Prostytutka i my, ludzie porządni

Chcąc znaleźć zwięzłą definicję reglamentacji, szukam tego słowa w encyklopedii. „Reglamentacja”: regulowanie drogą szczególnych przepisów, regulowanie prostytucji, ob. Prostytucja”. Prost… Prosta… prostytutkę lud nazywa dźwięcznem słowem „curva”, co po łacinie znaczy krzywa. Bo los wykrzywił drogi jej życia i zgiął w pałąk pokorny kark.

„Prostytutki – czytam – były w średniowieczu zorganizowane w cechach, mieszkały w burdelach, zobowiązane były do płacenia danin władzom miejskim i podlegały katu”. Dla pp. radców maximum przyjemności i minimum kłopotów. „Z końcem XVIII w. powstała we Francji myśl reglamentacji prostytucji, która wprowadzona została następnie we wszystkich krajach europejskich. Polegała ona na policyjnej kontroli kobiet oddających się prostytucji, które poddawane były regularnie badaniu lekarskiemu”. Ponieważ trzeba się zgodzić z faktem, że prostytucja istnieje, – rozumuje rozsądny obywatel, – ponieważ, jak wiemy, jest ona rozsadnikiem zarazy moralnej i fizycznej, więc władze muszą trzymać ją w garści, aby móc każdej chwili izolować typy nazbyt śmiałe, niewygodne dla społeczeństwa i zarażone syfilisem. To godne pochwały dążenie do spokoju i wygody natrafiło na opór sumień w Anglji i w krajach skandynawskich. Bunt przeciw reglamentacji nastąpił najpierw tam, gdzie panuje kult wolnej woli i gdzie uczy się smyki, ledwo od ziemi odrosłe, poczucia odpowiedzialności za własne czyny.

Dr. Hoops, z którym rozmawiałem o tej sprawie na kongresie Ligi Reformy Seksualnej, tłumaczy mi, że w Anglji nie może istnieć reglamentacja, która pozwala korzystać bezkarnie z łask prostytutki, wypuszczanej jak gołąb na tir-aux-pigeons na zabawę dla mężczyzn, ażeby w chwili, kiedy zbytnio zapachnie jej wolność, strącić ją na dno klatki, strzeżonej przez policję, najeżonej karami. Prostytuowanie się jest hańbą, korzystanie z łask prostytutki jest rzeczą haniebną. Obie strony muszą ponosić ryzyko i konsekwencje swego postępowania. Państwo nie może sankcjonować zła, a tem bardziej nie może obarczać odpowiedzialnością tylko jednej strony, i to strony słabszej. Zarzucają nam hipokryzję, mówią, że zamykamy oczy na istnienie prostytucji w królestwie bożem na ziemi, gdy tymczasem ulice Londynu pełne są kobiet i mężczyzn utrzymujących się z nierządu. Nasz argument, że w abolicjonistycznej Anglji ilość prostytutek i osób zarażonych chorobami wenerycznemi jest stosunkowo mniejsza niż w reglamentacyjnej Francji, zbywają ironicznemi uwagami i z wyższością surmalów przypominają nam chłód i purytanizm angielski, nie do pomyślenia w kraju gorących temperamentów. Ale my wiemy, że jeżeli reglamentacja, będąca jedną z najbrutalniejszych form przemocy silnego nad słabym, przetrwała dotychczas w krajach kulturalnych, to dzieje się to przede wszystkiem dlatego, że przez lata jej istnienia powstał dokoła niej sztab biurokratyczny: urzędnicy, wywiadowcy, pokoje z kartotekami pod sufit, setki dozorców i dozorczyń, płatnych gnębicieli i płatnych moralizatorów – chleb dla ludzi porządnych – il faut gagner sa vie, proszę państwa. A walka z chorobami wenerycznemi? – zapytają mnie czytelnicy. Przecież zapobieganie szerzeniu się tych chorób jest najpoważniejszym argumentem przemawiającym za reglamentacją, i być może, w Anglji ilość chorób wenerycznych obniżyłaby się jeszcze bardziej, gdyby prostytutki były tam pod stałą kontrolą.

