IRENA KRZYWICKA

Proces Blachowskiego

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

PIEKIELNE KRĘGI

Piekło, na którego dnie znalazł się urzędnik Blachowski, ma jak każde prawdziwe piekło kształt leja. Najwyższy krąg rozległy, mglisty, ledwo się go można domyślać: gigantyczny francuski koncern bawełniany Boussaków, olbrzymie posunięcia, które ważą, być może, na losach świata, władza, kryzys, haussa, baissa, zdobywanie rynków, bawełna walcząca ze lnem, bawełna topiona w morzu, wszystkie wielkości i nędze kapitalizmu. Krąg węższy, wyraźniejszy już naszym oczom: Żyrardów. Największy może kompleks włókienniczy na wschodzie Europy, Żyrardów, drobna kolonja francuska, prowadzona dość zagadkowo, w tajemniczych celach, dla zysków, czy dla rozmyślnych strat, któż to odgadnie. Trzeci krąg: ubogie mieszkanie, dwoje uczących się przy stole dzieci, żona spracowana, smarowana, cierpka, mąż ponury z głową wspartą na rękach, nerwowo żujący szczękami przykre wędzidło swego życia. I potem suchy trzask wystrzału. Mała figurka odrywa się od mglistego tła górnego kręgu, zapada się w nicość. I wreszcie samo dno leja: więzienie.

Trzebaby genjuszu Balzaka, aby puścić w ruch jawny i widoczny dla wszystkich owe piekielne kręgi, aby odbyć drogę zpowrotem wgórę i pokazać jak ów wystrzał małego urzędniczka, niby kamień rzucony w wodę, poszedł falą odśrodkową i zkolei zaważył na działaniach i posunięciach władców obecnego świata. A tak się stało z pewnością. Zabicie dyrektora Koehlera wpłynęło na zmianę stosunków i metod pracy w Żyrardowie. Odrodzony Żyrardów może zmienić układ sił w koncernie bawełnianym Boussaków, przeobrażony koncern Boussaków może wpłynąć, – czy ja wiem na co, – może na przyszłą wojnę, może na przyszły pokój, może na przyszły obraz świata. Echo wystrzału Blachowskiego może grać długo, choćby ludzie zatracili nawet poczucie skąd głos przyszedł. Ale poco sięgać tak daleko? Pozostańmy w miejscu z którego choć coś widać, z którego – ach, jakże słabo i niedokładnie – można się jednak rozejrzeć. Pozostańmy w sali sądowej.

UPRZYWILEJOWANI

Zanim zejdziemy na dno piekła, zanim zajrzymy w oczy oskarżonemu Blachowskiemu, zanim zastanowimy się nad jego zależnością od tła społecznego, z którego wyszedł, zanim zamyślimy się nad tą dziwną zbrodnią, rozejrzyjmy się po drugim kręgu ponurego leja, po owym Żyrardowie, tak jak go widać było w skrócie rozprawy sądowej. I znowu, jak to zwykle bywa w sądzie, przyszły przed trybunał dwie prawdy, dwa sprzeczne świadectwa, dwa gorące zapewnienia, których nie możemy sprawdzić (narazie, bo chyba jest jakiś sposób wyłuskania tej istotnej prawdy). Przed barjerką świadków stanęło paru dobrze ubranych, inteligentnych dyrektorów i inżynierów, i powiedziało mniej więcej te słowa: „Zakłady Żyrardowskie, ongiś potężne i zasilające olbrzymi rynek rosyjski, zostały zrujnowane w czasie wojny. Po odzyskaniu niepodległości przeszły pod zarząd państwowy. To co wówczas nie było zniszczone było jednakże niezdatne do użytku, gdyż technika poszła raptownie naprzód i maszyny żyrardowskie stały się śmiesznemi przeżytkami. Pod zarządem państwowym fabryka przynosiła straty i wegetowała bezradnie, aż rząd uznał, że będzie lepiej odstąpić ją koncernowi francuskiemu. Oczywiście, zarówno wszystkie urządzenia jak przedwojenne metody i organizacja pracy wydały się niemożliwe zbrojnym w nowoczesne zasady przemysłowe zarządcom francuskim. Wyrzucono na szmelc stare maszyny i oprowadzono nowe, przyczem jeden z działów dostał urządzenia lepsze niż gdziekolwiek w Europie. Znaną jest rzeczą, że dobra maszyna wypiera robotnika, to też zastosowano lokaut, poczem przyjęto zpowrotem znikomą ilość pracowników, wystarczającą jednak do obsługi fabryki. Starano się zwiększyć wydajność pracy niedyscyplinowanego elementu roboczego, zdwojono intensywność, zakazano rozmów, palenia, wprowadzono rygor ogólnie przyjęty na Zachodzie i w Ameryce. Zarząd fabryki utrzymuje dom dla starców i jakąś ochronkę, nie poczuwa się jednakże do jakichkolwiek świadczeń społecznych, albo filantropijnych, nieprzewidzianych w kontrakcie czy w ustawach. Żyrardów został odrodzony i zeuropeizowany”. Tak wygląda prawda przemysłowców.

