Pochwała Gdyni

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Oddawna chciałem pisać o Gdyni, chciałem choć raz móc napisać o zjawisku całkowicie dodatniem. Nie analizujmy tego określenia. Istnieją ludzie bardzo mi bliscy, którzy chcą widzieć we mnie sceptyka. Jakże się mylą. Nie znam uczucia bardziej upojnego niż entuzjazm i zachwyt. Uczucie to dostarcza gatunku zadowolenia, które zwykliśmy kojarzyć z przeżyciami natury czysto subjektywnej, a jednocześnie jest fenomenem twórczym, wzbogacającym społeczność, no i ostatecznie nawet – skoro słowa tego użyć trzeba – państwowo-twórczym.

Gdynia, widok ogólny, ok. 1930 roku (domena publiczna)

A więc, pomimo że przyjacioły szturchały się w boki i mówiły: „a to Gdynię urządzi”, – byłem zgóry przekonany, że Gdyni „urządzić” ani nie będę mógł, ani chciał. Żaden chyba sceptyk nie wytrwa w swym sceptycyzmie, kiedy znajdzie się w pogodny, letni poranek na placu przed dworcem w Gdyni i zobaczy przed sobą i trochę poniżej siebie maszty, kominy statków, gdzieniegdzie wodę błyszczącą spomiędzy czarnych kadłubów, a nieco bliżej ogromne ciemno-czerwone łachy koloru zakrzepłej krwi – tysiące wagonów towarowych na setkach kilometrów bocznic. I zaraz na wstępie przychodzi po raz pierwszy na myśl cytat z Puszkina; cytat, który zresztą z komiczną natarczywością i nudno-pedanteryjnem wyczuciem właściwości swego zastosowania wciska się w myśli przy każdem nowem „aperçu” na port:

I dumał on:

„Tu stanie miasto, stanie tron
Na złość dufnemu sąsiadowi.
Naturą nam sądzono stąd
Wyrąbać okno na Europę,
Przy morzu twardo stawić stopę.
Niech tu poznawać nowy ląd
Zjeżdżają wszystkie flagi w gości,
Zahulać nam tu na wolności!”

(przekład Tuwima).

Przy „dumał on mamy” oczywiście, na myśli ministra Kwiatkowskiego. Jest on bowiem jedynym niezaprzeczalnym herojem mitu o powstaniu Gdyni, bardziej niespornym od Przemysława i Krakusa, już nie mówiąc o Dydonie i paniczach spod wilczycy.

Ale z innymi bohaterami polskiego eposu morskiego jest znacznie gorzej. O Janie z Kolna krążą najgorsze pogłoski, że wogóle nie istniał i był tylko projekcją podświadomej woli narodu, która kazała speakerowi Polskiego Radia wypowiedzieć z okazji święta morza w r. 1933 wiekopomne zdanie: „Niema Polski bez morza – niema morza bez Polski”. Ta groźna argumentacja powinna zresztą zmusić wszystkie państwa do pośpieszenia z zapewnieniem wszelkich możliwych gwarancyj dla granic Rzeczypospolitei.

Drugim skolei bohaterem jest pogromca floty szwedzkiej pod Oliwą, król Władysław IV Waza, którego nazwisko rodowe nie budzi zresztą pojęcia o bezkresie mórz. Zwycięstwo to, choć uwiecznione bardzo udanym pomnikiem wystawionym przed głównym gmachem Marynarki Wojennej na Oksywiu, nie jest zdolne rozpalić narodu do czynu morskiego.

Z trzecim bohaterem jest już najgorzej, bo nawet mówić o nim nie wolno. Kiedy wskrzeszona Polska zajęła wybrzeże morskie, jak to się stało, kto to zdziałał – nie wspomina się wśród ludzi taktownych, albo najwyżej z omówieniem „a la bocian”, jak kiedy tłumaczy się małoletnim powiększenie rodziny. Jakżeż nietaktowny był pewien żyjący jeszcze batalista polski, który uwiecznił na płótnie ułanów polskich wjeżdżających konno do morza, z mężczyzną z bródka na ich czele który wrzuca w morze pierścień zaślubin Polski z Bałtykiem. Nikt dziś nie kwestionuje prawomocności tego związku, ale choć uczty rodzinne odbywają się często i hucznie – nie pije się nigdy zdrowia duchowieństwa w ręce tego, który udzielił błogosławieństwa małżeńskiego.

