ELŻBIETA SZEMPLIŃSKA

Rozmowa z Marją Dąbrowska

Wchodzę po schodach na drugie piętro. Stoję przed drzwiami. Naciskam dzwonek. Słyszę lekkie, szybkie kroki. Drzwi się otwierają.

I na progu, na tle ciemnego wnętrza, widzę drobną postać kobiety, twarz obramioną równo przyciętemi nad czołem, równo spadającemi wzdłuż policzków krótkiemi ciemno – blond włosami.

Cóż za dziwne uczucie! W obcym domu, którego próg mam przestąpić po raz pierwszy, spotkać kogoś tak dobrze znanego, o kim się tylekroć myślało, z kim toczyło się długie rozmowy.

– Dzieńdobry – mówię. – Przychodzę z „Wiadomości Literackich”. Chodzi o wywiad.

Pani Dąbrowska uśmiecha się i wyciąga ku mnie rękę.

– Proszę do pokoju. Ale nie wiem, czy to jest akurat odpowiedni czas na wywiad ze mną? Teraz, zanim wydałam trzeci tom…

– Właśnie o tym tomie może pani coś powie?

Pokój jest ciemno-szafirowy, meble jasne, a jasno-zielony piec wydaje się moim zachwyconym oczom podobny do wspaniałego pałacu.

– Oddałam dziesięć pierwszych rozdziałów do składania. Nareszcie! – mówi za mną p. Dąbrowska,

Odwracam się ku niej i widzę, że śmieje się radośnie.

Dodaje: – Jestem z tego powodu strasznie dzisiaj wesoła.

Siadamy naprzeciw siebie, przy okrągłym stole, przedzieleni wazonem z pękiem różowych chryzantem. Z szafki spogląda na mnie przyjaźnie piękna rzeźba sowy.

– Miałam chęć napisania do „Wiadomości” – mówi p. Dąbrowska – czegoś w rodzaju usprawiedliwienia czy wytłumaczenia, dlaczego dotąd się nie ukazał. Byłaby to odpowiedź na pytania czytelników, często wręcz niecierpliwe i gniewne, jak mogę kazać tak długo czekać. Ale -wahałam się.

– Dlaczego?

Pani Dąbrowska milczy. Usta jej i brwi są wąskie. Teraz brwi unoszą się nieco w górę, wygląda to, jakby ze zdziwieniem i odrobiną lęku patrzała w siebie.

– No, przecież niema jeszcze roku od ukazania się drugiego tomu – podejmuję. – Jedna książka na rok, to zupełnie normalne. Pamiętam dobrze datę ukazania się pani książki. Było to na krótko przed wyjściem mojej. Powiedziałam sobie: dopóki nie wyjdzie tom trzeci „Nocy i dni”, nie będę się zbytnio przejmowała, że nie wydaję swego drugiego tomu. Ale gdy wyjdzie…

– A dlaczego nie wydaje pani?

– Nie mam czasu na ostateczne opracowanie go, przygotowanie do druku. Pracuję zarobkowo.

– A wiersze swoje wyda pani?

– Nie mam wydawcy. I – to ja powinnam przecież pytać.

Pani Dąbrowska uśmiecha się,

– O wiele chętniej dowiedziałabym się czegoś o pani. Zdaje mi się, że nic ciekawego nie potrafię powiedzieć. Nie wiem, czy wywiad jest dobrą formą dowiedzenia się czegoś o człowieku. Czy jest potrzebny.

– Wszystko co pani powie napewno będzie ciekawe – zapewniam. – I to również, że nie spodziewa się pani powiedzieć czegoś interesującego, jest ciekawe.

