Odkrycie Gdyni

Zaproszony przez redakcję „Wiadomości Literackich”, aby szerszemu ogółowi czytelniczemu opowiedzieć o pierwszem pierwszych do morza polskiego dostąpieniu, poczuwam się przedewszystkiem do obowiązku wyrażenia wdzięczności red. Grydzewskiemu za danie mi możności wypowiedzi właśnie przed audytorjum „Wiadomości”. Nie zdobył się na taką kurtuazję, na takie posunięcie taktyczne (a europejskie) żaden z tygodników literackich czy ilustrowanych, które solidarne sabotowanie antypaństwowego widocznie pisarza przeprowadzają z taką konsekwencją, że przemilczają go literalnie przez całe lata w zbożnej nadziei, iż tym trybem zasługują się może zwierzchności i może potomności. Tylko i jedynie „Wiadomości” od czasu do czasu uważają za swój niejako obowiązek zwracać się o zabranie głosu także i do autora „wyklętego”, zyskując temsamem oczywiście jego sympatję dla pisma, jakiej to sympatji zresztą nie zatajali także tacy wielcy zmarli jak Reymont, Żeromski, Weyssenhoff. Może ta indywidualna czy personalna sympatja, której się zresztą innym do naśladowania nie narzuca, podobać czy nie podobać, to już rzecz względna, ewentualnie nawet do zasadniczej dyskusji się kwalifikująca. Przy takiej dyskusji atoli całkowicie uchylonaby być musiała symplistyczna pretensja o niekonsekwencję… Z chwilą bowiem kiedy pisarz mocno zdaje się partyjny ma możność wypowiadania się, nie czyniąc minimalnej koncesji ze swych doktryn i wierzeń, nie podlegając minimalnej cenzurze lokalnej, zyskując szanse zdobycia lub choćby zjednania dla swych poglądów audytorjum nieznanego, obojętnego, czy też obcego, ale w każdym razie niewymownie szerszego, z tą chwilą nietylko może ale powinien preferować właśnie audytorjum złożone z tych, których dopiero przekonywać i sugestjonować ma szczęśliwą okazję. Motywem decydującym w takiej sytuacji, pewne jeszcze wątpliwości nastręczającej, byłby naturalnie także i temat. W danym wypadku tematem tym jest… morze, polski dostęp do wszechogarniającego i wszystkim drogiego morza.

Dyskusji zaczem żadnej już być niema.

Kierownictwu pisma, które umożliwiło rozpisanie się na ten temat, i to perlongum et latum, należą się od autora jedynie słowa głębokiej wdzięczności. Może w tem tkwi i obustronny interes, na czytelników rozegzaltowaniu i skonwinkowaniu polegający. Dla poruszonej sprawy zysk to także niemały.

Jak to odkryto ongiś Gdynię, o tem w myśl maksymy „suum cuique”, powinni dowiedzieć się wszyscy i wiedzieć dokładnie, skoro niewiele raczą pamiętać i nic nie zdają sobie i innym sprawy ci, z których ideowego kręgu w pewnej mierze odkrycie to wyszło. A było to tak.

*

Sezon kąpielowy w „Zoppotach” na cztery lata przed wojną europejską wyjątkowo był gwarny i huczny, „ogromnie nasz”, jak się to mówiło po sienkiewiczowsku, poprostu – polski. Ostseebadowi tonu i szyku nadawała Warszawa a w listach kurgastów przeważali Polacy. W hotelach, restauracjach, kawiarniach, sklepach wszyscy ślicznie starali się mówić choćby kilkanaście zdań po polsku. U szykownego Werminghofa bywały w menu nawet polskie dania. Szampana przy stołach stawiała sobie przeważnie tylko polska noblessa. Na kortach tennisowych towarzystwo polskie. W psich konkursach nagrody brały psiny polskie. Najładniejsze kostjumy kąpielowe, oczywiście Warszawianki a nawet z Ukrainy. Orkiestra rano i popołudniu dodawała do programu „kawałki” polskie, „potpourri” z „Manru” czy z „Halki”, Wieniawskiego i Moszkowskiego, bywało że i „wieniec polski” z mazurkiem Dąbrowskiego na końcu; poczem kolosalne brawa i owacje rodaków spod Moskala i Prusaka, a kapelmistrz reweranse na prawo i na lewo, zaczem polonez z „Oniegina”… także Polaka, bo przecież… Czajkowski…

W takich konjunkturach normalne warszawiany nie kładły się spać przed północą, a często w większych zawianych grupach oczekiwały i wspaniałego wschodu słońca nad oceanem czarnej kawy, konjaków i likierów bezliku. W tych warunkach pomyślnych ale nie po myśli literata, pożądającego regeneracyjnych wywczasów, o żadnej intelektualnej pracy, choćby kilkogodzinnej, naturalnie mowy być nie mogło. „Weltbad” Zoppot za hałaśliwy, pstry i karnawalski, stawał się poprostu przedłużoną nad Bałtyk Warszawą, dépendance Warszawy, a raczej Warszawki. Do tego dołączało się jeszcze pewne uczucie i politycznego dégoût.

Pod Gdańskiem przebywał wówczas niejako na banicji Kronprync w garnizonowej służbie, mieszkając, nawiasem mówiąc, w willi dawnej śpiewaczki Kruszelnickiej. Z nudów często „bawił” i udzielał się Zoppotom. Wśród uroczych cór Syreniego grodu rozbudziło to szybko grzeszne marzenia odegrania którejś z ról historycznych: pani Walewskiej, Księżnej Łowickiej lub księżniczki Elizy Radziwiłłówny. A że Kronprync, pod pretekstem rozmiłowania w tennisie, zaczął gustować ostentacyjnie w towarzystwie tennisistek polskich, prawić im dusery i komplementy, więc ni stąd ni zowąd wytworzyła się w pewnem kółku jakaś atmosfera dworsko-snobistyczna, kokieteryjno-flirciarska, z komicznemi five’ami i garden-party, z rywalizacją dwóch Syrenek o fawory długiego rasowego chłoptasa z lisią twarzyczką. Drażniło to, rzecz prosta, tych wszystkich, którzy… jeszcze się z Kronpryncem nie poznali, ale można sobie wyobrazić jak irytowało autora „Fryderyka Wielkiego”, dramatu historycznego, który dzięki Solskiemu (i nieboszczykowi Kamińskiemu) miał wtedy pewne powodzenie, grany był do dwustu razy, przynosił… tantjemy a w inteligencję roznosił… problemat dostępu do morza w przyszłem państwie polskiem. I zdarzyła się sytuacja, że na sezonowym meczu footballowym, na którym zwyciężyli krakowiacy (z Solmanem na czele), tenże autor, jako jedyny dziennikarstwa reprezentant przedstawiony Kronpryncowi, musiał go informować o rozwoju sportu w zaborach, o czem nie miał „selbstverständlich” żadnego pojęcia.

Wszystko to opisało się potem w trzechaktowej krotochwili p. t. „Było to nad Bałtykiem” w stylu imitowanym na G. B. Shaw. Na granie farsy w Warszawie cenzura ówczesna się nie zgodziła. Wystawił ją dopiero Giulio Osterwa w Kijowie w r. 1916, sam grając… Clownprynca; farsa kończy się autentycznymi słowami Niedoszłego: „Na also auf Wiedersehn in Warschau”… Wydrukowana nakładem firmy Idzikowskiego w r. 1913.