*

Gdynia jest miastem naprawdę młodem; miastem ludzi młodych, miastem męskiem; miastem ludzi zdrowych, bo muszą wytrzymać ciężka pracę a przedsiębiorczością już się wykazali, gdyż w 95% stanowią element napływowy z cechami odwagi emigranckiej; miastem jakby niepolskiem, gdyż nie posiada wspólnych cech z innemi miastami Rzeczypospolitej; wreszcie miastem nie-słowiańskiem, gdyż na słowiański smętek i chandrę niema tu ani miejsca ani czasu. Niema też miejsca na ten imponujący korowód czołowych wad Polaków, jakiemi są pesymizm, defetyzm, ponurość, podejrzliwość, fałsz i obłuda, nieproduktywność oraz bezpodstawna zgorzkniałość. Tutaj gros roboty zawdzięcza się pracy rąk ludzi prostych lub tym inteligentom, których uszlachetnił stały kontakt z wysiłkiem mięśni, a mianowicie inżynierom i architektom.

*

Już dwa lata temu 68% wywozu polskiego szło morzem przez Gdańsk i Gdynię. Chłodnia w Gdyni jest drugą największą chłodnią portową na świecie, zaraz po Hamburgu. W r. 1932 Gdańsk pod względem obrotu towarowego zajął pierwsze miejsce wśród portów bałtyckich (5 476 000 tonn), poczem następowała Gdynia (5 244 000), Kopenhaga (5 136 000), Brema (4 894 000), Amsterdam (4 734 000) , Bordeaux (4 054 000), Hawr (3 935 000) Szczecin (3 287 000), Stockholm (3 169 000) i Triest (2 072 000). Obroty wyższe od Gdańska miały w Europie Rotterdam (20 107 000), Hamburg (19 827 000) i Antwerpja (15 924 000). Więcej cyfr nie będzie – obiecuję.

No, chyba jedna, i to jednocyfrowa. W łuszczarni, ryżu, ogromnym, kompletnie zmechanizowanym zakładzie przemysłowym pracuje 5 ludzi. To bardzo znamienne. Na nadbrzeżach węglowych maszyny w ciągu 3 minut wypróżniają wagon węgla, inne znów systemem taśmowym prawie bez pomocy ludzkiej węgiel ten załadowują. Kiedy ogląda się na miejscu polski węgiel wyjeżdżający „na świata strony” – zaczyna się rozumieć jego prawie mistyczną powagę. Ale i łuszczarnia ryżu i „wywrotnice” muszą jednakże wzbudzić pewne zastrzeżenia (zapewne gospodarczo nieuzasadnione), kiedy się pomyśli o panującem bezrobociu, i to o bezrobociu dość specyficznem dla Gdyni, o bezrobociu elementu napływowego. Przed kryzysem zjeżdżano tu z całej Polski, jak do kopalni złota. Nastał kryzys, i w Gdyni powstała „dzielnica chińska” i „Budapeszt”. Są to facecyjne, choć utarte nazwy, któremi ochrzczono dwie straszne, jątrzące sie rany na jędrnem i rozwijającem się ciele polskiego Sankt-Petersburga. W dwóch odległych od siebie częściach miasta na nieuregulowanych, niezabudowanych placach, ale bezpośrednio w sąsiedztwie już wybudowanych kamienic („dzielnica chińska” jest położona o kilkadziesiąt kroków od placu Kaszubskiego, skweru Kościuszki oraz portu) znajdujemy miniaturowe osiedla, które trudno odróżnić od śmietników. Są to przytulone do siebie pudełka, sklecone z kawałków papy, blachy i t. p. Każde takie pudełko, choć nie są one bynajmniej standardyzowane, zawiera zwykle jedną izbę wielkości dużego łóżka. Okno bywa, albo nie. Niektóre z tych pudełek utrzymane są stosunkowo schludnie, inne. to czarne nory. Niesposób zrozumieć, jak w takiem pudełku może się zmieścić i ułożyć do snu choćby jedna nieliczna rodzina, a wiem o wypadkach przyjmowania sublokatorów. Nie potrzeba chyba dodawać, że ponieważ rzecz dzieje się w Polsce, dzieciarni jest całe mrowie.

