HERMANN RAUSCHNING

Sytuacja Gdańska

Artykuł b. prezydenta Senatu Wolnego Miasta Gdańska, Hermanna Rauschninga, autora głośnej książki „Rewolucja nihilizmu. Kulisy i rzeczywistość Trzeciej Rzeszy”, napisany specjalnie dla „Wiadomości Literackich”, zamieszczamy jako głos Gdańszczanina i patrjoty niemieckiego. Założenia, z których autor wychodzi, nie są, rzecz prosta, założeniami polskiej racji stanu; mimo wyraźnej tendencji do objektywnej oceny stosunków polsko-niemieckich, autor daje niejednokrotnie wyraz poglądom, na które Polak zgodzić się nie może, np. gdy zagadnienie dostępu Polski do morza uważa za równorzędne z zagadnieniem połączenia Prus Wschodnich z Rzeszą. To samo zastrzeżenie dotyczy wniosków, jakie autor wyciąga z tej tezy. Zresztą nie prostujemy błędów, wynikających z pewnej jednostronności autora, w przekonaniu że czytelnik polski sam je sprostuje.

Za zgiełkliwym entuzjazmem oddziałów bojowych gdańskiej partji narodowo-socjalistycznej i hałaśliwemi manifestacjami nieuświadomionej młodzieży ukrywa się rosnąca troska mieszczan gdańskich o przyszłość. Pozbawiono ich prawa decydowania o własnym losie, a nawet prawa głośnego wypowiadania myśli. Nie umiano im jednak odebrać świadomości, że to oni będą ofiarami nieuchronnych krwawych wydarzeń. Wśród rdzennych mieszkańców Gdańska wszelkich odcieni politycznych trudnoby było znaleźć wielu takich, którzy nie stawialiby sobie pytania, czy obecne zaostrzenie sytuacji politycznej leży w interesie narodu niemieckiego, czy było nieuniknione, i którzy nie dochodziliby do wniosku, że jeżeli Gdańsk stanie się w najbliższym czasie powodem wybuchu nowej wojny światowej, wina spadnie tylko i wyłącznie na kierownictwo narodowo-socjalistyczne Niemiec i Gdańska.

Swoisty sposób, w jaki narodowy socjalizm zamierza „rozwiązać” sprawę gdańską, od kilku miesięcy przestał być tajemnicą dla każdego, kto chciał się w tej sprawie zorjentować. W myśl wypróbowanej już metody, plan polegał na wywołaniu akcji rewolucyjnej od wewnątrz. Fakty, jakie powstały na terenie wolnego miasta Gdańska, same w sobie nie są niczem nowem. Niespodzianką jest tylko monotonja metod politycznych narodowego socjalizmu, co potwierdza, że wprowadza on w życie recepty a nie prawdziwie twórcze impulsy polityczne.

Już pod koniec marca b. r. narodowy socjalizm zamierzał rozwiązać sprawę gdańską przez fakt dokonany. Po niespodziewanem zajęciu Pragi Hitler nabrał przekonania, że akcja na Wschodzie przeciwko izolowanej Polsce spotka się z obojętnością lub co najwyżej platonicznemi protestami Zachodu. Nie dostrzegł zupełnie przewrotu, jaki wydarzenia praskie wywołały w umysłach świata, który do tej pory okazywał Niemcom dobrą wolę w nadziei, że łagodna perswazja i „lesseferyzm” wpłyną na osłabienie zaborczości Hitlera. Jeżeli Hitler mylił się, licząc na izolację Polski po zajęciu Czech, daleko bardziej pomylił się w swoich przewidywaniach co do postawy, jaką zajmie Polska. Obie te pomyłki doprowadziły do pierwszej wielkiej, może nawet decydującej klęski politycznej narodowego socjalizmu. Okupacja Gdańska w marcu miała nie tylko stworzyć Hitlerowi pierwszorzędną pozycję strategiczną, ale równocześnie pomyślana była jako próba odporności Polski, w której wyniku Rzeczpospolita miała stać się nowym wasalem Niemiec. Lecz zamierzona wówczas przez gauleitera gdańskiego deklaracja „Anschlussu” została uniemożliwiona przez zdecydowany opór Polski.

