JERZY PACZKOWSKI

Podróż po Poznaniu

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

PRZYJAZD

Z dzieciństwa, z jakichś wakacyjnych czy gwiazdkowych przejazdów przez Poznań, zostało mi w pamięci niewiele: w uszach – typowo wielkopolskie r, rulowane z germańska, w oczach – wrażenie zagranicznej schludności domów i ludzi, na podniebieniu – smak wodnistego rosołu z „Hungarji” i marcepanowego tortu w gwarnej „Esplanadzie”. A w nozdrzach – żadnego zapachu.

I teraz, po tylu latach, dojeżdżając do Poznania, wychylony przez okno wagonu, mijam oczami najpierw białe i różowe domki dzielnicy willowej, ogródki, parki, zieleńce, potem szare wieże kościołów – i odświeżam wydobyte z pamięci wrażenie przydymionej jakgdyby schludności. Poznań bowiem pełen jest niedostrzegalnej, dokuczliwej sadzy, która osiada na twarzach ludzi, murach domów i parapetach okien. Wynika to – jak mi mówiono – z wadliwej konstrukcji przedwojennych kominów.

I teraz, jadąc taksówką do hotelu, przez porządne zadrzewione ulice, patrzę (niemal z rozrzewnieniem) na potworny grzyb „Wieży Górnośląskiej”, odczytuję znajome szyldy i razporaz wciągam przez nos próbki miejscowego powietrza: czy też Poznań nie nabrał zapachu? Otóż nie. Powietrze poznańskie jest jałowe, schludne i jakgdyby przepisowe. Poznań, to jedyne ze znanych mi miast, które nie pachnie niczem.

Na ulicy św. Marcina, koło posępnego zamku i uniwersytetu, czeka mnie przykra niespodzianka. Śliczny, ożywczy widok na zielone planty, zamknięte wyniosłym portalem Teatru Wielkiego, który tak pięknie odbijał się w sadzawce -zatarasowano po prostacku i po partacku pomnikiem jeszcze szpetniejszym niż pomnik Chopina w Warszawie. Jest to coś w rodzaju tryumfalnego łuku wzniesionego przez miejscowe społeczeństwo na cześć Serca Jezusowego („Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta”). Pośrodku nad schodami – parometrowej wysokości Chrystus w bogato złoconej sukience (o której długość kłócił się podobno z rzeźbiarzem Rożkiem ks. biskup Dymek). Po bokach – dwie owalne płaskorzeźby przedstawiające Piusa XI i kardynała Hlonda. Zeszpecenie najpiękniejszej perspektywy w Poznaniu kosztowało przeszło miljon złotych, nie dziw więc, że co zgryźliwsi poznańczycy, którym przynależność do organizacyj parafjalnych nie przytępiła jeszcze poczucia humoru, nazywają ten pomnik „Szafą (albo Komodą) Wdzięczności”.

„Szafa” ma odtyłu płaskorzeźbę, na której podobno w alegorycznej grupie znajduje się Paderewski, wyobrażony jako kmiotek. Nie mogłem, niestety, sprawdzić naocznie tej pikantnej pogłoski, ponieważ Aleksander Janta-Połczyński, mój miły przyjaciel i niestrudzony cicerone, nie pozwolił mi zaglądać za pomnik.

NA RATUSZU

„Szafa” staje się przedmiotem pierwszego pytania, jakie stawiam prezydentowi Poznania, p. Cyrylowi Ratajskiemu, który zechciał poświęcić mi kilka minut swego cennego czasu.