Gdynia ul. Świętojańska, ok. 1930 roku (domena publiczna)

Gdynia ul. Świętojańska, ok. 1930 roku (domena publiczna)

Płace robotników przy budowie portu bynajmniej nie są zawrotne. Pieć złotych dziennie bez dodatków, to niezbyt wiele. Siedzę na jednem ze wzgórz okalających Gdynię, gdzie obecnie buduje sie naprawdę śliczna i urbanistycznie świetnie zapowiadająca się dzielnica willowa. Wokoło mnie wspaniały liściasty las, w oddali ponad dziwacznie zębatem miastem – niebieska toń morza, a trochę na lewo ogromny, zawsze świeże zdumienie budzący – port. Podchodzi jakiś robotnik. Nawiązuje się rozmowa. Opowiada o swej pracy i kłopotach. W chwili kiedy chce powiedzieć: „Jaki stad jednak przepiękny widok?” – on najniespodziewaniej, ale tonem konkluzji, wskazując szerokim gestem na miasto i port, oznajmia: „I pomyśleć, że to wszystko jest zrobione na krzywdzie ludzkiej. Czy pan uważa, że to w porządku?”.

Ale jeżeli takie są bolączki „elementu napływowego”, jakże zapewne są źli już z natury mrukliwi Kaszubi, którzy muszą oglądać, jak przy robotach ziemnych na Oksywiu Poleszuki w łapciach kroczą obok swych podwód z charakterystycznym zaprzęgiem z „dugą”. Kaszubi zresztą malkontentami wydają się być z urodzenia. Nie znosili Niemców, ale obecnie, naogół biorąc, wydają się być bardzo nieżyczliwie usposobieni względem Polski. Z każdej rozmowy wypływa wniosek, że napewno wszędzie jest lepiej, niż „u nas”. Oczywiście, ci, którzy sprzedawali ziemię na metry czy na drogie hektary, jak również rybacy w samej Gdyni nie mają powodów do stękania. Gdzieindziej na polskiem wybrzeżu rybakom dzieje sie rzeczywiście dość marnie, tutejsi „wielkomiejscy” też „pyskują na potęgę”. Mówią, że ryby jest wbród ale że zbytu niema. Wędzarnie płacą pięć złotych za cetnar szprotek i zarabiają mniejwięcej 1 000%.

Dowiadywałem się o tych sprawach przesiadując dość długie godziny w porcie rybackim. Jest to część wielkiego, nowego portu, więc nie posiada uroku normalnej rybackiej przystani. Ale kiedy się już siądzie na drewnianem molo, do którego przycumowane są pękate kutry rybackie, kiedy usłyszy sie postuk byle jak skleconych i cudem działających motorków oraz podobny do niego postuk drewnianych sabotów, kiedy ujrzy sie siatkę brózd i zmarszczek na ogorzałym karku starego rybaka i miękko jak atłas rozrzucone, raz jasne, bo nowe, to znowu ciemne, bo spracowane, sieci rybackie – wówczas czuje się zespolenie z tą fascynującą międzynarodówką, jaką tworzą ludzie oddani najstarszemu, najcięższemu, najniebezpieczniejszemu i zdumiewająco mało hojnemu zawodowi rybackiemu. Już sam widok kutrów wzrusza każdego kto kocha morze. Van Gogh uświęcił je, przepoił takiem dziwnem uduchowieniem, ze chyba nikt dzisiaj nie może patrzeć na nie jak na zwykłe martwe przedmioty. Są ociężałe i niezgrabne, ale pełne w kształtach i kochane jak wszystkie żywicielki. Kiedy patrzy się na nie, przypominają się najwcześniejsze przebłyski wspomnień dziecięcych: przytulenie się do ciepłych piersi matczynych. Jeżeli istnieje katolicyzm rybacki, łodź rybacka jest chyba jego Madonną, surową ale ludzką.

Gdynia, pl. Kaszubski, 1933 rok (domena publiczna)

Gdynia, pl. Kaszubski, 1933 rok (domena publiczna)