Nie mogło być wątpliwości, co się za temi planami kryło. Stosunkowo popularne, może nawet usprawiedliwione „zagadnienia częściowe” 1) miały być wstępem do wielkiej, szeroko zakrojonej akcji. Z pozornym umiarem polityka narodowo-socjalistyczna ograniczyła się tylko do żądania powrotu niemieckiego miasta Gdańska do Rzeszy – co nawet zagranicą było raczej popularne – i do żądania autostrady przez Pomorze jako minimalnego programu rozwiązania sprawy korytarza. Lecz taka taktyka rozłożenia wielkich zagadnień na zagadnienia częściowe przestała być nowością. W Polsce nikt się co do niej nie łudził. W swoim „Mein Kampf” Hitler sam nieostrożnie i nader wyraźnie wypowiedział się o metodzie rozpoczynania od drobnych żądań, mających na celu sparaliżowanie siły odpornej przeciwnika. Na str. 759 czytamy: „Mądry zwycięzca stawia swoje żądania zwyciężonemu o ile możności etapami. Może wówczas liczyć się z tem, że naród pozbawiony charakteru -a taki jest każdy naród, który się dobrowolnie poddaje – w poszczególnych etapach nacisku nie znajdzie dostatecznego powodu, by raz jeszcze chwycić za broń. Im częściej ludzie ulegają w ten sposób bezwolnie szantażowi, tem mniej uzasadnione wyda im się stawianie oporu spowodu nowego, napozór odosobnionego, a przecież stale ponawianego nacisku – zwłaszcza gdy się już tyle gorszych nieszczęść zniosło cierpliwie i w milczeniu”.

„Rozwiązanie” z miesiąca marca było jednak nie tylko groźbą, utrzymywało bowiem nadal w tej czy innej formie fikcję „ugodowego” załatwienia spraw polsko-niemieckich, t. j. zawierało ofertę czegoś w rodzaju współpracy. Głównym rezultatem tego przedsięwzięcia miał być moralny fakt pierwszej kapitulacji Polski, która objawiłaby się w tem, co polityka narodowo-socjalistyczna nazywa „sparaliżowaniem woli” przeciwnika a co ma być psychologicznym warunkiem dalszych kapitulacyj. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że te poglądy narodowo-socjalistyczne mają swoje źródło w wyczerpującej lekturze literatury rewolucyjnej, a zwłaszcza we wskazaniach, zaczerpniętych z nauki o przewrocie społecznym lub o zamachu stanu.

Z zupełnie innemi zamiarami planowano przed kilkoma tygodniami drugie uderzenie partji narodowo-socjalistycznej w Gdańsku. W tym wypadku partja szła już wyraźnie na rozpętanie krwawej rozprawy między Niemcami a Polską, przyczem winą za jej wybuch miała być obciążona Polska i przyczem koła kierownicze były najwidoczniej przekonane, że w związku z tem możliwe będzie izolowanie konfliktu polsko-niemieckiego. Rewolucyjne zamachy na urzędy celne i inne placówki, broniące praw Polski w Gdańsku, miały stworzyć sytuację, w której Polska byłaby zmuszona do interwencji w Gdańsku w celu przywrócenia porządku lub do faktycznej kapitulacji przez tolerowanie likwidacji jej praw w Gdańsku. Skończyło się na znanych wypadkach w Kałdowie. Trudno jednak wątpić, że planowane było większe przedsięwzięcie oraz że i tym razem właściwe plany narodowego socjalizmu rozbiły się o zdecydowany opór Polski. Mimo wszystko należy się obawiać, że akcja ta jeszcze nie jest ukończona. Miała ona m. in. na celu osłabienie kontroli celnej nad granicą niemiecką, co pozwoliłoby wypełnić luki w uzbrojeniu Gdańska. Nie pozostało tajemnicą, że tymczasem uzbrojenie wolnego miasta Gdańska, zarówno w zakresie sprzętu wojennego jak i materjału ludzkiego, poczyniło znaczne postępy. Natomiast wątpliwej wartości jest wyzyskiwany w Niemczech do celów propagandowych argument, że dla przywrócenia porządku i obrony swych praw w wolnem mieście Polska byłaby zmuszona użyć wobec Gdańska siły. Dla opinji światowej sytuacja jest już dziś tak jasna, że daremne byłyby próby zaciemniania obrazu lub przerzucenia odpowiedzialności. Propagandzie niemieckiej uda się, być może, wywołać u mieszkańców Rzeszy przeświadczenie, że to Polska atakuje Gdańsk i że Niemcy mają niezaprzeczone prawo przyjścia Gdańskowi z pomocą. Reszta opinji światowej natomiast nie będzie miała najmniejszej wątpliwości, że sprawcą zaognienia sytuacji w Gdańsku jest nie kto inny, tylko narodowy socjalizm, i że odpowiedzialność za wojnę światową, jakaby z tego mogła wyniknąć, spada na Niemcy.

