Podróż społeczna po Polsce

Konrad Wrzos. Oko w oko z kryzysem. Repartaż z podróży po Polsce. Fotomontaż okładki art. mal. Jerzego Zaruby. Warszawa, F. Hoesick, 1933; str. 378 i 6nl.

Jesteśmy w pełni sezonu turystycznego; poznajemy Polskę od Tatr po Hel; od jeziora Żarnowskiego do Trockiego, wędrując autem, kajakiem, pieszo, a najchętniej pociągiem „bridż-dancing”. Oglądamy główne ulice pięciu naszych stolic, historyczne gmachy, wspaniałe kościoły, ruiny zamków; zachwycamy się – jeśli nie w naturze, to przynajmniej na fotografiach, umieszczonych po wagonach kolejowych i tramwajowych, – pejzażami górskiemi i rozległemi perspektywami nizin, ale nie mamy pojęcia o współczesnej Polsce żywej: pracującej i żebrzącej, cierpiącej i walczącej, zatroskanej i zrozpaczonej.

Taką społeczną panoramę naszego państwa roztacza przed oczami czytelników p. Konrad Wrzos w książce p. t. „Oko w oko z kryzysem”. Młody ten i niezwykle uzdolniony dziennikarz, znany dotychczas ze świetnych reportaży politycznych, powziął ambitny zamiar dania plastycznego obrazu Polski podczas kryzysu i dokonał tego zadania z sumiennością i talentem.

Za jego pośrednictwem zwiedzamy kolejno: podwarszawski Annopol – ośmiotysięczne schronisko dla bezdomnych stolicy, sławne Bałuty – tradycyjne gniazdo nędzy i zbrodni, wymierające śmiercią głodową Zawiercie, „biedaszyby” pod Katowicami, opuszczone huty i zalane kopalnie zagłębia węglowego, borykające się z trudnościami kryzysowemi wzorowo urządzone Mościce i biedne miasteczko krawców-chałupników Brzeziny; dalej gościmy w wielkopańskim, nieopalanym zimą i liczącym się z każdym groszem zamku nieświeskim, odwiedzamy świetnie zagospodarowany, a robiący bokami majątek przy zachodniej granicy i upadające dwory posiadaczy olbrzymich obszarów na kresach wschodnich, zaglądamy do chat włościańskich zarówno pod Baranowiczami jak i pod Kępnem wielkopolskiem, wstępujemy do statecznych domów handlowych i do mizernych sklepików, schodzimy w podziemia skarbców Banku Polskiego, dostajemy się do przytułku noclegowego, wizytujemy nawet więzienie na Pawiaku, aby znów odetchnąć świeżem powietrzem Białowieży, – słowem, oglądamy całą Polskę w jej drastycznych i najciekawszych objektach, docieramy do odległych i zasłoniętych przed okiem ludzkiem zakątków, aby poznać faktyczny stan rzeczy.

Inne to krajoznawstwo od propagowanego w wagonach i na pocztówkach. Fragmenty jego mieliśmy już to tu, to tam – z Żyrardowa, z Piotrkowa, z dalszych dzielnic Warszawy. Takiego jednak ogólnopaństwowego, snującego się przez czterysta blisko stron książki, wstrząsającego filmu, jaki zmontował p. Wrzos, jeszcze w piśmiennictwie polskiem nie było. Robi on tem większe wrażenie, że składa się z realnych obrazów – bez uogólniania, bez moralizatorstwa, bez podmalowywania. Naga prawda wystarczy.

Jedyny środek artystyczny, którym posługuje się ten fotograf literacki, – to zestawianie kontrastów. Widać to już z samego układu książki, gdzie po Annopolu, mającym wspólne pomieszczenia na 14 rodzin, następuje Nieśwież ze 168 pokojami dla jednego pana, a po opisie pracy na „biedaszybach” idzie rozdział o koncernach węglowych, których kierownicy pobierają tytułem miesięcznej pensji taką sumę, jakiej górnik nie zarobiłby przez sto lat pracy!

Operowanie kontrastami, jako metoda pisarska, występuje też w poszczególnych ustępach feljetonów p. Wrzosa. Oto np. obrazek z Urzędu Pośrednictwa Pracy w Warszawie. Wynędzniały, głodny bezrobotny stanął w oknie urzędu i patrzy przez brudną szybę. „Za szybą, na przeciwległej stronie ulicy, są hale targowe, t. zw. Mirowskie. Na wózkach poukładane owoce i jarzyny; barwne piramidki z jabłek i pomarańcz nęcą oko. Handlarze głośno zachwalają swój towar”…

Wprawne oko dziennikarza umie wszędzie wyłowić paradoksy życiowe. W instytucji, wydającej na Pradze zasiłki bezrobotnym, przeciętnie 1.87 zł. na osobę, wisi napis: „Myjcie owoce przed jedzeniem”, a pod nim ilustracja, przedstawająca pomarańcze, winogrona i banany (jedna pomarańcz kosztuje złotego, banan – 60 groszy) – oto najpożyteczniejsza wskazówka higjeniczna dla bezrobotnych!

