Roman Dmowski

Urodził się nie w Warszawie, jak pisały bezmyślne nekrologi, ale na Kamionku. Jest to różnica, i różnica bardzo wielka, wprost olbrzymia, a to że ktoś nie jest w stanie dostrzec jej znaczenia, nic nas w tej chwili nie obchodzi. W Warszawie, tej prawdziwej Warszawie klasycystycznych pałaców i wielkich wspomnień historji, mógł się jeszcze od biedy narodzić ktoś dla Polski znaczny: Zygmunt Krasiński. Może kto powie, że w Zułowie genjusze także nie rodzili się kopami, ale to też nie będzie bardzo mądre: w takich samych Zułowach, rozsianych od Polągi po limany tego morza, o którego istnienia zapomnieliśmy dziś doszczętnie, rodziło się właśnie od paru wieków wszystko wspaniałe i butne, co tworzyło i niszczyło Polskę. Nawet rodziło się tylko tam, i byli tacy co utrzymywali że tylko tam powinno i nadal się rodzić. Bywały, rzecz jasna, dwory wielkie i bardzo wielkie, bywały i dworki skromniutkie, bywały i oficyny dworów, bywało tylko owych dworów wspomnienie, w mieście blaknące. Polska, owszem, wyczekiwała wiele a bez pośpiechu po „ludziach nowych”. Ale możemy bez przesady powiedzieć, że nikt w Polsce nie marzył nawet aby tych nowych ludzi poczęły nam rodzić Kamionki czy ulice Bednarskie. Nikt do nich nawet nie miał lak wielkich pretensyj! Marzono, owszem, poetycznie, o „słomianej strzesze”, o Bronowicach, Podhalu. Doczekano się nawet Wierzchosławic. Kamionki były tedy czemś nowem nie tylko w rzeczywistości, ale nawet i w snach polskich. Wielcy ludzie owej doby przełomowej, jaka objęła ostatni okres niewoli i pierwszy niepodległości, wyszli tak czy owak z mniejszego lub większego, zamożniejszego lub zbankrutowanego ziemiaństwa. Nawet Ignacy Daszyński przyszedł na świat w kresowym, sienkiewiczowskim Zbarażu, i nawet jego ojciec był choćby urzędnikiem w starostwie! Tymczasem Walenty Dmowski był majstrem kamieniarskim. Rodzinne wspomnienia z zaścianków szlacheckich na Podlasiu musiały się dawno rozpłynąć w szarzyźnie przedmieścia. Dosłownie: wsiąkły w bruk. W pracę bardzo żmudną, bardzo ciężką, bardzo niewdzięczną i bardzo trwałą. Albowiem te właśnie cechy posiada praca kamieniarska, praca kamieniarskiego majstra, zawód ojca Romana Dmowskiego. Owo „miejsce urodzenia”, owo „pochodzenie”, ów „zawód ojca”, to w dziejach wielkich ludzi w Polsce coś zupełnie nowego i absolutnie innego. Tego, jako żywo, nie było dotąd, i to się przy obecnych warunkach może nie tak szybko powtórzyć…