Siadam więc wzruszony twarzą do kutrów. Obok mnie rybak pięknie i fachowo ceruje starą sieć. Z wielkim trudem nawiązuję rozmowę. U Kaszubów, jak to się często zdarza u rybaków, rozmowność nie jest cechą dominującą. Pomału dowiaduję się różnych rzeczy ciekawych: że sieci są poczęści produktem bawełnianym i że wyrabiane są też w Łodzi; że polscy rybacy na swych kutrach nie jeżdżą dalej niż do Bornholmu, ale że na holenderskich wielkich „śledziownikach” jeżdżą gdyńscy rybacy, którzy po powrocie z mórz islandzkich lub innych równie lub bardziej odległych asystują przy preparowaniu złapanych śledzi i eskortują je już w beczkach do Polski; że śliczna „Ewa”, stateczek Morskiego Instytutu Rybackiego, udaje się wkrótce aby badać możliwości północnego Bałtyku dla wyzyskania ich przez rybaków polskiego wybrzeża. Nazwy krajów, jak Finlandja, Szwecja, Danja, Norwegja, Holandja, Islandja, Grenlandja, Newfoundland, – padają co chwila z ust tego prostego rybaka, i dzieje się to w Polsce, gdzie szarzyzna samej nawet stolicy zamyka naszą wyobraźnię w ponure ramy Dobrej, Żelaznej, Wspólnej i Gęsiej.

*

Opisywać portu nie mam zamiaru: nie jestem ekspertem. Podróżowałem wiele i wiem, że jest to najlogiczniej wyglądający, najpiękniej i najstaranniej wykończony port jaki widziałem. Nawet najbardziei zakuci pesymiści przyznają, że popełniono bardzo niewiele „felerów”. Wybudowanie jeszcze jednego zewnętrznego łamacza fal naprzeciwko głównego wejścia do awanportu zaradzi głównej istniejącej wadzie, a mianowicie spiętrzaniu się w porcie wody, kiedy panuje silny wiatr wschodni. Ten brak przykrych niespodzianek zawdzięcza Gdynia niedemagogicznej roztropności swych pierwszych pionierów, którzy mieli odwagę powierzania pracy nad portem cudzoziemskim fachowcom i powstrzymali się od niebezpiecznych eksperymentów z natury rzeczy niedoświadczonych i świeżo upieczonych speców krajowych.

Laikowi wolno powtarzać za pewną wysoko postawioną damą: „port jak port”. Nie wolno mu jednak przejść z obojętnością obok barwności, egzotyki i nieoczekiwanych objawów życia portowego. Tu znowu kontrast miedzy Polską a jej portem uderza na każdym niemal kroku. Na łotewski parowiec ładuje się budulec z lasów państwowych. Spoza zasieków belek dolatują w zmieszanei kakofonji języki: polski (warszawski), kaszubski, rosyjski, niemiecki i żargon. W godzinie obiadowej w cieniu tych belek „odchodzą” zawzięcie karty – nad niemi widać pochylone swoiste twarze; nie są to ani robociarze fabryczni, ani wykorzenieni chłopkowie – to typy inne, bardzo przypominające południowców, o wiele mniej „de tout repos” od przeciętnych Słowian. Zauważyłem też na dworcu w Gdyni, w poczekalni III klasy, że typ bezrobotnego czy bezdomnego, śpiącego tam w nocy – jest bardzo międzynarodowy: możnaby go spotkać na Schlesischer Bahnhof lub na Gare du Nord.

Ruch w porcie jest zadziwiający. Siedząc na łamaczu fal, wciąż można obserwować wyjazdy i przyjazdy okrętów. W ruchu tym niema prawie przerwy. Skądinąd port jest stale dość pusty. Jak mnie objaśniono, świadczy to tylko o doskonałości urządzeń technicznych do ładowania i wyładowywania.

Robota w porcie wre. Buduje się molo, które zamknie basen im. Prezydenta najbliższy plaży i miasta. Jest to ostatnia faza w budowie portu zewnętrznego. Potem cała praca polegać będzie na wykańczaniu basenów przylegających do t. zw. kanału portowego, wykopanego wgłąb kotliny gdyńskiej. Możliwości powiększania portu właśnie w tym kierunku zachodnim są prawie nieograniczone, gdyż torfowisko stanowiace dno kotliny, przy której ujściu leżą na północy i południu Oksywie i Gdynia, może być zawsze coraz głebiej zamieniane na baseny portowe. Jedyna trudność stanowi grunt, który będąc właśnie torfowy, choć łatwy do wykopywania, nie nadaje się pod fundamenty nadbrzeży i kesonów. Po usunięciu wiec torfu należy jeszcze nawieźć bardzo wiele piasku nim się zacznie budowy betonowe. Buduje się też obecnie zewnętrzny łamacz fal.