Zwiedzając zamek nieświeski, nasz autor znalazł się w kuchni: „Dwadzieścia jeden – notuje – wielkich rondli miedzianych stało obok siebie na półce bez użytku”.

Konrad Wrzos ma nietylko dobre oko. Ma też dobre wiadomości – zna ludzi, ich curriculum vitae. Wyjaśnia to wiele rzeczy zrazu niezrozumiałych. Badając niezwykłą rozpiętość cen węgla górnośląskiego, którego tonna w kopalni kosztuje 12-16 zł., w koncernach 24-40 (zależnie od gatunku), a w Warszawie – 64 zł, p. Wrzos trafił do dyrektora konwencji węglowej, p. Cybulskiego. „Był on poprzednio dyrektorem departamentu hutniczo-górniczego w ministerstwie przemysłu i handlu. Od dnia opuszczenia ministerstwa, t. j. od dn. 1 kwietnia 1931 r., p. Cybulski kieruje konwencją”.

Z tej lakonicznej, ale prawdziwie sensacyjnej wzmianki wynika, że p. Cybulski aż do powyższej daty reprezentował rząd wobec uroszczeń właścicieli kopalń i miał obowiązek bronienia dobra publicznego; poczem zrobił „prima aprilis” rządowi i z punktu wystąpił wobec niego w imieniu przemysłu węglowego i w jego interesie. Pan Cybulski jest wielkim znawcą spraw węglowych i wciąż pracuje w węglu. Tylko zmienił kierunek swych zabiegów.

Tę sprawę węglową, jedną z najbardziej tajemniczych w Polsce, stara się p. Wrzos rozwikłać. Rozdziały jej poświęcone należą do najciekawszych. Wynika z nich że niemieccy właściciele kopalń górnośląskich rujnują je celowo, aby powiększyć u nas bezrobocie, nędzę, niezadowolenie mas i ferment polityczny, ciągnąc jednocześnie – przy pomocy kunsztownego systemu koncernów, wspólnot interesów i operacyj bankowych – kolosalne zyski i podtrzymując niemi przemysł niemiecki. Teraz pojmiemy, dlaczego dyrektorzy tych koncernów, Polacy z pochodzenia, są sowicie opłacani. Słuszne p. Wrzos ma wątpliwości za co wyznacza się tak wysokie honorarja: za pracę, czy za sumienie?

Lubując się w kontrastach, p. Wrzos wprost z Katowic przenosi się do Mościc, gdzie panuje zupełnie inny duch: poczucie obowiązku społecznego, bezinteresowność w pracy, troska o dobro państwa. Rządzi tam i nadaje ton p. inż. Kwiatkowski, b. minister przemysłu i handlu, który umie łączyć racjonalną gospodarkę z uczuciami obywatelskiemi i przestrzega w swej działalności zasad równowagi i umiaru.

– Celujemy w krańcowościach – skarży się autor „Dysproporcyj” p. Wrzosowi, powracając do myśli, którym poświęcił swoje kapitalne dzieło.

Nie możemy jednak zbyt długo zatrzymać się w tym jedynym może unormowanym punkcie gospodarki polskiej, którego opisowi poświęca p. Wrzos dwa entuzjastyczne rozdziały. Wracamy do krainy absurdów.

Jesteśmy w Łodzi – ognisku kryzysu, w wielkiej sali restauracyjnej pierwszorzędnego hotelu: „Przy pięciu stolikach siedziało 11 skromnie ubranych gości. Wśród gości uwijało się 11 kelnerów we frakach. Wysmokingowana orkiestra, składająca się z 10 muzyków, grała rumbę. W głębi sali przy barze, siedziały 4 tancerki”… – Kilkadziesiąt osób zatrudnionych dla 11 gości. Czyż to nie jaskrawa dysproporcja?

