Polski Gdańsk i historja

Od mistycyzmu politycznego Niemiec hitlerowskich nikt nie oczekuje prawdy i prawdziwości. Ich „Lebensraum” sięga od Vlissingen do Władywostoku, ich hasłem jest: mocnym władza, słabym jarzmo i zniszczenie. Mocni, to oni, naród panów. Już na długie lata przed wojną nacjonaliści niemieccy uzasadnili etymologicznie swoje prawa do takich „niemieckich” miast jak Londyn, który po niemiecku nazywał się „Landen”, czyli miejsce lądowania, i Warszawa, która miała być targowiskiem niemieckiem i nazywała się „Waar-schau”, oglądanie towarów. Była to wtedy lekka postać tego obłędu, który sczasem stać się miał ciężki.

W każdym podręczniku historycznym czy politycznym, wychodzącym spod pióra niemieckiego, spotykamy się z pojęciem „przestrzeni gospodarczej”. Do takiej przestrzeni mogą należeć miejscowości zamieszkane przez różne narody, ale rozsądek wymaga, by należały one do wspólnego organizmu polityczno-gospodarczego. I zawsze tak wypada, że ową przestrzeń gospodarczą należy włączyć do Rzeszy. Gdy jednak stosunki układają się tak że miasto o większości niemieckiej należy do przestrzeni gospodarczej innego państwa i narodu, teorja niemiecka przestaje raptem obowiązywać.

Przyszłość będzie się zdumiewała, że w środku Europy istniał naród, który chełpił się swą kulturą i uważany był dość długo za kulturalny a który poza sobą nie widział świata. W narodzie tym powstał najpotworniejszy pod względem moralnym zakon mnichów zbrojnych, którzy naukę miłosierdzia Jezusa i doktrynę braterstwa i ojcostwa Bożego rozpowszechniali przy pomocy masowych mordów. I swoje dziedzictwo duchowe przeszczepili na grunt Prus i Rzeszy. Siła jest prawem mocnych, słabi mają sczeznąć. Z ludźmi o takiej umysłowości dyskutować o prawach innych narodów do życia i własnej kultury, to rzecz daremna. Nie zrozumieją, zrozumieć nie zechcą. Nawet historja pisana, i to pisana piórem najwybitniejszych Niemców, nie obowiązuje ich jeśli nie odpowiada ich celom zaborczym, ich „Lebensraum”owi od Vlissingen po Władywostok.

Gdańsk zrósł się w ciągu wieków z Polską, tworząc z nią wspólny organizm. Gdyby ktoś chciał nam przypominać, że to miasto buntowało się czasem przeciwko królom polskim, musielibyśmy zażądać uczciwego stwierdzenia konjunkturalności tych zatargów, które miały charakter „domowy”, i przypomnienia prostego faktu, że ten sam Gdańsk w sposób najostrzejszy przeciwstawiał się włączeniu go do Prus. Sławny heidelberski profesor filozofji, Kuno Fischer, wykładając filozofję Schopenhauera, nigdy nie omieszkał przypomnieć, że ojciec filozofa, patrycjusz gdański, wyemigrował z miasta razem z wielu innymi patrycjuszami, by nie dostać się pod panowanie wstrętnego mu prusactwa, kiedy Gdańsk został zajęty przez Prusy. W książce zbiorowej o Gdańsku, wydanej w r. 1928 pod redakcją Stanisława Kutrzeby, jest praca Romana Lutmana „Historja Gdańska w latach 1793 – 1918″, a w pracy tej znajdujemy potwierdzenie słów Kuno Fischera. „Ludność niełatwo oswoiła się z nowym stanem rzeczy – pisze Lutman. – Wielu wybitnych Gdańszczan złożyło na znak protestu swe godności (m. in. rajca Uphagen, który w nagrodę za swój postępek otrzymał od Stanisława Augusta złotą tabakierkę, przechowywaną dotychczas w muzeum rodziny Uphagenów). Wszyscy burmistrze i wielu rajców nie chciało wejść do nowego zarządu miejskiego. Wielu opuściło na zawsze rodzinne swe miasto (m. in. rodzina filozofa Schopenhauera). Z dawnego świetnego miasta handlowego spadł Gdańsk do rzędu przeciętnych miast pruskich, gdyż wszystkie ważniejsze urzędy prowincjonalne pomieszczone zostały w Kwidzyniu”.

