O „dodatniość sił nieustanną”
Norwid o „Panu Tadeuszu”

Trzy listy poety z r. 1866

W r. 1866 napróżno kołatał Norwid do różnych wydawców z drugim tomem swoich pism (pierwszy ukazał się w Lipsku w r. 1863). Szczególnie szło wtedy poecie o wyprowadzenie na światło dzienne cyklu „Vade mecum”, do którego, jak się zaraz przekonamy, niezmierną przywiązywał wagę. Atoli wszystkie zabiegi rozbijały się o niezrozumienie i obojętność. M. in. zwrócił się wówczas Norwid do Kraszewskiego: przez niego spodziewał się zyskać przychylność jakiegoś wydawcy. Pomiędzy obu pisarzami nawiązała się ożywiona korespondencja. Z samego maja 1866 r. przechowały się w papierach po Kraszewskim trzy niezwykle ciekawe listy, jaskrawo charakteryzujące stosunek Norwida do „Pana Tadeusza” 1). W pierwszym z rzędu czytamy m. in., co następuje:

„…Zapewne, że ukochany ojczysty Poemat Narodowy, „Pan Tadeusz”, to jest: poemat narodowy, w którym jedyna figura serjo jest Żyd… Zresztą: awanturniki, safanduły, facecjoniści, gawędziarze i kobiet narodowych dwie:

1. Telimena: metressa moskiewska;
2. Zosia: pensjonarka.

Zapewne, że poemat ów – arcynarodowy, w którym jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają aż Francuzi przyjdą zrobić im Ojczyznę…

Zapewne, że jest to arcydzieło: a mianowicie, też przez sztukę i wyższe pejzaże od najczarowniejszych płócien Ruizdala!…”

Jak widzimy, sąd Norwida wypadł nad wyraz surowo. Jeśli nawet pominąć sarkazm i gorycz, jakiemi sąd ów został, zapewne nie bez związku z własnemi niepowodzeniami, zaprawiony, to jeszcze niemało się zeń da wyłuskać poglądów objektywnych Norwida. Zresztą, złożeniu surowości tego sądu na karb rozgoryczenia zaprzeczają dowodnie dalsze ustępy listów, ustępy na sposób specyficznie norwidowy, rzucając argumentami fragmentarycznie i pozornie bez logicznego związku…

Jeśli idzie o ocenę formy, nie waha się Norwid nazwać „Pana Tadeusza” – arcydziełem. Zestawienie malarskiej strony epopei z obrazami Ruisdaela uderza trafnością. Ten mistrz holenderski jest rzeczywiście blisko spokrewniony z Mickiewiczem; łączy go z poetą polskim jaskrawy i wręcz plastyczny realizm, łączy głębokie poczucie natury, dobór tonów i barw.

Uznaje więc Norwid w „Panu Tadeuszu” „arcydzieło przez sztukę”, ale ironiczny ton tej pochwały każe domniemywać, że epopea ta, jako rodzaj sztuki, nie odpowiada bynajmniej poecie. I – rzeczywiście! Już w następnem zdaniu cytowanego listu czytamy:

„…Po poezji pejzażów i fletów pasterskich może i biedny mój kierunek zasługuje lub zasłuży na nieco wziętości…”

Jakiż to kierunek, tak bezwzględnie przeciwstawiony mickiewiczowskiej „poezji pejzażów”?

W jednym ze swych listów do Marji Trembickiej potępia Norwid wyraźnie sztukę realistyczną i wypowiada się za… ekspresjonizmem. Tłumaczy on tam, że wrażenia odbierane przez artystę ze świata zewnętrznego o tyle tylko zyskują obywatelstwo w państwie sztuki, o ile uległy poprzednio zasadniczemu przeistoczeniu w jaźni artysty. „Dagerrotyp” tylko oddaje ściśle stojący przed nim przedmiot. Od artysty wymaga Norwid wzbogacenia swych wrażeń w wizji, wcielonej w słowo, lub rzuconej na płótno. Niedarmo jest człowiek stworzony na podobieństwo Boga, „wynalazczość” zaś obowiązuje przedewszystkiem – artystę.

I oto realizmowi „Pana Tadeusza” rzeciwstawia Norwid – „Vade mecum”. Sytuacji nie zmienia – zdaniem poety -„genjalność w pędzlu”, „przeraźliwa dzielność pędzla” realistycznego. Faktem pozostaje, że on, Norwid, przyszedł „po ś. p. Mickiewiczu…”, że jego „Vade mecum” „jest rzeczą na progu nowego cyklu poetycznego w Polsce”.