POKRZYWDZENI

A teraz prawda robotników. Wykrzyczana, wyjęczana, wybełkotana czasem niezrozumiale, chaotyczna, często gołosłowna, a jednak prawda niewątpliwa. I znów w skrócie, z lotu ptaka wyglądała tak: „Nędza! Głód! Bezrobocie! Trzy czwarte ludności Żyrardowa bez pracy. Rozpacz! Ci co pracują – sterroryzowani, przerażeni, traktowani jak psy, i zależni od kaprysu majstra czy szefa, zagrożeni w każdej chwili redukcją. Ludzie po pięćdziesięciu latach pracy wyrzucani na bruk bez odszkodowania, bez emerytury. Milczący, niedostępny dyrektor idzie przez fabrykę, pokazuje palcem, bez słowa, robotnika z siwemi włosami na skroniach, dziewczyny o krzywych nogach, urzędnika którego twarz mu się niepodoba. Już ich niema, już znikli, już są skazani na śmierć głodową. Starcom którzy błagają o zasiłek odpowiada się: jak osiemdziesiąt procent was wymrze, wtedy przyjdźcie do nas. Piękne tradycje żyrardowskie podeptane, szkoły, przytułki, ubezpieczenia społeczne – tępione, Ale co najgorsze: fabryka nie doskonalona, nie przekształcana racjonalnie, ale niszczona na zimno, z rozmysłem. Najlepsze maszyny rozbijane młotami, inne unieruchomione. Towary sprowadzane potajemnie z Francji i wypuszczane na rynek ze stemplem żyrardowskim, podczas gdy w salach fabrycznych panuje cisza, a niezatrudnieni głodni robotnicy wałęsają się z rozpaczą po ulicach. Bezustanna walka zakładów z robotniczym zarządem miasta, rozmyślne szykany, sadystyczne znęcanie się nad pracownikami”. Trzeba być szczerym. W tych przejmujących skargach robotniczych mało było konkretnego materjału. Można było się spodziewać, że sypną się obficie oburzające fakty, że każdy z tych pracowników przyjdzie i wykrzyczy swoją krzywdę, tymczasem wszystko tonęło w mętnych ogólnikach. Wszystkie usta powtarzały wciąż tych samych parę ponurych historyj o dziewczynach wyrzucanych z pracy za to że mają krzywe nogi; o robotnicy która dźwigając nadmierny ciężar, dostała krwotoku i zemdlała, a że właśnie Koehler robił przegląd fabryki, wrzucono ją do ubikacji i zostawiono bez pomocy; o robotnikach, którym kazano golić zarost. Jednakże niepodobna było ustalić ani nazwisk, ani dat, ani nawet naocznych świadków tych wydarzeń. Wszyscy narzekali nieco przesadnie na zakaz palenia. Być maże, jako niepaląca, nie mogę się wczuć w katuszę abstynencji tytoniowej, ale wiem z pewnością, że jeżeli zakaz palenia jest męką, to i konieczność oddychania zadymionem, skażonem powietrzem też jest męką, to też sądzę, że jeżeli pewna część pracowników była tym zakazem pokrzywdzona, zato inna część była temu napewno rada. Do aktów terroru zaliczono fakt, że Koehler, pedantycznie po szwajcarsku czysty, własnym kapeluszem starł kurz z jakiejś maszyny. Te wszystkie żale sprawiały wrażenie niemal dziecinne, a jednak… a jednak czy można z tego wyciągnąć wniosek, jak to uczynili pp. powodowie cywilni, że praca w Żyrardowie odbywała się w dobrych warunkach a stosunki były poprawne?

TRUJĄCA ATMOSFERA

Nie! Jednolitość, niejako monotonja tych skarg, strach malujący się niewątpliwie w spojrzeniach wielu świadków, powtarzanie uporczywe, że było strasznie, okropnie, że teraz jest lepiej, że przed przybyciem Koehlera było lepiej, a tylko czas jego władzy był taki przerażający, świadczą, że jednak coś było – coś przerażającego i przygnębiającego do ostatnich granic. Co? Atmosfera – mówili świadkowie. Trudno o mglistsze, bardziej ogólnikowe słowo na sali sądowej, gdzie przedewszystkiem chodzi o fakty. Trudno zarazem o prawdziwsze.

