Z cyklu „Podróż po Polsce”
PRZYTYK I STRAGAN

Radom, w czerwcu 1936.

Na środek sali, w czworokąt zamknięty z jednej strony długim stołem sędziów, z dwóch – pulpitami obrońców, z czwartej – granatowym policjantem, wychodzi kolejno 57 ludzi określanych jako oskarżeni, kilkuset, przeszło pięciuset, określanych w aktach mianem świadków. Ale proces nie robi prawie wrażenia procesu, sąd nie przypomina zwykłego sądu. To jakby do laboratorjum wielkiej wytwórni filmowej przyniesiono kilkaset różnych fotograficznych wersyj tego samego wydarzenia i rozwijano je tu po wywołaniu, badając, naświetlając i krając. Szkła objektywów nie zatoczyły jednak szerokiego kręgu po świecie. Przez trzy tygodnie będziemy deptali na bardzo małym odcinku, po rynku targowym miasteczka, po jego głównej ulicy, jej jezdni, przedmieściu tego miasteczka, po moście nad rzeką Radomką, przy młynie Haberberga, przy straganach i szynkach. Ludzie w togach sędziów, prokuratorów i obrońców będą przez trzy tygodnie brali pod światło każdy odcinek taśmy filmowej, badali jego szczegóły, konfrontowali z wersjami innych operatorów. Ale z tego wszystkiego nie wysnuje się żadna wielka, [ nieczytelne ] akcja wielkiego filmu. Strzępy różnych operatorów, taśmy wyjęte z różnych aparatów, naświetlane pod różnym kątem różnych jupiterów, w jedną całość zestawić się nie dadzą. Na końcu całej pracy obraz wypadnie taki jakby tą samą błoną fotografowano te same rzeczy dwa razy, trzy, cztery razy. Czarne cienie pojawią się na całych zwojach taśmy. Momenty będą się z nich tylko wynurzały nagłemi, ostremi konturami wydarzeń. Więc będziemy widzieli parobczaka, którego z rąk policji, gdy namawiał do bojkotu, wyzwolił tłum, i będziemy zaraz potem widzieli ten sam jarmarczny tłum chłopski, blokujący w małym domu posterunek policji. Będziemy widzieli człowieka który z piętrowego poddasza wysuwa rękę, będziemy widzieli w tej ręce rewolwer, usłyszymy strzały, upadnie na jezdni chłop. Pokaże się naraz jakiś samochód – widmo miotający strzałami, samochód którego na żadnym innym filmie już nie będzie. Potem film stanie się na chwilę straszliwie wyraźny: będziemy wtedy w niskich izbach żydowskiego domu, ramy jego okien ugną się pod ciężarem kamieni, troje małych, wystraszonych dzieci będzie wyciąganych za nogi, włosy i główki spod nędznego łóżka, zamachną się nad niemi ciężkie chłopskie orczyki. W ciasnym przedsionku będzie ciemno, i znowu nie zobaczymy twarzy ludzi którzy pałkami będą miażdżyli podstawę czaszki, kość ciemieniową, żyłkowaną błękitnie wypukliznę skroni biednego żydowskiego szewca. Na chwilę film się urwie zupełnie, i potem wpłyniemy już na strugi taśmy nakręcanej przez rutynowanych operatorów: to już opisy policyjne, sprawozdania lekarza sądowego, oględziny zwłok i relacje przybyłych z Radomia urzędników. Wtedy znowu poprzez rozdartą chłopską koszulę wysondujemy głęboką, nierówną ranę, jaką przeorała padająca zgóry kula suche ciało starego Wieśniaka. Wtedy jeszcze raz podniosą nam, zmiażdżoną i domiażdżoną pałkami po śmierci, głowę Joska Minkowskiego, każą się wpatrzeć w to co pozostało z rozbitej orczykami od wozów i przesieczonej nożem czy ostrzem chłopskiej kosy głowy Chai Minkowskiej. Ale tego wszystkiego co było przedtem nikt tak jak było nie przedstawi. Po trzech tygodniach nie da się nawet ustalić, w jakim porządku należy zlepić poszczególne fragmenty straszliwego filmu, jak następowały po sobie kolejno zajścia z bojkotującym Strzałkowskim i aresztującą go policją, walka i rozgrom na rynku przytyckim, wreszcie wypadki za rzeką. W motywach wyroku sąd będzie musiał coraz to powtarzać słowa: „nie dało się ustalić”. Mimo 57 oskarżonych, mimo dwudziestu adwokatów, mimo kilkuset świadków i trzech tygodni pracy. Sąd będzie musiał odmawiać wiary zeznaniom świadków, prokurator będzie musiał nieprawdziwość tych zeznań imiennie potępiać. A jednak, mimo zaklęć, powoływań się na świętość przysięgi, na kary prawne, na poczucie słuszności, ogromna ilość świadków będzie składała zeznania sprzeczne z sobą, wikłające się, fantastyczne. Tłum będzie się solidaryzował nie z prawem przysięgi, prawdziwego świadectwa i kar za krzywoprzysięstwo. Będzie się solidaryzował z ławą oskarżonych, a raczej z dwiema ławami oskarżonych.