Pan Prezydent Ratajski, sympatyczny starszy pan o siwej czuprynie i energicznej twarzy amerykańskiego businessmana (niebardzo licującej z renesansową pięknością ratuszowych plafonów), krótko rozprawia się z pomnikiem Serca Jezusowego:

– Nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Pomnik ufundowało społeczeństwo, warszawski wydział kultury i sztuki zatwierdził miejsce – i stało się. Zresztą, jeżeli chodzi o pomniki, Poznań ma duże zaległości: Henryk Dąbrowski, dr. Marcinkowski, ks. Wawrzyniak – my już tego chyba nie zdążymy załatwić, może następne pokolenia…

Daj Boże – wzdycham w myśli – aby następne pokolenia okazały więcej smaku od poprzednich, którym Poznań śmiało zawdzięczać może reputację miasta brzydkich pomników. Wszelako ani wywracający się dotyłu Mickiewicz (Wł. Marcinkowskiego), odęty i dumny (może z tego, że jest pierwszym w Polsce pomnikiem narodowego wieszcza) Mickiewicz spod św. Marcina, z tak słuszną pogardą spoglądający na alegoryczne postacie wieśniacze „płci obojej”; ani „piekielnie” realistyczny ułan wielkopolski (spod kościoła franciszkanów), któremu złośliwa fantazja twórców (arch. Ballenstedta i rzeźbiarza Lubelskiego) kazała siedzieć wysoko na spienionym koniu – i metalową lancą przebijać symbolicznego smoka: ani sielska „żniwiarka”, czy „kosiarka” – Jackowskiego, którą mi chwalił p. Prezydent Ratajski; – żadna z tych spiżowych i kamiennych okropności nie może iść w paragon z pomnikiem Wilsona stojącym, dzięki kapryśnej ofiarności Paderewskiego, w jednym z poznańskich parków. Ten olbrzymi, niezdarnie rozkraczony Wilson (dłuta znanego rzeźbiarza amerykańskiego Borgluma) budzi uczucia bardzo dalekie od wdzięczności należnej Ameryce. Jest coś upokarzającego i rewoltującego w widoku kamiennej mapy Rzeczypospolitej, rozłożonej jak dywan u stóp prezydenta Stanów – jakby naprzekór żołnierzom polskim, którzy tej Rzeczypospolitej granice wyznaczali bagnetem.

Gabinet p. Prezydenta Ratajskiego nie jest jednak miejscem odpowiedniem do rozwijania tego rodzaju refleksyj, tem bardziej że wiecznie zapracowany ojciec i twórca nowoczesnego Poznania ma niewiele czasu. Niesposób już stawiać więcej pytań: kiedy zostanie zdarta z murów starego ratusza ohydna niemiecka polichromia? czemu miasto pozwoliło ks. Wacławowi Mayerowi pobudować przy starym kościele św. Marcina brzydką, pseudo-romańską i bombiastą wieżę, o której Swinarski napisał, że jest trochę w stylu Biedermayer, a trochę w stylu Wacio Mayer…? Niestety, audiencja dobiega końca. Zostaję przekazany w trybie administracyjnym baronowi Roppowi, dyrektorowi Targów Poznańskich, który obiecuje mi pokazać, jak się rozwija i jak pracuje stolica Wielkopolski.

Krótka przechadzka po starym i nowym ratuszu (typowym pomniku „kazionnego” budownictwa niemieckiego), rzut oka na ratuszowe uroki, zabytki i osobliwości (wśród których należy wymienić zawieszony w sali posiedzeń bohomaz przedstawiający powitanie marszałka Focha w r. 1923 oraz portret ostatniego niemieckiego burmistrza Poznania, ofiarowany niedawno miastu przez wdzięcznego modela) – i oto jesteśmy na Rynku Staromiejskim. Dochodzi dwunasta i jak mnie zapewnia Janta, za chwilę na wysokiej ratuszowej wieży wyskoczą zza złoconych drzwiczek dwa staroświeckie koziołki, które będą się trykały na znak że jest południe. Wsiadając do samochodu, który nas zawiezie do dyrekcji Targów, słyszę pierwsze, pompatyczne i dźwięczne uderzenie zegara.

POZNAŃ PRZY PRACY

– Rozwój Poznania, – zaczyna mówić p. dyrektor Ropp, – jak zresztą każdego miasta, idzie w parze z rozwojem środków komunikacji: najpierw był Poznań „pieszy” i „konny”, potem przybył Poznań „tramwajowy”, aż wreszcie przyszły linje autobusowe, które rozchodzą się gwiaździsto od środka miasta. Obecnie chodzi o to aby zapełnić i zabudować puste przestrzenie między ramionami autobusowej gwiazdy. Powstają tam, zgodnie z poznańską tradycją, nowe ogrody i zieleńce. Dzięki staraniom dyr. Marcińca, który rozwinął i zmodernizował ogrodownictwo miejskie, Poznań pozyskał świeżo cztery duże parki i ogród botaniczny. Przy tej okazji wymienić należy największą w Polsce szkołę ogrodniczą. Pełnemu rozwojowi miasta stoją na przeszkodzie budynki, pozostałe po Powszechnej Wystawie Krajowej. Mieszkają w nich obecnie bezdomni i bezrobotni.