Przedewszystkiem zdajmy sobie dokładnie sprawę z tego, że gwałt, dokonywany przez władze nad dziewczyną uliczną, pozostaje w jaskrawej dysproporcji z bezsilnością medycyny, która dotychczas nie zna skutecznego środka chroniącego kobietę przed chorobą weneryczną. Profilaktyczne znaczenie reglamentacji jest żadne. Tylko mężczyznę można zabezpieczyć przed zarażeniem się, tylko mężczyzna może używać środków, które uniemożliwiają przenoszenie się zarazków, tylko reglamentacja mężczyzn nadałaby sens reglamentacji kobiet… dochodzimy do absurdu… nie, do jedynego rozwiązania sprawy: tylko uświadomienie seksualne mas, udostępnienie bezpłatnego leczenia oraz uznanie zarażenia chorobą weneryczną za przestępstwo zwalczy skutecznie plagę trapiącą współczesne społeczeństwa. Reglamentacyjna prostytutka, zarejestrowana w poniedziałek jako zdrowa, od wtorku może, za pozwoleniem władzy, zarażać świeżo nabytą chorobą aż do dnia najbliższej kontroli. Gdyby nie miała przy sobie kartki ze stempelkiem wypisanej przez władze, może klient, przerażony ryzykiem, wyrzekłby się kupnej miłości, może użyłby środków zabezpieczających i uratował zdrowie. Zważmy także, że akcja „lekarska” nie obejmuje mężatek uprawiających nierząd jako zajęcie poboczne, ani tych wszystkich tajnych prostytutek, które mają własne mieszkania i dzięki pewnej zamożności mają sposoby zwabiania do siebie gości, nie chodząc po rogach ulic. Czyż to możliwe, żeby lekarze w ciszy swoich gabinetów i laboratorjów wymyślili podobnie absurdalny plan walki z epidemją? Podczas epidemji tyfusu plamistego używa się pomocy i przemocy policji, a nawet wojska. Kąpie się gwałtem, obcina się brody i dezynfekuje kożuchy bez względu na płacze i protesty. Wszyscy muszą być czyści dla dobra wszystkich. Gdybyż powodem szerzenia się chorób wenerycznych była beznamiętna wesz! Niestety, od wieków wokół chwili, w której następuje zarażenie się chorobą weneryczną, kręcili się kapłani i męska i damska starszyzna. Chwila ta opasana jest płomieniami uczuć pełnych patosu czci, pogardy, wstrętu, pożądania, które mącą zdrową ocenę faktów. Pruderja położyła jedną rękę na wskazaniach lekarskich i utrudnia uświadamianie mas, a przedewszystkiem młodzieży, drugą chwyciła za gardło prostytutkę. Nocne obławy, prawdziwe polowania na dziewczyny na pięknych ulicach Paryża czy Wiednia zaspokajają może zazdrość kobiet, sadyzm i egoizm mężczyzn, którzy chcą żyć poligamicznie (poza domem, a w domu czcić nieubłaganą monogamję, wielkopański apetyt na robienie rzeczy sprzecznych, całować i opluć, kiedy się spodoba, wystroić w jedwabie i kopnąć na dno szpitala, kiedy przyjdzie chętka, – ale z chłodnie obmyślaną przeciwchorobową kampanją lekarską mało to ma wspólnego. Książki żółte i czarne, odcinające dziewczynie drogę do powrotu, nie zmniejszają ilości prostytutek, a szpitale-więzienia nie zachęcają do dobrowolnego leczenia.