Skąd się brała owa okropna atmosfera? „Pracowników traktowano jak psy.” Na czem polegało to traktowanie, próżnośmy się chcieli dowiedzieć. I znowu owo „coś”. Coś było, skoro to wszyscy tak czuli. Coś się zmieniło, skoro wszyscy zeznają, że teraz jest inaczej. Można się domyśleć co: nieszanowanie pracy człowieka, wieczne niezadowolenie z osiągniętych przez niego wyników, deprecjonowanie go w jego własnych oczach i w oczach współtowarzyszy, niepewność jutra, groźba wyrzucenia w każdej chwili, dawanie pracy jak z łaski, odbieranie jej jakby za karę, lekceważenie ambicyj i aspiracyj osobistych pracownika i wreszcie – ale to już na ostatku – głodowe płace. Buta pracodawcy, który sobie poczytuje za przyjemne prawo nietylko żądać maksymalnej pracy za minimalne wynagrodzenie, ale sponiewierać podwładnego, odebrać mu wiarę w siebie, w swoją ważność i potrzebność.

Wiemy dobrze jak to jest, bo nie znam miejsca gdzieby panowały inne warunki pracy. Ta obrzydliwa atmosfera tam jest gęstsza, ówdzie rzadsza, jest wszędzie. Czy myślicie, że pracownicy umysłowi znajdują się pod tym względem w lepszych warunkach? Urzędnicy, nauczyciele, literaci, wszystkim im się daje do zrozumienia, że za wiele myślą o sobie, że każdy inny jest lepszy od tego właśnie, że jego praca niewiele jest warta, daje mu się poczuć, że nie należy przywiązywać się do swego zajęcia, bo w każdej chwili można je stracić, że jutro mogą mu obciąć budżet do połowy. Nie znam człowieka zatrudnionego gdziekolwiek, któryby w mniejszym lub większym stopniu nie był zmuszony znosić tego rodzaju upokorzeń. Kryzys? Może. Ale w większym jeszcze stopniu niski poziom kulturalny i może, choć to się wyda paradoksalne, zupełna tępota kupiecka, jakiś z psychozą graniczący brak zrozumienia własnego interesu. Nieraz mnie to przejmowało podziwem. Co ma z tego dyrektor szkoły, że odbierze zapał nauczycielowi, co ma redaktor czy wydawca, że zdeprecjonuje pracującego dlań literata, co ma państwo, że trzyma swoich urzędników bezustannie pod groźbą redukcji, pogrążając ich w przygnębieniu, apatji i niewiarze w przyszłość? Przecież to wszystko nie sprzyja ani pracy ani twórczości. Jest to gospodarka rabunkowa, gospodarka osiągająca minimum wydajności przy maksymalnem wzburzeniu. Są ludzie, którzy ze specjalnem upodobaniem zatruwają innym życie, którzy są mistrzami w wywoływaniu owych zbiorowych depresyj, których sadyzm jest niewątpliwy, mimo że działa w dziedzinie moralnej i przez to jest nieuchwytny. Przypuszczam, że takim mistrzem mógł być właśnie Koehler i że on to wytwarzał ową niemożliwą atmosferę, której nie mogli poprostu przetrzymać, udźwignąć jego pracownicy, mimo że żaden z nich nie umiał jej zdefinjować. Jest rzeczą zastanawiającą, i kładę na to nacisk, że nikt ze świadków ani sam Blachowski nie narzekali na głodowe płace, wszyscy natomiast bez wyjątku skarżyli się na ową niemożliwą atmosferę. Jasne, że była to sprawa stokroć ważniejsza od kwestji wynagrodzenia. Zastanowiło mnie to głęboko. Więc jednak aż tak silny może być sprzeciw przeciwko poniewieraniu człowieka i jego pracy? Wszelka władza absolutna, wszelka silna i bezwzględna ręka jest znienawidzona może nietyle za czyny i zarządzenia, ile za brutalną obojętność dla człowieka, za lekceważenie jego możliwości i wysiłków. Sadyzm moralny jednostki stojącej na czele, który jest niczem innem jak upojeniem władzą, może wytwarzać toksyny zatruwające tkankę społeczną. Parę tysięcy drobnych poniżeń, zlekceważonych zapałów, pogardzonej dobrej woli, wzbronionych telefonów do chorego dziecka, wyśmianej inicjatywy tworzy w zbiorowości nurt podziemny buntu, nienawiści, który spłynie prądem potężnym na pierwszą lepszą, bardziej sensytywną rękę, umiejącą wcześniej odczuć sygnał idący ze zbiorowego mózgu i wyładuje się w wystrzale. Ta sama toksyna, sączona na szerszym terenie, wywołać może rewolucję. Żyrardów jest drobnym wycinkiem, ilustracją dla bardzo obecnie rozpowszechnionego w wielu krajach Europy, a może i całego świata, deprecjonowania człowieka, nie liczenia się z nim, terroryzowania go, traktowania go jak liczby lub maszyny. Dla wielu umiejących patrzeć mógłby być także ostrzeżeniem.

