RAFAŁ MALCZEWSKI

Podhale, ziemia ludzi wolnych

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Nie zasłynęła ziemia owa ani skarbami ukrytemi w jej wnętrzu, ani urodzajnością gleby. Na jej obszarze nie wyrosły wspaniałe miasta bogate w dzieła sztuki, pomniki pracy wielu pokoleń gromadzących skrzętnie narastający plon. Groźna i uboga, leżąca u stóp najwyższego spiętrzenia Karpat, zdana na łaskę i niełaskę wybuchających z łona Tatr żywiołowych sił, czekała przez wieki aby wypełnić zadanie i stać się źródłem mocy tak duchowej jak i cielesnej dla wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej.

Przedpole Tatr, arena górotwórczych sił, związana z geologicznym rozwojem przemian tej kalenicy dachów karpackich, uczestniczyła w globowym dramacie urabiania dzisiejszego świata górskiego. Oblewały ją morza. Szumiała egzotyczną roślinnością, dźwigała dziwaczne stwory zamierzchłych epok. Wapień namulitowy, zwany przez górali jarcem, świadczy o pracach morskiej fauny. Po jej powłoce podobno kiedyś płynęły na północ Praraba i Prasława, które później z powodu zaklęśnięcia się kotliny nowotarskiej zostały pozbawione górnego dorzecza. Ono to przypadło Dunajcowi, który drapieżną wodą wyorał sobie ujście w masywie dzisiejszych Pienin. Tatry kształtowały ostateczny charakter tej ziemi, rozwijając potężną erozję swych wód płynących. One to w epoce lodowej, w pierwszym okresie (naliczono ich cztery), miażdżyły zieloną strugą lodu jej powierzchnię aż po dzisiejsze osiedla: Czarny Dunajec, Rogożnik, Szaflary, aż po Białą i Trybsz.

Ziemia zarosła puszczą, podchodząc do skalnego grzebienia gór, nasiąkła młakami, pełna dzikiego zwierza, uległa rękom wdzierającego się w jej ostępy człowieka. Zginęły lasy sosnowo-bukowe, jawor i cis schronił się na zbocza Tatr, aby i tam częściowo paść ofiarą siekier prześladowców. W dolinie nowotarskiej ostały się torfowiska, t. zw. bory, tu i tam lasy sosnowo-smrekowe. Kosówka błotna, największa osobliwość tych miejsc, tworzy rozległe kępy, z jagód borówka i żurawina ścielą się niskim dywanem. Wzdłuż potoków i rzek gęstwi się bujna olszyna. Z płaskiego gruntu wyrastają gdzieniegdzie pasy wapiennych skalic. W kierunku Tatr ziemia poczyna falować, na pagórach ciemnieją szpilkowe lasy. Jesion, święte drzewo, stróżuje chatom mieszkańców, modrzewie wybiegają ku niebu najsubtelniejszym przędziwem igliwia. Buki i brzosty, „kwarde” i honorne, poglądają zwysoka na drżącą osikę. Duchają wiatry w srebrne czuby wierzb, puszysta limba umknęła pod opiekę krzesanic. Wytrwałe drzewo skoruszyna, czyli jarzębina, wierna tej ziemi, stroi ją całą aż po piętra kosodrzewiny w czerwień korali.

Pluszczą strumienie w duktach olszyny – to rozlewają się lustrzaną płaśnią wód. Na pobrzeżnym kamieńcu uwijają się pliszki, w gąszczu śpiewają drozdy. Przefrunie sikorka modra, najdzielniejszy śpiewak Podhala, siwarnik, gędzioli swoje trele pod pułapem z błękitu. Wścibski towarzysz osiedli, gazda-szałaśnik, pęta się wśród chałup.

W rzekach, pod bystry prąd, śpieszy się na tarło pstrąg, pojawia się łosoś, śmigają lipienie.

Dziki zwierz schronił się w Tatry. Czasem jeszcze dziki starmoszą łany, chyłkiem przekradnie się lis, pomknie zając. W koronach drzew pląsa wiewiórka ruda i czarna, kują dzięcioły. Pomniejsze stworzenia ścigane i tępione walczą o przepadłe prawa do życia.