Lekarze szpitali wenerycznych określają ilość prostytutek rasowych, prostytutek z powołania, na 10-15%. Przypuszczam, że procent ten okaże się jeszcze mniejszy teraz, w okresie wyzwolenia seksualnego kobiety. W czasach gdy tryumfująca pruderja przebłyski poligamji u kobiet nazywała prostytucją, ilość prostytutek „z zamiłowania” była jeszcze większa, niż się to zdawało rozdzierającym szaty bigotkom. Ilość ta stała się znikoma dziś, gdy prostytutką nazywamy kobietę, która oddaje się bez wyboru, bez skłonności i pożądania, dla której zarobek jest celem a ciągła zmiana – koniecznością.

Na tle swobody seksualnej rysują się jasno kontury miłości, uroki pożądania i pokraczna oschłość prostytucji. Któraby to chciała pójść nieprzymuszona na taki chleb, teraz kiedy można mieć i przyjaciela i dziecko, i szacunek maglarki…

Dr. Hodann prosił mnie o artykuł o prostytucji w Polsce. Temat był mi obcy. Nie wiedziałem dokładnie, jak młody organizm państwowy zareagował na tę chorobę społeczną. Jakieś krzyki posłyszane w nocy, wzmianki w gazetach o aresztowaniach i bójkach w komisarjacie i wyrzuty sumienia, że nie pośpieszyło się na pomoc dziewczynie, wołającej chrapliwie ratunku, ze wstrętu do awantur ulicznych i do pijackich głosów aktorów narożnego dramatu.

Wywiad z Marysią z Chmielnej otworzył mi oczy na fakty, o których pragnąłbym opowiedzieć wszystkim.

Marysię wybrałem dlatego, że była już niemłoda, mogła więc ocenić zmiany zaszłe w ostatnich latach, że miała ludzki smutny wyraz twarzy i że sądząc z wyglądu, nie była pijaczką, warunek konieczny ze względu na to, że miejscem naszej rozmowy był bar. Najlepszym terenem porozumienia i szczerych wynurzeń jest teren wspólnej niedoli. Opowiedziałem więc Marysi, że jestem z prowincji, że przyjechałem na kilka dni do Warszawy w poszukiwaniu sostry, która uciekła z domu i chodzi teraz po ulicach. Widzieli ją. Prześladuje mnie myśl, że ją szarpią i biją, że ucieka przed policją i nie ma się gdzie schować, że zaciągnęli ją do urzędu, gdze rejestrują prostytutki, że traktują ją tam gorzej niż bydlę, że czarna książka na zawsze położyła na niej piętno hańby. Że pewno wpadła w ręce jakiegoś draba, który się nad nią pastwi, albo że nie chcą jej wypuścić z domu publicznego. Chcąc mnie pocieszyć, Marysia udziela mi wiadomości, które są dla mnie rewelacją. Sądząc z jej słów, reforma seksualna, o którą walczymy, – tu, w Warszawie, została przeprowadzona na swym najtragiczniejszym odcinku dzięki mądrości i dobroci jednego człowieka. Przedewszystkiem czarne książki są zniesione.

– Dwa razy – mówi Marysia – oblałam przeszłość naftą, podpaliłam, dwa razy wzięłam się do pracy. Ani w meldunkach, ani w paszporcie nie wolno napisać nikomu: prostytutka. Nikt nie wiedział w fabryce kim byłam i nikt nie mógłby się dowiedzieć. Przyszło bezrobocie, redukcje, i musiałam znów iść na ulicę. Ale mogę każdego dnia wrócić do domu i rozpocząć życie na nowo; nikt nie ma prawa mnie śledzić, nikt nie ma prawa żądać, żebym chodziła na badania. Oblane naftą, spalone.

(Dlaczego – myślę – w dzień, w którym zniesiono czarne książki, nie było pochodów i iluminacji na mieście? czy umiemy entuzjazmować się postępem tylko wtedy gdy jest opłacany krwią?)

– Jeżeli dziewczyna ma kartkę w porządku, – tłumaczy mi Marysia, – policjant nie ma prawa jej nic powiedzieć. Obejrzy kartkę i pójdzie.