Jeśli już mowa o bezrobotnych, których mamy w Poznaniu 12 000, warto podkreślić ciekawy i specyficznie poznański eksperyment społeczny, wzorowany zresztą na niemieckim systemie t. zw. „Laubenpolitik”. Z inicjatywy dyr. Marcińca osadza się rodziny bezrobotnych na miejskim folwarku Naramowice. Każda rodzina dostaje 1 000 m2 gruntu na ogródek i 2 000 zł. na budowę domku (pożyczkę tę spłaca dłużnik pracując 2 tygodnie rocznie na rzecz miasta). Przekonaliśmy się, że w tych warunkach rodzina bezrobotnego może się sama wyżywić przez 36 tygodni w roku. A zatem zamiast utrzymywać tych ludzi przez cały rok, dopomaga się im tylko przez 14 tygodni.

Dotychczas osadzono w Naramowicach 20 takich rodzin, na jesieni przybędzie 50. Tym eksperymentem Poznań może się śmiało szczycić! Obecnie odbywa się u nas specjalny kurs dla instruktorów społecznych z całej Polski.

Oto jest drugi i wobec kryzysu, najważniejszy dział naszej pracy. Trzecia dziedzina, to opieka nad dzieckiem, obejmująca szkoły ochroniarskie, t. zw. „dziecince”, czyli idealne ogrody dla dzieci, wreszcie przychodnie dla dzieci – jest ich 8 – i rozdzielnie mleka z miejskich folwarków. Rozdzielni takich jest w Poznaniu 11. Niezamożne rodziny otrzymują mleko bezpłatnie.

*

Rozwój i pracę Poznania obrazuje doskonale kilka pomysłowych urządzeń, które oglądam w muzeum miejskiem, w gmachu dyrekcji Targów. Wielki plan m. Poznania, cały ze szkła. Zapalające się automatycznie lampki, umieszczone styłu, oświetlają dzielnice, które przybywały kolejno, od X w. aż po ostatnie lata. Drugi plan, tym razem z drzewa czy metalu, upstrzony jest różnokolorowemi lampkami. Każdy kolor odpowiada jakiejś instytucji miejskiej, np. stacjom pogotowia lub szpitalom. Przekręciwszy odpowiedni kontakt, mogę się z łatwością dowiedzieć, ile jest w Poznaniu ustępów podziemnych, czyli, jak mówią poznańczycy, katakumb.

W muzeum m. Poznania, obok interesujących modeli i planów, obok starych pamiątek, sztychów i obrazów, jest pewna osobliwość, o której godzi się wspomnieć. Tuż przy sali Kasprowicza znajduje się izba, która jest absolutnie wierną kopją gabinetu poety na Harendzie. Wspaniałe książki na sosnowych półkach, na biureczku niedokończone notatki i list jakby dopiero co otwarty, kapelusz na gwoździu i laska oparta o kominek. Specjalnie z Poronina sprowadzeni górale pracowali pod kierunkiem p. Kasprowiczowej, aby nadać tej kopji rozrzewniającą autentyczność oryginału.

Stary woźny muzeum, zapalając jakieś misterne światła za fałszywemi oknami, objaśnia z namaszczeniem:

– Tak wyglądało na Harendzie, kiedy słońce zachodziło nad domem ś. p. Jana Kasprowicza… A tak (pstryk!) kiedy było południe…

Cały Poznań jest w tej elektrycznej instalacji.

