się ściąga przez głowę koszulę.

Jedni mieszkają przy ścianach, ci są bardziej u siebie. Inni wyzyskują małe załomki architektury, żeby przeciągnąć drut, który jest fikcyjną ścianą ich domu. Stąd kształt tych domów przedziwny: wielokątny, kiszkowo-długi, czasami prawie okrągły.

Jedni mieszkają przy oknach, długich, fabrycznych oknach, składających się z drobniutkich szybek, zarośniętych pajęczyną i brudem, czasem otwartych (wtedy jest przeciąg), czasem zamkniętych (wtedy jest duszno), czasem wybitych. W zimie pali się w piecach, komu jeszcze chłód dokucza, niech korzysta z ciepła własnego ciała, albo z ciepła, wyprodukowanego uprzejmie przez sąsiadów, jak w stajni albo w oborze.

Ach, i nie trzeba zapominać o najważniejszej rzeczy: o dekoracji. Pod stropem fabrycznym, na dalekich odległościach, przeciągnięte sznurki czy druty mają po sobie poczepiane ozdoby, jak druty telegraficzne, na których siadają przelotne jaskółki. To biało-czerwone chorągiewki, chorągiewki o barwach narodowych, wspomnienie fety. Tak do nich schodzi ojczyzna: zwysoka, niedosiężnie i lotnie. Bawią się, są zadowoleni. Może im to daje złudę przynależności do jakiejś szerszej zbiorowości, niż ta w łachmanach. Ale przecież wiadomo, że nigdy nie buntują się ludzie przyciśnięci ostateczną nędzą. Buntują się ci na half and half, ci którym niewygoda daje czasami westchnąć).

Idę na wyższe piętro, tutaj są także kobiety. Na lewo ze schodów są umywalnie, zlewy i klozety. Wszędzie jest porządnie i czysto, schody są wyszorowane, gdzieś w kącie stoi jeszcze kubeł, pełen wody, i nawinięta na szczotkę ścierka. Otwieram drzwi i wchodzę do nowej sali.

Tak jak tamta, i ta sala zastawiona jest olejno malowanemi pryczami bez pościeli, tak jak tam, na ścianie pali się olejna lampka przed obrazem. Tylko towarzystwo inne. Dużo jest kobiet młodych, dużo ładnych, dużo wymalowanych. Tu przychodzą nocować bezdomne prostytutki, które nie mają z kim pójść. Jest tak pełno, że kobiety śpią wzdłuż na każdej pryczy, a dwie prycze wpoprzek zajęte są zawsze jeszcze przez jedną, która się ulokowała na kupie swoich łachmanów. Czy znajdę tutaj miejsce?

Pod ścianą grupa: ulicznica z krótko obciętemi włosami, z cynicznym uśmiechem na ustach, w wyciętej, koronkami obszytej koszuli, tuli do siebie dwie inne dziewczyny, także rozebrane, które naprawdę niewiadomo czego szukają u jej piersi. Te dziewczęta śmieją się i głośno rozmawiają, robiąc zapewne uwagi na temat każdej wchodzącej, a więc i na mój także.

(Dlaczego nazwałem ten uśmiech cynicznym? Przypomniał mi rysunki Hogartha, których cykl przedstawia życie prostytutki. Tam, na tych starych, angielskich obrazkach, one się właśnie śmieją tak samo, a ten uśmiech ma zawierać w sobie ich stosunek do życia i charakteryzować ich fach. Może i tutaj tem bardziej odbija wobec innych kobiet, które mają twarze łagodnych i głupich zwierząt domowych, utrudzonych w borykaniu się z nienawistnem życiem).

