M. B. LEPECKI

Prawda o Robinsonie Crusoe i jego wyspach

San Juan de Bautista (wyspa Mas a Tierra), maj 1930.

Niema bodaj na świecie człowieka, któryby nie znał historji życia i przygód sławnego rozbitka, Robinsona Crusoe. Młodzież całego świata zaczytuje się od dwóch wieków w książce angielskiego autora, Daniela Defoe *), który te przygody opisał. Poprostu niesposób przesadzić, aby dać wyraz sumie wrażeń, jakich dostarczyła ona kilkunastu ostatnim pokoleniom. Jedyną plamą, niedomówieniem, dręczącem umysły miljonów młodych czytelników, była zagadka: czy Robinson istniał w rzeczywistości, czy też stanowił wytwór fantazji autora. Przez wiele lat opinja była podzielona. Jedni identyfikowali go z niektórymi sławnymi korsarzami, umiejscawiając przygody na wyspach Oceanji, inni chcieli widzieć w nim kupca-rozbitka, a wyspę umieszczali na morzu Karaibskiem, jeszcze inni natomiast sądzili, że zarówno bohater jak i jego wyspy istniały tylko w wyobraźni Defoego. Dzisiaj nie ulega już jednak najmniejszej wątpliwości, że przygody Robinsona nie są zmyślone i że książka powstała na podstawie opowiadań i zapisków, wydanych drukiem p. t. „Providence Displayed or a Surprising Account of one Alexander Selkirk” w Anglji przez niejakiego Aleksandra Selkirka vel Selcraiga, pochodzącego ze wsi Larco w hrabstwie Fifeshire w Szkocji. Życie autora tej broszury było bardzo osobliwe. Poza przygodami na bezludnej wyspie przeszedł niejedno, jako zwykły marynarz na statkach handlowych, a później jako podoficer i oficer w licznych podówczas eskadrach rozbójników morskich. Zakończył okres wieku męskiego, który był dlań już kresem życia, podobnie jak wielu korsarzy, na służbie króla angielskiego.

Selkirk rozpoczął swoją awanturniczą karjerę w r. 1703 na statku „Cinque Ports”, należącym do eskadry znakomitego autora i korsarza jednocześnie, niejakiego Dampiera, którego praca „Discourse on the Winds” została uznana jako klasyczna w dziedzinie geografji fizycznej. „Cinque Ports” po długiej podróży z Anglji na ocean Spokojny, przedsięwziętej w celu „eksploatowania” kolonij hiszpańskich, zarzucił kotwicę przy wyspie Mas a Tierra z grupy wysp Juan Fernandez, w zatoce znanej dzisiaj p. n. Cumberland. Na wyspie tej znajdowało się wówczas dwóch marynarzy, pozostawionych tam przypadkowo przez jeden z okrętów handlowych. Marynarze ci opowiedzieli, że przez cały czas pobytu na wyspie, t. zn. przez szereg miesięcy, mogli wyżywić się z łatwością owocami leśnemi oraz mięsem i mlekiem dzikich kóz. Wypadek ten skojarzył się z kłótnią, jaka wynikła między Selkirkiem, zajmującym wówczas stanowisko kontr-majstra, a kapitanem „Cinque Ports”, Stradlingiem. Rozgniewany na kapitana, Selkirk oświadczył, że chce służbę porzucić natychmiast i pozostać na wyspie. Stradling uczynił zadość oryginalnemu życzeniu, i Selkirk wysiadł z okrętu, zabierając ze sobą kilka książek, kilka naczyń, siekierę, nieco tytoniu, strzelbę i funt prochu. Wkrótce okręt korsarski podniósł kotwicę, i przyszły Robinson Crusoe pozostał na wyspie sam.

Skromne zapasy, a w szczególności proch, rychło się skończyły, i Selkirk był zmuszony polować na liczne tam dzikie kozy w sposób dość niezwykły, a szczegółowo później opisany przez Defoego. Doganiał mianowicie dzikie zwierzęta i zabijał je nożem. Z czasem doszedł w tym sporcie do doskonałości, i upolowanie tłustej kozy nie przedstawiało dlań żadnych trudności.