To jest historja, mistrzyni życia. Ale ta historja przemawia czasem usty ludzi daleko większych od dzisiejszych konjunkturalnych wielkości monopartji niemieckiej. Bismarck patrzył dalej, niż niejeden z krzykaczy „bierstubowych”, i wiedział, że Polska zostanie odbudowana. Przemawiając do Niemców poznańskich dn. 16 września 1894 r. powiedział m. in.: „Przeżyliśmy stulecia bez krajów Rzeszy, jak jednak ukształtowałby się nasz byt, gdyby dziś powstało nowe królestwo polskie, tego nikt jeszcze nie odważył się przemyśleć. W przeszłości było to państwo bierne; dziś, w oparciu na innych mocarstwach europejskich, stałoby się wrogiem czynnym, aż do chwili objęcia w swoje posiadanie Gdańska, Torunia i Prus Wschodnich”… W tydzień później Bismarck wyraził się do delegacji z Prus Wschodnich: „Dla państwa polskiego z Warszawą stanowi Gdańsk jeszcze bardziej naglącą potrzebę, aniżeli Poznań”. Zresztą już Fryderyk II rozumiał, że kto ma Gdańsk, ten panuje nad Polską. Zagarniając Gdańsk, wiedział, że nie uszczęśliwi specjalnie miasta i że nie powiększy nadmiernie obszarów swego królestwa, ale wiedział też, że kto ma to miasto, ten ma władzę nad całą gospodarką Polski. Nie troską o losy ludności niemieckiej miasta Gdańska kieruje się hitleryzm, gdy sięga dzisiaj po to miasto. Ludności tej ze strony Polski nic nie grozi; przeciwnie, handel polski ją wzbogaca. Dzisiaj nawet małe dziecko rozumie, że hitleryzm programowo dąży do odcięcia Polski od morza, osłabienia jej i uzależnienia od siebie.

Trzeba uważnie przeczytać co o Gdańsku i jego znaczeniu dla Polski i dla świata słowiańskiego pisze taki uczciwy pisarz niemiecki jak Fr. W. Foerster w swej kapitalnej książce „Europa und die deutsche Frage” *). Wypowiedziawszy się o haniebnej roli Prus przy rozbiorach Polski i o dawnej roli Gdańska, Foerster pisze: „W związku z tem wysoce interesujący jest fakt, że traktat wersalski, kierowany tajemną siłą dziejową, przywraca prawo rzeczywistości tak głęboko uzasadnionej, a przez ducha prusactwa podeptanej. Np. miasto Gdańsk, które w średniowieczu było wielką gospodarczą bramą wypadową świata słowiańskiego, a przez podboje Fryderyka Wielkiego zostało odcięte od całego swego rozległego zaplecza (matka Schopenhauera pisała o tem: „Fryderyk Wielki niby wampir rzucił się nagle na moje miasto rodzinne”), obecnie otrzymuje mniejwięcej takie samo zadanie. Nowa wielka przyszłość szeroko rozwarła swoje wrota, a nowe horyzonty przyciągają coraz szersze koła kupieckie. Ale narodowy socjalizm rzucił inne hasło, a realizacji tego hasła mają być poświęcone wszystkie interesy gospodarcze. Hasło to brzmi: „Co należało do Niemiec, musi znów do Niemiec wrócić!”. Liczni cudzoziemcy pozwolili propagandzie niemieckiej wprowadzić się w błąd i wstawiali się za oddaniem Gdańska i „niemożliwego” korytarza, co jednakże stać się mogło jedynie dzięki całkowitej nieznajomości sytuacji rzeczywistej”.