W tym to atoli sezonie hohenzollernowskim w Zoppotach zażywało się jednak dużej rozkoszy dzięki eskapadom samochodowym po Pomorzu. Zacne ziemiany z Humańszczyzny Kazimierzowie Czyżewiczowie z czarownego Dołżka brali na maszynę to infanta rodziny Leszczyńskich, królewicza Jurka, to autora „Fryderyka” – i jazda codzień gdzieindziej. Raz było nawet że z Gdańska do… Humania; ale przeważnie krócej, po całem Pomorzu, jego świetnych szosach. W ten sposób poznało się wiele miast, miasteczek, siół i osiedli. Po drodze zatrzymywało się tu i ówdzie, zapuszczając w gawędy z autochtonami, którzy gdzieniegdzie, w zapadłych kątach, nie mogli się dość nadziwić, że istnieją Polacy, posiadający własne auta; według ich światopoglądu ówczesnego (1911) maszyny takie mógł mieć tylko Herrenvolk, Lutry, a katolicy chadzają piechotą.

I oto raz na takiej samochodowej wycieczce zawadziło się o… Gdingen. Wracało się z Neustadt (Wejherowo), no i zboczyło. Godzinny postój przed dziwaczną ruderą, dwupiętrowym szaletem zbankrutowanego towarzystwa „Weichsel”. Okazało się, że w puściuteńkim Kurhausie jest jakiś właściciel, jakiś bufet, beczka z piwem, kilka butelek „machandlu”, dalej jakaś sala „jadalna”, jakaś weranda, ogródek z akacjami, potem jakiś „szteg”, potem maleńkie porozwalane łazienki z prawej i z lewej. I morze! W Kurhausie szesnaście pokoi – i ani jednego gościa.

Dom Kuracyjny w Gdyni, 1910 rok (pocztówka)

Dom Kuracyjny w Gdyni (Ostseebad Kurhaus Gdingen), 1910 rok (pocztówka)

I wtedy nagłe olśnienie i raptowna, heroiczna decyzja: zerwać z Zoppot! tu przenieść nasze lary i penaty! Dość zgiełku światowego w Weltbad Krähwinkel! Dość Syren i sportów, wyścigów psów i koni, Werminghofa i Hohenzollerna, tanga i kabaretów, hałasu, dymu, elektryki, cywilizacji, kultury…

Gospodarz nazywał się Schikowski. Miał przedtem gospodę w Oxhöft (Oksywie). Poprzedni właściciel (dzierżawca) Schiernborn, były kapelmistrz (sic!), zbankrutował zeszłego roku; Schikowskiemu wydzierżawiono, dodając 2 000 mk. „Zulagi”, byle Seebad Gdingen postawił na europejskim poziomie. Schikowska była Wasserpolką, poprzednio kucharką u „samego” komendanta twierdzy gdańskiej, co atoli na jej kulturę kulinarną (jak się potem okazało) nie wpłynęło przesadnie. „Logement” zaofiarowali na pierwszy sezon omal gratis i franco, i to tyle pokoi ile łaska, byle się od a do zet stołować u nich, pić piwo i markować jakiś ruch w interesie. Może za pierwszymi gośćmi przyjdą inni, niechby byli nawet Polaken, byle aus Warschau.

Był to lipiec roku pańskiego 1911.

Od tego lipca przez trzy sezony aż do r. 1914.

Cichszej miejscowości chyba nie było wówczas na całej kuli ziemskiej. Po zoppockiej Sodomie odkryta Arkadja pasterska i parjarchalna. Wieś miała porozrzucanych w szerokim okręgu czy zasięgu kilkadziesiąt „checz”, gdzieniegdzie małych domków, z większą skupiną pod lasem Panieńskim i z drugą od Kurhausu na prawo. Motywy pejzażowe zgoła ruisdaëlowskie z fragmentami z Lancreta i Poussina. Może Normandja a może Bretanja? Od strony morza precyzyjnie skomponowny amfiteatr z wysokiemi borami w głębi, za gościńcem chylońskim, z lasami witomińskim i radłowskim. Z lewej pogórze Steinbergu, wówczas urwista pierzeja z osypiskiem ku morzu, cała zalesiona chłopięcemi drzewkami aż po folwark Klein-Katz w głębi, zakupiony od zbankrutowanego właściciela przez Land-Bank. Na stokach tej pierzei wszędzie krzaki dzikich róż (głogu) i jeden tylko domek, tajemnicza willa jakiegoś niemieckiego architekta Gunza czy Grunza, który zbudowawszy ją, w miesiąc później się powiesił. Wobec czego w willi „straszyło”, a Steinberg jakiś czas nazywany Hundsbergiem.

Z prawej amfiteatr Bożej Zatoczki zamykał Oxhöft z kościółkiem i cmentarzem „rebackim”. A w plebanji ksiądz powstaniec z 63-go roku, gości turystów z Polski nie rad widział, w pogwarki wchodzić nie lubił; raz się tylko rozgadał ze mną zirytowany, że mu za często na cmentarz załażę, na grobach siadam i ku morzu wdole patrzę.

Między Gdingen a Oxhöft cały teren zalegały szerokie brunatno-zielone torfowiska i nieprzebyte nieprzychylne mokradła, które, że trzeba było obchodzić, (nieczytelne) na bosaka żwirowaną pochylnią nadbrzeżną. Sceną tego amfiteatru był „szmaragdowy kobierzec” morza, cichego, spokojnego, ledwie łuszczącego się w dnie pogodne, lekko awanturującego się tylko w dniach burzliwych i od połowy października. Najlepsze miejsca do obserwowania widowiska, a raczej dziwowiska morskiego („kołdry Neptuna”) można było wynaleźć sobie wysoko w lesie Panieńskim, niepokalanym, jodłowym i bukowym, podszytym dębiną, nawet w owe czasy grabami i cisami, pełnym jerzyny, dzikich malin, głogów, a przedewszystkiem grzybów, grzybów, dobywających się z mchów, i mszarów miljardami. Samo Gdingen właściwe otaczały dokoła pola łubinowe, żółte i niebieskie, wszędzie gdzie tylko zgóry spojrzeć, na jałowych wydmach lotnego piachu także. Zapach łubinu czuło się ciągle obok mniej uroczej woni specyficznego dymu z wędzarskich „ansztaltów” w Bożej Zatoczce. Dróg w osiedlu, po dzisiejszemu ulic, było trzy: Johanniskrugstr., Altdorfstr. i Kurhausallee, od maleńkiego czerwonoceglastego banhofu najpierw zygzakiem, potem prosto wiodąca, świeżo drzewkami obsadzona. Ani kościoła, ani apteki; poczta ze szkołą razem. Sklepów było trzy: pieczywo u Niedzwickiego, mięso u Krefty, jeden gasthof Grzegorzewskiego, drugi większy Skwierza (gdzie dziś Hotel Centralny) z dużą izbą gościnną, z bufetem gdzie to i owo można było dostać i sznycel sztelować. Z większych przedsiębiorstw przemysłowych dwa geszefty niemieckie, ale po drugiej stronie szosy chylońskiej, t. j. mała cegielenka, wypalająca lichą białą cegłę, i mały tartaczek z rzęrzącą cały dzień piłą i pykającym motorem, co nadawało nieco życia tej partji Gdingen. Po tamtej też stronie szosy była tajemnicza willa z fortepianem, na którym zagrywała się od rana do nocy mityczna Angielka, małżonka brodatego Niemca z Gdańska. Drugi fortepian, piekielny bezzębny klekot, rozstrojony z kretesem, stał w „paradnej” sali Kurhausu; fisharmonja zaś, t. j. trzeci instrument w całej Normandji, był u Sióstr Szarytek z Poznania reguły św. Wincentego a Paulo, którym zacny Skwierz dał mieszkanie i wyrychtował skromną kapliczkę.

Po checzach i domkach mieszkali Oni.