Dwa razy w czasie pobytu na wyspie dostrzegł Selkirk na horyzoncie żagle okrętów, lecz oba razy były to okręty Hiszpanji, pozostającej wówczas w wojnie z Anglją. W obawie niewoli, gorszej od pobytu na pustej wprawdzie lecz pięknej wyspie, skrył się przed niemi. Dopiero w cztery lata i cztery miesiące po odjeździe „Cinque Ports”, zjawił się ponownie u brzegów wyspy żaglowiec angielski. Był to trójmasztowiec „Duke”, należący do tego samego Dampiera, co eskadra, w której skład wchodził ongiś „Cinque Ports”. Okrętem „Duke” dowodził wówczas kapitan Woodes Rogers, który później, mimo przeszłości korsarskiej, został z ramienia króla angielskiego gubernatorem wysp Bahamskich. Selkirk począł nadchodzącemu okrętowi dawać znaki, wzywając ratunku. Kapitan Rogers wysłał na wyspę porucznika Thomasa Dovera, który przywiózł w kilka godzin później Selkirka na pokład. Według sprawozdania kapitana Rogersa, pomieszczonego w jego ciekawem dziele p. t. „A Cruising Voyage Round the World”, Selkirk był cały zarośnięty, odziany w nawpółwyprawione skóry kozie, a co najszczególniejsze – mógł mówić tylko z wielką trudnością. Prawie półpięta roku przymusowego milczenia poraziło jego organy mowy, i dopiero po dłuższym czasie wróciła mu zdolność płynnego mówienia.

Selkirk został na „Duke” sternikiem, a po kilku latach dobił się stopnia kapitana i stanowiska dowódcy statku korsarskiego „Increase”, W r. 1711, a więc prawie w trzy lata po opuszczeniu swej samotni, a w osiem po wyruszeniu w podróż, powrócił do Anglji. Według jego własnych oświadczeń przywiózł dość znaczny jak na owe czasy majątek, a mianowicie 800 funtów sterlingów. Wówczas to opisał swoje przygody i wydał je w druku. Ten pamiętnik, jak również sprawozdanie z przygód Selkirka, pomieszczone w wychodzącym ówcześnie w Londynie perjodyku „Tatler”, napisane przez znanego pisarza i polityka sir Richarda Steele, natchnęły Defoego do stworzenia „Robinsona Crusoe”.

„Robinson Crusoe” ukazał się w r. 1719, a więc w dziesięć lat po oswobodzeniu Selkirka przez statek kapitana Rogersa. Powodzenie książki było nadzwyczajne. Do r. 1727 ukazało się mnóstwo wydań autoryzowanych i przekładów, a ponadto aż trzysta plagjatów i naśladownictw.

W pięćdziesiąt lat po pierwszem wydaniu angielskiem pojawiło się w Warszawie pierwsze wydanie polskie (1769). Pozatem możemy zanotować jeszcze wydanie z r. 1775 (Warszawa), z r. 1804 (Kraków), z r. 1830 (Puławy), z r. 1845 (Bochnia), z lat 1844, 1851 i 1858 (Lipsk), oraz przeróbkę dla młodzieży pióra Anczyca, wydaną po raz pierwszy w Warszawie w r. 1861.

Selkirk po powrocie do Anglji udał się do swojej rodzinnej wsi Larco i tam wykopał w ogrodzie ojca obszerną jaskinię, na podobieństwo jaskini, w jakiej żył na wyspie Mas a Tierra, i w niej zamieszkał. Umarł dość młodo, bo w 47-ym roku życia, w r. 1721, na pokładzie okrętu „Weymouth”, a więc tak jak pragnął -na morzu. W jego wiosce rodzinnej, istniejącej dotychczas, wystawiono mu skromny posąg z bronzu, a na odległej wyspie, którą uczynił sławną na cały świat, oficerowie angielskiego okrętu wojennego „Topaze” umieścili tablicę kamienną z takim napisem:

„Ku pamięci Aleksandra Selkirka, marynarza, pochodzącego z Larco w hrabstwie Fife, Szkocja. Żył na tej wyspie w zupełnej samotności cztery lata i cztery miesiące. Był wysadzony z galery „Cinque Ports”, 96 ton i 16 armat, w r. 1704 i zabrany przez „Duke”, okręt korsarski, 12 lutego 1709 r. Umarł jako kapitan okrętu „S. M. B. Weymouth” w r. 1721, w 47-ym roku życia. Tablica niniejsza została umieszczona na „obserwatorjum Selkirka” przez komandora Powella i oficerów okrętu „S. M. B. Topaze” w r. 1868″.

Taka jest prawda o Robinsonie Crusoe.