Pan prezes Geyer w wywiadzie udzielonym p. Wrzosowi poddał interesującej analizie sytuację przemysłu włókienniczego, dowodząc, że rozpiętość między cenami produktów rolnych a tkanin wypada na niekorzyść wyrobów bawełnianych i że największem nieszczęściem Łodzi jest „przemysł anonimowy”, t, j. chałupnicy. Nie mają oni żadnych wydatków handlowych, nie płacą podatków ani świadczeń socjalnych, a przedewszystkiem zadowalają się minimalnym zarobkiem. Co tu mówić! Chałupnicy przymierają głodem. W samej Łodzi jest ich 15.000 tkaczy, w Brzezinach – 6.000 krawców. Za uszycie pary spodni otrzymują oni 25 groszy, za uszycie marynarki – 1 zł, „Takich spodni szyje się dziennie 25 sztuk, pracując 12 do 14 godzin”.

A oto opis typowego mieszkania tkacza łódzkiego: „Dwa krosna oddzielone są szafą od reszty. W tej niskiej „reszcie” stoją trzy łóżka, stół i kołowrotek. Przy kołowrotku siedzi stara kobieta. Mąż jej leży w łóżku; ma lat 55, pracuje od 7-go roku życia. Jest już zmęczony, i należałby mu się odpoczynek, ale musi pracować. Kiedy mówi o swem życiu, kaszle. Ten suchy kaszel i zapadła klatka piersiowa mówią o chorobie zawodowej tkacza; żywy obraz hauptmannowski”.

Ani Brzeziny, ani Bałuty nie są jednak w naj tragiczniejszem położeniu. Jeszcze tam ludzie pracują, jeszcze cośniecoś zarabiają. Skrajną nędzę widzi się dopiero w Zawierciu. W mieście, liczącem 32.000 mieszkańców, 3/4 ludności jest na utrzymaniu opieki społecznej. „Wydaje ona na każdą głowę miesięcznie… 4 zł, czyli 13,2 grosza dziennie!”. Opis życia tych ludzi przypomina najstraszniejsze obrazy położenia robotników angielskich przed stu laty, cytowane w klasycznej pracy Engelsa. Oto jedno z mieszkań, zwiedzonych przez p. Wrzosa: „W pokoju śpi 11 osób. Stoją tu 3 łóżka i kołyska. W kołysce tej śpi pięciomiesięczne dziecko gospodarza. Maleństwo domaga się pokarmu. Matka nie może go dać. Jej pożywienie składa się z kartofli i wody. Kartofle w tym domu jada się trzy razy dziennie”.

W innym domu p. Wrzos spytał czteroletniego Kazia, czem się odżywia. Odpowiedź brzmiała: „kartoflami, kapustą, chlebem. Kazio wielu rzeczy nie widział jeszcze. Nie widział naprzykład cukru”…

Jak brak pracy dla robotników odbija się na innych zawodach? Pan Wrzos pisze: „Wstąpiłem w Zawierciu do krawca i sklepu z ubraniami, do szewca i fryzjera. Krawiec powiedział mi, że w styczniu 1928 r. jego zarobek miesięczny wynosił 800 zł, w stycznia 1933 r. – 4 zł. Ubranie na ul. Warszawskiej kosztuje 25 – 40 zł. Szewc odpowiedział mi, że zarobek jego spadł ze 150 zł. tygodniowo do 10 zł. Fryzjer oświadczył, że dochody jego zmniejszyły się o 85%”.

Tak żyje miasto polskie. A co się dzieje na wsi? Przedewszystkiem, jak się ona odżywia?

– Na śniadanie, obiad i kolację jemy polewkę z mleka i mąki, kartofle i chleb, -oświadcza gospodarz na 20 ha, sołtys w Droszkach, typowej wsi województw zachodnich, posiadającej większość domków murowanych, główną ulicę wybrukowaną kostką, dwie szkoły.

„Komornik” w tej samej wsi ma się znacznie gorzej:

– Jemy na śniadanie zupę z ziemniaków, na obiad „knule” z ziemniaków, na kolację zupę z ziemniaków.

Kartofel, to podstawowe pożywienie w całej Polsce. Na drugim bowiem krańcu Rzeczypospolitej, we wsi Saska Lipka o 7 km. od Nieświeża, 14-morgowy gospodarz na to samo pytanie o menu całodzienne odpowiada:

– Na śniadanie ziemniaki z mlekiem, na obiad ziemniaki z kapustą, na kolację ziemniaki z piecyka, do którego się odstawia te, które zostały z obiadu, wreszcie chleb i mleko.

Przeciętnie kupuje się w tym domu funt cukru na miesiąc – dla 5 osób. Inne potrzeby są jeszcze skromniejsze. Za opał służą krzaki jodłowca, drzewo przyniesione z lasu, „chyrka”; węgla nie używa się wcale. Izbę oświetla się „karpią” albo łuczywem, przeważnie jednak „siedzi się pociemku i o zmroku idzie człowiek spać”… „Bieliznę szyje się samemu, buty się robi samemu, kożuch nosi się stary, nowego się nie kupuje”.