Tem bardziej też „goryczył się” Norwid, iż poemat mickiewiczowski, którego wartość artystyczną uważał za przebrzmiałą, przytłumia i przygłusza jego dążenie do obnażenia „przemilczenia” i postapienia w sztuce o krok naprzód.

Atoli zarzuty, stawiane „Panu Tadeuszowi”, nie ograniczają się do samej formy. Kolizję między obu poetami (w niemałym zresztą stopniu wyimaginowaną) sprowadza Norwid w cytowanym cyklu listów aż do fundamentalnych poglądów na obowiązki wieszcza względem narodu.

W trzecim liście czytamy:

„…poprzednicy moi byli ludzie genjalni, ale łgarze, tak, jak każdy patricius w trudnych chwilach rzeczypospolitej jest łgarzem. Byli to szanowni i kochani łgarze, którzy safandułom schlebiali, aby czas zyskać do poprawienia rzeczy ogólnej i wychowania czegoś znośniejszego – nie mogli inaczej począć – łgali – bo czekali!… Mówiłem to Zygmuntowi (Krasińskiemu) przed śmiercią Jego…: łżecie, nie ufacie następstwom prawdy i mistrzostwu wszechprzytomnego Boga!! to zaś ufanie w konsekwencje prawdy zwie się Nadzieją (cnotą)”.

Powyższe słowa tyczą się bezpośrednio następującego fragmentu inwokacji Mickiewiczowskiej:

„…Jak mnie – dziecko do zdrowia powróciłaś cudem… tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono… Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych” i t. d.

Dla Mickiewicza był światek soplicowski momentem wytchnienia. Ten beztroski, dostojnie (bo z przestrzeganiem hierarchji zażerający się, deskami zabity zaścianek, mógł przez sam kontrast uzdrowić człowieka zneurastenizowanego w atmosferze paryskiej: w tłumie pustek, w ciszy – wrzawie samotniczej – jakby ją określił Norwid.

Pragnął Mickiewicz „tymczasem” -dopóki Bóg nam cudem nie przywróci ojczyzny – przenieść duszę utęsknioną do Soplicowa. Zmęczony, biedny pielgrzym zdaje sobie snadź sprawę z tego, że podobny odpoczynek jest zbytkiem w czasach tak krytycznych dla narodu. To też zastrzega się: „tymczasem” – żadne bowiem okoliczności nie wskazują na to, że wrychle się cud objawi, będzie to tedy wytchnienie tymczasowe. Był to więc moment słabości w dziejach tego gigantycznego bojownika o „nowego człowieka” 2) dla Polski. Za moment słabości i konieczności wytchnienia uważał „Pana Tadeusza” sam Mickiewicz. Ale o ten właśnie moment zazębia się zarzut Norwida, który zbyt ascetycznie, zbyt „sub specie aeternitatis” traktował posłannictwo poety, aby miał jakąkolwiek słabość, jakikolwiek krok „tymczasowy” wybaczyć Mickiewiczowi.

Wszelki odpoczynek, wszelkie zawieszenie broni były, z punktu widzenia Norwida, „łgarstwem”. Nie wolno dzieciom w chwilach krytycznych prawić rzewnych bajek – tymczasowo, – bo w danej chwili niema sposobności do odparcia niebezpieczeństwa; nie wolno dlatego, że dzieci, kołysane ich rytmem, ukrzepią się w tym miłym stanie dziecięcym – zdziecinnieją, i może niekoniecznie będą zadowolone, gdy werbel wypędzi je z kołyski i postawi w obliczu niebezpieczeństwa; po drugie, taka sielankowa pauza dowodzi braku „Nadziei”. Kto „ufa konsekwencjom prawdy”, nie odkłada jej realizacji ani na chwilę. W najbardziej heroicznej, bo codziennej walce o prawdę niema „tymczasem”, niema luki.