Jak każda prawda, odziera ona wiele poezji z legendy. Niemniej jednak nawet sama prawda jest dostatecznie porywająca, aby rozognić wyobraźnię. Najwięcej przykrości sprawia to, że w życiu Selkirka nie było wcale rozbicia okrętu. Dostał się na wyspę z zupełnie całego żaglowca, i pobyt na niej tylko w małym stopniu był przymusowy. Drugą rzeczą, którą historja odmawia w zupełności legendzie, – to krajowcy. Piętaszek jest wytworem bujnej fantazji, podobnie jak wszelkie wojny z ludożercami. Wyspy Juan Fernandez były podówczas zupełnie bezludne i oprócz kóz, homarów i ptactwa – nie posiadały innych mieszkańców. Selkirk żył w zupełnej samotności i nawet sam do siebie zapewne rzadko mówił, o czem wspomina legenda, ale czemu zaprzecza fakt, że w w chwili wyratowania go przez kapitana Rogersa nie umiał już prawie „ust otworzyć”.

Selkirk nie był jedynym Robinsonem na wyspie Mas a Tierra. Jeszcze dwóch ludzi usiłowało go naśladować. W r. 1843 przybył na nią pewien dziwny człowiek, nazwiskiem Archibald Osborn, wraz z młodym chłopcem, którego nazywał Johnny. Osiedlił się na pustej wówczas Mas a Tierra i żył spokojnie do czasu, w którym przybyła na wyspę rodzina niejakiego Maurelio, roszcząca sobie pretensje do władania nią. W jednym z licznych sporów, które wynikły między tą rodziną a przybyszem, Osborn został zabity.

Drugim naśladowcą Selkirka, już w stylu więcej nowoczesnym, był oficer kirasjerów austrjackich, Alfred de Rodt, który wydzierżawił wszystkie wyspy Juan Fernandez od rządu chilijskiego i osiedlił się na nich. On to dał początek dobrowolnemu osadnictwu na tych wyspach i stworzył dla nich źródło zysków z połowu homarów, które u tamtejszych brzegów znajdują się w wielkiej obfitości.

Nietylko jednak ze względu na pobyt Selkirka wyspy Juan Fernandez są ciekawe. Te trzy niewielkie wysepki, rzucone na olbrzymią pustynię wodną, są tak piękne i tak rozkoszny posiadają klimat, że wzbudzały i wzbudzają zachwyt w każdym kto miał sposobność je widzieć. Odkrył je w 1574 znany żeglarz hiszpański Juan Fernandez, Naśladując stary obyczaj swych rodaków, ochrzcił je jako wyspy św. Cecylji, ponieważ odkrycie nastąpiło w dniu tej świętej. Nazwa dzisiejsza poczęła przyjmować się dopiero w następnem stuleciu.

Odkrycie tych wysp kojarzy się w geografji i historji żeglarstwa z innem odkryciem, którego współcześnie dokonał Juan Fernandez. Stwierdził on mianowicie, że perjodyczne wiatry, wiejące u zachodnich brzegów Ameryki Południowej przez większą część roku z południa na północ, zanikają w pewnem oddaleniu od tych brzegów. Efekt tego odkrycia był taki, że podróż z Peru do Chili (przeciw wiatrom), która przy brzegach musiała trwać z racji tych wiatrów od trzech do czterech miesięcy, została zredukowana do jednego miesiąca (dzisiaj pięć dni).

Archipelażek Juan Fernandez składa się z trzech wysepek: Mas a Tierra, oddalonej od wybrzeża chilijskiego o 360 mil morskich, Santa Clara, oddzielonej od Mas a Tierra wąskim, mierzącym półtorej mili kanałem, oraz z Mas a Fuera, leżącej o 90 mil na zachód od Mas a Tierra. Z wysp tych jedynie Mas a Tierra jest zaludniona. Mieszka tam kilkudziesięciu ludzi w wiosce, zwanej San Juan de Bautista, zajmując się połowem homarów, po które przybywają od czasu do czasu małe okręciki żaglowe z Valparaiso. Statki parowe odwiedzają wyspę raz na rok. Są to okręty linji angielskiej „Pacific Steam Navigation”, które każdego lutego lub marca urządzają tam trzydniową wycieczkę dla turystów, pragnących odwiedzić grotę Selkirka.

Na Mas a Fuera nie zmieniło się dotychczas nic od najdawniejszych czasów. Nawet dzikich kóz nie wytępiono, jak to w znacznym stopniu zrobiono już na Mas a Tierra. Również Santa Clara nie zmieniła swojej powierzchowności.