– Więc jednak kartki są, kartki, bez których policjant ma prawo zaciągnąć do komisariatu, kartki, na których prostytucja nazwana jest zajęciem?

– Nie do komisarjatu, tylko do obyczajówki – poprawia mnie moja towarzyszka. – A ta kartka to kartka doktorska i każda powinna ją mieć. I żeby innych nie zarażać i dla własnego dobra.

Stopień uświadomienia Marysi w sprawach lekarskich każe mi oddać sprawiedliwość biurokratycznej kasie chorych. Lekarz stał się potrzebny i dostępny dla mas. Kasa chorych spopularyzowała medycynę.

– Kartki są potrzebne, żeby dziewczyna nie zapuściła swojej choroby i żeby (Marysia jest optymistką) umiała się przed chorobą ochronić. Obyczajówka nie jest taka zła jak się wydaje. Dziewczyna, którą sprowadziła tam nocna obława pześpi się do rana, rano idzie na badanie. Nikt jej nie szarpie, nikt nie poniewiera, bo tam tatuś rządzi. Jeżeli okaże się zdrowa, tatuś radzi wziąć kartkę ale nie zmusza. „Poco masz mieć przykrości z policją? – tłumaczy – Pokażesz kartkę i masz spokój”. Jezeli jest chora, radzi się leczyć, ale też nie zmusza. „Nie chcesz, nie lecz się” -mówi, ale opowiada jak wyglądają te co zaniedbują choroby. Tylko w ostrych wypadkach odsyła do szpitala pod przymusem. Ale przecież doktór z każdym zrobiłby to samo. Leczą za darmo, a zdrowym dają pakiety ochronne. Tatuś jest cwany, radzi każdej, żeby nie zadzierała z policją: „Władza – powiada – nie lubi oporu, z policją bądzcie jak te baranki, i tak koniec końców przyprowadzą was do mnie”. Do komisarjatu prowadzą dziewczynę wtedy tylko kiedy robi awantury na ulicy, albo jest pijana, tak jak każdego innego za zakłócenie spokoju. Jeżeli nie ma kartki w porządku, rano odstawiają ją do obyczajówki, do tatusia.

Zaduch, zapach wódki i piwa i ciemne ściany podrzędnego baru tuszują groteskową ckliwość słowa „tatuś” i nadają temu przezwisku nieodparty czar.

Pytam się jeszcze o pijawkę prostytutki – o alfonsa. Jedna ręka ze stróżem, kum policjanta, bezkarny drab w lakierkach z „Jamy” Kuprina, ten, spod którego władzy nie można się wyzwolić, – jak obroni się przed nim dziewczyna?

– Wszystko to było kiedyś, przed wojną, – mówi Marysia. – Tylko nie trzeba plątać alfonsa z sutenerem. Alfons, to jest przyjaciel dziewczyny i bije czy nie bije, to ich własna sprawa. Sutener, to ten, co nazbiera dziewczyn i za kąt, za łyżkę strawy, odbiera wszystko co zarobią. Nie da, to bije, grozi zemstą. Tacy kiedyś robili z nami co chcieli. Dziś wystarczy, żeby dziewczyna powiedziała tatusiowi, że taki a taki żyje z jej pieniędzy, jak się nazywa, gdzie mieszka, a w trzy, cztery dni siedzi zamknięty na dobrych kilka lat.

Marysia skarży się na ciężkie czasy: po pierwsze, ludzie nie mają pieniędzy, a po drugie, codzień większa konkurencja. Służące żyć nie dają dziewczynie fachowej. Chociaż mają dom i utrzymanie, dorabiają sobie na mieście. Żona bezrobotnego, matka dzieciom, idzie na róg, żeby coś zarobić, to jest zrozumiałe, ale żeby taka służąca odbierała ludziom chleb na łachy… Dziewczyna zaczyna mówić o swoich sprawach osobistych. Dla kogo „pracuje” i o swojem mieszkaniu, gdzie wypoczywa po „pracy”. Pragnę zakończyć rozmowę. Ja, stary wyga szpitalny, czuję, że nie mogę znieść ciśnienia atmosferycznego prywatnego życia Marysi, jej bezrobotnego przyjaciela, bezrobotnego szwagra i jego dzieci. Powietrze ulicy raduje mnie jak odzyskane zdrowie.