Poza zasadniczemi pracami uderza i cieszy laika głównie dbałość o szczegół. Nie widać tu polskiej niechlujności, polskich niedociagnień. Nawierzchnie na łamaczach fal są poprawiane i zdumiewająco pięknie wykańczane. Zwiedzałem też kąpielisko portowe. Jest ono dostateczne dla potrzeb, którym ma służyć, choć wcale nie zbytkowne. Uderza zato panujaca tam czystość. Ubikacje portowe są znacznie czystsze od ich sióstr w niejednem mieszczańskiem mieszkaniu warszawskiem i w niejednym dworku wiejskim. Wśród gmachów, które w zeszłym roku nie były jeszcze wykończone, pierwsze pierwsze zajmuje dworzec morski. Zewnętrznie jest nadzwyczaj brzydki, choć dla mnie, jako dla kresowca, sympatyczny, gdyż przypomina węzłową stację na „jugozapadnych dorogach” – Żmierinkę. Wnętrze natomiast jest zewszechmiar udane architektonicznie. Nie znam tak pięknego „zejścia ze statku” w żadnym innym porcie. Główną halę psują tylko dwie ogomne straszne płaskorzeźby Prezvdenta Mościckiego i Marszałka Piłsudskiego z niechlujnie i brzydko wyrytemi napisami.

Z powodu kryzysu tempo pracy w samym porcie, oczywiście osłabło, ale nie tak znowu zatrważająco. O ile mogłem wywnioskować, roboty, które miały być wykonane na 1 kwietnia b. r., będą prawie że ukończone tej jesieni. Obecnie zresztą puls robót nabiera znowu odpowiedniego „tonu”.

Nie można porzucić tematu portu bez wzmianki o polskiej flocie handlowej i polskim marynarzu. Polska marynarka handlowa jest jeszcze w powijakach głównie dlatego, że w przeważnej części rozporządza staremi gruchotami, kupionemi zagranicą za przesadnie zresztą wielkie sumy. Ale sytuacja poprawia się stałe. Linja Polsko-Brytyjska posiada już świetne nowe statki, na których podróż jest prawdziwą rozkoszą. Mówię to z osobistego, i to trzykrotnego, doświadczenia. Linja Gdynia – Ameryka będzie wkrótce posiadała luksusowe transatlantyki. Ale nie potrzeba nowych statków, żeby wycisnąć z podróżnego słowa zachwytu dla pływania pod polską banderą, gdyż nie nowoczesność czy zbytek stanowi główną atrakcję statków, ale niesłychanie morski duch załogi. Polscy ludzie morza jakoś potrafili „palić etapy” w swem dociąganiu się do tradycyj morskich Zachodu. Steward czy marynarz, to najlepsze typy w swoim zawodzie. Nie spotkałem lepszych wśród Anglików czy Niemców. Zdarza się tu też fenomen niespotykany prawie na statkach zagranicznych – marynarz z wyższem wykształceniem, albo przynajmniej z maturą. Skończył szkołę morską, ma zasadniczo prawo być oficerem. Nie może dostać posady, wiec jeździ jako zwykły „deck-hand”, traktując swoją sytuację z prawdziwym humorem. Korona mu z głowy nie spadła, bo morze dało mu prawdziwe poczucie walorów życia.

Lubię pytać marynarzy i stewardów polskich, jaką drogą trafili na morze, gdyż znany jest fakt że Kaszubów w służbie handlowej prawie niema. Każde takie opowiadanie, to istny „roman d’aventures”.

Chłopak z Wielunia, gnany poprostu „wanderlustem”, przemyca się z ładunkiem „bitego drobiu” do Antwerpji i po krótkim czasie za pośrednictwem polskiego Żyda (typ łączący w sobie cechy Shylocka i Jankiela) dostaje posadę stewarda i jeździ po rzece Kongo – oto jeden z licznych „początków”. Inny znów należy do Ligi Antybolszewickiej. Posiada jej druczki. Służy na statku niemieckim, podczas rewizji w Leningradzie zostaje aresztowany i siedzi tam w więzieniu pół roku: odstawiają go potem do macierzystego portu jego statku, Hamburga, a stamtąd wydalają w ciągu doby jako „niepożądanego cudzoziemca”. Sam delinkwent uważa to wszystko za incydent.