Jeżeli zaś zaczynamy od owych personaljów, to ani że tak każe utarty szablon biografij, ani żeby nas tu coś raziło, czy przeciwnie, w szczególny wprawiało zachwyt. Mylą się ludzie którzy rozróżniają pochodzenia „dobre” od „złych”, obojętne czy są to panegirzyści, dorabiający Bonapartemu uksiążęconych przodków, czy marxiści sowieccy którzy od kandydatów na oficerów i studentów żądają wylegitymowania się z analfabetyzmu ojca, matki i dziadków. Nie mniej grubo mylą się ludzie płytcy, którzy sądzą że Zułów czy Kamionek „właściwie” nic nie znaczą, że urodzenie się na szlaku wypraw Batorego i Napoleona, czy na rzemieślniczych peryferjach właśnie w tej dobie, nic nie mówi, nie ma znaczenia, nie zaważyło w niczem. Każde pochodzenie wnosi pewne znamiona, pewne strony dodatnie i ujemne, czy może raczej pewne cechy, które w jednym wypadku będą szczególnie pomocne, gdy w innych staną się zawadą. Kamionek zaś i kamieniarstwo dały Dmowskiemu bardzo wiele. Dały mu najpierw olbrzymi zasób pracowitości, i to pracowitości w Polsce osobliwej: drobnej, ustawicznej, twardej, starannej. Każde zdanie jakie w życiu napisał nie jest zrąbane jednym rzutem, jak cięciem szabli, ale odkute równo, wyłupane solidnie, obrobione bez zarzutu. Jest coś z tej sumiennej, kamieniarskiej roboty w jego stylu pisarskim. Dały mu dalej upór, upór Mazurów, ludzi z przedmieść i ludzi których zawód jest ciężki i uporu wymaga. Wreszcie jest w nim coś z kalkulatora, człowieka który wylicza, majstra który odmierza, właściwości wyniesione z zawodu, gdzie trzeba było wyliczać i wymierzać, a nie wyczuwać intuicją, nie osądzać „na oko”. Działalność która nie przypomina impetu husarji, świetności poloneza, ale rytm powolny młota kującego granit. System pracy nie znający zrywów, ale nie uznający i opadnięć. Człowiek z takiej gliny rządzi się mózgiem nie sercem, intelektem nie intuicją, hołduje dedukcji nie indukcji, przesłankom logiki bardziej niż wynikom doświadczenia. Tacy ludzie bywają wcieleniem porządku, antytezą chaotyzmu, tacy bywają pedantami, z takich rekrutują się samoucy. Taki przestrzega pilnie przepisów lekarza i nakazów ustawy, stosuje gimnastykę szwedzką. Pnie się dogóry szczebel za szczeblem, powoli, ale nieustannie. Nic nie zmarnuje. Wszystko wyzyska. Jest trzeźwy, nazywają go realnym. Odmawiają mu fantazji, polotu, rozmachu, szerokości; on sam nazywa to fantastycznością, powierzchownością, irrealizmem. Dlatego właśnie niema wielkiego sensu rozpatrywanie przyczyn, dlaczego Ten z Zułowa i Ten z Kamionka nie połączyli swoich dróg. Abstrahując od wszystkich innych różnic, – a jest ich niemało, – gliny ludzkie, z jakich tych dwóch ulepiła Opatrzność, były najbardziej różne w swym składzie glebowym ze wszystkich różnych glin jakie zna ziemia polska.

Nie jest naszem zadaniem pisanie tu nekrologu czy życiorysu, ani nawet wymienienie kolejne zasług zgoła niepożytych, przez wszystkich znanych, przed któremi nawet środowiska, zwalczane przez Zmarłego aż do końca, schyliły w owych dniach czoło. Piękny artykuł, poświęcony Dmowskiemu nazajutrz po jego śmierci przez krakowski żydowski „Nowy Dziennik”, jest tu dowodem nie mniej zasługującym na uznanie, niż pamiętne wspomnienie Bolesława Koskowskiego w „Kurjerze Warszawskim” z dn. 13 maja 1935 r. Sądzimy natomiast, że wielkiej postaci ostatniego okresu dziejów Polski oddamy właściwy hołd, jeśli podejmiemy próbę wytłumaczenia, jaka była i dlaczego taka się stała. A właśnie w owym Kamionku i w owych tradycjach kamieniarskich mieści się nie tyłko charakter człowieka. Mieści się rodowód jego ideologji. Kto wie, czy nie byłby on inny, gdyby ten człowiek urodził się właśnie w jakiejś Mereczowszczyźnie czy Zułowie, pod Hajsynem czy Humaniem, albo nawet w Zbarażu? Może Żyd, widziany jako pachciarz usłużnie nawiedzający tylne wejście dworu, wyglądałby inaczej? Może białoruska czy ukraińska mowa nie wydawałaby się tak obca, może w tym amalgamacie narodów, jaki stworzyła na tamtych ziemiach szerokich historja sama, widziałby przedewszystkiem wiekowy twór – Polski, w jej najświetniejszym okresie, ogniwa różne, których sprzęganie w jedno ku powszechnemu dobru jest, jak wierzył rok sześćdziesiąty trzeci, zadaniem elementu polskiego? Może tam właśnie nacjonalizm nie przybierałby charakteru czegoś co narodowi polskiemu przypomina czasy Chrobrych i Krzywoustych, a zato chłopu spod Kałużyc czy Strzelczyniec wpaja w zmierzwioną łepetynę że mowa białoruska była językiem polskich kancelaryj królewskich i wielkoksiążęcych, że w w. XIII księżniczki kijowskie wychodząc za królów Francji zdumiewały Zachód swą sztuką czytania? Może historja, widziana stamtąd, nie wydawałaby się pięćsetleciem błędów, zwichnięciem kierunku rozwojowego, chorobliwem spaczeniem organizmu narodowego wskutek zaniku całych organów, lecz przeciwnie, czemś co narodowi przydało skrzydeł, prawdziwie wielkich, zmiatających szron bałtyckich wybrzeży, wypijających ciepło czarnomorskich wiatrów?