Nazajutrz rozmawiałem o sprawach prostytucji w Polsce z pewną wybitną działaczką społeczną.

– Dopóki istnieje rejestracja, – twierdzi moja interlokutorka, – dopóty, rzecz jasna, reglamentacja nie została zniesiona. Jest może złagodzona, ale faktycznie istnieje. W urzędzie sanitarno-obyczajowym zwracają się do prostytutek per ty. W separatce, która jest niczem innem jak aresztem, niema ubikacji. Sławny przelewający się kubeł, bez którego kara wydaje się niekompletna naszej rodzimej Temidzie, twarde mary i kraty w oknach. Policjant nie jest tak wszechwładny jak był kiedyś, ale sytuacja jest zbyt nęcąca, żeby słabsze charaktery lub bardziej krwiste natury męskie nie miały jej wyzyskać. Dlaczego policja obyczajowa nie składa się wyłącznie z kobiet? Książeczki czarne zniesiono, prostytucja nie jest już uznawana za zajęcie, ale do kartek rejestracyjnych mają dostęp sądy koronne i sądy konsystorskie. Domy publiczne są nielegalne, ale któż nie wie o ich istnieniu, a obławy nocne, te niczem nieusprawiedliwione okrucieństwo wobec prostytutki, demoralizacja dla widzów i policjantów…

 U źródeł kompetentnych dowiaduję się, że sprawa prostytucji w Polsce znajduje się w fazie przejściowej. Projekt nowej ustawy abolicjonistycznej leży w ministerstwie. Tymczasem zniesiono książki, policja kobieca zażarcie tępi domy schadzek, a sądy – sutenerów.

– Wszystko inne, to prowizorjum, – mówi z uśmiechem mój informator, – i dlatego w tej chwili nie jest tak ważny instrument jak ten kto na tym instrumencie gra. Czy słyszał Pan o „tatusiu”?

Nie mogę oprzeć się myśli, że w ministerstwach rozsianych po całej kuli ziemskiej leżą plany rozbrojenia, plany domów zdrowia i domów pracy dla przestępców, plany elektryfikacji całych krajów i czterogodzinnego dnia roboczego, że ludzie stojący u steru rządów wiedzą, że wojna współczesna jest klęską dla zwycięzców i zwyciężonych, że kara śmierci nie zmniejsza ilości zbrodni, że rozrost biurokratyzmu idzie w parze z bezrobociem, że żyjemy w oczekiwaniu metod, które pozwoliłyby usunąć zdemaskowane zło i wprowadzić nowe plany w życie; ale tymczasem „póki co”, jak mówi lud, buduje się krążowniki, wznosi się coraz wspanialsze gmachy przeznaczone na urzędy, urządza się ekspedycje karne… „Wznosi się”, „urządza się”, czy też „wznoszą” i „urządzają” określone osoby, p. X  i p. Y i p. Z, którzy w tej chwili grają na instrumencie władzy, ludzie nieskrępowani żadnem tabu, bo żyjemy w stanie prowizorjum…

Urząd sanitarno – obyczajowy, Daniłowiczowska 5. Dom-potwór. Dom-zmora. Twarz domu jak twarz trędowatego, z której zgniła skóra opada kawałkami. I kraty w oknach. Świątynia syfilisu, z której niema powrotu. Mój optymizm, zbudowany na opowiadaniu głupiej dziewczyny, zawstydza mnie, ale wchodzę do środka i przekonywam się, że wszystko co opowiadała Marysia jest prawdą. Prostytutki przychodzą do urzędu tak jak się przychodzi do kasy chorych. Można się szybko zorjentować, że zadania urzędu są wyłącznie lekarskie. Leczenie chorych ambulatoryjnie, kierowanie do szpitala wypadków ostrych i zapobieganie chorobom wenerycznym, ograniczone, niestety, do pewnych zabiegów dezynfekcyjnych, które, jak już wiemy, nie mają wiele z profilaktyką wspólnego. Ale miło jest lekarzowi dokuczyć bakterjom wtedy kiedy nie potrafi ich zniszczyć.