Czy Hitler wobec tego zechce, lub choćby tylko będzie mógł zrezygnować ze swego przedsięwzięcia w Gdańsku, czy też będzie sądził, że przez taktyczne posunięcia uda mu się ułatwić Anglji decyzję ogłoszenia désintéressement w sprawie Gdańska – nie zmieni to faktu jego odpowiedzialności za zaostrzenie się sytuacji, z której niema chyba innego wyjścia jak kapitulacja jednej albo drugiej strony. Słychać przytem, zwłaszcza wśród ludności Gdańska, głosy pełne rozgoryczenia, że temu kierownictwu politycznemu wcale nie chodzi o rozwiązanie sprawy Gdańska i że narodowy socjalizm podejmuje tę sprawę tylko dlatego, że otwiera mu ona drogę do urzeczywistnienia szerszych celów imperjalistycznych na Wschodzie. Nie o wyjaśnienie i oczyszczenie atmosfery, nie o rozładowanie napięć politycznych i wyrównanie sprzecznych interesów politycznych chodzi Hitlerowi, lecz przeciwnie, o zaostrzenie, o zaognienie sytuacji, o osiągnięcie dalszego etapu w zaborczym pochodzie. Rosnące dziś w Gdańsku i w Niemczech rozgoryczenie przeciwko régime’owi świadczy o niechęci do imperjalizmu światowego i do metod rewolucyjnych, które służą nienasyconej żądzy władzy hitlerowców, a nie przyszłości narodu niemieckiego. Sprawa Gdańska nie jest zagadnieniem nierozwiązalnem, którego załatwienie po myśli Niemiec wymagałoby za wszelką cenę pójścia na ryzyko wojny światowej; nierozwiązalnem zagadnieniem staje się ona dopiero na tle metod hitlerowskich i w ramach hitlerowskiego imperjalizmu. To Hitler wyolbrzymia trudności, wyzyskując wszystkie swoje posunięcia polityczne dla pogłębienia rozkładu dotychczasowego porządku prawnego w świecie i dla dokonania „nowego podziału świata” po swojej myśli. Rozgoryczenie, z jakiem coraz częściej spotykają się te poczynania w Niemczech, zmniejsza z dnia na dzień prawdopodobieństwo, że wojna z Polską mogłaby się stać w Niemczech popularna. Wobec faktu, że właśnie Hitler był tym, który dążył do zbliżenia się z Polską i który obudził wiarę w możliwość wielkiego konstruktywnego rozwiązania spornych spraw polsko-niemieckich, należy zapytać, dlaczegoby takie naprawdę pokojowe rozwiązanie miałoby dziś nagle być niemożliwe.

Zdecydowana, lecz spokojna postawa Polski niemało przyczyniła się do wyjaśnienia sytuacji i ustalenia odpowiedzialności. Zresztą jedynie ta zdecydowana postawa może uratować pokój światowy, a nie ustępstwa i nie „paraliż woli”. Również naród niemiecki i ludność Gdańska mają wszelkie powody potemu, by odnieść się z sympatją do zdecydowanego oporu przeciwko światowemu imperjalizmowi partji narodowo-socjalistycznej, ponieważ dalsza serja „sukcesów” przez jakiś czas jeszcze utrzymałaby przy życiu obecny régime, nakładając jednak w przyszłości tem większe ciężary na naród niemiecki.