Klimat tego obszaru, dziki i fantastyczny, sroży się lub pieści najczarowniejszym uśmiechem pogody. Lata, zasadniczo z największym opadem rocznym, potrafią czasem mijać jak jeden hymn o słońcu, to znowu piekielnemi ulewami zadusić wszelki odruch szczęścia.

Wiosna przylatuje spoza łańcucha Tatr dysząca nadmiarem sił, wzniecając w skrzepłej ziemi gorączkę rozrostu. U skraju omdlałych śniegów, na rudych, spopielałych trawach fiołkowym łanem krokusów oznajmia nieulękłą żądzę bycia. Wrażliwy kwiat, wiotki symbol istnienia, kwitnie beztrosko mimo grozy zrywających się razporaz zawiei. Rozgrzana ziemia dymi ostremi zapachami zwiędłych mchów i zielsk, wybucha szafirem goryczek. Skolei zaczyna czarować wonią górskich pierwiosnków, barwy jasnożółtej, niezapomnianie młodej i pięknej.

A potem krzyczy oszalała jarzącą zielenią buków, nad wezbranemi strumieniami zapala kaczeńce, potrząsa płoworóżowemi kotkami olch i mży puchem – zieloną koronką modrzewi. Już smagła ziemia utonęła w trawach i szczawiu. Różowe storczyki snują letnie wonie, srebrno-zielone owsy falują zbryzgane amarantem mieczyków. Ciemnieje zieleń drzew. Letnie niebo piętrzy się białemi obłokami ciężkiemi jak śmietana, zrywają się zaciekłe naremnice, sieką długotrwałe ulewy nabrzmiały dżdżami świat.

Powoli spływa z jesiennych niebios umiar i łagodna stateczność. Przędziwo babiego lata zasnuwa nietylko obszar ziemi. Jakby uniesione sennym powiewem wyciąga się w pasma chmur, lekkich i przejrzystych, w sieci żeglujące w błękitach, przetkane płową wełną baranków. Kępy drzew grają bogatą gamą gasnącej zieleni, od zgniło-żółtej do srebrno-szarej. Wkońcu spokój przyrody staje się poddaniem śmierci. Jesień, dostarczycielka nieugiętych pogód, zamiera bez nostalgicznych smętków. Jeszcze uśmiecha się słodko, jeszcze płowe pagóry krwawi bukowy liść, w jedną mroźną noc opadnie ciche listowie z jesionów, zakwitnie znowu podbiał, zimowit, przefrunie żółty motyl, i w białe kłaczki, niczem wiosenne bazie, ustroi się krzak wierzbiny.

Tatry po dniach słoty ukazują się pobielone. Razwraz bije zima taranem wichrów. Wreszcie położy się na całem Podhalu i uśmiechnie najweselszą z bajek. Iskrzące sople jak stalaktyty zwisają z okrągłych chat. W puszystym śniegu utonęły osiedla. Żółte trznadle krzątają się na przetartych drogach. Dymią potoki pod tchnieniem mrozów. Dzwonią sanki jaskrawo pomalowane. Narciarze kreślą na zboczach plątaninę śladów – krzywą gorączki sportowej, zakończoną kropką – upadkiem. Z kominów chat pióropusze dymów dźwigają się w poranne omglenia. Nocami trzaskają płazy, pękają gonty pod ciosami mrozu.

Zima nabiera sił. Atakuje kurniawami, zaduwa percie i drogi, bastjonami otacza chaty. Czasami się rozkaprysi i mija niespostrzeżenie, ślamazarna, roztopiona w szarudze i kisnącym zmięku. Umie jednak nawracać. W r. 1860 spadły śniegi 4 lipca w Zakopanem i na zboczach Gubałówki przetrwały do 11-go.