Na ławach obrońców o zajścia w miasteczku, o którem do dn. 9 marca 1936 r. mało kto wiedział gdzie leży, zasiadły największe sławy adwokatury polskiej, ludzie znani z procesów głośnych, sensacyjnych, dramatycznych i efektownych. Broni wielki obrońca w procesach roku 1905 i brzeskim, Leon Berenson. Nie można sobie jednak wyobrazić przewodu któryby mniej niż obecny przypominał tok akcji scenicznego dramatu. Nie można sobie przypomnieć procesu któryby w swej tragicznej grozie był tak mało efektowny. Każdemu z oskarżonych zagrażają pytania adwokatów, podstępne, szukające. Być może że to ten właśnie człowiek jest bohaterem zajść, być może że to ten obok jest ich złym duchem, jest Jakóbem Szelą nowego chłopa, jest Shylockiem i Przechrztą Przytyka. Reflektor pytań przenosi się z zaciętej, kałmuckiej, mużyckiej twarzy młodego Wójcika na bladą ze zmrużonemi oczami, skrytą twarz Leski, ślizga się po barach tęgiego chłopa o zagłobowskim wyglądzie, po czarnej brodzie Haberberga. Po kilku dniach zmęczone reflektory gaszą swe światła. W tym procesie, wśród tych 57 ludzi, wśród tych kilkuset świadków, z których mało który może się zrozumiale wypowiedzieć przed sądem, niema żadnych tragicznych, wielkich, bohaterskich czy zbrodniczych postaci. Niema żadnych potężnych ludzi -sprężyn działających z ukrycia. Było w Polsce obecnej wiele okolic, gdzie agitacja antysemicka miała więcej i lepszych agitatorów, gdzie teren był wcześniej i znacznie silniej objęty działaniem Stronnictwa Narodowego niż okolica Przytyka. Korczak, osławiony „wojewoda przytycki”, jest zwykłym, przeciętnym chłopem. To co mówi, mówi po chłopsku, jego sposób argumentowania jest chłopski, jego słownictwo jest chłopskie, jego środowisko jest środowiskiem chłopa – „biedniaka” o marnej glebie, dorabiającego się poddzierżawianiem ziemi innych, jakiemiś nadziejami na zbycie tu czy tam dochowanego konia, dalekiemi marzeniami o własnym handlu wapnem. Jedno co można jeszcze powiedzieć o tym człowieku, z którego prasa żydowska robiła spiritus movens zajść, wodza hord przytyckich, radomskiego Hitlera, groźbę dla rządu w Warszawie, o tym człowieku który miele w rozmowie kanony polskiego antysemityzmu, to to że bliżej od innych chłopów zżył się ze światem miasteczka. Oni bywali w niem raz na tydzień, on – codzień. Być może że nieraz słuchał gdzieś radja, być może że częściej rozmawiał z ludźmi z szerokiego świata, być może że częściej mógł czytać gazetę. Iskra, którą stał się ten człowiek w wydarzeniach radomskich, była przypadkowa. Prochy, które tutaj leżały, mogły się zająć od ogarka.