Nie, tu nie znajdę miejsca, trzeba mi iść jeszcze wyżej. Tu dopiero, na tym tapczanie, pomalowanym, jak inne, na kolor ekskrementów, będę dzisiaj spała. Rozbieram się, nie dlatego, żeby wygodniej spać, ale żeby na zwiniętej bluzce położyć głowę. Nakryć się przecież mogę płaszczem. Kiedy już tak niewygodnie leżę, myślę sobie: „a jak ty to sobie właściwie wyobrażałaś? czy myślałaś, że tutaj będzie pościel, jak w drogim hotelu, za tych piętnaście groszy? a może choćby sienniki, w których znalazłyby nareszcie schronienie przyniesione z wszystkich krańców kraju wszy i pluskwy?”.

Leżę, wyciągam nogi. Dobrze jest się wyciągnąć po całym dniu chodzenia po bruku. W pierwszej chwili, przez pierwsze pół godziny nie odczuwam nic innego oprócz wygody poziomej pozycji, po całym dniu pionowej. Dopiero potem, kiedy mogłabym zasnąć, zaczyna mnie uwierać guzik od palta, na którem leżę. Kręcę się, przewracam z boku na bok. Sąsiadka moja, ta, która leży w nogach, protestuje za każdym moim ruchem głuchym szeptem z początku, potem wymysłami. Staram się przewracać tak żeby jej nie dotknąć, niezawsze mi się to udaje. W moich zmęczonych oczach ciemno palące się, o słabych żarówkach lampy otaczają się niebieską mgłą, a potem znowu błyskają, kiedy przypływ krwi do głowy rozjaśnia ich kolory.

Chciałabym wiedzieć, która godzina, ale tu nikt nie ma zegarka. Być może, że nie jest jeszcze bardzo późno. W okno wymyte na czysto (jak to u kobiet) zagląda ciągle ta sama spłakana noc. Mała, garbata kobieta, która jest tutaj, na tej właśnie sali, porządkową, staje na progu i pyta:
– Czy nie poszłaby która do służby, do dwojga państwa?

Obracam się na drugi bok, wcale mnie to nie interesuje. Napewno i oni chcieliby młodą. Dlatego pytają się tutaj, na tej sali, gdzie stare baby można policzyć na palcach.
– Ja – piszczy nieludzkim głosem prostytutka, która tu śpi o dwa łóżka ode mnie, i śmieje się, że podobnie nieobyczajny żart przyszedł jej do głowy.

Nikt oprócz niej się nie odzywa. Moja sąsiadka z lewej strony zieje na mnie nieczystym oddechem i mruczy:
– Ktoby tam szedł do służby, tera wygodne się ludzie zrobili, wygodne życie lubią.

Otworzyłam oczy, lampy, płonące w dwóch końcach sali, odzyskały znów niepokojącą łunę zwykłego blasku.
– Dlaczego – pytam się – wygodne?

Nie powie mi tego, nie wyjaśni bliżej swojej myśli, ale ja wiem, o czem myślą te wszystkie kobiety. Zapadły w otchłań tego przytułku, i noc za piętnaście groszy wydaje im się być dobra. Wyrwane z normalnego obiegu świata, mężów, dzieci, gotowania, rodziny, płacenia, podatków, myślenia o węglu i nafcie, – odczuwają to jako wygodę. Obejść rano ulicami, paćkać podeszwy w błocie albo wygniatać zmiękłe od upału asfalty, to nałóg, to przyzwyczajenie, to choroba, z której wyjść trudno. Brać miejsce, iść do roboty? Pewno że byłoby dobrze zarobić więcej, wrócić ze świata cieniów do świata żyjących – ale kogóż już stać na tyle energji? Chyba, żeby się trafiło coś bardzo dobrego, ale komuż się coś tak znowu dobrego trafi, dlaczego miałby się wyrzekać tego błogiego pół-bytu, tego niewygodnego nieistnienia ze wszystkiemi jego przyjemnościami? Chyba jeżeli wyrzucą.