Wszyscy oficerowie, których poznałem byli też wybitnie sympatyczni i kulturalni. Odczuwa się jednak czasem, że ludzie ci są zbyt młodzi; albo nie dostają pracy wcale, albo zaraz stanowisko odpowiedzialne, bo przecież starych oficerów w polskiej marynarce handlowej prawie niema. Często wiec zamiast „dorabiania się” wzwyż poprzez twardą praktykę marynarska, czy pokładową, jak to zwykle bywa w innych marynarkach, -młody człowiek dostaje zaraz władzę nad ciężko pracującymi marynarzami, nie będąc zawsze w stanie wczuć się w ich położenie i potrzeby. Należy jednak przypuszczać, że z szeregów absolwentów szkoły morskiej, którzy obecnie pływają jako zwykli marynarze, powstaną sczasem przy rozroście polskiej floty handlowej świetne kadry oficerskie.

*

W północnej stronie portu znajduje się polska baza morska – Oksywie. Warto tam pojechać. Z autobusu, który okrąża całą zatokę portową, świetnie widać całe rozplanowanie tego portu i całą Gdynię w jej ślicznem, górzystem i leśnem obramowaniu. Przejeżdża się koło różnych nowopowstałych kolonij i osiedli. Widzi się kolosalne gmachy, o których nie wie się nawet, jakiemu celowi służą. Szosa przecina torfowisko, gdzie tysiące nędznie wyglądających istot, mężczyzn i kobiet, kopie dziwacznych kształtów zasieki, wydobywa i ustawia w prostokąty cegiełki torfu. Na gołem wzgórzu na północ od kotliny gdyńskiej widzimy rozrzuconą, nieprawdopodobną osadę: na spadzistym skłonie ze szczerego piasku kilkanaście kamienic, chat, baraków i pudełek, à la „dzielnica chińska”, rozrzuconych byle jak, bez planu, bez jednego drzewka. Mogłoby to być równie dobrze jakieś przedmieście Adenu. Mieszkają tam ludzie pracujący na torfowisku, w Gdyni i Oksywiu. Po chwili autobus wspina się na to północne wzgórze i wjeżdża do porządnej, niemiecko-wyglądającej wioski – dawnego Oxhöft. Wysiadam przy kościele nieraz już opisywanym. Urok jego jest naprawdę wielki. Prymitywny, wiejski gotyk, którego kontury zaokrągliły się przez wieki bielenia, pokryty jest masą barokowych i rokokowych złoceń. Odurza zapach ziół, tataraku i wysychających brzózek, tak jakby to była oktawa Zielonych Świątek. Siedząc w ławce tego kościołka pomyślałem, że to jednakże niezbity dokument polskości. Wychodzę na cudny cmentarz, który pokrywa zbocza góry schodzące do portu i morza. Poprzez drzewa i grobowce widnieje niebieski, dzisiaj prawie południowy Bałtyk, jakoś radośnie wyglądające wybrzeże, aż hen po Gdańsk, a bezpośrednio pode mną port wojenny i kilka popielatych sylwetek jednostek bojowych. Dzień jest upalny, i wszystko to wibruje w słońcu. Przysiągłbyś, że to Villefranche lub Mentona. Przyglądam się nagrobkom. Większość po polsku – nawet przedwojenne. Dużo też niemieckich: „Hier liegt Pfarrer Krupka”, „Hier liegt Wladislawa Kozłowski”, „Tu leży Warburga Müller”, i tak naprzemian snobują się to na czar egzotyki słowiańskiej, to znowu podlegają prestige’owi kultury niemieckiej.

Od cmentarza schodzę do portu wojennego. Oglądam, na ile wolno cywilowi, naszą siłę morską, oglądam gmachy marynarki utrzymane w stylu „polskim-dworcowym”: łamane dachy z czerwonej dachówki, klasyczne portyki, lichy materjał, grube mury, małe okna, dość przyjemne rozplanowanie. Naogół wszystko jak w każdym innym porcie wojennym, tylko na mniejszą skalę. Właśnie tą mniejszą skalą nie można się w Gdyni nacieszyć: tam, gdzie wydano miljony i to ze wspaniałym rezultatem, w celu nawiązania drogą morską stosunków ze światem, – wydano bez wątpienia znacznie mniej na cele wojenne. Port wojenny jest porządny, ale nie imponujący. Pokojowa Gdynia zaćmiewa zupełnie bojowe Oksywie.