Toteż właściciel sklepu kolonjalnego w Kępnie, sporem miasteczku wielkopolskiem, skarży się p. Wrzosowi:

– W r. 1928/9 chłop kupował 1,5 kilo cukru, 1/2 kilo soli, 1/2 kilo kaszy i mydło. W r. 1933 kupuje 1/4 kilo cukru, 1/2 kilo soli; kawy, herbaty, mydła – wcale. Papierosy i wódka spadły do 25%.

A jakżeż jest z większą własnością ziemską? W pobliżu tego samego Kępna nasz autor zwiedza 22-włókowy, pięknie zagospodarowany majątek:

„Z 18 pokoi – 14 jest nieopalanych i zamkniętych”; ale „stół dobrze zastawiony: szynka, jajka, pieczywo, jam. Czy coś kupiono w mieście? Wszystko pochodziło z własnego gospodarstwa, kupuje się tylko sól, cukier i herbatę, zresztą najtańszą, węgiel i naftę, ale to w minimalnych ilościach”… „W r. 1928/9 na dom wydawano 12.000 rocznie, w r. 1930/1 – 7.600, w r. 1932 – 4.000. Jaki będzie r. 1933?” – jest to już retoryczne pytanie. Z cyfr obserwujemy gwałtowny spadek wydatków. „Zwolniono szofera, odstawiono samochód do garażu, zredukowano ogrodnika i jedną osobę ze służby… Dawniej na folwarku pracowało 14 rodzin, wynosiło to 70 osób, teraz pracuje 7 rodzin, co stanowi 32 osoby”.

Odkryliśmy tu tajniki bezrobocia na wsi, które nie jest objęte żadną statystyką, ani rejestrowane w żadnem biurze.

Niedostatek zajrzał nawet do magnackich pałaców. Ze 168 pokojów zamku nieświeskiego 140 jest zamkniętych i nieogrzewanych. „Wypłata tygodniowa na utrzymanie domu wynosiła w 1929 r. 500 -600 zł, obecnie wynosi 100 – 120 zł… Dziś utrzymanie na osobę wynosi na zamku 1.75 zł., dawniej wynosiło conajmniej pięć razy tyle”.

Źle się też powodzi sąsiadom księcia-pana. W budżecie emerytowanego pułkownika 300-złotowa emerytura wojskowa stanowi ważniejszą pozycję, aniżeli dochód z 500 ha ziemi. Pan baron powiada, że pracuje od świtu do nocy i nie może zarobić na siebie 200 zł. Nie może też pozwolić sobie na wyjazd do Warszawy, a jedyny „luksus”, to gazeta, którą abonuje.

Stajemy tu istotnie „oko w oko z kryzysem”. Wieś i dwór mają wprawdzie co jeść, ale nie mają ani grosza na zakupy w mieście, które z tego powodu coraz mniej pracuje i coraz skąpiej jada.

W sposób długi i uczony tłumaczą to zjawisko różni rozmówcy p. Wrzosa ze sfer rządowych, gospodarczych, profesorskich. Przedstawiają programy, wskazują drogi wyjścia, tłumaczą, pocieszają. Podziwiamy pracowitość i obrotność dziennikarza, który wszędzie umiał dotrzeć, rozmawiać z najwyższymi dygnitarzami państwa, nie wyłączając p. Prezydenta Rzeczypospolitej. Rozumiemy intencje dania w tych wywiadach z ministrami, prezesami i dyrektorami nieco pokrzepiającego materjału, mającego zrównoważyć ponury obraz, zarysowujący się z obserwacji przekrojów społeczeństwa. Niestety, trzeba stwierdzić, że te wysiłki nie dały pożądanego rezultatu. Piękne i obfite słowa nie zatarły jaskrawej wymowy faktów. Czuje to sam autor, gdy w zakończeniu nawołuje potentatów przemysłowych do opamiętania i rozwagi: „Musi być jakiś rozsądny stosunek między dołem a górą” – powiada i maluje dzisiejszy los arystokratów rosyjskich, którzy także nie znali umiaru w radościach życia, jak teraz nie znajdują granic nędzy i upokorzenia.

Przestrzeganie przed katastrofalnemi skutkami „dysproporcji” jest wielkim obowiązkiem naszych czasów. Dlatego książka p. Wrzosa stanowi nietylko ciekawą i pouczającą lekturę krajoznawczą, ale też doniosłą pozycję obrony społeczeństwa i państwa.

Witold Giełżyński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close