Otóż sytuacja rzeczywista jest taka, że Niemcy nie potrzebują obawiać się o losy swoich niemieckich rodaków w Gdańsku. Jak wynika z artykułów b. prezydenta senatu gdańskiego, Hermanna Rauschninga, ogłoszonych świeżo w prasie angielskiej i francuskiej, rodziny patrycjuszy gdańskich nie kwapią się do powrotu do Rzeszy, bo wiedzą, że jest to nieuniknienie związane ze zubożeniem miasta, gdy w związku z Polską miasto zdobyło dobrobyt i bogactwo. Doświadczeni kupcy gdańscy, tak blisko sąsiadujący z Kłajpedą, wiedzą co się stało z portem litewskim po odebraniu go Litwinom. Druga rzecz: Niemcy nie potrzebują Gdańska jako portu, bo takich Gdańsków mają więcej niż im obecnie potrzeba. Niemcy nie starają się o odzyskanie Gdańska dla Rzeszy wyłącznie ze względów prestige’owych, ale mają na widoku zdławienie Polski, według „Mein Kampfu” programowe i dawno już postanowione.

Tak przedstawia się sytuacja rzeczywista tego miasta, które przez tyle wieków należało do Polski i wszystko co posiada, Polsce jedynie zawdzięcza. Gdyby Trzecia Rzesza była organizmem narodowym, naturalnym, biologicznie zwartym, łatwo porozumiałaby się z każdym innym organizmem narodowym, a więc i z Polską. Ale Rzesza dzisiejsza jest mechanizmem, który nie rozumuje po ludzku i nie odczuwa po ludzku. Przedstawiciele tego mechanizmu, trawestując sentencję łacińską „homo sum”, mogliby powiedzieć, że wszystko ludzkie jest im całkowicie obce. Fryderyk II, „pierwszy narodowy socjalista”, nie znał ludzkich uczuć i nie uznawał tej „zgniłej” humanitarnej moralności, która nie pozwala na fałszowanie pieniędzy. Wyprzedził on Nietzschego i uważał, że dozwolone jest wszystko, co prowadzi do celu. Od jego czasów Prusy mechanizują się coraz bardziej, stają się jakimś monstrualnym robotem, który siłą ślepego, niekontrolowanego rozpędu miażdży wszystko co spotyka na swej drodze ku panowaniu nad światem. Z mechanizmem rozmowa jest trudna, a porozumienie niemożliwe. Został on nakręcony i będzie działał jak każdy mechanizm, aż sprężyna pęknie i do głosu dojdzie człowiek niemiecki, ten człowiek, który jeszcze nie tak dawno wypisywał w sieniach swych domostw słowa Goethego: „Szlachetnym bądź, człowiecze, dobrym i skorym ku pomaganiu”. Gdy odezwie się ten człowiek, gdy naród niemiecki zapragnie być równy śród równych i wolny śród wolnych, wtedy inne narody ułatwią mu drogę do kolonij, do chleba, do masła, którego nie trzeba będzie przerabiać na armaty, i do prawdy, której nie będzie musiała komentować zakłamana do nieprzytomności propaganda. Wtedy ludzie poważni dziwić się będą, że mogły powstawać wogóle takie zagadnienia jak nazistowska rewindykacja Gdańska. Stanie się to może prędzej, niż w tej chwili ktokolwiek przypuszcza.

Gdańsk nie jest jedynem a już w żadnym razie ostatniem zagadnieniem Niemiec nazistowskich. Jest to tylko drobny etap w wielkim programie. „Pierwszy narodowy socjalista” Fryderyk II testamentem swoim zalecał obieranie Rzeczypospolitej, jak się obiera kapustę, „liść po liściu, miasto za miastem”. Już o tem wiemy i nie zapominamy o takich rzeczach. Ale nie przeraża nas mechanizm Trzeciej Rzeszy. Jesteśmy żywym organizmem, i jedność nasza nie zależy od żadnej maszyny policyjnej, tajnej czy jawnej, i od żadnej propagandy. Jest naturalna i prosta jak oddychanie i krążenie krwi. Jesteśmy pełni świadomości, że nie mechanizmy tworzą żywy organizm, ale organizm tworzy mechanizmy. W poczuciu tego prostego faktu patrzymy z całym spokojem w jutro. Mechanizmy bywają bardzo trwałe i bardzo uparte, ale nie są wieczne.

Paweł Hulka-Laskowski

———
*
) por. nr. 797 „Wiadomości Literackich”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close