*

Powróćmy teraz do Gdyni, ale nie do portu, tylko do miasta. Tu na entuzjazm miejsca jest mało, chyba że kogoś cieszy sam fakt szybkiego rozrostu. A było można zrobić coś pięknego. Położenie Gdyni jest przecie wyjątkowe, i nadarzała się jedyna sposobność stworzenia arcydzieła urbanistyki. Dziś już za późno. Sprowadzeni eksperci załamują ręce i wyjeżdżają. Główna ulica Świętojańska jest niewiadomo dlaczego załamana w dwóch miejscach. Gdzieindziej kamienica sterczy jak ząb wśród łanów żyta. Idąc tym łanem i zbierając chabry i maki, można boleśnie potknąć się o metalową płytę zamykającą wejście do kanałów miejskich. Pomiędzy ulicami Śląską i Świętojańską ruch pieszy odbywa się ścieżkami wśród zbóż. Ścieżki te najniespodziewaniej dochodzą do pięknego, kafelkami wyłożonego, elektrycznością oświetlonego tunelu pod torem kolejowym. A dalej znowu żyto.

*

Poddaję Gdynię jeszcze jednemu egzaminowi „morskości”. Czy istnieje tu życie nocne i czy to nocne życie jest portowe? Czy i jakie powstały już knajpy marynarskie? I pod tym względem, jak na początkującą, Gdynia zdaje egzamin na piątkę z plusem. Do lokalu na ulicy św. Piotra ledwo śmiem wejść w mojem zbyt burżujskiem ubraniu. Atmosfera tam jest „dobra”, gęsta od dymu, od wyziewów alkoholu, od różnych języków, wymawianych ustami niewprawnemi, prostackiemi, od nagłych możliwości konfliktów (mój znajomy utracił tam niedawno piękny okaz siekacza), od zgrzytu starego gramofonu – słowem, stylowo i świetnie. Ulica Portowa, która za dnia wygląda poprostu jak dwa najbanalniejsze rzędy kamienic, – w nocy zadziwia muzyczką, to mechaniczną, to „ręczną”, dolatującą z każdego prawie domu. Okazuje się, że jest tu szereg cichych za dnia szynków i restauracyj, które w mocy bywają otwarte aż do czwartej. Na placu Kaszubskim istnieje też wspaniale typowy lokal, gdzie wśród draperyj (o jakże oszczędnych) z czerwonego drelichu w lożach i wnękach, można zapijać piwo i wódkę, trzymając na kolanach jedną z uroczych kelnerek. Kelnerki mówią wszystkiemi językami i atmosfera portowa jest tak „dociągnięta”, że z początku samorzutność tego wszystkiego wydaje się podejrzana. Ale to tylko pierwsze wrażenie. „Tawerna” jest autentyczna. Przy jednym stoliku siedzi grupa Anglików-inteligentów, widocznie dobrze znają lokal i obsługę; w loży trzech „zalanych” sierżantów zachowuje się odpowiednio do swego stopnia służbowego i zawodu żołnierskiego. Melancholijny Włoch zanudza kelnerkę, aby zapytała się świeżo przybyłej „córy Gdyni”, siedzącej obecnie na kolanach u sierżanta, ile to wypadnie „per una volta”.

*

Wiele byłoby jeszcze do pisania o Gdyni: o jej może zbyt ostro podkreślanej polskości – gazet niemieckich nie można nabyć, choć sprzedawane są inne pisma zagraniczne; tam gdzie figurują napisy wielojęzyczne, niemiecki jest na ostatniem miejscu, gdy granica o dziesięć minut koleją; o tem jak niby popiera się polskie jachciarstwo, a naznacza się cła prohibicyjne na jachty, których w kraju nabyć nie można i przeto jachtmani narodowości polskiej będą zapewne jeździli pod obcą banderą; o barbarzyńskiej i opieszałej gospodarce w przepięknych lasach państwowych otaczających Gdynię i t. d. Takich bolączek jest, oczywiście, wiele, ale są one niczem przy wspaniałym rozmachu Gdyni.

Czy Gdańsk został skrzywdzony? Czy zasłużył na karę? Czy nie można było tańszym kosztem rozszerzyć możliwości portowych Gdańska i zjednać sobie jego kupiecko myślącej ludności? Nie mnie o tem sądzić. Ale koło czasu nie da się cofnąć. Gdynia jest faktem dokonanym. Cokolwiekby zaszło, Gdynia pozostanie pierwszorzędnym portem. Ta cecha stałości jest cechą radosną. Toteż o ile w głębi kraju mowa o „radosnej twórczości” każe nam nieraz zgrzytać zębami, tutaj w Gdyni ten zwrot przestaje być demagogicznym frazesem, przeciwnie, oparty jest na mocnym fundamencie – faktów.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close