Siesta w obcem mieście

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

W upalne, sierpniowe rano wysiadam z autobusu na rynku obcego miasta. Pragnę tu spędzić cały dzień, aż do zmroku. Słońce jest jeszcze nieśmiałe, lecz już przygotowuje się do orgji, już stroi swe instrumenty. W przeczuciu tej orgji rozglądam się za cieniem. Obiecuje mi go hojnie gęsty park, ciemniejący zdala na wzgórzu, oraz sczerniałe od starości arkady rynku. Przywodzą one na myśl podcienia miast północnych Włoch. Ale w tej chwili można jeszcze oddychać młodym porankiem i nieograniczoną swobodą. Nikt mi nie towarzyszy, nikt nie przeszkadza, z nikim, prawdopodobnie, nie będę rozmawiał przez cały dzień. Nikogo w tem mieście nie znam, nigdy tu jeszcze nie byłem. Przybywam jako turysta, bez wytkniętego celu, żaden mnie tutaj nie sprowadza interes. Ta świadomość napełnia błogością i pozwala cieszyć się wszystkiem co w miejscu stałego zamieszkania jest mi conajmniej obojętne. Choć nigdy niewiadomo jakie potrzaski zastawia na nas przeznaczenie za rogatkami obcych miast.

Cieszyn w dwudziestoleciu międzywojennym

Obce miasto, a raczej – miasteczko, leży w Polsce, lecz pachnie zagranicą. Zagranica nie jest tylko przenośnią mojej wrażliwości. O kilkadziesiąt kroków od rynku mieszkają już obywatele innego państwa. Dzieli ich od nas przechodząca środkiem miasta rzeczka, tudzież most. O takich rzekach i granicznych mostach już kiedyś pisałem, nie będę więc powtarzał tego co o nich myślę. Przez cały dzień ani razu nie poczułem ochoty przeprawienia się na drugi brzeg: miasto było mi dostatecznie obce i po naszej stronie. Obcość tę odczułem od pierwszej chwili. Wytwarza ją tutaj nietyle odległość ile czas. Dawnym czasem parują tutaj mury i bruk i kawa i ludzie. Nie tak dawnym, żeby warto o nim mówić w przewodniku turystycznym, ale bardzo zamierzchłym, jeśli chodzi o żywą ludzką pamięć. Istnieją miasta, gdzie natychmiast po przybyciu czujemy bieżący rok. Opuszczając np. dworzec warszawski – trudno się omylić. Już na peronie czujemy smród kryzysu i bezrobocia.

W całej Polsce jest teraz rok 1933, w tem obcem mieście – majaczy mi się rok 1910. Dokądkolwiek kieruję kroki, owiewa mnie przedwojenny spokój austriackiej prowincji. Całe miasto pachnie dawnym Pursitschanem. Także zapachy, ciągnące z chłodnych wnętrz sklepów korzennych, sukiennych, galanteryjnych, z kawiarń, aptek, restauracyj – wskrzeszają przedwojenność. U wejścia do magazynów nowoczesnych mód siedzą bezczynnie starsze damy, które chciałoby się mieć za ciotki. Starannie uczesane w staromodne koki, w zeszłowiecznych lecz schludnych sukniach, uśmiechają się tym suwerennym, patrycjuszowskim uśmiechem, który zdaje się jednocześnie zapraszać do kupna i usprawiedliwiać poniżającą jakoby konieczność handlowania. Nie zdziwiłbym się, gdyby któraś z tych dam, mówiących przeważnie po niemiecku z wiedeńską modulacją, – zaprosiła mnie słowami: „- Wejdź, synu, i weź sobie coś ładnego na pamiątkę”.

W roku 1933 bardzo już tęsknimy za dawnemi latami. Skłonni jesteśmy przebaczyć tym latom niejedną krzywdę, które nam wyrządziły, niejeden grzech, którego skutki tak dotkliwie dają się dziś we znaki. „Dziś” – to nieścisłe określenie. Wczoraj, jutro, ale nie dziś. Dziś jest dobre, łagodne, dziś jest rokiem 1910. Cały ten rok skurczył się do jednego dnia. Jakie szczęście, że przyjechałem do obcego miasta tylko na jeden dzień. Ten dzień stanowi jakgdyby fermatę między przeszłością a przyszłością, ten jeden dzień przerywa ciągłość dziejów, ewolucję czasu i wyważa moje życie z zawiasów. Dlatego nie wolno mi zostać tu dłużej niż do wieczoru. Kto wie, coby się stało, gdyby mi przyszła ochota przenocowania w starym hotelu „Pod Brunatnym Jeleniem”, gdzie tylu książąt i suwerenów zatrzymywało się na krótki popas, gdzie spała Marja Teresa, Suworow i książę Józef? Kto wie, czy nazajutrz i tutaj nie dopadłby mnie koszmar, przed którym uciekam? Koszmarne były dnie, co poprzedziły mój przyjazd do obcego miasta, i zapewne straszne będą dnie, które nastąpią.