Bo oto jeszcze jedno zdjęcie filmowe musi sobie uzupełnić reporter, jeszcze z jednej strony, on, którego wynik procesowy, sądowy, proceduralny, nic nie obchodzi, który tutaj widzi tylko pewien przekrój sprawy żydowskiej w Polsce, musi na to spojrzeć. Ogromna większość ławy oskarżonych, i polskiej, i żydowskiej, to ludzie młodzi. O ludziach młodych mówi się że są najczulszemi membranami jeśli chodzi o wchłanianie płynących w eterze ich dni, niewidzialnych dla oka, prądów, że wiek, dojrzałość, rodzina i praca nie stępiły jeszcze aktualności ich politycznego słuchu. Wreszcie ci młodzi ludzie, Polacy, są chłopi, i nietylko chłopi. Są to małorolni i bezrolni, synowie licznych rodzin, dziedzice rozdrobnionych na płachetki gruntu gospodarstw. Gdyby ci ludzie chcieli pisać, mogliby do „Pamiętników chłopów” dodać nowe wstrząsające karty. To niewątpliwy, klasyczny proletarjat wiejski, proletarjat wsi polskiej, kraju którego przeludnienie agrarne i nędza wsi nie mają sobie równych w całej reszcie Europy. Wreszcie jest to proletarjat wiejski nie spod Baranowicz i Równego, ale dobrze za Wisłą, proletarjat z owej szczęśliwszej połowy Polski, z owej „Polski A” ministra Kwiatkowskiego. O 19 km stąd jest socjalistyczny Radom, o sto kilkadziesiąt kilometrów Poznańskie, polska Danja, gospodarcza oaza. Oskarżeni umieją czytać i pisać, byli w szkole. Oskarżeni należeli do partyj politycznych, bojkotowali nietylko żydowski stragan, ale jeszcze ordynację zacieśniającą prawa wyborcze. Ci właśnie oskarżeni zrobili Przytyk.

Nie jest to wcale obojętne, nieważne, przypadkowe, że największy proces o zaburzenia antysemickie, jaki mieliśmy dotąd, jest procesem chłopskim, nie procesem chłopów „kułaków”, zamożnych gospodarzy wiejskich, ale procesem młodej wsi małorolnej i bezrolnej, ludzi którzy w dwudziestym którymś roku życia widzą że zabraknie im ojcowskich morgów. Fornalscy bohaterzy „Ojczyzny” Wandy Wasilewskiej pytali co im dała Polska za lata wojny o niepodległość, żądali jako zapłaty socjalizmu. Przed zablokowanym posterunkiem w Przytyku wołali inni chłopi, żołnierze armji ochotniczej z 1920 r., co im dała Polska, choć żądana przez nich zapłata przedstawiała się inaczej niż okrzyk z głośnej powieści. Sąd nie zdołał ustalić pod czyjemi razami zginęła w straszliwy sposób zamordowana para żydowskich przytyckich biedaków. Ale to dłonie chłopskie puściły w ruch orczyki i kamienie, pałki i noże. Wieśniak mógł nie paść z ręki Leski, padł od innych żydowskich strzałów. Nawprost nas, z filmu, rzucanego na ekrany prasowe całej Polski, maszerują nie Leska, Haberberg, Banda, Wójcik, Kubiak, to nietylko świadek Snopek powie o pogromie z uciechą: „a było czemu się przyglądać”. To nawprost nas, tak jak o trzeciej popołudniu, gdy zaalarmowani wieściami z miasteczka chłopi spiesznie zawrócili konie aby iść „bronić swoich”, wali ogromny tłum chłopski. Bohaterem, winnym, oskarżonym i oskarżycielem jest tłum tego procesu, i szukając tego tłumu, trzeba pójść między domy żydowskie Przytyka, pójść do Potworowa, pójść na wieś.

– A przed owym bojkotem czy Żydzi dużo targowali? – pyta każdego Żyda obrońca endecki, mec. Kowalski. – Targowali – odpowiada Żyd.

– No a ile przedtem bywało tak straganów żydowskich w dniu targu?

– Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt.

– Osiemdziesiąt – podkreśla za każdym razem mecenas. – No, a gdy już był bojkot, tak przed 9 marca i 9 marca rano, przed rozruchami, ile było straganów żydowskich?

– Żydowskich – mówi Żyd – mogło być osiem, dziesięć.

– Osiem, dziesięć – powtarza Kowalski. – No a chłopskich ile?