Oni, to znaczy ci, co tu przez sześćset lat wytrwali, wszystko przetrzymali, ruszyć się nie dali i czekali, czekali przez dwadzieścia kilka generacyj. Ciche, spokojne, niby to niemrawe, niezbyt zgrabne, milczące, nieufne, odburkliwe, kosem okiem na „Poluchów” z „zaziemia” (Hinterlandu) patrzące plemię. Jakież antypody górali spod Żywca i spod Gewontu!

harnasiów, spryciarzy, narratorów i fordanserów! „Rebaki”, ciężko borykające się z małorybnym i małosolonym Bałtykiem, często o poprzekręcanych nazwiskach i przekręconej świadomości narodowej. Tam dokoła na landzie najdziwaczniejsze: Quasny, Schilazko, Kowalzig, Jeschoneck, Pokrieffka, Swietscke, Blisnack, Kohnkoll, Kohnke, Kohnigg i tak już od Brzeźna (Briesen) aż po Heisternest (Jastarnia). Tu w Gdingen, obok notablów Skwierzów, starogdańskie nazwisko Hebelke, Plichty (dawniej Pflicht?), właściciele „Zum Grünen Kranz”, Radke naprzeciw Plichty, Vogtowie, Lemke, Kurowie, Kaas (koło banhofu), Grablowsky, Narzynsky, Kąkole, Simonowa („u Simonki” – mawiało się). Dnie całe brzegiem manewrowały Kaszuby, majstrowały, penetrowały, niezmordowanie, nieznużenie, przy tych poprzewracanych na piaskach kutrach i łodziach, czyli „botach” i „pychach” po ówczesnemu. Dnie całe coś tam naprawiali, przygarbieni przy siatkach-niewodach, ciągle łatanych, przy „maucach”, przy szeroko na żerdziach porozwieszanych obręczowych „żakach” (na węgorze). Chyba nie było w całej porozdzielanej Polsce szczepu chłopskiego, któryby musiał ciężej i zażarciej walczyć o surowy prosty byt, o egzystencję powszednią, niż te mrukliwe, zamknięte w sobie a heroicznie polską katolickość w duszach przechowujące biedne, poterane wasserpolskie Kaszeby. Na samym początku to tam ledwie na pytania odpowiadały: „Jo! Jo!”. I ani słowa więcej, a spodełba niechętne patrzenie. Kobiety i dziewczyny o przedziwnych czasem imionach jeszcze bywały chętniejsze, mężczyźni dopiero przy ladzie bufetowej u Skwierza lub w Gasthausie u Vogta (przy drodze do Chylonji), ale wogóle naród był małomówny, szczególnie w pierwszym roku (1911). Już w drugim gdyniarze nieco się rozkrochmalili, kiedy zaczęły się zjeżdżać pierwsze rodziny… pionierzy („pilgrims” z „Mayfloweru”) i wynajmować mieszkanka, a raczej „Schlafstelle” po domkach. Skwierzowie, Plichty i Simonka byli pierwsi, którzy przełamawszy lody, zaczęli cieplej odnosić się do letników i gości. Hebelke, Radke i Kurowie już w drugim roku nie chcieli wynajmować pokoi „lutrom” a tylko „swoim”; Plichta pierwszy stawiał willę specjalnie dla… Poluchów. Tym, co już w pierwszym roku najwięcej przyczynił się do zmiany wśród autochtonów niechętnych nastrojów dla nadchodzącej inwazji sezonowej, był ks. Ludwik Rybka z Krakowa, który jako osoba duchowna posiadał jedynie predyspozycje na apostoła pierwszego zbliżenia, jeżeli się zważy, że gdyniarze przedewszystkiem byli jednak… katolikami. Ten to ksiądz Rybka, u Sióstr Szarytek mieszkający, ofiarnie pośredniczył i przeprowadzał korespondencję w zamawianiu mieszkań, powiedzmy szczerze – kanadyjsko, alaskowo, newfundlandzko prymitywnych.

Przypomnijmyż sobie jednak, że taksamo w prymitywnych, dymnych, ciemnych chałupiskach mieszkaliśmy jako dzieciska lat temu pięćdziesiąt w Zakopanem, odkrytem jeszcze przed Chałubińskim i przed Witkiewiczem przez najniesprawiedliwiej przemilczanego prof. Walerego Eliasza; właśnie wtedy obok starego pana Kraszewskiego bawili tam młodzi Chłapowscy (Modrzejewska), Kossakowie, Dobrzyńscy, Pinińscy, Paderewski…

„Europę” w Gdingen reprezentował Kurhaus, zbudowany przez towarzystwo kąpielowe „Weichsel” za pono 60 000 mk. z pruskiego muru, wart najwyżej 6 000, czarną papą kryty, z dwiema werandami, po bankructwie „Weichslu” pozostał -z oknami zabitemi deskami… Właśnie w r. 1911 otwarto go powtórnie, ale powtórnie bez najmniejszego powodzenia. Niemcy nie chcieli, Polacy nie wiedzieli o czemś podobnem. Znał ten Kurhaus ongiś pono tylko Gawalewicz a przed nami wydawca „Wędrowca” Sikorski.

Kiedy więc z rodziną zamieszkaliśmy, nie było tam literalnie nikogo; z końcem sierpnia już kilkunastu Niemców i Polaków. W sali restauracyjnej wisiały dwie lampy gazowo-naftowe; w rogu sali jeden zepsuty automat na czekoladę, w drugim rogu zepsuty automat na „Ansichtskarty”. Szef służby miał na imię Friedrich i klucze od łazienek damskich; w męskich były drzwi rozbite i wywalone przez całe trzy lata. Dumą zakładu był pies Mohrchen, szczekający zajadle na gości, którzy jednak zacięli się i nie przychodzili. Do morza schodziło się z góry z Kurhausowego ogrodu (10 kasztanów, 10 akacyj) po schodach. „Szteg”, czyli molo czy jak tam to teraz się nazywa, był tu gdzie dzisiaj, tylko maluteńki, króciuteńki, wąziuteńki, chronicznie dziurawy, tak że dzieciarni bez starszych nie wolno nań było wchodzić. Zakończony był małą ławeczką, nad którą na żerdzi tkwiła latarka naftowa, zapalana uroczyście przez kelnera i łaziebnika Friedricha w asystencji Mohrchen o godzinie dziewiątej a gaszona bez apelacji przed dziesiątą. Przy sztegu kołysało się na falach kilka botów, „przycumowanych” do „pachołków” (kołków) przy schodkach. Temi łódkami i jedną jedyną żaglówką wyjeżdżało się na pełne morze omal „za darmaka”, bo za 20 – 30 fenigów, zapuszczając się niekiedy z ryzykiem… Alain Gerbaulta aż do Adlershorstu (Orłowo). Z końca sztegu wieczorami oglądało się godzinami tnące i kłujące ciemności migające światło latarnika na końcu „szabli helskiej” lub drugie w Heisternest. Czasami na szteg przychodziły młodsze Normandczyki tutejsze, a niejeden taki, co w marynie niemieckiej służył, wygrywał na okarynie lub zgoła na harmonji „Sorrento”… ewentualnie modną w owe czasy… „Bajaderę”. W dzień choćby i najpogodniejszy ludzi-gości zabłąkanych bywało mało lub wcale, tyle tylko co w sobotę i w niedzielę przywoziły dwa stateczki „Undine” i „Gaselle”: przeważnie młode parki z Zoppot i z Danzig, które wypijały w ogródku „Kaffee mit Schlagsahne” a potem szły na Steinberg i w krzaczki. Wielki okręt pasażerski, do dziś dnia istniejący gruchot „Paul Benecke” nawet na naszą Gdynię się nie oglądał, ale szedł zawsze środkiem morza z Gdańska na Hel z arogancją, która nas, pierwszych gdynian, doprowadzała do wściekłej pasji.