CZEMU TO ZROBIŁ?

Czemu Blaclhowiski zabił Koehlera? Nad tem pytaniem biedził się podczas niedawnej rozprawy prokurator, obrona i powodowie cywilni. Na nieruchomych twarzach sędziów malowało się pytanie – czemu? Każda odpowiedź była nieprawdą. Nienawiść? Nie, Blachowski nie znał prawie swego szefa, nienawidził raczej swego bezpośredniego zwierzchnika, Waśkiewicza. Jakże sczerniała mu twarz, gdy go zobaczył w sądzie! Ale temu właśnie nic złego nie zrobił. Zemsta? Protest przeciwko metodom stosowanym w fabrykach żyrardowskich? O nie. W postępku Blachowskiego nie było nic z premedytacji, ze świadomej woli. Powiedział dzieciom, że wróci na obiad o drugiej, o tej właśnie godzinie kiedy popełnił zbrodnię, umawiał się ze znajomymi na dzień następny. Może, jak interesująco przypuścił p. prokurator, była w tem chęć zwrócenia na siebie uwagi, odegrania jakiejś wielkiej roli, choćby kosztem dalszego losu? I to nie. Gdyby tak było, Blachowski zgrywałby się w sądzie, kładłby sobie własnemi rękami wieniec męczeński na głowę, mówiłby o swojem posłannictwie. Tak nie było. Blachowski poprostu nie umiał odpowiedzieć na pytanie, czemu zabił, czemu właśnie Koehlera a nie kogo innego, czemu właśnie wtedy a nie kiedyindziej. Czuć było bezradne zdumienie wobec własnego postępku, a jednak zaraz po zbrodni, napół przytomny, zwierzał się jakiemuś przechodniowi który odprowadzał go do komisarjatu: „Musiałem tak zrobić. Musiałem”…

Skąd się wziął ten mus wewnętrzny, ten kategoryczny nakaz w duszy tego drobnego urzędniczka, który pewnego dnia niespodzianie zetknął się na ulicy twarzą w twarz z dyrektorem potężnej fabryki, w której doniedawna pracował, z której go od kilku miesięcy usunięto. Nędza? I to nie. Odchodząc z fabryki dostał przeszło dwa tysiące złotych tytułem trzymiesięcznej pensji oraz różnych ubezpieczeń. Pensja jego żony wraz z rentą, wypłacaną mu przez stowarzyszenie dawnych więźniów politycznych, wynosiła trzysta złotych. Znał wiele wpływowych osób na stanowiskach, życzliwie dla niego nastrojonych, mógł mieć uzasadnioną nadzieję, że wkrótce zajęcie dostanie. To co przeżywał nie było rozpaczą człowieka zaplątanego w sytuację bez wyjścia, to były raczej przemijające kłopoty. Może był pijany? Zapewne, wypił na krótko przed zbrodnią parę kieliszków wódki, akurat tyle aby zardzewić hamulce psychiczne, aby przyśpieszyć prąd płynący od centrów nerwowych do mięśni, tak żeby się minął z ostrzeżeniem i grozą, biegnącemi z mózgu. Ale tych parę kieliszków, to była fraszka dla człowieka, który pijał rzadko lecz potężnie, „zapojem”, jak to nazywają Rosjanie. Może tych parę kieliszków wypitych owego fatalnego dnia, to był właśnie początek takiego okresu, wiążącego się zapewne z zapadaniem się psychicznem. Ale alkohol mógł tu być powodem, nigdy przyczyną.

ORGANIZM ZBIOROWY

Że istotnym powodem zbrodni był Żyrardów, z tego zdawali sobie sprawę wszyscy: sąd, świadkowie i publiczność. Odruch Blachowskiego, który pozbawił życia człowieka, był wynikiem nietyle nędzy ile psychozy jaka panowała w tem mieście. Jest to jeden z najciekawszych przykładów wpływu zbiorowości na jednostkę, jeden z najbardziej wstrząsających obrazów zlania się gromady ludzkiej w organiczną całość z warsztatem i terenem pracy. Można śmiało powiedzieć, że zbrodni nie dokonał ani mózg ani ręka Blachowskiego, Blachowski był tylko najczulszem, najsprawniejszem zakończeniem nerwowem olbrzymiego zbiorowego organizmu, obdarzonego wspólnem tętnem i wspólną gorączką, wspólną logiką działania i wspólnym stosunkiem do świata. Każdy człowiek jest w o wiele mniejszym stopniu indywiduum niż mu się samemu zdaje, a postępki jego określa najczęściej gromada, której komórkę stanowi. Czem jest ten organizm, którego jest się tak upokarzajaco małą cząsteczką? Grupa zawodowa, klasa społeczna, naród, ludzkość, czy to już koniec? Cóż my o tem wiemy?