Jedynie Mas a Tierra jest już dzisiaj inna aniżeli przed dwoma wiekami. Ludzie miłujący egzotyzm widzą z przykrością, że na górze, na której Selkirk posiadał swoje obserwatorjum, widnieje wyraźnie ręka ludzka, że sławne kozy są w zaniku i że drzewo sandałowe wycięto już doszczętnie. Nie zdołano jednak jeszcze wyniszczyć przepysznych lasów ani zmienić jednego z najmilszych na ziemi klimatów. Wieczna zieleń na ziemi i wciąż uśmiechnięte słońce na niebie pozostały takie same jak za czasów Selkirka i sławnego żeglarza Juana Fernandeza.

Przez długie wieki wyspy te były bezludne, służąc za schronienie jedynie zmęczonym załogom korsarzy angielskich i holenderskich, napadających na kolonje hiszpańskie. Jezuici, do których wyspy te należały teoretycznie, puścili tam kilka par kóz; napotkawszy sprzyjające warunki, rozmnożyły się one niebywale i dotychczas jeszcze istnieją tam w stanie dzikim.

W r. 1740 zawitała tutaj eskadra angielska pod dowództwem lorda Ansona, chroniąc się przed pościgiem floty hiszpańskiej. Przez kilka miesięcy wyspa Mas a Tierra służyła mu za podstawę operacyjną w działaniach wojennych. Światły ten człowiek był zachwycony wyspami, ich klimatem i urokiem, czemu dał wyraz w wspomnieniach, opublikowanych w Anglji w r. 1749. Anson napotkał na wyspie kilka starych kóz ze znaczonemi uszami, które to znaki przypisał ręce Selkirka. Zważywszy jednak, że chwilę opuszczenia wyspy przez samotnika i przybycia eskadry angielskiej oddzielało pełnych 31 lat, należy wątpić, aby przypuszczenie to było prawdą.

Na krótko po opuszczeniu wysp przez lorda Ansona przybyła na nie silna eskadra hiszpańska, dowodzona przez don Jorge Juana i don Antonio de Ulloa. Anglików już jednak nie ujęła.

Dziwnem zrządzeniem losu podobna historja, ale z innem zakończeniem, powtórzyła się na Mas a Tierra w 175 lat później, podczas wojny światowej. Było to w r. 1915. Z rozgromionej w bitwie u brzegów wysp Falklandzkich floty niemieckiej umknął okręt „Dresden” i rozpoczął korsarskie napady na handlowe statki sprzymierzonych na oceanie Spokojnym. Wspomagany wszelkiemi sposobami przez swoich możnych rodaków w Chile, ustanowił początkowo swoją bazę w ujściu rzeki Backer, na terytorjum chilijskiem, gdzie nawet umocnił brzeg i obsadził go artylerją. Filogermański rząd chilijski udawał, że o niczem nie wie. W jednej ze swoich korsarskich wypraw „Dresden” zawitał na wyspę Mas a Tierra, gdzie zarzucił kotwicę w zatoce Cumberland, w tem samem miejscu, gdzie 175 lat temu zrobił to lord Anson, prześladowany przez przemożne siły hiszpańskie. Podobnie jak załogi dawnych okrętów angielskich, również i załoga „Dresden” była nękana przez szkorbut i nadmierną pracę. Wymagała odpoczynku. Ustronne wyspy Robinsona ofiarowały jej to wytchnienie z równą gościnnością, jak czyniły to w wiekach ubiegłych w stosunku do innnych korsarzy.

Krótkie to było jednak wytchnienie.

Już w pięć dni później ukazały się na horyzoncie krążowniki angielskie „Kent”, „Glasgow” i „Orama”, posiadające lepsze informacje aniżeli półtora wieku temu admirał hiszpański. Nie zważając na to, że „Dresden” skorzystał z neutralności Chile i pozwolił się jego władzom internować, komendant angielski, niedowierzający lojalności chilijskiej, zażądał oddania statku. Siła była po stronie Anglików. Częściowo zdemontowane maszyny okrętu niemieckiego nie pozwalały marzyć załodze o obronie. Kapitan „Dresden”, postępując w myśl świetnych tradycyj wojennych swego narodu, wolał okręt zatopić i sam wraz z nim zginąć, aniżeli oddać go wrogom. Szczątki ostatniego świadka morskiej potęgi niemieckiej na oceanie Spokojnym spoczywają do dzisiaj na dnie morskiem. Samotna „boia”, umieszczona przez władze chilijskie na miejscu katastrofy i kamienna tablica, wmurowana przez Niemców amerykańskich w nadbrzeżną skałę, są obecnie jedynem wspomnieniem krwawego echa zamętu światowego.