– Rok czasu, to nie jest dużo między różnemi dziełami, – powraca p. Dąbrowska do poprzedniego tematu, – ale między dwiema częściami tego samego dzieła, to może trochę za dużo. Luka ta wynikła stąd, że tamte, pierwsze tomy zjawiły się za wcześnie. Miały one ukazać się dopiero pod koniec tego roku, uległam jednak naciskowi przyjaciół i prośbom p. Mortkowiczowej, aby je wydać, zanim następnie będą skończone. Nad pierwszym i drugim tomem pracowałam trzy lata. Do trzeciego tomu wzięłam się na dobre dopiero w marcu, po skończeniu druku tamtych. Jest najcięższy, najbardziej urozmaicony. Trudny. Zarzucają mi, że wszystko teraz przerabiam, zmieniam. To nieprawda. Treść cała była dawno obmyślona i naszkicowana. Nic, już nie można w niej zmienić. Ja tylko opracowuję szczegóły, rozdział po rozdziale. Piszę bardzo ciężko. Zawsze myślę, że nie mam tego co się nazywa pospolicie talentem. Naprawdę – powtarza, w odpowiedzi na mój zdumiony uśmiech. – Taki niedołężny aparat twórczy. Jakby pierwotne narzędzie do wykonywania bardzo precyzyjnej roboty.

Po chwili milczenia wyznaję, że i ja należę do owych niecierpliwych i oczekujących czytelników.

– Cieszy mnie to, bo pani jest młoda. Nie wiem co młodzież znalazła dla siebie w mojej książce, ale wielu młodym podobała się. I wogóle serdeczne przyjęcie moich książek dodało mi otuchy. Tylko że wolałabym zdobyć to uznanie już po wydaniu całości.

– Czy pracuje pani nad czemś nowem?

– Teraz, oczywiście, nie. Jestem wyłącznie zaprzątnięta „Nocami i dniami”.

Nie mogę nawet przyjmować tych zamówień, z któremi dobrzy ludzie do mnie się zwracają. Muszę się pod tym względem trzymać na wodzy, bo mam dużo nowych pomysłów. Chociaż najbardziej nęci mnie samo życie. Często obiecuję sobie, że po skończeniu powieści wezmę się do jakiejś konkretnej pracy, naprzykład współdzielczej. Możliwe, że następną moją pracą będzie tom nowel, z których trzy – „Ksiądz Filip”, „Oktawja” i „Bibljotekarka” – są już gotowe. Gniewa mnie to, że czytelnik nie docenia nowel. Moi ,,Ludzie stamtąd” nie byli gorsi od „Nocy i dni”, a mimo to ani w części nie wywołali takiego oddźwięku jak powieść. A przecież najwięksi pisarze, Czechow, Turgieniew, Maupassant, nawet częściowo Conrad, byli nowelistami. I dziwi mnie to, że w obecnych gorączkowych i prędkich czasach czytelnicy wolą cykliczne rozwlekłe powieści. Może zresztą potrzebują przeciwwagi dla prędkiej, rwącej się rzeczywistości?

– Co do tego zaś – mówi p. Dąbrowska, uśmiechając się swym dziwnym, powścigliwym i mądrym uśmiechem – że powieść moja jest, podobnie jak wiele innych współczesnych utworów, historją rodziny, to przypuszczam, że pewnego rodzaju tematy stanowią jakby obsesje epoki. Każda epoka ma swoje obsesje. Dla naszej jest to epos rodzinne. Zabawne, że rodziną interesuje się tak pokolenie, które właśnie rodzinę, w dawnem znaczeniu tego słowa, rozbiło. Może na to, aby ją na nowo z wielkiemi honorami kleić?

Pani Dąbrowska milknie na chwilę, a potem mówi dalej, uśmiechając się. Odkrywam wówczas, że uśmiech ten jest zupełnie taki sam jak ten, który promieniuje z niektórych scen i postaci jej dzieła. Leciutki, zamyślony, pełen dobroci.

Oto co mówi: – Życie ludzkości przypomina mi czasem pewną zabawę dziecinną, polegającą na kręceniu się wkółko, aż do takiego zawrotu głowy, że się pada. Potem wstaje się i „odkręca się” w drugą stronę, aby po chwili zacząć od początku na nowo. Zresztą, mnie nie idzie tak zupełnie o historję rodziny…

– A o co?

– Kiedy zaczęłam pisać, chciałam niejako samej sobie uprzytomnić, skąd wyszło i do jakich klęsk, tryumfów, bezdroży i ziem obiecanych idzie moje pokolenie, moja sfera społeczna. Można to było pewno zrobić w szeregu rozważań publicystycznych, ale była we mnie tęsknota, żeby raczej ten zagasły świat wywołać z nicości i kazać mu samemu w plastycznym obrazie życia wypowiedzieć swoją intymną, istotną prawdę o sobie. Czy ją wypowie? Nie wiem. Może powie coś całkiem innego? Zwłaszcza że nad tym pierwotnym zamysłem zaczęło we mnie wkrótce górować czyste rozmiłowanie się w szarych dziejach Niechciców, i widziałam już w nich bardziej pozaczasowe pierwiastki ludzkiego losu.