Użebrać kilkanaście groszy, wystarać w przedpokojach komitetów i opiek, to już rodzaj egzystencji, to już życie, do którego nie potrzeba żaru ani inicjatywy, to już istnienie, które wciąga z łagodną, dojmującą słodyczą. I cóż z tego, że po godzinnem leżeniu na twardej pryczy czuje się już każdą fałdę ubrania, na którem się leży? Powietrze jest ciepłe i duszne, senne żarówki świecą przez niebieską mgłę, dopóki się pod niemi nie zamkną znużone, czerwone powieki, przez które prześwieca krew.

Przekleństwa śpiącej napoprzek u moich nóg kobiety już mnie nie obudzą. Zasnęłam twardym snem, snem kamienia, rzuconego w studnię,

(I cóż mają robić starzy ludzie, ludzie, którzy nie zdolni są do pracy, albo dla których pracy nie wystarczyło, choć mogliby ją wykonywać, albo tacy, którzy pracowali całe życie i nie zapewnili sobie renty, nie kupili domu, z którego mogliby i pobierać komorne, albo ziemi, w której mogliby sadzić kartofle? Taka sama przyszłość czeka lekkomyślnego inżyniera jak robotnika, któremu transmisja urwała palec. W przytułku na podłodze, kiedy nie mogą się pomieścić na narach, śpią obok siebie prostytutki i nauczycielki, złodzieje i woźni sądowi, artyści i poszukiwani mordercy. Ubezpieczenia społeczne zależne są od wykonywanej pracy, od lat wysługi, od ukończonych szkół. W pewnych fachach są duże i następują szybko, w niektórych niema ich nigdy. I wtedy stary człowiek jest kontent, jeżeli za piętnaście groszy ma zapewnioną noc pod dachem. Umysł, pracujący w zwolnionem tempie, znajduje w zwolnionem tempie życia bez inicjatywy swój odpowiednik. Porównaj do starości Edisona!

Tymczasem tam, w przytułku fabrycznym, gdzie śpią rodziny, pulsuje nieokiełznane, nocne życie. Oto właśnie ze wszystkich stron, korzystając z osłony wysokich murów, zbierają się oddziały policji, przeszukujące wszystkie piętra w pościgu za bandą terrorystów, którzy obłożyli podatkiem wszystkich, zamieszkałych w przytułku nędzarzy. To prawdziwe oblężenie: oddziały zbliżają się ze wszystkich stron i przyjmują rozkazy, jak w wojsku. Ustawiają się pod murem w cieniu rozbłysłego nagle księżyca. A jeżeli ich zobaczą z okien? Jeżeli tam, w wielotysięcznym tłumie nędzarzy, ktoś przekupiony – i za jakie pieniądze, może za udział w zyskach? – spojrzy w podwórze niezmrużonemi oczami, zobaczy z trzech stron podchodzącą ciżbą i krzyknie na alarm?

Dźwigną się z wygrzanych łóżek na tę noc jedną skojarzone pary, rozplączą przeplecione członki, wysuną się z objąć, narzucą na siebie łachmany. Kobiety, dzieci, staną w drewnianych drzwiach przepierzeń, między któremi koczują, i będą pytały o przyczynę nocnego najścia. Nic im nie odpowiedzą, ale będą potrząsali mężczyzn za ramiona i pytali się ich o paszporty i metryki.