Wszystkie wyspy Juan Fernandez są pokryte lasem i niewielkiemi łąkami. Charakterystycznem drzewkiem jest tu pewien gatunek niewielkiej palmy zwanej „chonta” („Juania Australis”) której czubek jest jadalny. Pozatem lasy noszą charakter zwrotnikowy, są bardzo gęste, poplątane ljanami i pnączami. Stosunkowo duże oddalenie od centrów ludzkich uchroniło je przed zniszczeniem.

W przeciwieństwie do flory, której bogactwo uderza każdego przybysza, fauna wyspiarska była i jest uboga. Oprócz kóz, które zaprowadzili tutaj jezuici (niektórzy twierdzą, że uczynił to sam odkrywca tych wysp, Juan Fernandez), niema tam innych czworonogów, oprócz szczurów, które też są produktem importowanym. Kozy rozmnożyły się w takiej liczbie, że dostarczały w obfitości świeżego pożywienia licznym eskadrom korsarskim, grasującym w XVI, XVII i XVIII w. na zachodniem wybrzeżu amerykańskiem. Chcąc położyć tamę tym stosunkom, rząd hiszpański kazał na wyspy puścić psy, aby wyniszczyły kozy. Rozkaz ten wypełnił w r. 1675 niejaki Antonio de Voas. Podobnie jak kozy, również psy rozmnożyły się na Mas a Tierra w takiej obfitości, że z kolei zaszła potrzeba ich wytępienia. W rezultacie kozy przetrwały psy. Dzisiaj na Mas a Fuera i Santa Clara jest ich jeszcze
wielkie mnóstwo, na Mas a Tierra zaś zachowały się tylko w jednej rozległej dolinie, zwanej Puerto Frances.

W r. 1845 zwiedził Mas a Fuera don Domingo Faustino Sarmiento, późniejszy prezydent republiki Argentyny. W liście do swego przyjaciela, Demetrio Pena, pisał m. in., że wyspa liczy co najmniej pięćdziesiąt tysięcy dzikich kóz. Była to liczba oczywiście znacznie przesadzona, ale daje pojęcie o tem, jak liczne stada tych zwierząt wypasały się na niej.

Z ptaków istnieje niezliczona moc papug, kolibrów, sokołów, orzełków, ptactwa morskiego, a w szczególności „pardel”, ptaków większych nieco od gołębi, których nieprzeliczone stada posiadają tu swoje legowiska.

Szczególnem bogactwem wód wysp Robinsona są homary. Istnieje ich tam takie mnóstwo, że dwóch ludzi na jednej łodzi może nałowić w przeciągu sześciu godzin około trzystu sztuk. Połowy homarów są jedynem źródłem eksploatacji. Tylko wysokie zarobki z tego „przemysłu” trzymają na wyspie tę małą grupkę ludzi, która na niej żyje, przyczem w okresie plennym homarów (październik-grudzień), w którym to czasie rząd zabronił połowów, wyspa prawie pustoszeje.

Wielka obfitość ryb, dzisiaj nie wyzyskiwana, sprawi wcześniej czy później, że na wyspach powstaną fabryki konserw i że skończy się ich dziewiczy urok.

Dawniej brzegi wysp obfitowały w nieprzeliczone stada fok. Lord Anson, wspomniany już dowódca eskadry angielskiej, który przebywał pewien czas na wyspach Juan Fernandez w r. 1740, opisuje w swoich pamiętnikach, że widział dziesiątki tysięcy tych zwierząt, igrających u ich brzegów. Dzisiaj fok tam już niema. Również wieloryby były dawniej znacznie liczniejsze aniżeli teraz, jednak nie wyginęły tak jak foki i można je widzieć jeszcze stosunkowo często.