Jest rzeczą pewną, że powrotu do Rzeszy za cenę wojny światowej, lub choćby tylko wojny polsko-niemieckiej, Gdańsk sobie nie życzy. Nie mniej pewne jest, że większość obywateli gdańskich wzdrygałaby się przed powrotem do państwa terroru, niewoli i barbarzyństwa i że większość ta zgodziłaby się raczej na każde inne rozwiązanie, które zapewniałoby jej wolność, praworządność i możność egzystencji. Jest to rozwój naturalny i konsekwentny, odpowiadający powszechnym w Rzeszy tendencjom. Dla przykładu wymieńmy Nadrenję, Bawarję, Hanower i Prusy Wschodnie, gdzie budzą się marzenia o wyzwoleniu, powstałe z pragnienia ucieczki od zabójczego centralizmu dyktatury narodowo-socjalistycznej. Dążności tych nie można piętnować mianem „separatyzmu”, są one raczej objawem świadomości niezmiennie federalistycznego charakteru Rzeszy Niemieckiej. Ludność Gdańska daje więc tylko wyraz głębokiemu instynktowi regeneracji, a nie wyłącznie pragnieniu korzyści gospodarczych lub trosce o własne interesy, gdy opiera się wewnętrznie powrotowi do dzisiejszej Rzeszy. Po sześciu latach rządów narodowo-socjalistycznych w Gdańsku należy w każdym razie stwierdzić, że mimo hałaśliwych manifestacyj niema tu, jak w Sudetach, entuzjazmu dla powrotu do Rzeszy i że tem, co się w Gdańsku rzuca w oczy, jest rezygnacja, wypływająca z niemożności przeciwstawienia się losowi.

Minęlibyśmy się jednak z prawdą i tem samem sprzeniewierzylibyśmy się sprawie przyszłego pokojowego rozwiązania, w którego możliwość nie należy tracić wiary, gdybyśmy chcieli przemilczeć, że przez wiele lat istniała w Gdańsku wyraźna wola powrotu do Niemiec. Złożyły się na to różnorodne przyczyny. Fakt ten stanie się zrozumiały dopiero po rozpatrzeniu sprawy gdańskiej na szerszem tle, bez uprzedzeń, które zdążyły się już stać nałogami myślowemi. Narodowy socjalizm nie obawia się niczego bardziej, niż dążenia do objektywizmu w rozpatrywaniu zagadnień politycznych. Bez pewnej dozy objektywizmu nie znajdziemy wszakże wyjścia z dzisiejszej sytuacji. Zdaję sobie przytem doskonale sprawę, że punkt widzenia, który zajmuję w sprawie gdańskiej, nie jest dzisiejszym niemieckim punktem widzenia, lecz równocześnie nie może być także punktem widzenia polskim. Mimo to pragnąłbym, aby poniższe uwagi przyczyniły się choćby w części do wyjaśnienia sprawy.

Byłoby to z krzywdą ludności gdańskiej gdybyśmy czynili jej z tego zarzut, że po półtorawiecznej przynależności do Prus, nacjonalistyczny motyw niemieckiego pochodzenia przeważa w jej świadomości nad motywem korzyści gospodarczych, wynikających ze związku Gdańska z polskiem zapleczem. Sądzę, że rezygnacja z korzyści gospodarczych, płynących ze związku z Polską i nieustanne deklarowanie w ciągu przeszło dziesięciu lat woli pokojowego współżycia z Polską, a równocześnie powrotu do Niemiec, przynosi ludności gdańskiej raczej zaszczyt, i wolno mi przypuścić, że właśnie naród polski, znany z patrjotyzmu, znajdzie dla tej postawy pełne zrozumienie. W świecie, w którym motywom nacjonalistycznym przypisuje się tak zasadnicze znaczenie jak we współczesnej Europie, postawa ludności gdańskiej w ostatnich czasach nie mogła być chyba inna. Dlatego wydaje się, że wszelkie spory na temat nastrojów w Gdańsku są bezowocne. Bezowocne byłoby także przypominanie długiego szeregu polsko-gdańskich kwestyj spornych oraz poszukiwanie strony „winnej”; dowodzą one tylko, że rozwiązanie traktatu wersalskiego, które miało zapewnić Polsce dostęp do morza przez Gdańsk, nie było doskonałe. Jest to rozwiązanie połowiczne. Ale czy inne rozwiązanie było do pomyślenia?