Tylko raz w sezonie i to w Kurhausie bywał zlot tutejszych wielki i ścisk na werandach, w ogrodzie i we wodzie, t. j. w t. zw. Sedan-Feier w sierpniu (dies festis). Kurhaus bywał wtedy uflagowany. Z lewej i z prawej wtaczały się na stacyjkę specjalne pociągi, napakowane Herrenvolkiem pośledniejszego gatunku. Taksamo z „Gazelli” i z „Undine” wysypywały się damy i nie-damy czyli dziewice przeważnie wcale przykre dla oka, bo albo za wypukłe, albo znów za płaskie, a mężczyźni na czarno (30° Celsjusza w zaroślach) i w cylindrach (sic!), w szapoklakach (sic!), albo w mundurach strażaków, weteranów, feldfeblów, Schützenvereinu. Już poprzedniego dnia dyrektor (gerant) Schikowski przepraszał za wszelkie ewentualności i delikatnie doradzał dłuższą wycieczkę całodzienną (Putzig oder Neustadt?). Istotnie, bractwo sedańskie przeraźliwie piło i żłopało, poczem chóralnie wyło przepiękne patrjotyczne melodje. Jakiś solista siadał do piano i forte akompanjując sobie, odśpiewywał „Trompetera von Saeckingen” albo „Stell auf den Tisch die duftenden Rezeden” (po polsku: „Postawże na ten stół pachnących rezed kupę”…) – poczem zwykle zirytowany tem, że pięć klawiszów i jeden pedał nie odpowiadały, z hałasem zatrzaskiwał klapę nad klawjaturą. Systematycznie potem zaczynało się Radau, szarpanina, kłótnie, potępieńcze swary, wyzywanie się, rękoczyny („Mordspektakel”), aż do interwencji samego Amstvorstehera i lokalnego żandarma. Po Sedantagu zwykle cały Kurhaus wyglądał tak zbeszczeszczony i splugawiony, że rodzina dyrektora społem z Friedrichem szorowała i czyściła wszystko aż do północy. Kolonja-Polonja na ten dzień festjalny przeważnie gremjalnie emigrowała poza peryferję Gdingen, aby nie drażnić głośnemi rozmowami Sedańczyków, załatwiających się przy każdej okazji (i drzewie) bez sensu i bez taktu, a skorych po wypitku do wybitki. Poza tym jednym dantejskim Sedantagiem i poza niedzielami, w które mała garść Niemiaszków zjeżdżała, bywało sielsko i anielsko, cicho i czysto, jak w Arkadji. I ta gromadka Polaków, co już w r. 1912 i 1913 się zbierała („Pilgrims” z „Mayfloweru”) na lato w szeroko rozrzuconem „kąpsidle” (kąpielisku), ginęła gdzieś bez śladu. Wszyscy wciąż byli w pejzażu, na łonie natury, w terenie, w wodzie, w lasach.

Dla dzieci, dla milusińskich, Boża Zatoczka, to był dosłownie istny raj, dziewiąty raj Mahometa. Cały dzień omal chciały się pluskać w nieskazitelnie czystej toni morskiej małe Majusie. Dzieciarnia „pierwszej brygady” gdyńskiej w trykotach wyławiała sobie z zawziętością i cierpliwością oślizgłe, galaretowate meduzy z różowymi bąbelkami, plączące się w delikatnych jasno-zielonych sieciach pęcherzykowatych alg (moszczyn). Zachłannie, niezmordowanie zbierały Majusie na wyglansowanym falami czyściutynieczkim piasku całe stosy muszelek, nierzadko też wcale duże gruzełki jantaru (bursztyn). Każdego roku przyzwoziło się potem do miasta torebki tych „kupa-mięci” (souvenirów) bezcennych (bo nic wartych), drogich (po przy drodze) klejnotów (?). Od Oksywia do Orłowa i z powrotem od Adlershorst do Oxhöft nie znalazłbyś nad brzegiem wtedy ni jednej gazety, ni puszki od sardynek, ni gwoździa, ni niedopałka od papierosa. A kiedy wyłowiło się wreszcie takie Majusie z wody i pchnęło na ląd, no to szła rodzinka do lasu na poziomy i borówy. A po drodze, na pobrzeżu rwać można było wszystko co dusza zapragnie, bo nie zakazane było nic, więc i żółty żarnowiec (erica! erica!) i ostre wysokie trawki (turzyce) i nie kładło się tamy t. zw. „Drang nach osten”, t. j. rwaniu ostów, fioletowo-niebieskawych twardych, ostrych (Mikolaiken). Dopiero w trzecim roku (1913) przyszły uroczyście wbijane przy asyście całej dzieciarni tablice niemieckie z napisami, że „Drang nach osten” zakazany, bo te mikołajki, specjalnie na wydmach i dunach sadzone, podtrzymują pod ziemią podmywany ustawicznie brzeg. Że zakaz był po niemiecku, więc namiętne wyrywanie turzycy i mikołajków trwało nadal, doprowadzając czasem do spisywania t. zw. Protokell (sic!). Następstwa Protokell likwidowało się szybko wręczaniem żandarmowi trzech lub pięciu „sztinkadores” (cygar), poczem żandarm (posterunek w Chylonji) szedł się kąpać obok Herrenbadu, gdzie już nań czekał Briefträger; na piasku leżała sobie spokojnie przy długiej szabli torba z listami i gazetami i garderoba; kąpali się oczywiście nadzy tak jak Kain i Abel czy Mojżesz i Aaron w morzu Martwem.

Z dzieciskami bywały spacery krótsze tylko do lasu, do Witomińskiej (?) „puszczy”. Starszyzna dalej i dalej, a to do Lipy Abrahama (działacz in Berent-Kościerzyna), a to do „Sambora i Mestwina”. Czasami jeszcze dalej: Rzucewo, Radłowo, Puck i park pucki, Wejherowo: park Keyserlingów i czołobitnia u najzasłużeńszego w ocaleniu polskości na Pomorzu księdza prałata Dąbrowskiego. Dalej już się nie zapuszczano, bo władze niemieckie zaczynały kontrolować to rozwłóczenie się Warschauerów po „Prusach”, i od czasu do czasu w wagonach (zawsze jeźdźiło się IV klasą dla zetknięcia z narodem) kontrola: „Pass, wenn ich bitten darf”… „Danke schön”…

W niedzielę obligatoryjnie wszystkie „czmyze” (pendant do „ceprów”) albo szły do kapliczki do Sióstr albo maszerowały zbożnie do Oxhöft, bezwyznaniaki taksamo jak religjanty, ateusze jak Mateusze, choćby dla przykładu, dla solidaryzowania się w wierze z plemieniem-gospodarzem tej świętej ziemi. Że „są my nie lutry”. Klękało wszystko, aż miło patrzeć. Na Matkę Boską Anielską i Rybacką bywał odpust daleko w Swarzewie w ślicznym starym kościele. Kto mógł jechał, kto mógł per pedes apostolorum, Kaszeby po staremu, szykownie, w białych portkach, granatowych kubrakach, fajki w zębach, w rękach „Złoty ołtarzyk” w jedwabnej chusteczce. Bywało żeśmy śpiewali razem z nimi pieśni co mają po kilkaset lat. I żegnali się wtedy „czmyze” i bili w piersi, może nawet więcej od tutejszych i może nieco, Boże przebacz, teatralnie. Ale to robiło najlepsze wrażenie. To było najskuteczniejszą propagandą. To nawiązywało pierwsze silne nici pomiędzy pionierami, garścią gości (les pata-laches) a odpornymi na początku, zapiętymi, sztywnymi ojcaszkami rodzin, papaszkami, początkowo zgorszonymi nawet tem, że Polacy i Polki przyjechawszy i raz się w morzu wymywszy… na drugi dzień (podobnie całkiem jak Lutry…) znów się kąpią, znów myją, znów się chlapią, znów rozebrani. Tu trzeba bowiem przydać, że Kaszubi podobnie jak podobno inne wszędzie nadmorskie szczepy, nie mają jednak zbyt wielkiej predylekcji do morskich kąpieli. Nieco pogardliwie nazywają badeorty (takie jak Zoppot) „kąpsidłami”. A są wśród nich podobno tacy, którzy…

Ale i w Paryżu na Mont-Rouge żyją podobno tacy, co nigdy w Moulin-Rouge, no i niby ani w Luwrze, ani w Panteonie, ani w Trocadéro. A żyją i rosną… „Papaszek może struchleć ale do badu nie pójdzie” – mawiała Erica.