*

Samochód z herbami m. Poznania zawozi nas do ogrodu botanicznego. Wzdrygnąwszy się raz jeszcze przed pomnikiem Wilsona, wchodzę do olbrzymiej palmiarni miejskiej, która, nawiasem mówiąc, zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem wielkości. Kwitną tam olbrzymie kaktusy, owocują cytryny, kwiaty „Victoria Regia” strzelają w górę spomiędzy okrągłych liści większych niż kawiarniane stoliki. Po wilgotnych kamieniach basenu niezdarnie łażą młode aligatory. W głębi, pod sztucznym wodospadem, drzemie piękna „Ewa” Wittiga, ukryta wśród zieleni, iżby swoją nagością nie gorszyła wstydliwych obywateli.

Po dusznym, podzwrotnikowym klimacie palmiarni, lipcowe powietrze na dworze wydaje się pełne wiosennej rzeźwości. Jedziemy dalej.

Samochód przecina tereny P. W. K., gdzie, jak wiadomo, mieści się obecnie t. zw. „Wesołe Miasteczko”. Nie będę zaglądał do wnętrza tych obdrapanych i byle czem połatanych budynków. Mieszkańcy ich nie lubią robić widowiska ze swojej nędzy. Na jednym z najbardziej zrujnowanych pawilonów odczytuję napis „Ziemianki i włościanki”. Trudno o lepszy symbol.

Miasto okrążyło opustoszałą wystawę i poszło dalej. Z okien samochodu obserwuję rozmach, z jakim Poznań zapełnia puste miejsca między ramionami autobusowych traktów.

– W ostatnich czasach powstało tu 400 domków z ogródkami – objaśnia niezmordowany dyr. Ropp. – Na wytyczonych ulicach miasto zakłada przewody kanalizacyjne, gazowe i elektryczne, stawia latarnie i układa bruki. Jak się ulica zabuduje, wtedy na bruk przychodzi asfalt (czyż trzeba dodawać, że w tem miejscu westchnął we mnie obywatel m. st. Warszawy?).

Równiutka, „tymczasowo” zabrukowana ulica prowadzi nas przed bramę wielkiego ogrodu. Oto ostatni etap naszej przejażdżki – szkoła ogrodnicza, którą Poznań zawdzięcza niespożytej energji dyr. Zembala. Zbudował ją dosłownie bez grosza subsydium. Najpierw założył ogród, potem sprzedawał owoce i kwiaty, wreszcie zaczął fabrykować konfitury, konserwy, wina, napoje bezalkoholowe i t. d. Tak powstała największa w Polsce szkoła ogrodnicza.

LUDZIE I KNAJPY

Ludzie poznańscy są jak ich domy: czyści, przyzwoici i wzajem do siebie podobni. Chodzą po ulicach w sposób przepisowy, roztropnie i bez pośpiechu, śmieją się w sposób umiarkowany i uprzejmie odpowiadają na pytania. W tłumie poznańskim nie widzi się nędzarzy, jeden jedyny żebrak, jakiego spotkałem, zresztą późnym wieczorem, był pijany jak bela i śpiewał „Gaudeamus igitur”.

Takie są oto powszednie, uliczne pozory, pod któremi staram się wypatrzyć i zbadać nieznane mi bliżej indywidualności i charaktery.

– Jeżeli chodzi o ludzi, trudno mówić o jakimś jednym Poznaniu. Takich Poznaniów jest kilka – mówi do mnie Stanisław Wasylewski, którego miałem zaszczyt poznać w gościnnym domu pp. Janta-Połczyńskich. – Poznań starego pokolenia, który zaciekle broni swego stanu posiadania, swoich tradycyj, przesądów, obyczajów, i Poznań młodszy, który powoli nasiąka wpływami Kongresówki i Galicji. Poznań subjektów, który wieczorami siaduje w „Esplanadzie”. Poznań rzemieślników – chce ich pan poznać?