– Sześćdziesiąt – mówi Żyd.

– Sześćdziesiąt – upewnia się Kowalski. – No a dawniej bywały chłopskie stragany?

– Nie bywało – odpowiada Żyd.

– Nie bywało, więc przedtem nie bywało chłopskich straganów – powtarza sam do siebie mecenas. – A teraz po bojkocie są.

I taka rozmowa, nic nie mająca wspólnego z procesową stroną sprawy, stanowi i leitmotiv, oprzędzany przez obronę chłopów dookoła każdego świadka. Taktyka obrońców polega na dwóch rzeczach: z jednej strony broni każdego z oskarżonych przed zarzutami gwałtu i terroru, z drugiej – podnosi gospodarcze powodzenie akcji bojkotowej, która po upływie kilku tygodni postawiła tłum żydowski przed widmem wygłodzenia i nędzy. Nie wiemy czy ta akcja ulżyła niedoli wsi polskiej, nie wiemy czy posiadała ona charakter trwały, czy zakorzeniała chłopa w miasteczku i przeprowadzała go istotnie od pługa do stragana, jednak jest oczywiste i pewne, że akcja ta niszczyła,  rujnowała ekonomicznie parę tysięcy Żydów zamieszkałych w Przytyku. Trzeba tam być. Jest to miasteczko w 90 procentach żydowskie i jest to chyba jedno z najnędzniejszych miasteczek jakie po długich wędrówkach po nędzarskich kresach udało mi się widzieć. W „wojnie przytyckiej”, w pogromie, w „poruchu” który tu się odbył, brały udział dwie strony nędzarskie, dwie nędze dwóch narodów. Ktoś co tu przyjedzie, będzie się dziwił czego szukać mogli chłopi w żydowskim Przytyku, czego zazdrościli ludziom z tych wykrzywionych lepianek. I nietylko temu będzie się ten ktoś obcy, do dna spraw tych nie znający, dziwił.

Na początku tego co się tu stało dn. 9 marca, był bojkot gospodarczy, zorganizowany przez chłopów przeciw żydowskiemu miasteczku. Początkiem walki, która skończyła się śmiercią Wieśniaka i trupami Minkowskich, była walka o stragan. Nie o sklep, ale właśnie o stragan. Żydowska ludność żyje z handlu. Arystokracja tego narodu zasiada w wielkich bankach, klasa średnia zasiada w sklepach, proletarjat ma stragan. Stragan rynkowy został zaatakowany przez chłopstwo, przez masę ludzką podnoszącą się ze wsi. Stragan rynkowy po bardzo krótkim czasie został w Przytyku zdobyty.

To są znowu rzeczy które w Polsce trudno zrozumieć. Wszyscyśmy przywykli, uważamy za naturalne, zrozumiałe i uprawnione dążenie chłopów do parcelacji ziem obszarniczych, do zabrania nawet bez odszkodowania ziemi pańskiej, gruntów folwarcznych. Wszyscy w mieście jesteśmy przekonani że fala niechęci chłopskiej podmywa kolumny dworów, że co ważniejsze, z olbrzymią i radykalną parcelacją odciągnie się chłopa od komunizmu czy od Witosa, zdobędzie dla Składkowskiego czy Grażyńskiego. Ale oto procesy o bunty chłopskie z lat ubiegłych, procesy o Łapanów, o Lisko, o Tarnów, pokazywały chłopa w walce z podatkami i szarwarkiem, ze starostą, komornikiem, policjantem. Ale oto procesy obecne pokazują go nam w zmaganiu z nędzarskim szewcem Minkowskim, z Ickiem Bandą, z żydowskim straganem z jajami, perkalikami czy czapkami. Chłop, bez odszkodowania, wywłaszcza żydowski stragan. Dlaczego?