Przechodząc do opisu pamiątek po Selkirku, którego pobyt tak wsławił te maleńkie wysepki, należy zaznaczyć, że istnieje dotychczas grota, w której mieszkał przed dwoma wiekami. Znajduje się ona przy małej zatoczce, zwanej dzisiaj Puerto Ingles, a położonej o godzinę drogi łodzią od zatoki Cumberland, nad którą leży jedyna wioska na tej wyspie, wspomniana już San Juan de Bautista. Grota zawiera trzy jaskinie, z których jedna mierzy 6 metrów szerokości, 5 metrów wysokości i 4 głębokości. Ta właśnie jaskinia była „salonem” i sypialnią Selkirka. Dwie pozostałe służyły mu za spiżarnę i kuchnię. Zatoczka, nad którą sławny samotnik obrał sobie siedzibę, wdziera się w głąb lądu na 4 km., tworząc rodzaj doliny. Wiecznie zielone gaje wdzięcznych palemek „chonta”, zielone kobierce łąk, tysiące papug, kolibrów i barwnych motyli, stwarzają krajobraz tak śliczny, że patrząc nań przestajemy się dziwić, że Selkirk po powrocie do Szkocji wykopał sobie w ogrodzie ojca grotę, aby mu przypominała ten rajski zakątek.

W głębi zatoki Cumberland znajduje się wyniosły szczyt górski, zwany dzisiaj Mirador de Selkirk („Obserwatorjum Selkirka”). Jest on wyniesiony na 550 m. nad powierzchnię morza i na samym wierzchu posiada obszerną platformę, pozbawioną drzew, z której roztacza się niezrównany widok na oba brzegi wyspy. Z tego to miejsca Robinson wypatrywał zbawczych żagli i z tego miejsca dostrzegł korsarski okręt kapitana Rogersa. Tam właśnie, na tym szczycie, angielski komandor Powell umieścił bronzową tablicę ku pamięci sławnego bohatera dzieci wszystkich narodów.

Jeszcze wyższym szczytem, bo mierzącym 805 m. nad powierzchnią morza, a najwyższym na Mas a Tierra, jest góra Yunque. Jednak ze względu na specjalne właściwości, z jej szczytu nie roztacza się widok tak niezrównany jak z Miradora de Selkirk.

Wyspa Santa Clara, oddzielona wąskim, mierzącym kilka kilometrów szerokości kanałem od Mas a Tierra, jest przez dziesięć miesięcy w roku niedostępna nawet dla małych okręcików. Z zewnątrz skalista, wewnątrz lądu posiada nieco lasów i stepów, na których wypasają się dzikie kozy. Jest bezludna i według geografji Chile, „no tiene valor alguno” (nie posiada żadnej wartości).

Mas a Fuera mierzy 13 km. kw. powierzchni i aczkolwiek jest również bezludna i również „no tiene valor alguno”, stanowi prześliczny zakątek. Na wysepkę tę składa się właściwie jedna góra, stercząca na 2.000 m. z oceanu. Wyspa ta jest niedostępna i posiada tylko jedyny porcik naturalny, zwany Quebrada de las Casas („Strumień Domów”), nazwany tak, ponieważ znajdują się tam resztki domostw, wzniesionych ongiś, gdy ten odległy lądek służył jako miejsce zesłania. Dzisiaj przez progi tych ex-ludzkich siedzib skaczą dzikie kozy, szukając schronienia przed deszczami lub wiatrami. Centrum wyspy stanowi wysoki wyż, częściowo pokryty lasem, częściowo stepem. Na Mas a Fuera stada kóz zachowały się dotychczas w liczbie niebywale jak na tak małą wysepkę wielkiej.

Tak mniej więcej wyglądają trzy wyspy, stanowiące minjaturowy archipelag, znany w geografji pod nazwą Juan Fernandez, a w literaturze pod nazwą wysp Robinsona Crusoe. Dużo się na nich od „stworzenia świata” jeszcze nie zmieniło, ale czas, kiedy fizjognomja ich ulegnie całkowitemu przeobrażeniu zbliża się już wielkiemi krokami.

——-
*) Defoe urodził się w Londynie w r. 1663. Jego ojciec, rzeźnik, wykształcił go na kapelusznika i ułatwił mu nabycie odpowiedniego przedsiębiorstwa. Defoe więcej jednak zajmował się polityką aniżeli fabryką, co w rezultacie doprowadziło go do ruiny. Dzięki szczodrobliwości ówczesnego króla angielskiego, Wilhelma III, który zapłacił jego długi, mógł poświęcić się całkowicie piśmiennictwu i umiłowanej polityce. Wskutek ostrej kampanji przeciw niezdrowym stosunkom, panującym wówczas w kościele anglikańskim, znalazł się przed sądem, który skazał go na dwuletnie więzienie. Zrażony do polityki, jął się Defoe, po wyjściu z więzienia, pracy literackiej i napisał szereg niezłych powieści. Umarł w r. 1731.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close