Niech pan pojedzie któregoś wieczora do pierwszej lepszej restauracji podmiejskiej na „wieprzobicie z koncertem”. Niech pan się im przyjrzy, jak tańczą poloneza. Muzyka gra bardzo wolno, a oni chodzą po ogródku z lampjonami w rękach i kiwają się na wszystkie strony, bardzo dumni, że tańczą poloneza. Jest jeszcze Poznań kucharek (bo nigdzie chyba stany nie są tak ściśle rozgraniczone), także dosyć ciekawy. Miałem kiedyś kucharkę, której jedynem marzeniem życiowem był piękny pogrzeb. To bardzo typowe dla Poznania. Płaciła na różne stowarzyszenia 9 zł. miesięcznie. Każde stowarzyszenie musi przysłać na pogrzeb osoby „ubezpieczonej” delegację w cylindrach i z wieńcem. Im więcej delegacyj, tem piękniejszy pogrzeb. Stosunek tych ludzi do reszty kraju jest nieufny i pogardliwy. Znałem stolarza, który uważał, że obraz Matki Boskiej Częstochowskiej należałoby przenieść do Poznania „Bo tam jej uczcić po ludzku nie potrafią, nawet kolorowemi lampkami obrazu nie ubrali!”.

Nie miałem, niestety, okazji pojechania na „wieprzobicie” ani rozmawiania z kucharkami, do czego od dzieciństwa mam wielką inklinację. Subjektów obserwowałem w kawiarniach i knajpach.

Trudno znaleźć w Poznaniu dom bez kawiarni, knajpy albo lokalu, który w przedwojennej Warszawie nazywano „piwogrodkiem”. W ogródkach poznańskich wieczorami muzyka gra cygańskie romanse a słuchacze, jedząc tort z bitą śmietaną, rozmarzają się w sposób dystyngowany i ogólnie przyjęty. Nikt nie wtóruje muzyce śpiewem ani gwizdem, nikt nie wybija taktu kuflem o marmur stolika, nikt nie ulega atakom słowiańskiej melancholji. A przecież poznańczycy bardzo lubią muzykę. Późnym wieczorem, przed werandą „Esplanady” gromadzi się tłum melomanów, którzy stoją całemi godzinami, zasłuchani, milczący, nieruchomi. W tłumie przewijają się mali gazeciarze, i razporaz, wśród ogólnego skupienia rozlegają się cienkie dziecięce głosiki: „Pod pręgierz, przeciwko Żydom”.

– Odejdź, – mówię, – sam jestem Żydem!

Ale mały gazeciarz nie chce mi uwierzyć.

ŻYCIE NOCNE

Życie nocne w Poznaniu, to nie jest oczywiście „Bazar”, gdzie się jada najlepsze w tem mieście obiady i gdzie można jeszcze napotkać szczątkowe okazy wielkopolskiego ziemiaństwa: śmiesznie, z niemiecka podgolonych panów w krótkich spodniach (mam ochotę powiedzieć: majtkach) i wełnianych lub jedwabnych pończochach. „Bazar” dawno już przeżył dni swojej świetności, ale mimo tradycyjnego bojkotu ze strony poznańskiego mieszczaństwa, trzyma się na wysokim poziomie. Opowiadano mi, że na I piętrze w „Bazarze” mieści się klub towarzyski z czytelnią. Pomimo iż do tego klubu nikt nie przychodzi, czytelnia stale zaopatrzona jest we wszystkie pisma krajowe i zagraniczne. Poznański „fason”!

Życie nocne to nie jest ani „Moulin Rouge” na ul. Kantaka, nieudolna kopja warszawskiej „Adrii”, „Moulin Rouge”, gdzie tańczą znajome z Warszawy fordanserki, ani nawet dancing w passażu „Apollo”, gdzie „whisky and soda” kosztuje dwa razy taniej niż w Warszawie.

Życie nocne Poznania, to przedewszystkiem plac Wolności, który od 11-ej wieczorem z całą słusznością nazywany jest placem Wolnej Miłości. To przedewszystkiem nieprzeliczone knajpy i knajpki nocne na Starem Mieście i na peryferjach: „Metropol”, „Roma”, „Pod Bachusem”… więcej grzechów nie pamiętam.

Do nich to ciągniemy ciepłym, dusznym wieczorem, kiedy nic nie zachęca do picia wódki i nic nie zaprasza do zabawy oprócz słabej nadziei, że rankiem zrobi się chłodniej. Idziemy schodkami spod zamku Przemysława a potem wdół jakąś wąską starą uliczką, która nagle odsłania czarującą perspektywę stanisławowskiego odwachu.