Czy w Żyrardowie panowały gorsze stosunki niż w jakimkolwiek innym ośrodku przemysłowym? Wątpię. Bezrobocie, nędza, a w najlepszym wypadku głodowe płace przy maksymalnym wysiłku, oto jest norma dla współczesnego świata pracy. Pamiętamy wszyscy wspaniały film René Claira „Niech żyje wolność!”, wstrząsający obraz racjonalizacji pracy; więzienie, odczłowieczenie, mechanizacja, ogłupienie, higjeniczna, rozsądna, lodowata nieludzkość. Czemu jednak właśnie w Żyrardowie zdarzył się akt krwawego terroru, który mimo iż przypadkowy i nawet bezmyślny, został uznany przez całą ludność za najistotniejszy wyraz jej pragnień, jej nienawiści i jej zemsty? „I jabym zrobił to samo” – padało raz po raz z ust świadków, aż się gorszyli sędziowie.

Zabójcza toksyna wytwarzana przez Koehlera i jego zauszników doprowadziła do najwyższego napięcia zbiorową nerwowość Żyrardowa. Może dlatego że ta ludność jest bardzo zgrana, bardzo zżyta, ma dawne tradycje i mało jest w niej napływowego elementu. W większości rodzin żyrardowskich pracował w fabryce dziad, ojciec i syn, fabryka była ośrodkiem życia i granicą świata. Od pięćdziesięciu zgórą lat ten organizm zlał się i skonsolidował, uszczelnił tkanką łączną wspólnych spraw. Wtargnięcie obcego, wrogiego elementu wywołało ową psychozę zbiorową. Nad miastem rozwinął czarne skrzydła nietylko głód ale i strach. Ta ludność, wyrobiona, świadoma, pełna godności, poczuła się nagle wysadzona z orbity, ze swoich dawnych praw i przywilejów, sponiewierana, zdeklasowana. Niemożliwa atmosfera zawisła nad miastem. Obłęd strachu i niepokoju ogarnął wszystkich. Próżno starałam się rozumieć, czemu się tak bano Koehlera. Bano się go, i koniec. Świadkowie-robotnicy pokazywali, niby w złym filmie, jak wszyscy drżeli kiedy Koehler przychodził na inspekcję. Próżno tu charakteryzować Koehlera. Znamy go wszyscy dzięki zdumiewającej intuicji Kadena-Bandrowskiego, aż do podobieństwa nazwisk włącznie. To Coeur oczywiście. Osobiście może był taki, a może zupełnie inny, ale to w gruncie rzeczy obojętne: w postaci Coeura pojawiło się to widmo na rozprawie sądowej, w postaci Coeura przejdzie do legendy żyrardowskiej. Jest jakiś tajemniczy i przejmujący zbieg okoliczności, niemal coś mistycznego w tem, że najpierw pojawia się taki Coeur w literaturze, a potem jako Koehler niejako musi zmaterializować się w życiu. Taki czy inny osobiście, na tle życia zbiorowego Koehler był zmorą, koszmarem, kompleksem strachu i upokorzenia, źródłem zbiorowej psychozy. A Blachowski był jej bezwiednem wyładowaniem, rozwiązaniem, ulgą, był ręką ektoplazmiczną na tym ponurym seansie.

PSYCHOZA NISZCZENIA

Inna jeszcze psychoza panowała w tem umęczonem mieście, bardziej czy mniej uzasadniona od pierwszej – nie potrafię powiedzieć. Trudno było w tej skomplikowanej sprawie rozeznać się w sądzie, tak sprzeczne zdania się słyszało. Tą psychozą była rozpacz miasta wobec niszczenia fabryki. Oto przykład zdumiewającego zlania się człowieka z warsztatem pracy, niejako organiczne weń wzrośnięcie. Kiedy się patrzy pod tym kątem, obraz życia zbiorowego poszerza się jeszcze i pogłębia, obejmuje już nietylko ludzi ale i przedmioty, tak niesłusznie uważane za martwe, – maszyny, budynki fabryczne. To jedno zjawisko, więcej niż wszystkie rozumowe argumenty, dowodzi prawa człowieka do warsztatu jego pracy i czyni z robotników współwłaścicieli fabryki. Robotnicy żyrardowscy chorują, słysząc jak młotami rozwala się maszyny. Cierpią – widząc zamierające tętno życia w fabryce, jakby to było tętno najbliższego człowieka. Wpadają w szał patrząc na dewastacyjną gospodarkę. Podkreślałam już, że żaden prawie ze świadków nie narzekał na głodowe pensje, każdy prawie ze drżeniem, z rozpaczą mówił o niszczeniu fabryki. „Nonsens – odpowiadali, wzruszając ramionami, inżynierowie – Zakłady Żyrardowskie przesunięte zostały pod zarządem francuskim na znacznie wyższy poziom”. „Nieprawda! – krzyczeli robotnicy – niszczycie, dewastujecie, sprowadzacie towary z zagranicy, aby tylko tu nie produkować, aby tu życie zamarło!”