Truchleć słowo z XIV w.: umierać.

Raz, dwa razy na sezon jeździło się starą landarą „Beneckem” via Gdańsk na Hel, do którego innej komunikacji bezpośredniej nie było. Nie trzeba oczywiście zatajać, że ten Hel olenderski wówczas był cichy i czysty i czarujący. Znacznie częściej oczywiście do Danzigu, gdzie ówczesny gatunek przedwojennych Polaków (na Pomorzu i w Zopotach goszczących) miał ekscentryczny jakiś zwyczaj nietylko wałęsania się po ulicach, Warenhausach i Kaffeehausach, ale także zwiedzania wszystkich zabytków, poszukiwania pamiątek polskich, oglądania starych gratów w Arsenale, w Artushofie, w Muzeum Miejskiem. Manjactwo to dochodziło do tego, że we czwartki w Marienkirche na popołudniowych audycjach (Bach, Händel, Palestrina) czasem przeważali Polacy, jak zresztą i w teatrze pełno ich bywało na Wagnerze. Niektórzy bywali stałymi rokrocznymi kundmanami antykwarjatów i sklepów starożytnościowych i skupywali jakieś szpargały, mapy, brudne stare książki, jakieś takie sztychy czy drzeworyty. Kilku z nas przyjaźniło się tu w Gdańsku ze starym Giełdzińskim, byłym kupcem zbożowym z Włocławka, który całe życie kolekcjonując piękne gdańsciana i pamiątki polskie, zebrał tego na sześć sal prywatnego muzeum. Stary był Izraelitą bibljinym, w pięknym stylu przedwojennym i mawiał po polsku, choć go Wilhelm i Kronprync kilkakrotnie odwiedzali i dedykacjami na fotografjach kokietowali; młodzi synowie, skończone berlińskie Żydy, całą wspaniałą kolekcję rozdrapały i porozprzedawały. Pisałem o nim entuzjastycznie w „Nowej Gazecie”, a i teraz o takim nieboszczyku pisałbym taksamo. Jeszcze tragiczniej niż z „Muzeum Giełdzińskiego” skończyło się z czysto kaszubską, ludową, przez dwadzieścia lat zbieraną Gulgowskiego „Collection” w małych Wdzydzach pomorskich. Już za polskiego panowania, po śmierci niestrudzonego zbieracza, z powodu nieporządku, niechlujstwa, braku kontroli (minimaxów) spalił się żywcem doszczętnie cały przebogaty, natłoczony w małym domu zbiór nieocenionych skarbów sztuki ludowej, o których Niemcy pisywali całe studja i broszury (sic!), a które z nas „rodaków” znało najwyżej pięciu, no, powiedzmy sobie ośmiu, dziesięciu, i to właśnie z tych pierwszych pionierów gdyńskich (pierwsza brygada nadmorska).

Z innych rekreacyj i divertissements, amusements sezonowych miało się jeszcze od czasu do czasu współudział w wyprawach rybackich. W rajdach na… łososie to tam właściwie nikt personalnie nie uczestniczył, aczkolwiek ten i ów z fantastów coś na ten temat czasem snuł i śnił na jawie raczej. To są bowiem imprezy ciężkie, męczące, wyczerpujące, domagające się dużej wytrzymałości, cierpliwości, hartu fizycznego i dziedzicznego treningu. Natomiast normalny warszawiaczek mógł współuczesniczyć w połowie „bretlindzów”, t. j. szprotek, na co się wyruszało także w nocy na „pychach”, szczególnie dobrze po sztormie, kiedy to ostra norda (już we wrześniu) wypędzała do Bożej Zatoczki zestrachane rybki… wśród których niektórzy widywali nawet… delfiny (se non e vero e ben blagiato). Bardziej emocjonujący, choć też nie taki znów lekki i „zabawny” bywał połów flonder, czyli po staropolsku „stonewek” (stornie vel bantki).

Z każdej takiej wyprawy morskiej jak również z każdej wycieczki w głąb pomorskiego zaplecza (Hinterlandu), jak również z gwarliwego Dancigu czy z rozhukanych i rozhulanych Copociech, wracało się do ukochanej cichej, sielskiej Gdingen z najgorętszą tęsknotą i przedziwną czułością. Znów wionęło na człowieka zapachami lasów, pól, zbóż, łubinu. Znów cykał tartak i dzwoniła cicho sygnaturka u Sióstr Szarytek na Anioł Pański. I znów się szło na koniec sztegu by być sam na sam z morzem i z… mewami. Roił się wieczorami szteg od tych mew bielasków, jak roiła się i cała Arkadja. Jaskółki i czajki obsiadały wszystkie dachy, płoty, żerdzie, poprzewracane łódki, suszące się niewody i siatki. Do ludzi, do dzieciaków, do Majusi miały tyle ufności, że podpływały do kąpiących się i asystowały na łódkach każdej przejażdce, trzepocąc się, kłócąc ze sobą, gżąc, krzycząc, piszcząc, wrzeszcząc. Bywało, że kąpiącemu się byle przystojniejszemu i dobrze zbudowanemu sfruwały na głowę, nawet souvenir drobny zostawiając figlarnie. Tych ludzi z owych czasów, tych pierwszych intruzów w Bożej Zatoczce jakoś lubiły i szybko oswoiły się z nimi i z rąk jadły, kąpały wspólnie… Ale bo też i woda była nadal przeczysta i piasek jak w dniu stworzenia świata i powietrze do oddychania bez miazmatów, bez mikrobow, bez bakcyli, balsamiczne…

*

Jest taka jedna powieść, raczej powiastka, raczęj lektura rozrywkowa tego Verneuila „Proboszcz w domu gry”. Taki ksiądz Pellegrin ma małą cichą spokojną paratję, kilka godzin drogi od Paryża z zamkiem, starym, pustym i z zacnymi, zapracowanymi, spokojnymi wieśniakami. Nagle ludzie z miasta kupują stary zamek, zaraz potem odkrywają we wsi źródła siarczane, zakładają kąpielisko, a w zamku, oczywiście, dom gry. Co się teraz dzieje, jak się zmienia urocza idylliczna Sableuse, o tem czytamy właśnie w opowiastce ..

Taką Sableuse było lat temu omal pięćdziesiąt znane mi od chłopięcych lat Zakopane przed-chałubińskie, do którego się jeździło z Krakowa całą drogę końmi, furkami, w pięć sześć furek razem, ale dla bezpieczeństwa z fuzjami i strzelbami w pierwszej i ostatniej furce. Zakopane Ho-molacsów, w którem ksiądz Stolarczyk płacił góralom po pięć centów za przystępowanie do spowiedzi wielkanocnej… kiedy się mawiało „wycieczka na Nosal przez Hamry”… kiedy nie było ani jednego komina nad dachami… kiedy pościel i naczynia kuchenne przywoziło się ze sobą, więc czysta, cicha, sielska, sielankowa Sableuse.