Brzuchate, licznego potomstwa oczekujące kobiety zatarasowały wszystkie przejścia. Z czego będą żyły te niewiadomych ojców, niewiadomej przyszłości dzieci, niewiadomo. Ktoś popycha drzwi, zbite z desek:
– Wstawajcie, – mówi, – możeście się dość nakochali?
– E, te tam, co mieli swoje żony kochać, to już wykochali, – odpowiada jakaś kobieta.
Śmiech wstrząsa temi wielkiemi brzuchami, śmiech podnosi ogromne fartuchy. Między dwoma wielkiemi łóżkami stoją dwie kołyski, śpiąca matka ma uwiązany do ręki sznur i rytmicznie szarpie przez sen swoje brudne i chore dzieci. Tam, obok, prostytutka przyszła do bezrobotnego blacharza. Teraz, spłoszona światłem, unosi się na łóżku do pół ciała, z którego opada koszula. Mężczyzna, który obok niej leży, zaledwie otworzył oczy i zaraz je zamknął: i tak trafi do swojego paszportu, który leży pod poduszką. On tu zostanie, ona, kobieta, wyjdzie stąd z nieurodzonym człowiekiem w brzuchu, którego będzie nosiła i rodziła, nie przerywając swojego fachu. A przecież na Pomorzu w książkach, które mają, prostytutki, znajduje się przepis, że nie wolno im mieszkać w domach gdzie są psy, ani w domach, gdzie są dzieci, że nie wolno im chodzić z psami ani z dziećmi na spacer. Jedyna rzecz, co im wolno, to rodzić te dzieci, naprawdę do bezdomnych szczeniąt podobne. Wyrodna matka topić je potem będzie w kloace, łagodniejszych obyczajów podrzuci w mróz pod drzwiami bogatym ludziom. Na tych, co wyżyją, przyjdzie okres pracy, a kiedy zniszczą swoje zdrowie, albo kiedy fabryki pracy dla nich nie znajdą, powrócą do tamtego przytułku, do tamtego pierwszego przytułku. Mężczyźni do Cyrku na Dzikiej, skąd będą robili wypady, żeby mordować i kraść, kobiety na Leszno, roztapiać się w leniwym bezczynie pod obrazem na ścianie, za który zatknięte są dwie palmy i kiść uwiędłego tataraku.

Teraz, na dole, przesłuchują uliczne dziewczyny, które nocowały tu, niemeldowane, przychodząc w gości do robotników, – i kilku sutenerów, których poznają wywiadowcy. Piękne, wypasione chłopaki, wychodzą na środek sali z cynicznym uśmiechem, żartują, mówią umyślnie złodziejską gwarą. Każą im opróżniać kieszenie: i zaraz z ręki do ręki kursują pornograficzne rysunki, wykonane grubą, kolorową kredką, i farbowane ordynarnie na niebiesko i na czerwono, Ktoś mówi:
– Cóż to za maszyna? Czy tu działają tłoki? Widziałem taki sam rysunek w Berlinie.
– Ha ha ha – śmieją się policjanci -ha ha ha!

Zaraz przewiozą wszystkich do więzień. Potem będą sprawy).

Jest trzecia rano, świt wchodzi między szyby, chłodniejszy powiew niesie się powietrzem od okna, które jest uchylone, tam, przy trzecim tapczanie. O, jakże bolą wszystkie kości, jaka gorzka jest ślina w ustach, jak nie smakuje oddychanie! Zaduch śpiących ciał wszedł tak głęboko w płuca, że nowe powietrze niczem się od dawnego nie odróżnia. Stare baby pod pierzynami chrapią. Za chwilę zbudzą się i rozpoczną swoje poranne obrzędy: spod pierzyn, wysoko nakopionych, wysuną obrzękłe nogi i będą niemi szukały pantofli, mrugając w przestrzeń czerwonemi i zaspanemi oczami; koszulą utrą nosa.

Tymczasem świta. Na ściany różowy blask rzuciła Różanopalca. Jeszcze dwie, trzy godziny, a będzie można opuścić te mury i rozpocząć codzienną wędrówkę po mieście. Dzień, zdaje się, będzie piękny.

Moja najbliższa sąsiadka uniosła się na łokciu i poszukała między ubraniami książki.
– Nie może pani spać? – pytam jej cicho, unosząc się także na łokciu, żeby mi było wygodniej słuchać, co odpowie.

Ale ona nic nie odpowiada, tylko coś mruczy pod nosem, myślę, że do siebie samej. Potem zabiera się do czytania. Czyta „Annette et Sylvie” Romain Rolanda.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close