Taki spokój, taka łagodność ogarnia mnie na tych cichych i czystych ulicach, że trudno mi uwierzyć, iż właśnie tutaj, opodal, w gmachu gimnazjum państwowego, gnieździł się w latach 1914 – 1918 austrjacko-węgierski mózg wojny „AOK”, Naczelna Komenda Armji. Stąd, z tego zacisznego ustronia, poprzez bujną zieleń i wonne kwiaty, szły na wszystkie fronty rozkazy, podług których setki tysięcy żywych ludzi przemieniało się w trupy. Nie czuć zapachu krwi w tych pięknych ogrodach, nie słychać westchnień pomordowanych żołnierzy. Tylko trzmiele i pszczoły brzęczą monotonnie i mącą ciszę letniego południa.

Żar niebieski wytoczył już swe najcięższe kalibry i prostopadłą salwą praży kamienny biały bruk. Trzeba przed nim uciekać. Krokiem pijaka wlokę się po rozgrzanym do białości roku 1910. Na trafikach i gmachach państwowych niema już czarno-żółtych szyldów, znikły cesarskie orły, zastąpiły je inne. Ale nie szyldy, nie orły znamionują czas. Z prawdziwej zagranicy, za rzeką, z Czechosłowacji, – odzywają się gęste, ciężkie dzwony. Przypływają falami do Polski i łączą się z graniem dzwonów po tej strone rzeki. Czas i kościół czynią swoje ponad granicami pansiw.

Idę się schronić przed upałem do zamkowego parku. Głucho, sennie, kojąco, jakimś młyńskim rytmem dudni bez przerwy zamkowy browar. Siadam na ławce, pod olbrzymiemi drzewami, naprzeciw starej piastowskiej wieży. Byle tylko nie spotkać dzisiaj nikogo znajomego, byle to sielankowe sam na sam z obcem miastem doprowadzić szczęśliwie do końca! Przez chwilę niepokoję się, albowiem wszędzie gdziekolwiek jeździłem – spotykałem znajomych. Jak mam się zachować, gdy znienacka z piastowskiej wieży wyskoczy taki znajomek? Co mam odpowiedzieć na pytanie: „A pan co tu robi?”. Mam wyznać całą prawdę i przepłoszyć nią natręta, czy też lekkomyślnie położyć kres cudownej fascynacji obczyzny, dawności, roku 1910 – i spędzić resztę dnia w towarzystwie ludzkiem?

Nie, nic mi nie grozi. Dobre duchy czuwają nade mną. Park jest prawie pusty, cichy, kołysany szumem wysokich drzew i rytmicznym pomrukiem browaru. Czasem przejdzie mimo panienka z warkoczami i otwartą książką. Uczy się – widać – do poprawki. Jaka ona podobna do uczennic lwowskich z roku 1910! Obok, na sąsiedniej ławce, ucina sobie poobiednią drzemkę strażnik tego parku. Śpi w czapce, obramowanej zielonym otokiem. Wygasła fajka zwisa mu z ust, za chwilę upadnie na ziemię. Godzinami, dniami, latami mógłbym tak siedzieć bez ruchu i czekać, aż dziewczynce, bawiącej się tam wdole, wyrosną warkocze, aż wszystkie dzieci tutejsze przemienią się w abiturjentów tego gimnazjum, gdzie nocami z pewnością straszy wielką wojną. Czuję się tutaj bardzo bezpieczny, opuściły mnie wszystkie troski, sam jestem dzieckiem, któremu jeszcze bardzo daleko do matury. Nie, nie ruszę się z tej ławki, z tego cienia, z tego wzgórza, niech przyjdzie jesień, niech przyjdzie zima, niech zasypie mnie żółtem listowiem i białym śniegiem. Nie chcę wracać do mego życia, rezygnuję z moich przyszłych losów. Co mi po nich? Tu chcę czekać na śmierć. Ten obcy park jest jak olbrzymi schron, gdzie nie dosięgną mnie trujące gazy współczesności.