Opieranie się na przeszłości historycznej przy ocenie współczesności i uzasadnianie słuszności takiego czy innego rozwiązania argumentami historycznemi nie przynosi wielkiego pożytku. Przeszłość historyczna odgrywa niewątpliwie wielką rolę w układzie współczesnych stosunków i w genezie aktualnych zagadnień. Poprzez długie okresy czasu wywierają wpływ swój ideologje polityczne, wyrażające się w pewnych dążnościach państwowych i racjach stanu, a najbardziej niezaprzeczony jest wpływ położenia geopolitycznego. Widać to wyraźnie w sprawie Gdańska i jego stosunku do Polski. Widać to jednak również w całym zespole zagadnień, ogniskujących się we fragmentarycznem zagadnieniu gdańskiem. Spotykają się tu na niewielkim obszarze dwie, wykluczające się wzajemnie ideologje państwowe.

Państwu, którego byt gospodarczy jest ściśle związany z wielką rzeką, trudno odmówić słuszności, gdy dąży do tego, by ujście tej rzeki leżało w jego przestrzeni życiowej, zwłaszcza jeżeli stanowi ono jedyny dostęp do morza. Niedorzeczne jest przytem powoływanie się na przykłady tego rodzaju, jak np. sprawa ujścia Renu, którego panem nie jest Rzesza, ale neutralne państewko. Błąd traktatu wersalskiego polegał nie na tem że przyznano Polsce wolny dostęp do morza, ale na tem że przy „historycznem” rozwiązaniu sprawy wolnego miasta Gdańska przeoczono istotne momenty przeszłości, które wówczas prowadziły do napozór podobnej sytuacji. Jednem z głównych zaniedbań było uznanie dawnej zależności Gdańska od Polski za argument poważniejszy od sprawy terytorjalnego związku Prus Wschodnich z Niemcami. W czasie, gdy Gdańsk był ściśle zależny od Polski, Prusy Wschodnie były lennem polskiem, a także w późniejszych czasach – wobec dynastycznego charakteru polityki – sprawa związku terytorjalnego Brandenburgji i Prus nie miała tak zasadniczego znaczenia, jakie dziś ma sprawa stosunku oddzielonych od terytorjum macierzystego Prus Wschodnich do Rzeszy.

Sprawa gdańska staje się zagadnieniem trudnem dopiero przez to, że nie można jej rozpatrywać bez związku ze sprawą korytarza. Trudność stwarza dylemat, co uznać za ważniejsze: narodowościową przynależność Pomorza do Polski i wolny dostęp Polski do morza, czy narodowościową przynależność Gdańska do Niemiec i połączenie Prus Wschodnich z Rzeszą. Daremne byłoby poszukiwanie sprawiedliwego rozwiązania, któreby zaspokoiło obie strony. Chodzi tu tylko o rozstrzygnięcie które z dwóch żądań jest dla danej strony koniecznością życiową: czy związek terytorjalny Prus Wschodnich z Rzeszą, czy wolny dostęp Polski do morza. Wydaje się, że nie może tu być innego rozwiązania niż tylko na płaszczyźnie polityki siły; dotychczas rozwiązanie to było korzystne dla Polski, jutro mogłaby nastąpić rewizja na korzyść drugiej strony.

W tych kategorjach obracały się dotąd nieomal wyłącznie rozważania na ten temat zarówno po stronie, broniącej swoich praw, jak i po stronie, domagającej się praw. Propaganda niemiecka, zmierzająca do osiągnięcia korzystniejszego dla Niemiec rozwiązania sprawy gdańskiej i sprawy Pomorza, nie dostrzegła wogóle innych możliwości, jak tylko radykalną likwidację t. zw. „granic wersalskich”. Nawet najszczegółowsze i najrozleglejsze badania gospodarcze, polityczne i geograficzne nie mogły wykazać nic innego niż to co i tak było oczywiste: że rozerwano istniejące związki i zależności i że nowe granice wprowadziły nawet do życia prywatnego zainteresowanych niejednokrotnie bardzo bolesne zmiany, a wreszcie że Niemcy i Gdańsk ponoszą wspólne ciężary swobodniejszego bytu Polski. Rozwiązanie, którego domagają się Niemcy, byłoby jednak tylko odwróceniem kota ogonem, gdyż cały ciężar spadłby skolei na przeciwnika; żądania te poddają konieczności życiowe przeciwnika potrzebom własnym. Rozumowanie takie trudno uznać za próbę znalezienia prawdziwego rozwiązania zagadnień. Zresztą w propagandzie niemieckiej sprawa gdańska nigdy nie była zagadnieniem odrębnem, stanowiła ona zawsze część zagadnienia korytarza. Poważni politycy uważali przedwczesne załatwienie sprawy gdańskiej bez rewizji sprawy korytarza za niewskazane, ponieważ musiałoby to utrudnić rozwiązanie zagadnienia korytarza.