– Zdaje mi się, że jądrem wszelkiej twórczości jest poznanie. Chęć ujrzenia czegoś raz jeszcze, ujrzenia lepiej, zdania sobie z tego sprawy – wyrywam się, zapominając, że moje zdanie nie jest w tej chwili ani ważne ani potrzebne. Przywoławszy się do porządku, pytam: – Kiedy powstał pomysł napisania „Nocy i dni”?

– Dawno. Na kilka lat przed napisaniem „Ludzie stamtąd”. Pamiętam dobrze ten dzień. Kupowałam coś w sklepiku spożywczym, do którego przynieśli akurat kosz drożdży. Pełno paczek z napisem: Niechcice. Jest podobno taka fabryka drożdży. Na tych drożdżach wyrósł w ciągu jednego dnia pomysł powieści. Oczywiście, magiczne słówko „Niechcice” wywołało go tylko z podświadomości. To już chyba wszystko co się da powiedzieć -mówi po chwili przerwy p. Dąbrowska. Mówi to już trzeci raz w ciągu naszej niedługiej rozmowy, a ja, teraz jak i poprzednio, nie daję się odstraszyć.

– Pani stosunek do świata nie jest krytyczny? – czepiam się pierwszego nasuwającego się pytania.

– Owszem, bywa krytyczny, kiedy patrzę na życie pod kątem jakichś praktycznych, moralnych czy materialnych celów. Ale bardziej zgodne z mojem usposobieniem jest przeżywać rzeczy tego świata jako mające same w sobie znaczenie. Tragiczne lub radosne, zawsze przecie budzące we mnie podziw, zachwyt albo współczucie raczej niż krytykę. Pani Marja Kuncewiczowa nazwała mnie w pewnem swojem przemówieniu radjowem „wyznawcą życia”, i zdaje mi się, że to tak jest. Ten kult samego faktu toczącego się życia istniał we mnie od najwcześniejszego dzieciństwa. Pamiętam, że kiedy miałam osiem lat, zapragnęłam dać mu wyraz opisaniem wszystkiego co się dzieje w domu. To była zima – okna białe od mrozu. Pootwierałam drzwi od wszystkich pokojów, żeby widzieć, a przynajmniej słyszeć co się wszędzie dzieje, usiadłam na stołeczku w progu i tak cały dzień pisałam historję dnia, ilustrując ją własnemi rysunkami. Wszystkie pospolite czynności domowe zdawały mi się wtedy prawie religijnemi obrzędami. Potem przeczytałam to głośno i miałam wielkie powodzenie. To był mój pierwszy wieczór autorski. I tak jest, widzi pani, w znacznej części do dziś. Chociaż z o wiele większą siłą widzę nieobcą mi nigdy straszność życia, chociaż wiem, że nasza cywilizacja stworzyła mnóstwo rzeczy, z których istotny sens, czyniący je prawdziwemi faktami życia, uleciał – zawsze jest jeszcze mnóstwo dziedzin, w których życie przedstawia się w każdej chwili i na każdem miejscu jako nieprzebrany zdrój doniosłych wydarzeń. Niezależnie od celów, do których się dąży.

Zapadło krótkie milczenie.

– A wie pani, co mnie teraz najbardziej interesuje?

– ?

– Życie na kresach. Artystycznie i społecznie. Jest tam pięknie, egzotycznie, możnaby pisać londonowskie powieści. A przytem z kresami wiążą się najważniejsze zagadnienia dla Polski. W związku z temi zagadnieniami nieraz mam ochotę wrócić do publicystyki.

– Wrócić?

– Tak. Bo zanim zaczęłam pisać, pracowałam raczej publicystycznie i społecznie. W dziedzinie kooperacji. Pisać tak zwane rzeczy piękne zaczęłam późno.

– Czy w ostatnim tomie „Dni i nocy” zamierza się pani na zawsze rozstać ze swymi bohaterami?