Jest jeszcze jeden potężny czynnik rozkruszający okowy mrozów. Halny wiatr. Przynosi pierwsze wieści o wiośnie, upalnym tchem przerywa ciągłość zimowych chłodów. Rozbija nad całem Podhalem bombę gorąca. Pożera śniegi, wypija stojące wody, suszy błota, pomaga słońcu w walce o prawa życia. Jesienią czyni wstręty nadchodzącej zimie, przerywa natarcia śniegów, stwarza w listopadzie złudzenie lata.

Zamieszkujący tę ziemię lud, bardziej niż który inny, zdany jest na tok spraw rozgrywających się w świecie powietrznym. Również i przybysz z „dołów”. Ten zaś umiał ocenić wartości tego obszaru, ukryte między niebem i ziemią, tkwiące w urodzie wzniesień, wód i błękitów, i nie dał się zrazić nędzą gleby i surowością górskiego klimatu. Przedewszystkiem dobrał się do niewyczerpanego skarbca -do Tatr. Ku nim ciągną pierwsi turyści z Polski. Pierwsza wzmianka o Tatrach pojawia się w akcie cesarza Henryka IV w r. 1086 w zdaniu: „Montes quibus nomen est Tatri”. W w. XIII Bolesław Wstydliwy wymienia ich nazwę w dokumencie związanym ze sprawami osadnictwa na Podhalu: „Montes qui dicuntur Tatry”. Długosz słyszał już o Białce, o Dunajcu Białym i Czarnym, o śniegach, które okrutnie dały się we znaki tatrzańskiej głuszy w roku pańskim 1276.

Pierwszy z Polaków, który opisał swoją podróż do Tatr, był Michał Chrościński, żyjący za panowania Zygmunta III. Początek tytułu rękopisu z r. 1657 brzmi: „Opisanie ciekawe gór Tatrów za Nowym Targiem, na cały świat słynących, wszelkiemi klejnotami i bogactwy ozdobionych i niezliczonemi minerałami napełnionych”… W celach naukowych odwiedza Tatry Staszic, wychodzi na Krywań i Lodowy i pisze o nich w dziele „O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski” (1815). W r. 1832 podąża ku nim Goszczyński wzdłuż Dunajca. Owocem tego wojażu „Pamiętnik podróży do Tatrów”, wydany dopiero w r. 1853. O Tatrach, z któremi poznał się pierwszy raz w r. 1835, pisze Pol wierszem i prozą, poeta i naprzemian uczony. Naprawdę odkrywa Tatry i Zakopane Chałubiński, siłę leczniczą klimatu, rozbudza ruch na Podhale i na wierchy, niewygasający od tej pory już nigdy.

Pod Giewont zjeżdża elita duchowa Polski – Witkiewicz, Matlakowski i inni krzewią kult piękna sztuki góralskiej. Strzeliste góry wyrastają do symbolu utraconej wolności:

O pustyni tatrzańska! bo na twym obszarze
Całej mojej ojczyzny – o skalna świątyni –
W tobie jednej są jeszcze – swobody ołtarze!
(Franciszek Nowicki)

W r. 1899 Zakopane otrzymuje połączenie kolejowe z dołami. Karjera Tatr zostaje utwierdzona – ziemia podhalańska uczestniczy w zyskach. Rozwijające się wspaniale taternictwo polskie otwiera wnętrze Tatr. Narciarstwo odkrywa cuda zimy.

Dzisiaj, mimo iż Tatry trzeba ochraniać przed niszczycielską zachłannością człowieka, mimo że stały się najbardziej opracowanym przez naukę i sztukę terenem, ziemia podhalańska wraz z jedynem na obszarze gniazdem skalistych gór stanowi ożywcze źródło dla umęczonego miastem człowieka, ojczyznę swobodnego oddechu. W przytłoczonych rutyną życia duszach wskrzesza wiarę w siły i wartość jednostki. Budzi radość istnienia.

Tatry w latach niewoli Polski szumiały przybywającym do ich podnóża urodzonym w niewoli, okutym w powiciu, pieśń o mocy, uczyły męstwa decyzji. Pokolenie, które walczyło o wolność ojczyzny, czerpało z wnętrza Tatr przeświadczenie o surowych prawach życia: zwycięstwo opłaca się krwią.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close