I taką też Sableuse pellegrinowską była Gdingen przed naszem nastaniem. Ciche to jeszcze, najcichsze chyba na globie ustronie było, kiedy je „odnaleźli” ks. Rybka i niżej podpisany. Ale już na przybycie ziomków był czas ostatni! Już nadchodził moment krytyczny i decydujący. To już biło historyczne trzy na dwunastą! Germanizm Kaszubów gniótł, ugniatał, przyciskał do ściany, urabiał, przerabiał, asymilował tysiącznemi sposobami i fortelami. Mogły się o tem przekonać i mogą to zaświadczyć te rodziny, które zaagitowane reklamą ustną, pantoflową i drukowaną („Świat”, „Nowa Gazeta” „Kurjer Warszawski”, „Czas”), zaryzykowały wtedy pierwsze pobyt nad polskiem morzem. A byli to przedewszystkiem: czcigodna pani „gubernatorowa” (tak ją zwano) Sikorska, dalej pp. Kurmanowie, Zaborscy, dr. Polak, kapelmistrz Śledziński, Rzuchowscy, prof. Jurgielewicz, prof. Jabłoński, inż. Grabowski, Przedpełscy z Włocławka, Stefańscy z Radomia, pani Borkowska, śpiewacy Zadarnowski i prof. Grzydzielski, „Niemcy”: Rzepeccy, ojciec z synem, literatka Witkowska z Krakowa, – oto pierwsza brygada gdyńska, „pilgrims” z Mayfloweru, pionierzy. Ci to pierwsi inteligenci z Polski (nie lokalni pomorscy), którzy zetknęli się bezpośrednio, codziennie, powszednio z kaszebskim ludem, ex autopsia mieli okazję przekonać się, jaka to olbrzymia spiętrzona fala defetyzmu narodowego i wzmożonej renegacji szła właśnie w tych latach na pomerellski naród. Poczucie przynależności rasowej wisiało już właściwie na kilku włoskach. Regjonalnie uświadomieniem odrębności promieniowały jeszcze tylko grupy budzicieli w Berent (Kościerzyna) i w Neustadt (Wejherowo). Przeciw nim szło zapieranie się słowiańskiej spólnoty, wstydzenie się języka jako narzecza parjasowskiego i pokorna admiracja cesarskiej cywilizacji. Jeszcze jedno pokolenie -(powiedzmy to sobie dziś już jasno), a byłoby źle. Młodzież już i nie chciała zbyt ochotnie brać do ręki polskich druków. Wybierali do parlamentu Polaków, owszem, ale czytywali na książeczkach niemieckich. Choć zaczynali zdanie często po prastaremu: „zaprawdę powiadam pani”, to jednak liczyli w głos: pięćisiedemdziesiąt, sześćisześćdziesiąt (fünfundsiebzig, sechsundsechzig). Obrazki z cesarską familją to ta tu i ówdzie wieszano a dla mitycznych Poluchów z południa i ich „Wirtschaftu” lekceważenie bywało jawne. W dawne panowanie polskie na tem pobrzeżu z trudem uwierzyć im przychodziło.

Nie wiedzieliż przecież o tem, co myśmy tam ze ś. p. Łunińskim Ernestem poodkrywali w bibljotece gdańskiej takie różne różności jako to par exemple, że… arcybiskup Kurowski miał własną flotyllę handlową dla kommercji z Flandrją, jako to, że… z Wenecji galeony sprowadzał Jan Kostka, gdański kasztelan… Nie wiedzieli nic o królewnie Annie, nic o Władysławie IV, ni o Janie z Kolna, ni o Sierpinku, ni o Arciszewskim… Nie znali nieznanego epitaphium Grochowskiego królowi Zygmuntowi Augustowi:

Było i na Oceanie
Znaczne jego panowanie,
Bo i tam chciał być ogromnym
Nieprzyjaciołom koronnym…

Nie widzieli jako król polski Leszczyński miłowany był przez gdańszczan… A znów że król Sobieski (w którego odsieczy wiedeńskiej Pomorzanie walny brali udział) bywał swego czasu… jednym z Kurgastów w Sopotach i miał tam swój królewski pałacyk (w głębi ogrodu za kościołem)…

To wszystko trzeba im było opowiadać i moc propagandowych rzeczy innych i różne takie książeczki i broszurki rozdawać, wtykać, rozsyłać i prezentować i pierwszą skromną mapkę pobrzeża inż. Bąkowskiego i Orłowicza i potem Chrzanowskiego Bernarda… aby z ust czasem bardzo twardawego wasserpolskiego „rebaka” usłyszeć wreszcie: „ja doch Polak panie doktór”. Prawdę rzekąc na całą Gdingen, może tylko jeden jedyny kolejowy Packträger Kuchta, choć funkcjonariusz kolejowy, jawnie i ofensywnie manifestował swój patrjotyzm, uchodząc nieco za dziwadło… (Abraham na małą skalę).

Toteż nie należy bagatelizować pobytu nad polskiem morzem tej pierwszej garści inteligentów z „zaplecza”, tych pierwszych gdyńskich Kuracjuszów i Horacjuszów, agitujących lekko, nieznacznie, dyskretnie wśród zaśniętego w letargu wegetującego szczepu.

I w tem rozbudzeniu narodowej świadomości i przynależności, tak bardzo, tak bliźniaczo podobnem do rozdmuchiwania ognisk w także nadmorskim… Erynie (Irlandji), kulminacyjnym momentem był w Gdingen pierwszy przyjazd gdańskiej drużyny śpiewaczej „Harmonja” i jej koncert w natłoczonej po brzegi sali w gospodzie Skwierza. Czego książki, broszurki przemycane, gadaniny, nawet odczyty tajne (pani Witkowskiej z Krakowa) nie ruszyły, to ruszyła melodja polska, śpiew polski, chór! Tego dnia sierpniowego w r. 1913 nie zapomni się nigdy. Wtedy dreszcz elektryczny przeszedł po tym ściśniętym tłumie. Najflegmatyczniejsi, ciężcy, niemrawi, pozornie ospali, agitacją nie tknięci, walili brawo jak opętani. Kilku miało łzy w oczach a mamaszki i dziewczyny beczały na fest. Wtedyśmy odczuli wszyscy, że lody ruszyły, tem bardziej że już na drugi dzień Herr Amstvorsteher uważał za stosowne być u nas w Kurhausie z wizytą i z perorą do mnie, aczkolwiek do tej imprezy w niczem się nie przyczyniłem a asystowałem z rodziną jako widz i słuchacz, coprawda, najpierw z radości a potem z… innych powodów (Machandel!) wprost i dosłownie pozaprzytomny…

Wtedy to już bowiem dźwięczało stale w uszach i powtarzało się dokoła tajemnicze słowa: „bugaj dla korabli”, „bugaj dla korabli… BUGAJ DLA KORABLI!

Nie każdy wiedział co to znaczy. Historyk Łuniński wiedział. Tu będzie, tu musi być w przyszłości „bugaj dla korabli”! Właśnie w Bożej Zatoczce: „bugaj dla korabli”… Gdy inni gdyniarze, chłopcy i panienki, „gubernatorowa”, ksiądz, profesorzy uprawiali uświadamianie, tak jakby uprawiali społeczną służbę i wszędzie gdzieindziej, w głowie autora „Fryderyka” musiały lęgnąć się jakieś fantasmagorie. Historyczne myślenie. Zmienność dziejowości. „Ewige Wiederkunft”. Tyle map, tyle map, a każda inna! Fortuna variabilis! Był tu na Pomorzu kiedyś jeden z ulubionych mych autorów Felicjan Faleński zaraz po powstaniu jeden z pierwszych (może pierwszy?) w Pucku (Putzig). I tu napisał odę „Po burzy”…

No a fenomen Conrada, którego pierwsze tomy wychodziły wówczas po niemiecku i z którym nawiązało się zaraz korespondencję i od którego pierwsze listy przyszły!… Nie byłże dostępu do morza antycypacją?