Kilka godzin przesiedziałem na ławce, aż spędziła mnie z niej konieczność wyjazdu z obcego miasta. Gdy wracałem z parku między ludzi – wszyscy na ulicach wydali mi się rycinami jakiejś barwnej księgi przygód, w których ja nie biorę udziału. Wszystko w tem mieście wyglądało oleodrukowo, jakby nie na serjo. Przechodziłem obok okazałego sądu, gdzie nikt nikogo na serjo nie obwinia, nikt nikogo nie sądzi. Tuż obok – olbrzymie więzienie stoi również na żarty. W tem mieście przecież niema złoczyńców. I nawet cmentarz istnieje tu tylko dla urozmaicenia krajobrazu. Bo w obcem mieście nikt nie umiera. Na jednej z bocznych ulic, wiodących do rynku, zatrzymuje mnie napis, wyryty greckiemi zgłoskami w ciemnym murze starego budynku, który przylega do rokokowego kościółka: „Psyches hiatrejon”. A więc tutaj. Nareszcie znalazłem to czego daremnie szukam od tylu lat Wcale mnie nie dziwi, że właśnie w tem mieście istnieje lecznica dusz. „Psyches hiatrejon”. Zatrzymuję kilku przechodniów, lecz żaden nie potrafi mnie objaśnić, co się znajduje w tym domu. Zaglądam w okna, może coś zobaczę. Widzę firanki, doniczki z kwiatami, gąsior z sokiem malinowym. Co to znaczy? Zwyczajne ludzkie mieszkanie? Miałżebym jeszcze raz odejść z niczem, z pustemi rękami? Co oznacza ten grecki napis na murze polskiego miasta? Czemu zwodzi mnie nadzieją uzdrowienia duszy? Czemu językiem Ajschylosa obiecuje uspokoić furje, które są we mnie i w takich jak ja? Czyżby w tym domu mieścił się ongi tylko zwyczajny szpital warjatów? Nigdy nie byłem warjatem.

Pod wieczór, gdy orgja słońca ucichła, dane mi było ujrzeć coś czego temu miastu nigdy nie zapomnę. Ilekroć informowałem się o jego zabytki i rzeczy, godne widzenia, polecano mi obejrzeć nowy pomnik któregoś z kolorowych Piastowych Leszków. Nienawidzę pomników. Nawet tych, które kiedyś mnie wystawi t. zw. potomność. A jednak urzekło mnie w tem mieście bronzowe popiersie tęgiego mężczyzny, któremu jakaś bronzowa dama podsuwa pod kartoflasty nos wawrzyn czy też inne symboliczne ziele. Gdy zdaleka zobaczyłem postument na pięknym skwerku przy owem właśnie gimnazjum, gdzie niegdyś znajdował sie „c. i k.” mózg wojny, chciałem skręcić w inną stronę. Myślałem, że to jakiś działacz śląski czy zasłużony burmistrz. Ale coś instynktownie ciągnęło mnie do pana w bronzie. Rysy jego zdaleka wydały mi się znane. Czyżbym się omylił? Nie, nie mylę się: – to on, wielki dobroczyńca nietylko mieszkańców tego miasta, ale wszystkich miast świata, w których rozbrzmiewa pieśń. To książę, to król, którego poddani rozproszeni są po całym świecie i mówią wszystkiemi językami, przyczem prawdziwy ich język ojczysty obywa się bez słów. To jeden z najniezawodniejszych lekarzy chorych dusz. Złote niegdyś litery na kamiennym postumencie, dziś wyblakłe, rozpraszają wszelkie wątpliwości:

FRANZ SCHUBERT
gestiftet vom Männergesangsverein Teschen im Jahre…

Nie pamiętam daty ufundowania. Zdaje się, że był to rok 1882. Chwała męskim śpiewakom Cieszyna za to, że utrwalili w spiżu swą cześć dla Schuberta. Brzydki to i pretensjonalny pomnik, lecz bardziej przez to rozczulający. Dlaczego nikt nigdy nie wspomniał mi o tem, że na polskiej ziemi stoi pomnik austrjackiego kompozytora? Fakt, że stoi tam, gdzie stał za cesarskich czasów, przynosi chlubę polskiemu zarządowi miasta. Niechaj stoi nadal, niech stoi tak długo, póki wielka muzyka będzie „Psyches hiatrejon”.

W ratuszu obcego miasta mieści się policja. W oknie komisarjatu wystawiają na pokaz publiczny najrozmaitsze przedmioty, znalezione lub pochodzące z kradzieży. Widziałem zniszczony kaszkiet, rękawiczkę, lornetkę. Czy przypadkiem nie wystawiono tam po moim wyjeździe czegoś co nie da się bliżej opisać, albowiem nie jest ani z sukna, ani ze skóry, ani z drzewa, ani ze szkła, czegoś co nie posiada określonego kształtu a mimo to jest bardzo konkretne? Bo zdaje mi się, że zgubiłem coś w pięknym Cieszynie.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close