Ale w tem właśnie rzecz że Dmowski – nigdy tego zbyt silnie nie podkreślimy – rodził się w domku kamieniarskiego majstra, a nie pana ze dworu, i nie na żadnym szlaku, czarnym czy napoleońskim, ale na owym zapomnianym od Boga, historji i magistratu Kamionku, o którym co najwyżej pamiętał isprawnik z pobliskiego cyrkułu. I nie na kresach dawnej Rzeczypospolitej, ale na peryferjach poniewolonej, sprowincjalnionej Warszawy drugiej połowy XIX w. -Dmowski patrzył i Dmowski rozważał. I właśnie z tego na co patrzył, i z tego co rozważać mógł, wyrósł sprzeciw Dmowskiego. Być może, mógł taki panicz, czy i nie panicz, kresowy, paktowanie z innemi narodowościami rozumieć, a nawet zalecać. Cokolwiekby się rzekło, to on był niejednokrotnie przybyszem znad dalekiego Gopła, Mazowsza czy Krakowa, indygenowanym, ale nie wrodzonym. Być może, wiejski Żyd, handlujący jajami i okowitą, chłop pokłony bijący, mogli się takiemu wydawać żywiołem słabszym, którego nie należało lekceważyć, ale którego nie trzeba też było przeceniać: prestige kulturalny i gospodarczy dworu i polskości promieniował tam jeszcze falą szerszą, niż nimb czynowniczego uriadu. Ale żadnej z tych pięknych racyj nie mógł mieć nigdy syn Kamionka, Roman Dmowski. Uważał – i uważać musiał – że gdzie jak gdzie, ale tu, w Warszawie, on, Dmowski, jest na swojem miejscu, a wszyscy inni są tu obcy. Gorzej, bo ci obcy ani myśleli mu czapkować, przeciwnie, to oni się rozpierali. Jeżeli byli Rosjanami, otaczał ich nimb władzy, w Kongresówce i w stolicy generał-gubernatorstwa znacznie większy niż na dalekich kresach. Jeżeli byli Żydami, stał za nimi w tej ultrakomercjalnej epoce cały nimb kapitału. To nie syn ziemianina patrzył na pachciarzy, to syn robociarza patrzył na kupców. A wtedy inaczej się patrzy. I wreszcie trzeba sobie odmalować tę ponurą, bogatą Warszawę, nie polską w swej większości, lecz rosyjsko-żydowską. To stwarza uraz. Trzeba pamiętać, że stały banie cerkiewne na Pałacu Staszica, i na placu Saskim, i że barysznie, oficery, sołdaty, „Rusek”, wszystko to niewoliło ludność moralnie. I wreszcie trzeba pamiętać, że Żydzi, to nie były nawet Nalewki w chałatach, ale litwacy świeżo przybyli z Rosji, trwający w ghetcie albo ruszczejący. Tradycje polskie Warszawy siłą rzeczy musiały im być bez najmniejszej ich winy tak obce, jak obce są tradycje Azteków dla emigranta który z Europy przybywa do Ameryki. Ci wszyscy uważali że oni też, a raczej właśnie oni, są tu u siebie. Za Rosjanami stał car, za Żydami pieniądz. Cóż mogło stać za Dmowskim w owej Warszawie sprzed laty zaledwie czterdziestu? A przecież Dmowski musiał myśleć o tem, że miasto, w którem ulice brukują ludzie z Kamionka, rządzą panowie z Petersburga, a posiadaczami są wieczni tułacze, było przez długie wieki stolicą państwa, jakie tu miał jego naród!