– Nie. Myślę nieraz aby potem znów do nich wrócić. Ale nie wiem czy życia na to starczy.

Pani Dąbrowska zamyśla się, patrzymy obie w okno, gdzie równo i bezgłośnie pada śnieg.

– Często młode damy przysyłają mi swoje prace do przejrzenia. Pytają, czy mają talent, proszą o ocenę. Zawsze mam pokusę zniechęcenia ich do pisania. To jest przecież takie trudne i odpowiedzialne. A tylu, tylu jest chętnych! Jak oni się nie boją?

– Może straszne jest tylko dla tych, co naprawdę są twórcami?

– Może – zgadza się p. Dąbrowska. – I przytem tyle się trzeba namęczyć nim się coś stworzy. Pisarz ma przeważnie bardzo cierpki stosunek do swej pracy, nigdy właściwie nie jest zadowolony.

– A jednak czyż tworzenie nie daje również szczęścia? – pytam.

– Daje. Tak jak każda twórczość, a zwłaszcza taka, która nie jest samem tylko śpiesznem dążeniem do celu, ale zawiera w sobie także pierwiastek kontemplacji. Tylko że to szczęście drogo kosztuje. Pisarz musi posiadać trzy twarde cnoty: niewyczerpaną cierpliwość, wciąż ćwiczoną umiejętność skupiania się i prawdziwie ofiarną zdolność do wyrzeczeń. Czasem zdaje mi się, że twórczość, to wielka rezygnacja. Rezygnacja z wszystkiego poza nią, przynajmniej w samym okresie pracy, i nadewszystko rezygnacja z mnóstwa kuszących rzeczy w samym obrębie dzieła. Nieustanna konieczność ograniczania się, wyboru, jest tu warunkiem bogactwa. Nie jest mi łatwo na to wszystko się zdobyć. Słowem, proszę pani, wieczny strach i wieczny trud i mimo to – wieczne naprzód. I czasem chwila beztroskiej ulgi, jak oto teraz, na myśl, że to już idzie do druku.

– Trzeci tom będzie miał tytuł „Miłość”, prawda? Czy dlatego że odniesie tam zwycięstwo ten drugi, pełen miłości i odwagi, stosunek do świata, stosunek Bogumiła?

– Tom ten miał mieć inny tytuł. „Czerwień”. Ale odradzono mi że jest jakoby pretensjonalny. A wydaje mi się, że byłby trafniejszy. Będzie tam wiele uczuć i zdarzeń właśnie – czerwonych. I kilka wątków erotycznych i potrosze rewolucja. Zwycięstwa nie odniesie ani Bogumił, ani Barbara. Chodziło mi o równoległe przedstawienie tych obu możliwych ustosunkowań się do świata.

Uświadamiam sobie teraz, że przez cały czas gdy p. Dąbrowska mówiła o swej pracy, gdy wyrażała swe wątpliwości i wahania i ubolewała nad „wiecznym trudem” tworzenia, podobna była do swej bohaterki Barbary. I przychodzi mi na myśl (próbuję powiedzieć to p. Dąbrowskiej), że w każdym z nas mieszkają oni oboje, Bogumił i Barbara, że obie te głowy, kobieca i męska, śmiała i wystraszona, są dwoma obliczami jednej ludzkiej głowy. Dobrze jest, orzekłam, gdy ku swym obowiązkom zwracamy czujny, wciąż niezadowolony z osiągniętych rezultatów, profil Barbary, – dla życia i ludzi mając szeroki uśmiech Bogumiła i jego mocną dłoń.

– Męski i kobiecy? – mówi p. Dąbrowska. – Tak nie można rozróżniać. Barbaryczny stosunek do świata może być właściwy tak samo mężczyźnie jak kobiecie.

Kiedy już jestem w przedpokoju, przychodzi mi na myśl setka „najważniejszych” pytań.

– Problemat charakteru Barbary jest problemem psychoanalitycznym? Pierwszym urazem była jej nieszczęśliwa miłość do Józefa Toliboskiego?

– Tak wszystkim się zdaje. Że od tego zdarzenia nastąpił zwrot w życiu Barbary. A tak nie jest. Jej nieszczęśliwa miłość była już wynikiem niewłaściwego stosunku do życia. Barbara jest człowiekiem skazanym na wieczne zawody.