W …Obozie jako dogmat przyszłej Zjednoczonej conditio si ne qua non: dostęp! U tamtych od Krakowa rządziła prastara maxyma reyowska („Zwierzyniec”):

O Szwedzie, o Duńczyku tam nie umiem mówić,
Bom nie bywał na morzu, nie chcę śledzi łowić,
Tum jedno po sadzawkach polskich trochę pływał,
A na morzu bodaj tam nikt dobry nie bywał.

U nas zaś obowiązywały kanony wiary, może przez Libelta (od Poznania) najzwięzlej ujęte:

Wszakże warunkiem rozległego dziejowego działania, a tem samem estetycznego w narodach wyrazu, jest morze. Naród, nie przylegający granicami swemi do morza, nie może być dziejowy. Tam gdzie się oko gubi w mokrej przestrzeni bez granic, gdzie się umysł i wyobraźnia rozkołysują kołyszącemi się bez końca falami, gdzie pierś i odwaga rośnie, przywykająca do burz i nawałnic morskich, które pokonywać człowiek się uczy, – tam musi się wyrabiać piękniejsza, bo wznioślejsza fizjognomja narodowości i tam człowiek inaczej czuje, inaczej myśli, inaczej się objawia, a jakaś siła tajemna prze go do czynu.

Sformułował najściślej ś. p. Jan Popławski pisząc:

Wolny dostęp do morza, posiadanie całkowite głównej arterji wodnej kraju, t. j. Wisły, to warunki konieczne prawie naszego istnienia. Całe to pobrzeże Bałtyku od Wisły aż do ujścia Niemna, tak niebacznie kiedyś roztrwonione przez państwo polskie, musi być odzyskane przez narodowość polską. Wyrzeczenie się tego dziedzictwa i nieszczęśliwe majaki o podbojach na Wschodzie były przyczyną naszego upadku politycznego, i dzisiaj w pracy odrodzenia te błędy przygniatają nas swym ciężarem i wstrzymują w pochodzie ku lepszej przyszłości.

W różnych i rozmaitych warjantach idee te przeprowadzali i inni, jak Chołoniewski we Lwowie, Bernard Chrzanowski w Poznaniu i niesłusznie w obozie narodowym przepomniany Purwin. Powtarzało się zatem: „Niema Kaszub bez Polonji, a bez Kaszub Polsci” i „Nigdy Kaszube nie pódą do zgubę”… Wyciągnęło też z niepamięci poetę Derdowskiego…

Najważniejszym argumentem atoli był… „Hamlet”…

Tylko w „Hamlecie” mówi się pięć razy o Polsce i Polakach… Hamlet kulminuje i przechyla się ku końcowi do osoby Fortinbrasa… Dlaczego Polonjusz ugodowiec? Gdzie jest Fortinbras? Kto będzie naszym Fortinbrasem? „Wojownicy Fortinbrasa idą do Polski jakgdyby szli na łoże a nie do grobu i nie wiedzą, czy ten płacheć ziemi, który mają zdobywać, – starczy im za mogiłę”.

…fight for a plot”… „for a egg-shell”…

Kęs ziemi! Nie większy jak „skorupa jaja”… A jednak dla Polski musi z tego być tchawica, musi być… port dla okrętów (bugaj dla korabli). A ileż to ma Belgja? Mariakerke, Middelkerke, Nieuport, Zoute, Heyst, Ostende, Westende, a razem 80 km. Prawdziwie mały płacheć ziemi, to kaszubskie pobrzeże?! Nie wystarczy! Nie wystarczy!… Ale musi starczyć! Byle był! Byle był!

O ile ludzie pióra, ludzie imaginacji wybiegają zawsze myślami jasnowidzącemi w przyszłość, jak dalej wzrok ich sięga niż polityków i mędrców szkiełko i oko, niech wskaże fakt, że ze ś. p. Łunińskim na ławkach nad morzem godzinami bywało swarzyliśmy się o to, ile kilometrów pójdzie na port, gdzie będzie nasza Ostenda, gdzie kasyno i dom gry? A kiedy raz przyjechali z wizytą do Gdyni Jellenta ze ś. p. Słońskim, to się o konfiguracji portu dysputowało jako o czemś zgoła realnem, namacalnem, omal istniejącem może od jutra, od pojutrza. Oczywiście że przytem plotkowało się i o znajomkach i o dziewczynkach i o tem i owem, ale w międzyczasie w intervallach całkiem serjo o… „bugaju dla korabli”… Pierwszy pancernik będzie się zwał: „Arciszewski”! Nie! Pierwszy „Jan z Kolna”. No to już idjotyczne! musi być przecież jedno słowo! No to „Sierpink”. Nie! Kto tam wie, kto to Sierpink! Pierwszy „Poniatowski”! No to już kretynizm! Skąd morze i Poniatowski? Chyba „Pułaski”? Puławski, to jest dom przewozowy dla mebli, wszyscy będą myśleli, że to o tym Puławskim! Może lepiej „Kościuszko”. Owszem, zgadzam się. A wy? Także! No to jest. Pancernik „Kościuszko”!

*

Potem po latach jeździło się rokrocznie „dla kontroli”: 1918, 1919, 1920, 1921, 1922. Z uczuciami bardzo zmiennemi, ot takiemi, jakie musiał miewać ksiądz Pellegrin w swej Sableuse i jakie miewał Witkiewicz z Zakopanem, kiedyśmy bywało przechodzili przez… Krupówki…

Wtedy to raz na stacyjce gdyńskiej, dawnej ceglatej, zetknąłem się z grupą jegomościów wysiadających z pociągu z bardzo uroczystymi, ważnymi minami, z Limanowskim (Zimorodkiem) na czele. Na zapytanie moje, co to za wycieczka? Limanowski bardzo poważnie:

…„Międzyministerjalna Komisja dla Ochrony Krajobrazu Nadmorskiego”…

*

Przywiązanie do Bożej Zatoczki jeszcze przetrwało długo i entuzjazm dla tych co zaczęli budować tam pierwsi.

Świadczyć o tem może list generałowej Zofji Chrzanowskiej, prezesowej I Tow. Polskich Kąpieli Morskich, które pierwsze Steinberg zmieniło na Kamienną Górę i pobudowało tam szereg pięknych will i domków.

Warszawa, dn. 16 sierpnia 1922 r. W imieniem Zarządu I T. P. K. M. czujemy się w obowiązku przesłać Sz. Panu nie podziękowanie, ale słowa pełne zachwytu za gorący, olśniewający artykuł w „Rzeczypospolitej”, nr. 220, o Gdyni. Od wiosny r. 1920 pracujemy, rzec można – ideowo, nad rozwojem tego cudownego zakątka Pomorza i jak to widać ze słów Sz. Pana, z rezultatem! Dwadzieścia willi, pięć zakładów przemysłowych, dwie szosy, osiem kołowych dróg oraz zbudowany z iście amerykańskim pośpiechem przez dwa i pół miesiąca hotel „Cassubia” na wzgórzu w cudownem położeniu nad morzem, daje dowód, że Warszawa, Sz. Panie, czuwa by nie zrobić takiej ohydy jak np. Zoppoty. Mamy nadzieję, że bezrząd i bezład nie zeszpecą idyllicznego zakątka, jakim jest Steinberg – dzisiaj Kamieniec pod Gdynią… Oby ci jak Sz. Pan nie żałowali swego odkrycia a przeciwnie cieszyli się, iż rządy objęli ludzie kultury i pracy. Łączymy słowa uznania i poważania. Zofja Chrzanowska.