Republika weimarska liczyła w staraniach o rewizję granic wschodnich na poparcie Anglji, na désintéressement Francji i pomoc Rosji, mniejsza o to, czy słusznie. Zbyteczne byłoby wdawać się w rozważanie wszystkich wysuwanych wówczas planów rewizji. Jeżeli jednak Niemcy twierdzą dziś, że jeszcze przed r. 1933 istniała bezpośrednia możliwość rozwiązania sprawy gdańskiej po myśli Niemiec, to trzeba powiedzieć, że są to złudzenia. Niewątpliwie błędne jest jednak rozumowanie, które z „dojrzałej” już rzekomo sytuacji wyciąga wnioski co do możliwości rozwiązania sprawy w obecnej chwili. Nadzieje republiki weimarskiej, które niejednokrotnie sięgały dalej niż dzisiejsze żądania Hitlera, miały tę wyższość nad niemi – że opierały się mimo wszystko na uznaniu Polski jako wolnego, suwerennego i potężnego państwa. Nad rozpowszechnianemi pierwotnie, a napiętnowanemi nienawiścią poglądami o Polsce jako „państwie sezonowem” przechodzę do porządku, bo są bez znaczenia. Jest niewątpliwie zasadnicza i decydująca różnica, czy w rozmowach na temat rewizji ma się do czynienia z Niemcami nastrojonemi pokojowo, czy z Niemcami hitlerowskiemi, dążącemi gwałtem i przemocą do hegemonji nad światem. Dopiero narodowy socjalizm w Niemczech zdobył się na to, by zdolność do życia państwa polskiego podać w wątpliwość lub raczej aby tej zdolności wogóle zaprzeczyć. Pytanie, czy przed r. 1933 istniały możliwości pokojowej rewizji sprawy gdańskiej, staje się wobec tego obojętne. Jeżeli bowiem nawet istniały, uległy tymczasem na skutek przewrotu politycznego całkowitemu unicestwieniu. Wartość ich jest dziś czysto historyczna.

Należało się spodziewać, że tym dążnościom rewizyjnym Niemiec przeciwstawi Polska inne radykalne propozycje, które miałyby nad tamtemi przynajmniej tę wyższość, że nawiązanie do przeszłości historycznej dawałoby im pewną konsekwencję. Za taki radykalny projekt można uważać plan Dmowskiego, który polegał na stworzeniu z Prus Wschodnich niezależnego od Niemiec organizmu politycznego 2). Jeśli się jednak nie mylę, od czasu konferencji pokojowej w Wersalu Polska nie powracała już na serjo do tego rodzaju koncepcyj politycznych. Jako absolutny dylemat pozostaje fakt, że walczyły o uznanie dwa sprzeczne żądania, dwie sprzeczne tendencje polityczne, z których ani jednej ani drugiej nie można odmówić głębokiego uzasadnienia.

Połowiczne rozwiązanie traktatu wersalskiego było więc narazie jedynem możliwem rozwiązaniem. Zapewniało ono ludności Gdańska nieskrępowany byt a Polsce konieczny dostęp do morza. Nie pozostawało nic innego, jak czekać na zmianę sytuacji politycznej i spodziewać się prędzej czy później lepszego rozwiązania sprawy. Być może, istniała jeszcze i taka ewentualność, że zamiast porozumiewać się przeciwko Polsce z Francją i Anglją w sprawie rewizji, Niemcy porozumiałyby się bezpośrednio z Polską. Polska była ostatecznie potęgą militarną, zdolną do poparcia siłą swojej woli trwania. Polska była rosnącym w siłę państwem, z którem opłacałoby się zawrzeć przymierze polityczne. Lecz w chwili największego zaostrzenia się stosunków polsko-gdańskich doszedł do władzy narodowy socjalizm.