Był to sprzeciw nie tylko wobec obcej władzy i obcego żywiołu. Był to sprzeciw wobec własnej historji. Tu, na Kamionku i w owej dobie, mógł Dmowski widzieć tylko pasywa polskiej historji. Cóż przyszło nam, zapytywał siebie, że sięgnęliśmy po Rewel i Zadnieprze, skoro utraciliśmy ziemie gdzie lud był polski? Cóż nam dało przodowanie Litwie i Rusi, skoro u siebie daliśmy zapanować innym. Cóż po wspaniałości polskiej szlachty, skoro miejsce polskiego mieszczaństwa zajęli obcy? Cóż nam dał wykwint naszej kultury, jej subtelność i jaśniepaństwo, skoro pod nią pozostał ludowy, nietknięty surowiec? Dmowski jest radykałem, daleko istotniejszym niż Stanisław Thugutt czy Juljusz Poniatowski, aczkolwiek jego radykalizm cechuje wielka powściągliwość słowa: tamci, to tylko czerwoni synowie szlacheccy, typu tak miłego Tołstojowi, a tak częstego w dawnej Rosji. To radykalizm społeczny który sięga aż w historję. J. L. Popławski jedynie biadał, że bardziej się w Polsce myśli o Kijowie niż o Poznaniu. Dmowski swą historjozofją zapłodnił samych historyków; uczeni jak Wacław Sobieski podmurowywali naukowo jego tezy polityczne. Dlatego porównywanie Dmowskiego z wielkimi kanclerzami, jak Jan Zamoyski czy Jerzy Ossoliński, to grube nieporozumienie. Cóż łączy Dmowskiego z mężami stanu, którzy potężnemi pchnięciami wiosła skierowywali Rzeczpospolitą właśnie na Wschód, którym marzył się Krym i Carogród, śniła się w mirażach Moskwa białokamienna? Dmowski, jeśli antenatów szukać mu chcemy, ma przodków realniejszych: to Dekierty i Staszice, to Piotr Pawęski, mieszczanin z Grójca, jako kaznodzieja Skargą zwany, to ci wszyscy, którzy na ściegu stuleci znaczą opór mieszczaństwa polskiego przewadze szlacheckiej w Polsce. Dmowski stał się tylko największym z owego czarnego, mieszczańskiego pocztu. Naszem jednak zdaniem, należał raczej do tych co są antenatami potomnych, niż do tych co sami mają antenatów.

*

Zapewne, nie było mu dane Polską rządzić. Ale wszystko pozwala sądzić że nie miał w sobie materjału na polskiego Mussoliniego czy Hitlera: Obóz Wielkiej Polski był tylko przeróbką poprzednich politycznych formacyj, przybrał może pewne formy faszyzmu, ale nie jego treść: gdyby było inaczej, wodzowie tego ruchu panowaliby dziś w Polsce, lub podzieliliby los młodego Primo de Rivery czy Codreanu. Można natomiast powiedzieć, że odniósł przez pisma swoje z ostatnich lat życia zwycięstwo większe i szybsze, niż ktokolwiek kiedykolwiek odniósł piórem w Polsce: poglądy młodego pokolenia niemal w całości, poglądy inteligencji polskiej chyba w lwiej części, poglądy wszystkich innych warstw polskich w całych dziedzinach, są tak czy owak zaczerpnięte z Dmowskiego. Żebyż to tylko! Ci którzy jako żołnierze walczyli przeciw niemu, dziś, komendę objąwszy, jego – nie czyją inną – realizują wolę. Czyż to nie najwspanialsze zwycięstwo? Czyż to nie lepsze niż wstęga Orła Białego, krypta w tumie poznańskim, pogrzeb na koszt państwa? I czy tak nie jest? Poglądy opinji na stosunek do Niemiec czy do Rosji, sprawa ukraińska czy sprawa żydowska, wszędzie, wszędzie, w Polsce współczesnej jak i w Polsce oficjalnej, zwyciężył -Dmowski. A przecież jego ostatnie książki, te z których wydarto owe poglądy, pełne są jeszcze przepowiedni które się nie sprawdziły, choć czasem ledwo lat parę upłynęło od ich napisania. Nie dźwignęły się Chiny z upadku i nie zagrażają Rosji, jak prorokował w r. 1931. Francja i Anglja za podnietą „żydowskiego komiwojażera” zgoła się nie przygotowują do pochodu na Moskwę. „Zmierzch germanizmu” któremu poświęcał całe rozdziały, ani rusz nie przychodzi, a antysemityzm Hitlera, długo nie brany przez Dmowskiego na serjo, długo uważany za „pozorny” i „chwilowy”, chyba złożył już dowody prawdy? Jak się stało, że prorok tak często się mylący zapłodnił ideowo schyłek jednego pokolenia, a poranek drugiego? Czy podziałały tu przymioty stylu, uniwersalizm i prostota koncepcyj? Autorytet nazwiska? Płytkość i brak krytycyzmu czytelników? Brak poważnej publicystyki w obozie przeciwnym? Zapewne, wszystko razem. Dość że święci za grobem zwycięstwo.