Opiekę moralną nad Pomorzem wziął już wtedy w swe spracowane kościste ręce Ten co był Najgodniejszy, co ongiś wyśnił jasnowidząco… Rozłuckiego. Na inicjatywę i koncepcję „Wiatru od morza” wypłynęli mocno Bernard Chrzanowski, pierwszego „Przewodnika” autor, i Chołoniewski, apostoł najżarliwszy, którego teściowa, doktorowa Głuchowska, wraz z żoną założyły w Gdyni pierwszy pensjonat „Pomorzankę” w r. 1913, jeszcze przed „Stella Maris” Dorszyńskiego. Ten też publicysta, oddając suum cuique, w szkicu swojem p. t.: „Gdynia dzisiejsza i wczorajsza” pisał co następuje:

Aby skończyć z frekwencją wybitniejszych nieco osób przedwojennej Gdyni, tym co lwu, a raczej bestji, nie wahali się zaglądać w paszczę, byle móc spędzić wczasy nad morzem ojczystem, „u siebie”, niewiele już trzeba. Z literatów polskich tylko jeden ważył się na ten naówczas prawie demonstracyjny pobyt nad polskiem morzem. Był do Adolf Nowaczyński, już wkrótce bicz boży na orientacje ku Prusakom zerkające.

Sam Pellegrin ziębnął uczuciowo dla Sableuse… Cieszył się, że powstaje dziewięćdziesiąty drugi port świata i że rośnie tak prędko jak Canberra (stolica Australji), jak Tel-Awiw (miasto wiosny), ale ta Gdynia już miastem wiosny dla niego nie była… Coal first! Niech sobie będzie! „Polens Zwingsburg an der Ostsee”. Doskonale. Deauville i Trouville?… Jeszcze lepiej! Ale jak sobie poradzą żeby to był i Tulon i Biarritz, Badeort i… „Bugaj dla Korabli?”.

Pellegrina więcej znów zaczął obchodzić z powrotem stary Gdańsk a w nim ….pierwsze polskie gimnazjum. Koło jego zmontowania krzątał się wtedy niezmordowanie Przybyszewski. On to gimnazjum postawił na nogi a Pellegrina zaanimował do współagitacji takim listem, tu w skrócie podanym:

22/II. 22. Mój drogi Adolfie. A dali Bóg: jesteś mi drogi i bardzo cenny i bardzo kosztowny – gdzież ja miałem głupie ślepia w Krakowie, gdym Cię nie doceniał i nie byłem w stanie przeczuć, czem Ty -sub specie aeternitatis oczywiście – jeszcze nie byłeś, boś jeszcze nie był tym, którym dziś jesteś, ale czem będziesz i czem teraz jesteś. I jakby coś było we mnie, coby Ci tę krzywdę wynagrodzić chciało, bezustannie się do Ciebie w myślach zwracam, z chciwością czytam wszystko co piszesz. Podziwiam Cię i kłócę się z Tobą bezustannie, czasami się wściekam, ale zawsze ze świadomością „à tout seigneur tout honneur”…

Żem się wskutek tych jubileuszowych obchodów nie zagrzebał w ziemię z ciężkiego wstydu – ja i jubileusz! – tłumaczy jedynie to, że z tym jubileuszem połączyła się sprawa bytu lub niebytu gimnazjum polskiego w Gdańsku. Dlatego wziąłem na siebie ten dla mnie niezmiernie przykry ciężar obchodu – i to jedynie mnie rehabilituje. Sapienti sat. A ty, któryś właściwie pierwszy odkrył Gdańsk i Pomorze dla Polski – pamiętasz chwile, któreś spędzał u Giełdzińskiego w Gdańsku? Nastrój Twoją Jerychońską trąbą na najwyższy ton! – napisz coś piekielnie gorącego, by uwagę całego społeczeństwa zwrócić na to gimnazjum polskie w Gdańsku. – Ktoby jeszcze przed rokiem był śmiał o czemś podobnem pomyśleć! Okrzyczanoby go za warjata! – Napisz coś tak, jak tylko Ty jeden – nietylko w Polsce – napisać potrafisz! To więcej znaczy niż te pół miljona, którem dla tego gimnazjum już zdołał wyżebrać.

I takich listów w tej sprawie i w drugiej sprawie Domu Akademickiego dla studentów z Polski, uczęszczających do politechniki gdańskiej, wypisał Przybyszewski jak do mnie kilka tak do szeregi wpływowych rodaków jeżeli nie kilkaset to w każdym razie kilkadziesiąt! Taki to był uspołeczniony i unarodowiony w ostatniem swem dziesięcioleciu ten „kapłan sztuki dla sztuki”, jakże odmienny od sybaryckiego żywego próchna wirtuozów tandetnej prozy z Miriamowej „Chimery”! I jak tymi listami mnie zaanimował i zaagitował tak i innych poruszył i wzruszył właśnie w momencie, kiedy normalne profesjonalni działacze i społecznicy już wobec stwierdzonej apatji „społeczeństwa” chcieli dać za wygrane i zrzec się gdańskich placówek! I na swojem postawił Przybyszewski. I zwyciężył!

Dlaczego na tych akordach kończy się gdyńskie wspominki? Oto, aby raz jeszcze wykazać doniosłość roli, ważność posłannictwa oraz ciężar gatunkowy ludzi pióra w społeczeństwie? Nie, nietylko! W państwie, w making of state, w planowaniu t. zw. zrębów państwowych: prymat ich inicjacji i inicjatyw. Że niby na początku zawsze i wszędzie było: słowo. Czem Przybyszewski dla Polonji gdańskiej, tem zasuggerowany przez nas ustnie i pisemnie Żeremjasz stał się dla popularyzaji Pomorza w szerokim ogóle od samego omal początku, od tych dni lutowych, kiedy to realizacja programu politycznego Romana Dmowskiego znalazła swój wyraz i gest symboliczny w scenie wrzucenia przez gen. Hallera pierścienia w ciemno-zielone na przedwiośniu fale Bożej Zatoczki.

*

Ostatni raz w… Sableuse… byłem kilka lat temu. Jakieś tam oficjalne „święto narodowe”. Moc chorągwi i sztandarów i flagów. Tu i tam grające wrzaskliwe orkiestry. Różni tacy w szeregach maszerowali tam i z powrotem i znów tam i mijali się ze sobą i krzyczeli coś. Z jakiejś mównicy perorował zachrypnięty taki patrjota jak są te z „Radja”. Środkiem szpaleru na „jezdni” przejeżdżały pompatycznie samochody z prezesami, dyrektorami, generałami, prezydentami, szefami departamentów, sekcyj i t. p.

Jakiś luksusowy Lincoln, przepełniony twarzyczkami całkiem nie pierwszej sorty (ale w cylidrach), omało mnie wtedy nie przejechał wpół żywcem na rogu jakichś wspaniałych avennes. A jeszcze potem i pan policjant zwymyślał za gapiostwo… Że zaś tegosamego ranka zaraz po przylocie do Langfuhr (Wrzeszcz), przeczytałem sobie w jakimś lokalnym heraldzie przykre sprawozdanie z toczącego się galicyjsko-grynderskiego procesu w Gdyni, więc staggione skróciłem o 60% i wieczorem jazda rapid z powrotem do zawsze prześlicznego miejscami Gdańska.

Rzeczywistość bywa bowiem albo znacznie piękniejsza od fata morgana, albo znacznie brzydsza.

„Bugaj dla korabli” chwalić Boga jest, i to w fasonie i w rozmiarach o jakich się jednak nie zamarzyło nam nigdy! ani razu! Prawdziwy to summa cum laude sub auspiciis Dictatoris zdany egzamin dojrzałości całego narodu.

Z Bożej Zatoczki atoli nie pozostało oczywiście ani śladu. Czajki też już gdzieindziej odfrunęły…

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close