Czy ta koncepcja, że koncern Boussaków wykupił Żyrardów, aby zniszczyć w nim niebezpiecznego konkurenta dla fabryk francuskich, jak to się często zdarza w dziejach trustów i karteli, jest słuszna, – nie wiem. Wiem tylko, że takie było najgłębsze przeświadczenie robotników, i nie mogę się oprzeć przeświadczeniu, że oni właśnie mają rację. Ten kto kocha wie najlepiej, tego kto kocha nie można okłamać. A ze słów spracowanych świadków biła frenetyczna wprost miłość, nie różniąca się niczem od miłości chłopa do ziemi, miłość do tej właśnie fabryki, która była granicą ich świata od dzieciństwa. Rozpacz i zgroza zapanowały w mieście: niszczy się wspólny dorobek, wypracowany od pokoleń. Nie dla siebie zresztą, dla kapitalisty. Każdy z tych ludzi zosobna jest może chciwy, ograniczony, egoistyczny – wszyscy razem mają ten wspaniały, idealistyczny gest ojca oddającego dzieciom cale dobro: „Zrobiłem to dla was, nie dla siebie. Niczego więcej nie żądam, tylko nie niszczcie, szanujcie moją pracę”. Zapewne przemawiał tu także osobisty interes: w zdewastowanej fabryce próżno szukać pracy. Mój Boże, ten osobisty interes: piętnaście lub dwadzieścia złotych tygodniowo na całą rodzinę! W rozpaczy i zgrozie tych ludzi zawarte były i te złotówki, ale było i coś więcej, nie wolno tego nie widzieć, nie wolno tego nie rozumieć. Cały ten organizm zbiorowy, szarpany strachem i głodem, zdławiony poniżeniem, porażony teraz w swojej istocie, w centrum ruchu i życia, zdobył się na ostatni odruch, strzał Blachowskiego.

DNO LEJA

Ale przejdźmy od dramatu zbiorowego, do tragedji indywidualnej. Jak wygląda ten żywy symbol umęczonego miasta? Czemu los jego właśnie obrał za bezwiednego i bezwolnego mściciela? „Czemu zabiłem? Nie wiem” – powiedział szczerze Blachowski. Kim jest Blachowski?

Ludność Żyrardowa odczuła niewątpliwie jako zawód, że ten jej mimowolny mściciel nie przyznał się do swego czynu jako do aktu świadomego, jako do planowego protestu. Ale to naprawdę był tylko odruch. Dziwne jednak, że później, po namyśle, Blachowski nie przyjął roli jaką mu los narzucił. Czy działał tu instynkt samozachowawczy, czy perswazja obrońców? Nie starczyło Blachowskiemu gestu, sam zniszczył swoją legendę.

Może to dziwić tem bardziej, że rola męczennika nie jest Blachowskiemu obca. Mając lat siedemnaście, za udział w N. P. R. został skazany na katorgę; przebył tam (wraz z osiedleniem) lat osiem. Psychika ludzka musi mieć nieobliczalną odporność jeżeli podobne przeżycie, w tak młodym wieku, w dzieciństwie niemal, może wywołać jedynie pęknięcie a nie zupełne zmiażdżenie. Któżby się nawet domyślił pęknięcia? Zewnętrznie ten człowiek był uosobieniern hartu, energji i woli. Ale, „n’y touchez pas, il est brisé”. Blachowski żeni się na Syberji, wraca do kraju, walczy dzielnie z przeciwnościami i z biedą, sprzedaje pączki na ulicy, wyjeżdza do Francji jako górnik. Wreszcie dostaje nędzną posadkę w Żyrardowie, osiada w nim na stałe.

Jest Polska. Jaki stosunek może mieć człowiek po odbyciu katorgi do ojczyzny, która tymczasem odzyskała niepodległość? Sądzę że podobny jak inwalida powracający z wojny. Chciałby trochę wdzięczności, trochę uznania, i ma do tego prawo. To męczeństwo poniesione bezinteresownie staje się dla niego później legitymacją, świadectwem i chlubą.