Tak oto surowo osądził Norwid moment słabości w dziejach twórczości Mickiewicza. I gdybyśmy nawet mieli stanąć na stanowisku Norwida, że chwile słabości są u wieszcza grzechem śmiertelnym, gdybyśmy wreszcie mieli zapomnieć, jak owocne w skutkach było owe „utęsknienie”, – to jeszcze nie moglibyśmy się zgodzić na wyraźnie przesadną już amplifikację, zawierającą się w słowach: „Moi poprzednicy łgali”. Poza „Panem Tadeuszem” istnieją przecież „Księgi pielgrzymstwa”, które w niemałym stopniu przyczyniły się do skrystalizowania u Norwida pojęcia patrjotyzmu w postaci dodatniości sił nieustannej”.

Nie zapominajmy wreszcie o ostatniej okoliczności, która mogła wpłynąć na zaostrzenie sądu Norwidowego. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że w zwykłym biegu rzeczy Mickiewicz potępiłby zaścianek drzemliwy i w „przeszłość wpatrzony niepojętą”. Ale okres pisania „Pana Tadeusza” był momentem słabości – zawieszenia broni. Stąd ów dobrotliwy uśmiech pobłażania, który mógł się wydawać bezwzględnemu apostołowi prawdy cichą aprobatą, laudatio temporis acti… Wobec niezmąconego spokoju, z jakim asesorowie i rejenci wyładowywali swą energję („która tyle wie, że ugania”), z jaką Wojski wygrywał sobie na rogu, gdy świat czuł się niewygodnie w posadach, – gotów był Norwid wykrzyknąć, jak w owym śnie „nerwowym”, w „Stygmacie”: „Nie było jeszcze narodowości!” – i uznać ten beztroski żywot za stygmat wypalony na ciele śpołeczności soplicowskiej (czy tylko?… a Nawłoć?… a tyle, tyle innych?…) przez przyjazną i obfitą naturę, sprzyjającą spokojnemu tyciu, ale zabójczą dla mózgu.

Charakterystyka społeczności soplicowskiej – słuszna, jeśli idzie o facecjonistów, safandułów i gawędziarzy, krzywdzi jednak – i to dotkliwie -Soplicowian zarzutem biernego czekania, „aż Francuzi przyjdą zrobić im Ojczyznę”. Jeśli nawet pojęcia panujące w Soplicowie co do „robienia Ojczyzny” różnią się zasadniczo od pojęć Norwidowych w tym względzie – to w każdym razie o biernem czekaniu nie może tu być mowy: nie da się bowiem zaprzeczyć, że w owym czasie w Soplicowie właśnie „chłopcy znikali nagle z domu”, aby wrócić po pewnym czasie w mundurach legjonowych, albo już więcej nie wrócić…

Zarzuty, skierowane pod adresem społeczeństwa kobiecego w Soplicowie, bardziej może uzasadnione, powtarzają się zresztą dość często u Norwida. Poetę uderza mianowicie fakt, że całe ówczesne życie polskie, a wraz z niem i literatura, naprężone w oczekiwaniu, zadowalają się formami tymczasowemi, całą swą uwagę wytężając w stronę przyszłości. Oto przyczyna, która nie pozwoliła literaturze polskiej rozwinąć pełnego i normalnego typu kobiety. To zaniedbanie form „dnia dzisiejszego” uważa Norwid za śmiertelny grzech społeczeństwa porozbiorowego.

Warto dla ścisłości zaznaczyć, że Norwid w sądzie swym obszedł się dość okrutnie z… Telimeną. Można jej, niewątpliwie, niejedno zarzucić. I „bonończyka” przyjętego w darze od księcia Sukina, i względy, jakiemi się cieszyła u p. Kozodusina – wielkiego łowczego dworu, – i wiele jeszcze innych rzeczy, ale koniec końców nie mamy żadnych podstaw do nazwania jej obelżywie „metressą moskiewską”.

Uznając tedy treść „Pana Tadeusza” za szkodliwą dla sprawy narodowej, wysuwa Norwid nową treść. Będzie ona wprawdzie mało zabawna, sucha i niewdzięczna („poezja, co ażeby była poezją, potrzebuje przedmiotów niesuchych… i czeka na wdzięczne – nie należy do mojej kompetencji”), ale zato „opracowana na głębiach prawd i bogactw języka”; a za główny wdzięk będzie sobie uważała „myśl, i prawdę, i sens, i rozsądek”.

H. Piątkowski.

——-
1) Listy te zebrał i ogłosił w „Echu Literacko – Artystycznem” z 1912 r. K. Bartoszewicz.
2) Wykłady w College de France.


Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close