Zwiedziłem poczekalnię, gdzie dziewczyny siedzą na szerokich ławach, – trudno pominąć ten fakt w czasach gdy bezrobotni dniami całemi wystają w urzędach pośrednictwa pracv. W poczekalni jest ciepło – co nie może ujść uwadze kogoś kto widział setki ludzi marznących w ogonkach do opieki społecznej. Dwa gabinety lekarskie. Jeden z oddzielnem wejsciem dla kobiet bardziej wstydliwych. Separatka jest obszernym, jasnym pokojem. Każda dziewczyna, sprowadzona w nocy, dostaje dwa koce i herbatę z chlebem, jeżeli jest głodna. Niema tu ani białych firaneczek, ani doniczek z kwiatami, jak w „białych domach” amerykańskich, a mimo to panuje nastrój zdumiewająco ludzki. Nie umiem znaleźć słowa, oddającego lepiej wrażenie, które odnosi się po kilkugodzinnym pobycie w „obyczajówce”. Poza nielicznemi wyjątkami, dziewczyny chętnie poddają się badaniu; prócz nowicjuszek żadna nie uważa wizyty lekarskiej za karę. Przypominam sobie ich twarze i rozmowy: typowe rozmowy pacjentek w poczekalni ambulatorjum. Personel jest ludzki i grzeczny. Zapewne bezrobocie złagodziło stosunek klasy pracującej do prostytutki. Pełne pogardy „pracować jej się nie chce” trzeba było zastąpić przez „zdychać z głodu jej się nie chce”, obelgę – okolicznością łagodzącą. Nie sądzę jednak, aby personel biurowy i służba umieli stworzyć bez instrukcji taki nastrój w tem środowisku. Czuje się tu obecność kogoś, kto dobitnie objaśnił wszystkim swoim podwładnym, czy też współpracownikom, że prostytutka jest człowiekiem, i to przeważnie człowiekiem nieszczęśliwym.

Gdyby na czele urzędu sanitarno-obyczajowego stał człowiek, dla którego władza jest celem a nie środkiem, sadysta, manjak lub fanatyk – to w ramach obowiązujących praw urząd byłby piekłem, Studzieńcem, postrachem prostytutek. Gdyby słowa urzędników były opryskliwe, ruchy bardziej kanciaste, spojrzenia twardsze – to kraty w oknach wysunęłyby się na pierwszy plan. Zapomniałem o nich, zwiedzając urząd. W zachowaniu się kobiet, zapełniających poczekalnie, jest swoboda nieomylnie świadcząca o tem, że nie jest się tu w zakładzie karnym. Tu, na miejscu, nie trudno się dowiedzieć kim jest „tatuś”. Naczelny lekarz urzędu, dr. Edmund Schayer, witany jest z taką sympatją, z takiem zaufaniem, że przez drżące ze strachu usta tych, które przyszły tu po raz pierwszy, przewija się blady uśmiech ciekawości i nadziei.

To on przyczynił się do skasowania czarnych książek, a rejestracje wyzyskał dla niesienia rady lekarskiej i ojcowskiej. W istniejącem prowizorjum, w czasie gdy prawo leży w remoncie, na własną odpowiedzialność zmienia głupią przemoc w mądrą pomoc.

*

Tak jest w Warszawie. Prosimy naszych czytelników, szczególnie lekarzy, o przysłanie nam wiadomości o Krakowie, Lwowie i miastach prowincjonalnych.

Dr. H. Rubinraut

 

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close