Żeby zrozumieć dlaczego, można zrobić trzy kolejne doświadczenia. Można najpierw przeczytać „Pamiętniki chłopów”; – jeśli będziemy je czytali inteligentnie, zobaczymy że miejsce, jakie t. zw. dwór zajmuje w dzisiejszej wsi polskiej w jej nędzy, w jej nadziejach, jest niesłychanie małe; na setnej którejś tam stronie spotykamy dopiero słowo „dwór” ,dla tysięcy wsi i setek tysięcy chłopów jest to zjawisko odsuwające się w egzotykę. Możemy następni [ nieczytelne ] z lotu ptaka od Czerniowiec do Gdańska i od Wilna do Katowic szukać daremnie tych latyfundjów, bezmiernych obszarów, nie kończących się pańskich łanów; Polska z lotu ptaka, to pokrajana szachownica sznurkowych zagonów. Możemy wreszcie, aby zrozumieć tragedję przytycką, sięgnąć do książek Józefa Poniatowskiego i Theodora Oberländera, poświęconych przeludnieniu agrarnemu Polski. Powiedzą nam one najpierw że nawet z meljoracją całego zapasu nieużytków zapas ziemi do parcelacji wyniesie w najlepszym razie 3 000 000 hektarów. Gdyby zrobić jeszcze radykalniejsze posunięcia, możnaby, zdaniem Poniatowskiego, uzyskać jeszcze 600 000 hektarów. Na tym maksymalnym zapasie możnaby osadzić 600 000 nowych sześciohektarowych gospodarstw. Roczny przyrost ludności w Polsce, w większości swej rolniczy, wynosi 400 000. Nadmiar ludności rolniczej oblicza dziś Poniatowski na 2 000 000. Dla innych badaczy, włączających w to bezrobocie wsi, dochodzi on do 9 000 000. Wedle Oberländera, zapas ziemi dostępny dla kolonizacji pójdzie niemal w całości na upełnorolnienie małorolnych? A bezrolni, a mnożące się królicze pokolenia naszej wsi? Wychodztwo sezonowe i stała emigracja skończyły się niemal zupełnie. Uprzemysłowienia niema. Zaczynają się Przytyki.

Walka o stragan zaczyna się nie dlatego że przy straganach może się pomieścić bezrobocie wiejskie. Zaczyna się to dlatego że dokądindziej nie można iść, drogi są zamknięte, ziemi brak, że założenie nowego gospodarstwa nawet gdyby się miało ziemię, kosztuje wiele, że stragan jest najbliższy, najbardziej dostępny, najszybciej odrzucający zyski. Ten stragan także niczemu nie pomoże, ludności bez pracy nie wchłonie. Będzie stanowił ulgę większą, ale nie zupełną. Ale handlarz dla wsi dzisiejszej, to bogacz posiadający u siebie skarb z cukrem, naftą, zapałkami, żelazem. Tylko dla nas, patrzących zgóry, ten handełes jest istotnie nędzarzem. Dla chłopa, to człowiek, o którym z lamentem słyszymy w sądzie że zarabia kilkadziesiąt złotych dziennie. Chłop byłby szczęśliwy gdyby zarabiał ich kilkanaście. Ten człowiek w jarmułce żywi się śledziami i kartoflami, ale ten drugi człowiek w kożuchu żywi się tylko kartoflami. Poprostu, element o stopie życiowej niższej nawet od żydowskiego ghetta, ghetto to podważa.

I znowu nie byłoby nic bardziej naturalnego. Poprostu dokonywałby się w Polsce proces, który o sto lub kilkadziesiąt lat wcześniej dokonał się wszędzie na Zachodzie, w konserwatywnej Anglji jak w republikańskiej Francji, w Niemczech, Austrji, Danji, Czechosłowacji: uregulowanie sprawy agrarnej przerzucało zawsze masy ludności wiejskiej do miast i miasteczek. W ten sposób czeszczył się Karlsbad i Praga, słoweńczyła Lublana, w ten sposób wreszcie polszczyły się miasta i miasteczka Poznańskiego. Tylko to wszystko odbywało się gdzieindziej wcześniej i obywało się bez Przytyków. Nadmiernemu rozrodzeniu się ludności wiejskiej i przeludnieniu wsi towarzyszyła bowiem wszędzie konjunktura na rozwój przemysłu. To nietylko kurczyły się morgi na wsi, to jeszcze otwierały się fabryki w mieście. Ludność małomiasteczkowa, handlowa, przechodziła kolejno od straganu do sklepu, od sklepu do kapitału, od kapitału do przemysłu. Ten ruch nietylko opróżniał placówki handlowe w miasteczkach, ale jeszcze tworzył nowe warsztaty pracy, otwierając fabryki. U nas rozwój przemysłu jest zahamowany, stoi. W latach konjunktury roczny wzrost zatrudnienia był minimalny w porównaniu z rosnącą oddołu masą rąk do pracy. Nędzarska rzesza Minkowskich, Lesków i Bandów nie przejdzie do sklepów radomskich. Właściciel młyna Haberberg nie zbuduje wielkiej fabryki, nie zatrudni w niej tysięcy Strzałkowskich, Wójcików, Kubiaków. Nie stanie się w drugiem pokoleniu Kronenbergiem czy Blochem. Człowiek ze wsi, któregoby wtedy zatrudnił, stanie się teraz jego konkurentem. Będzie brutalnie, niby to chcąc kupować, macał brudnemi spoconemi rękoma wszystkie bułki leżące na straganie. Zrzuci mu z lady czapki do błota. Odpędzi kupujących od niego. Będzie go wygradzał. Zabije.