*

Można poczytywać za wielkość Dmowskiemu, że on właśnie najpierw nacjonalizm do Polski przedwojennej wprowadził, a potem, w niepodległej, zdobył dlań całe pokolenia. Może to być uważane za tytuł do nieśmiertelności. Bardzo, bardzo zdradliwy tytuł. Bardzo wielkie, acz niedostrzegalne przez epokę pigmejów politycznych, niebezpieczeństwo niosący.

Albowiem nacjonalizm, wielki prąd wieku, nie jednako dał wszystkim państwom i wszystkim narodom. Być może, że budził Ukraińców, Litwinów, Czechów czy Łotyszy, i być może, że niejeden ludek uśpiony od wielu wieków zawdzięcza mu wszystko. Być może, że nacjonalizm scementował w jedno różne państwa, jak to widzieliśmy z Rzeszą i Austrją. Ale trzeba pamiętać, że były jeszcze narody mimo niewoli nie uśpione narodowo i trzymające się jeszcze, i że były państwa, formacje historyczne, dla których ten właśnie prąd był niezwykle niebezpieczny, bo je rozkładał a nie komasował. To tylko dowód mądrości narodu angielskiego, że nie wydał brytyjskiego nacjonalizmu. Tendencje nacjonalistyczne przedwojennych Węgier skończyły się tragicznie dla korony św. Stefana. Burzenie dzieła historji przez nowe Czechy doprowadziło do rozpadu tego państwa. A Rzeczpospolita była przedewszystkiem tworem nie etnografji, ale historji. Nacjonalizm niszczył najgłębsze podstawy jej bytu jeśli chodzi o wschodnie ziemie Polski. Jeśli zaś o zachodnie chodzi, pamiętajmy, że zwrócił nam bardzo mało z tego co nie było objęte zaborami: Opole i Wrocław, Mazurzy pruscy i Kołobrzeg, wszystko to pozostało niemieckie. Pięciuset lat historji się nie odrabia, w koryto piastowskie już się nie wlewa z powrotem. I nie wróciwszy nad Odrę, można utracić Dniepr. Nasz zachodni sąsiad rozszerzył dzięki nacjonalizmowi swe obszary, nasz wschodni nie rozpadł się ku radości (nielogicznego tu zresztą) Dmowskiego. Doprawdy, można się głęboko, bardzo głęboko, zastanowić, czy nacjonalizm (tak dziś wielbiony, że wszyscy ubiegają się o miano nacjonalistów) przysporzył Polsce więcej szkód, czy więcej zysków? Ale bywają epoki i ludzie którzy czynność myślenia i rozważania uważają za niepotrzebny luksus.

A jednak w niejednej książce Dmowskiego dadzą się wyczytać nienacjonalistyczne tęsknoty! Ten wróg Lloyd George’a podziwia Anglików którzy zdobyli morza, i Rosjan którzy ujarzmili step, i ten człowiek cytuje zdania Arabów sprzed lat tysiąca że wielkie państwa tworzyli stepowi nomadzi, przyznaje, że morza, Indje, kolonje, wychowały zdrową angielską rasę, o ileż lepszy budulec państw niż współcześni drodzy Dmowskiemu Francuzi! Tak, tak pisze Dmowski. Prawda, ktoś wykaże że tuż obok atakuje Anglję, że przestrzega Polskę przed wkraczaniem w ten sam step, który z Moskwy uczynił mocarstwo. To wszystko jest prawda. Ale w takich chwilach trzeba pamiętać, że ciężar, jaki odwalało ze swych barków życie tego człowieka, był katorżniczym ciężarem, że droga z kamieniarskiego warsztatu na Kamionku, w Warszawie ery Berga i Skałłona, litwaków tulskich i sołdatów permskich, była straszliwie trudna. Trzeba podziwiać, że ten człowiek mógł się zdobyć na takie nienacjonalistyczne, mocarstwowe, imperjalne przebłyski, w potwornych kazamatach owego czasu. Jego nacjonalizm zrozumie historja. Historja nie zrozumie nacjonalizmu trzeciego po nim pokolenia, pokolenia które nie znało już niewoli, które miało Wodza nie na darmo chyba pojącego konie swej armji w sinym Dnieprze i które na szlaki mocarstwowej Rzeczypospolitej wejść z powrotem nie miało odwagi, przeciwnie, święciło beztrosko zupełny z niemi rozbrat.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close