– Czy pani jest zwolenniczką teorji zależności zagadnień, problematów, od epoki, niejako wysuwania ich przez epokę, czy też uważa pani, że zagadnienia są wieczne i niezmienne?

– Naturalnie, że czasy też urabiają ludzi, ale mnie obchodzą raczej wkońcu zawsze zagadnienia wieczne. A w danym wypadku, w wypadku mojej powieści, dwie odwiecznie się powtarzające postawy wobec życia. Jedna, polegająca na tworzącej, odważnej duchowo, związanej z bytem, małości, druga na bierności, która nie wyklucza bardzo aktywnej wyobraźni, na strachu i niedostatecznej skrystalizowaniu tego co nazwałabym poczuciem metafizycznem, wiążącem nas z wrzechrzeczą. Ma się rozumieć, czystych typów niema. I może to jest dobrze. Pani słusznie zauważyła, że pewna doza pierwiastków barbarycznych jest też potrzebna.

Kładąc boty, podczas gdy p. Dąbrowska czeka z ręką na klamce, pytam:

– Dlaczego w „Nocach i dniach” nie występują chłopi, choć opisuje pani życie wsi? Czem tłumaczy to pani? A może pojawią się jeszcze w dalszym ciągi powieści?

Pani Dąbrowska cofa rękę od klamki i mówi:

– Z tem pytaniem spotkałam się kilkakrotnie, zarówno u krytyków jak i u przyjaciół, którzy zwracali się do mnie prywatnie. Muszę przyznać, że mnie ono zawsze bardzo bawi, chociaż i wzrusza mnie ta troska, aby w mojem dziele niczego nie brakło. Kiedy wydałam „Ludzi stamtąd” – niektórzy moi krytycy mieli do mnie prawie pretensję, że opisuję coprawda nie chłopów, ale w każdym razie prostych ludzi ze wsi, robotników rolnych. Mówiono mi: poco to taka „biologja” gdy tyle ważniejszych, intelektualnych zagadnień kłębi się między ludźmi? A teraz znów są pretensje, że w „Nocach i dniach” niema chłopów. Oczywiście, że w trzecim tomie będą chłopi, a raczej służba folwarczna. Będzie wszystko, na co przyjdzie w toku powieści pora. Ośrodkiem powieści jest rodzina Niechciców i tych kilka osób, które się z nią bardziej bezpośrednio stykają. Wszystkie inne środowiska wchodzą na scenę wtedy, kiedy zaczynają w związku z tym ośrodkiem odgrywać rolę. Że w tym okresie, który jest opisany w pierwszych tomach powieści, chłopi odgrywali rolę tak małą, można mieć pretensję do czasu i środowiska, którego artystyczną prawdę życiową chciałam przedstawić, ale nie – do mnie.

Znalazłszy się na progu, przypominam sobie dziwne wrażenie jakiego doznałam, wszedłszy tu.

– Widziałam panią kiedyś w tramwaju – mówię. – I potem jeszcze kilka razy. Wsiadła pani przy Nowowiejskiej. Nie wiem dlaczego, strasznie mnie pani zainteresowała. Mam wielu znajomych, którzy mnie nie znają. Wydaje mi się, że wiem o nich bardzo wiele. Tak było z panią. Gdy czuję się samotna, a spotkam ich przypadkiem na ulicy, samotność moja znika. Idę za nimi, obserwuję ich, odgaduję co przeżyli, przez czas kiedym ich nie widziała, stwierdzam zmiany, jakie w nich zaszły. Jest wśród nich pewien porucznik żandarmerji, uczenica o dziwnej twarzy i dziwnym chodzie lunatyczki i mnóstwo innych ludzi o czemś pięknem, mądrem, lub ciekawem w obliczu, zachowaniu, postaci. Pani wówczas jechała do teatru. Do Polskiego. Na sztukę Shawa.

Pani Dąbrowska, wysłuchawszy cierpliwie moich bezładnych słów, pyta: – A skąd pani wie, do jakiego teatru jechałam?

Zmieszana odpowiadam: – Siedziłam na ławce, naprzeciw pani. Może usłyszałam coś z rozmowy…

Czyż miałam się przyznać, że odprowadziłam ją aż do kasy teatru?!

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close