Ale Żyd przytycki nietylko nie zamieni swego małego handelku na nowoczesny sklep w samym Radomiu, nie zamieni warsztatu na zakład, młynu na fabryczkę. On nietylko nie może pójść wyżej, on wogóle niema dokąd pójść. Przed wojną był rozwój przemysłu, dziś nowe kominy, dymiące dziesiątkami w Radomiu i „trójkącie bezpieczeństwa”, to dymy fabryk państwowych. Przed wojną była emigracja, dziś jej niema. Organizacie syjonistyczne otworzyły Palestynę Żydom z Niemiec, zamknęły ją niemal przed Żydem z Polski. Jeśli myślicie że po Przytyku Żydzi odejdą, dowiedzcie się że po tem wszystkiem co tu zaszło wyjechała do Palestyny jedna osoba. Jeśli wskazujecie na przykład Poznańskiego, pamiętajcie że w Poznańskiem nie było Przytyków, Mińsków Mazowieckich, Grodnów, które oddołu, widmem pogromów usuwały Żydów. W Poznańskiem unosił się nad ghettem miraż Berlina, wielkiego, świetnego Berlina, Berlina asymilacji i zamożności. Przed wojną i po wojnie tysiące Żydów z Poznańskiego emigrowało w głąb Niemiec. Miraż działał silniej niż widmo. Ale w dzisiejszych warunkach Żydzi przytyccy mogą iść tylko na kirkut.

*

Pisze się to wszystko poto aby wyłożyć pewien problem, szerszy niż sprawa przytycka służąca nam za jego przekrój. Trzeba na zimno stwierdzić jakie możliwości ma dzisiejsza wieś, jakie się sprzed niej usunęły, jakie ją skolei zwodzą. Mierosławski miał widzieć przyszłość Polski w powieszeniu na kiszkach ostatniego szlachcica, ostatniego biskupa. Być może, że na zebraniach u Korczaka jakiś doktryner wiejski mówił, że nie będzie szczęścia w Polsce póki na kiszkach ostatniego Żyda nie powiesi się ostatniego komornika. Albowiem demagogja jest zawsze ta sama, tylko czasami opuszcza wyżłobione już zupełnie koryta i szuka nowych.

Ruchowi, który szedł przez Opoczyńskie i Radomskie, nie przeciwstawiła się – trzeba to jeszcze zauważyć – żadna siła. Był tylko policjant. Nie było inteligenta. Nie było nauczyciela wiejskiego. A przecież wsie przytyckie mają nauczycieli i szkoły, przecież Przytyk ma nauczyciela. Widzieliśmy jednego z nich przed sądem w raczej smutnej w tem wszystkiem roli. Szkoła w Przytyku dzisiejszym, to miejsce zaciekłych walk, nienawiści dzieci. Małe Korczaki i mali Minkowscy walczą w najlepsze. Nienawiść z ulicy przenosi się na ławę szkolną. Rozlewa się szeroko po całym kraju. Nie natrafia na żadną tamę. Nie natrafia też na żaden kanał, który tę burzę, nie z agitacji powstałą lecz z nędzy, skierowałby w kanały pożyteczne, twórcze, konstruktywne. Ci czy tamci chcą w niej widzieć tylko zaczyn dla przyszłej rewolucji, krwawą falę która poniesie ich sztandary.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close