Zostawiamy po lewej ręce pałac Działyńskich (od jesieni siedzibę poznańskiego Związku Literatów) i oto znów jesteśmy na rynku Starego Miasta.

Wszystkie knajpy są do siebie bliźniaczo podobne. Bufet z błyszczącem okuciem, za bufetem gruba dama, albo gruby pan, który napewno należy do Bractwa Strzelców Kurkowych. Kilka stolików, paru gości, fortepian, czasem radjo. Przy jednym dużym stole, gdzieś w kącie – kilka brzydkich i jaskrawo ubranych kobiet. To „fordanserki”.

Nie trzeba ich prosić do siebie przez kelnera – to nie są warszawskie „hrabiny”. Wystarczy mrugnąć okiem – same przychodzą.

W głębi, pod jedną ze ścian, jaknajbliżej „parkietu”, gdzie się tańczy, mieści się instytucja specyficznie poznańska, której nazwa na niektórych szyldach dość osobliwie rymuje się z popularnem zdaniem: „Tu się jada jak u matki”.

Są to t. zw. „separatki”, czyli „boksy”, inaczej mówiąc, poznańskie „gabinety”, w których miejscowa młodzież lubi się czasem wyszumieć.

„Boksy” wyglądają zzewnątrz jak szafy z zasuwanemi drzwiami. Czasem zamiast drzwi są gęste firanki, które można zapiąć zupełnie szczelnie. W niektórych knajpach długi rząd „boksów” zajmuje niemal trzy czwarte lokalu, upodabniając go do kolejowego wagonu.

Wewnątrz takiej separatki – notuję to jedynie z obowiązku dziennikarskiego – mieści się stół, kanapka, krzesło i więcej nic, bo niema miejsca.

Orkiestra gra jakieś stare warszawskie tango. Kelner gasi światło i puszcza kolorowe reflektory. Kilka par niemrawo i tępo depcze sobie po nogach. Dwie „fordanserki”, chcąc podniecić samotnych gości, biorąc się wpół i tańczą z argentyńskim nieledwie temperamentem.

Muzyka cichnie. Kelner zapala światło. W pełnem świetle, na oczach wszystkich, jakaś para przenosi się do „boksu”. Kelner niesie za niemi karafkę wódki i ogórek. Potem zasuwa drzwi i wywiesza na nich kartkę z napisem „Zajęte”.

Robi się duszno. Wychodzimy na ulicę. Miasto w pierwszych przebłyskach świtu wygląda jakby było nad morzem. Może dlatego, że w każdej z tych knajp jest coś z portowej tawerny.

Mówią mi, że jest tu gdzieś na Długiej czy na Kwiatowej spelunka „Złota Rybka”, w której się schodzą dziwki i kelnerzy. Otwarta od 4-tej rano do 12-ej w południe. Servus! Nie mam zamiaru czekać do 4-ej!

Idziemy przez Górną Wildę znużeni i senni.

Robi się zupełnie widno. Na niskiem żelaznem ogrodzeniu trawnika siedzi kilka skulonych, zaspanych dziewczyn. Wśród nich, w tej samej pozycji, jakiś niepokojąco mały kształt zakończony granatowym beretem.

Zmówiwszy w duchu krótki paciorek do pani Wandy Melcer, podchodzę bliżej. Na oko – 12 lat. Twarz jak piąstka, pożółkła i zła. W chudych, brudnych palcach nienapoczęty papieros.

Podaję jej zapaloną zapałkę.

– Ile masz lat?

Odpowiedź tego dziecka jest równie wulgarna co trafna. Może to racja, że tu nie chodzi o lata! Przecież niedalej niż w r. 1932 trzej dzielni i zapewne bogobojni poznaniacy mieli proces o czyny nierządne z nieletniemi (główny świadek oskarżenia miał 11 lat!) i zostali skazani przez sądy.

Mała nie chce powiedzieć wiele ma lat, to znaczy, że ma ich za mało. Mieszka kątem u siostry – mężatki. Za parawanem.

Cena: zł. 1,50.