Blachowski wsitępuje do P. P. S. Tu zaczyna się najlepszy zapewne okres jego życia. Zyskuje sobie mir i uznanie, zaczyna mieć wpływ. Ujawnia się w wreszcie to co było zapewne zawsze motorem jego działania – ambicja. Cóż w tem złego? Ambicja pcha ludzi do wielkich czynów. W okresie ucisku pcha ich do męczeństwa, w okresie normalnych warunków – do karjery. Blachowski wykazał się i w tym i w tamtym zakresie. Potrafił mężnie przetrzymać katorgę, potrafił być prezesem rady miejskiej. Nie wątpię, że po wyborach wyszedł upojony na ulice Żyrardowa. Ten człowiek zdolny, ambitny i z charakterem, a przybity do ziemi przez los, rozprostował się i odetchnął pełną piersią. Zaczynało się prawdziwe życie, nie ta jego negatywna afirmacja, jaką jest cierpienie, ale prawdziwe życie, do którego czuł się stworzony: walka, władza, działanie. Stanowisko prezesa rady miejskiej jest honorowe, nie chodziło mu o pieniądze. Ale poczucie że się kimś jest, że muszą się z nim liczyć, – o tak! nareszcie!

Można sobie wyobrazić jak wtedy wyglądał: kwadratowa, wysoko podniesiona głowa, grubo ciosane rysy, krótki nos, zacięte usta wyrażają energję, małe oczka błyszczą uniesieniem. Zrywa się od biurka, od nudnej martwej pracy w Zakładach, i pędzi na posiedzenie. Pracuje za trzech, często nie wraca do domu na obiad, nie sypia po nocach. Nie było świadka któryby mu wydał złe świadectwo z tego okresu pracy, przeciwnie, wszyscy, czy to koledzy, czy dygnitarze państwowi, wyrażali się o jego działalności z najwyższem uznaniem. Jest popularny, zaczynają się z nim liczyć w fabryce, pracuje niezmordowanie.

I nagle trach! wszystko pęka. Następna kadencja rady miejskiej. Własna partja go utrąca. Niema już mowy nietylko o prezesurze, ale nawet o stanowisku radnego. Votum nieufności zbyt dotkliwe, upadek zbyt gwałtowny.

Co się stało? W czem zawinił? Tajemnica. Niepodobna się dowiedzieć. Czemś naraził się partji. Obawiamy się mocno, czy to nie zbytnia niezależność zdania, czy nie jakieś nieposłuszeństwo dyrektywom płynącym zgóry. Czemuż tak wstydliwie to ukryto, czy aby go nie obciążać, czy aby się samym nie demaskować? Istnieje też uzasadnione podejrzenie, że to były kwestje osobiste, jakieś inne ambicje, dosyć bezceremonjalne. W każdym razie te drugie wybory stają się punkiem zwrotnym w życiu Blachowskiego. Niepodobna się oprzeć wrażeniu, że to partja ponosi odpowiedzialność za jego późniejszy upadek. Trzeba być ostrożnym w manewrowaniu ludźmi. Na korzyść Biachowskiego trzeba powiedzieć, że podczas rozprawy nie dał upustu swojej goryczy i ani słowem nie wyjaśnił tej zagadkowej sprawy, nie było w nim ani zemsty, ani jadowitości odtrąconego.

Czemu Blachowski przetrzymał katorgę, upodlenia i nędzę, a nie przetrzymał tego napozór drobnego zawodu, któż to powie? On sam się dziwił, sam nie mógł tego zrozumieć. Czyż powodzenie tak prędko może rozhartować człowieka? To jest moment jego załamania, a droga wdół jest szybka. Zaczyna pić, on – który dawniej nie znał wódki. Cierpi na ostrą neurastenję, na nerwicę żołądka, nie sypia, nie jada. Jest coraz gorzej. Zaczyna się opuszczać w pracy, wreszcie traci posadę, słusznie, jak sam powiada.

Blachowscy przenoszą się do Warszawy. On szuka pracy, ona dojeżdża do Żyrardowa. Depresja rośnie. Obłęd krwawym całunem poczyna spowijać mózg. Znów drobna sprawa, – Zakłady nie pozwalają mu na zatrzymanie na jakiś czas mieszkania, w którem żona mogłaby mieć pied-a-terre, – urasta do przytłaczających rozmiarów. Wódka, wódka. Nie ma żalu do Zakładów za utratę posady, z Żyrardowa wyjechał raczej z ulgą, ale ma dziecinną, upartą pretensję o to mieszkanie, do którego nie posiada żadnych praw, skoro przestał pracować, ani jego żona, skoro nie jest zatrudniona w fabryce, mieszkanie, które zobowiązał się zwolnić pod słowem honoru. Sprawa tego mieszkania staje się jakiemś paranoicznem urojeniem, dowodem osobistych szykan, bezustannie działających wrogich sił. Blachowski nachyla się nad swoją córeczką i pyta: „Powiedz, czy ja nie mam obłąkanych oczu?”. Błąka się po mieście, mając rewolwer w kieszeni palta.