WIZYTA U JANA KUGLINA

Gdyby kiedykolwiek Poznań miał zostać Sodomą czy Gomorą (w tem mieście wszystko jest możliwe) – wartoby go było ocalić dla jednego sprawiedliwego. (Nie mówię o moich znajomych i przyjaciołach – bo to się samo przez się rozumie). Tym sprawiedliwym jest Jan Wilhelm Kuglin z Bogumina.

Niema chyba w Polsce miłośnika książek i poezji, któryby nie znał tego nazwiska. Kuglin znaczy tyle co piękna książka.

Ten drukarz, opętany urokiem swego rzemiosła, sam składa, tłoczy i ozdabia swoje śliczne tomiki, które potem wydaje, jakby naprzekór obojętności społeczeństwa.

Zapoczątkował poetycką „Bibljotekę 120″. Nie poszła. Wydał ze 20 tomików Zegadłowicza. Nie poszło. Z okazji 80-lecia Wyczółkowskiego wydał księgę pamiątkową, którą zdobi 10 wspaniałych plansz wykonanych zupełnie nową i bardzo kosztowną techniką, t. zw. „filmodrukiem”. Podczas wystawy jubileuszowej zakupiono zaledwie kilkanaście egzemplarzy.

Ale Kuglin jest uparty jak każdy Ślązak. A przytem ma wielkopańskie maniery. W r. 1933 wydał nieznany poemat śląski Walentego Roździeńskiego (1612) p. t. „Officina Ferraria albo Huta i Warstat z Kuźniami Szlachetnego Dzieła Żelaznego”.

Zwrócił się Kuglin do województwa śląskiego, żeby zakupiło pewną ilość egzemplarzy i w ten sposób pokryło koszty wydania książki. Kiedy województwo odmówiło, Kuglin ofiarował 600 egzemplarzy czytelnikom czasopisma „Zaranie Śląskie” – zupełnie bezpłatnie.

Obecnie wydaje „Bibljotekę Jana Kuglina”. Nakład każdej książki (składanej antykwą Półtawskiego i wydanej w formacie in quarto) wynosi 30 egzemplarzy – na wzór paryskich „Introuvables”. Ukazały się dotychczas cztery tomy: Kasprowicz, dwa Zegadłowicze i Eminescu w przekładzie Zegadłowicza.

POWRÓT

Z kilkoma kuglinowskiemi tomikami pod pachą wracam z Poznania do Warszawy.

I znowu, jadąc na dworzec, odczytuję znajome szyldy, wśród których próżnobym szukał tradycyjnego „usztywniania męskich przodków”, znowu patrzę (już bez rozrzewnienia) na „Wieżę Górnośląską” i wciągam przez nos ostatnie próbki poznańskiego powietrza.

Nie patrzę z okna wagonu na Poznań, który mnie mija i zostaje nad Wartą. Siedzę w kącie przedziału i myślę: jakie jest właściwie to miasto, od którego odjeżdżam?

Miasto brzydkich pomników, schludnych domów i przyzwoitych ludzi.

Właśnie dwóch takich jedzie w tym samym przedziale. Zdjęli marynarki, bo im gorąco i siedzą „en bras de chemise” z szelkami na wierzchu. Rozprawiają o czemś zapamiętale, z germańska rulują r i mieszają niemczyznę z polszczyzną.

…Miasto, którego nie mógłbym polubić jak Krakowa, ani zakochać się w od pierwszego wejrzenia – jak w Wilnie.

– Telefonuje i beszweruje się na nas. Alle zurück gezogen! Rozmiesz pan: Alle zurück gezogen!

…Miasto, w którem nawet powietrze jest jałowe, miasto, które nie ma swojego zapachu, które nie pachnie niczem.

Zasypiam, nie wymyśliwszy nic mądrego. Budzi mnie głośniejszy urywek rozmowy moich sąsiadów:

– Te smrodziciele zostaną sami! Es braucht nicht viel zu sein!

Ale już przez otwarte okno, razem i gwarem, który wydaje mi się śpiewny, wpada do wagonu smuga znajomego zaduchu.

Warszawa, Warszawa.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close