Jak zwykle w takich wypadkach, cały świat staje się sprzymierzeńcem zbrodni. Tego nie było w domu, ów nie miał czasu, drzwi do baru były otwarte, ślepy przypadek kazał mu iść tą właśnie stroną ulicy. Wszystko poto aby nagle tuż przed sobą ujrzeć mityczną postać dyrektora, symbol Żyrardowa. Blachowski dawno już przestał być sobą, ale jego neuropatyczny organizm stał się może tem czulszą stacją odbiorczą na potężne fale płynące z miasta jego pracy, z miasta jego krzywdy, wzlotu i upadku. Cała jego bohaterska przeszłość posłużyła do tego jedynie aby wyczulić jego system nerwowy, aby zrobić z niego tem sprawniejsze narzędzie cudzej i własnej rozpaczy. Trzeba było tylko tego, żeby znienawidzony, niedostępny, nieosiągalny dyrektor przyszedł mu przed samą twarz i stanął mu oko w oko. Jakiś bełkot o mieszkaniu – powszednia idée fixe, brutalny gest dyrektora, krótkie spięcie, strzały, i oto dno piekielnego leja – więzienie.

W SĄDZIE

Blachowski mówił w sądzie dużo i bezładnie. Plątał się w szczegółach, przytaczał cyfry, zapewniał, zaklinał się. Śmiesznie drobna w tej lawinie tragedyj sprawa mieszkania nie schodziła z jego ust. Widać było, że nic nie rozumie z samego siebie, z tego co to wszystko znaczy. Szkodził sobie w ostatniem słowie, aż mu sędzia dobrotliwie przerwał. Małe, zwężone oczki nie przepuszczały już wcale spojrzenia. Kwadratowe szczęki poruszały się bezustannie starczym, żującym ruchem. Szczeciniaste włosy jeżyły się na głowie. Piersi chwytały oddech spazmatycznie. Chciał coś powiedzieć, o czemś przekonać, ale jego wypolerowane, okrągłe zdania zawodowego działacza nic nie znaczyły, niczego nie wyrażały. Na ławie świadków siedziała jego córeczka: okrągła ładna buzia, okrągły nosek i usta w kształcie kółeczka. Okrągłemi oczkami wpatrzona w tatusia, uważnie wsłuchana, milutka, wzruszająca aż do ściśnięcia serca. Nie wiem, czy słusznie zrobiła pani Blachowska, że ją przyprowadziła na rozprawę. Ta rozprawa może być dla tej małej pęknięciem psychicznem, niemniej groźnem niż katorga dla ojca. Cóż za los tej pani Blachowskiej! Praca, orka bez wytchnienia, dzieci, pijaństwo męża, teraz jego zbrodnia, przy tem ani śladu nietylko załamania się, ale nawet zaniedbania: czysto wymyta, starannie ubrana i ona i dzieci. Usta zaciśnięte. Wytrzyma. Czy nie mam racji, kiedy mówię, że nic się nie da porownać z potężną energją i odpornością kobiety?

Rozprawa tym razem, w przeciwieństwie do procesu Drożyńskiego, odbywała się poważnie i nie raziła groteskowym, ani okrutnym stosunkiem do świadków i do oskarżonego. Wielka w tem zasługa p. prokuratora, jego taktu, rozumu i ludzkości. Okazało się, że urok adwokata w znacznej mierze jest zależny od tego, po której stronie sali siedzi. Ten sam znany mecenas, który budził sympatję jako obrońca Drożyńskiego, tutaj, w roli powoda cywilnego, był często przykry i niepotrzebnie dokuczliwy.

Pan mecenas Berenson był poprostu wspaniały. Krasomówstwo wysokiej klasy, ogień, namiętność, świetna logika, głębia ujęcia. Nic bardziej zadziwiającego niż przeobrażenie tego najmilszego i dobrodusznego człowieka gdy mówi. Jest porywający, oczy jego rzucają autentyczne błyskawice, twarz staje się wspaniała i piękna.

Pięć lat więzienia. Społeczeństwo nie może tolerować samosądu. A jednak nie da się to ukryć, ta zbrodnia, a raczej to męczeństwo dwóch ludzi, bo ten co strzelał też jest człowiekiem skończonym, przeważyła szalę niesprawiedliwości. W Żyrardowie jest teraz lepiej. Zmieniło się traktowanie robotników, przyjęto znaczną część ludzi do pracy. Czyż los ślepy i pierwotny zawsze jeszcze żąda ofiar z krwi?

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close