Narodowy socjalizm miał warunki nato, by podjąć się nowego, naprawdę wielkiego i konstruktywnego rozwiązania istniejących zagadnień wschodnich. W pierwszej chwili wydawało się też istotnie, że Hitler jest zdecydowany wejść na drogę bezpośredniego porozumienia z Polską, t. j. na jedyną drogę, obiecującą mu powodzenie. Jeżeli założymy, że obie strony miały rzeczywistą dobrą wolę, powstaje pytanie, w jakim kierunku mogły pójść konkretne rozwiązania. Oczywiście, pierwszym warunkiem było oczyszczenie atmosfery politycznej, doprowadzenie do wzajemnego zaufania i wiary w dobrą wolę kontrahenta. Drugim warunkiem była rezygnacja z planów rewizyjnych, zneutralizowanie kwestji granic, a trzecim wzmożenie politycznej i gospodarczej współpracy. Po dłuższym okresie rozwoju przyjaznych stosunków możnaby było pomyśleć o ukoronowaniu współpracy jakąś rewizją, ale nie można było od niej zaczynać i nie można było ni z tego ni z owego wyrywać z całości jakiegoś zagadnienia i domagać się natychmiastowego rozwiązania.

Wydawało się, że narodowy socjalizm jest gotów do takiej polityki. Marzenia, jakie przy tem snuli Niemcy o przyszłem rozwiązaniu konkretnych zagadnień, musiały ustąpić w cień wobec realnej skuteczności ścisłej współpracy. Można było przytem, stosownie do powiedzenia płk. Becka, przystosować się elastycznie do konkretnych przemian szybko zmieniającego się świata, nie ulegając motywom psychologicznym, które parły do przedwczesnych a ostatecznych decyzyj.

Lecz stosowana przez Hitlera polityka porozumienia z Polską, pomijająca całkowicie wszystkie kwestje graniczne, była prostem mydleniem oczu. U jej dna leżała chęć rozbicia przeciwników politycznych, a mianowicie zneutralizowania Polski na wypadek konfliktu Niemiec z Zachodem, i pozyskania w niej sprzymierzeńca na wypadek konfliktu z Rosją. Ale nawet w ramach tych koncepcyj Hitler miał możność osiągnięcia realnego wyrównania sporów z Polską. Mógł włączyć Polskę do swoich rewolucyjnych planów przebudowy świata jako „państwo odnowicielskie” („Erneuerungsmacht”), jak Włochy, Japonję, Hiszpanję. Taki udział w hegemonji nad światem ma coprawda swoje ciemne strony, jak to widać obecnie choćby we Włoszech, zalewanych przez niemieckich funkcjonarjuszy. Ale nawet w tych warunkach byłby możliwy realny podział interesów. Wówczas to sprawa gdańska albo sprawa korytarza musiałyby stać się zagadnieniami o całkowicie podrzędnem znaczeniu wobec wytkniętych wspólnie celów politycznych.

Takie zamiary w stosunku do Polski nigdy jednak nie istniały. Miałem możność sam się o tem przekonać. Hitler zgłosił coprawda gotowość rozwiązania spraw spornych możliwie pokojowo, t. zn. bezkrwawo i na swój sposób ewolucyjnie, lecz w gruncie rzeczy myślał zawsze o zepchnięciu Polski do roli niesamodzielnego państwa o drugorzędnem znaczeniu i nie zamierzał nigdy uznać jej mocarstwowości. Polska miała wejść w skład planowanego związku państw jako państwo półsuwerenne. Hitler chciał ją zarówno odepchnąć od Bałtyku jak nie dopuścić do morza Czarnego. Jeżeli naprawdę brano kiedykolwiek praktycznie pod uwagę wspólne wystąpienie przeciwko Rosji sowieckiej, to Hitler godził się na nie z ukrytym zamiarem oddania Wileńszczyzny niesamodzielnemu państwu wielkolitewskiemu, a Małopolski Wschodniej nowemu państwu ukraińskiemu.

Postawa polskiej polityki zagranicznej sprawiła, że udało się uniknąć niebezpieczeństwa wejścia na pochyłą kompromisów i „zagadnień częściowych”. Tu już nie było mowy o zagadnieniach częściowych. Hitler sam dostarczył kryterjum dla oceny swej polityki w cytowanem już powiedzeniu o kompromisie jako oznace słabości i politycznej nikczemności i o metodzie stawiania dalszych żądań aż do integralnego rozwiązania, t. j. do całkowitej kapitulacji przeciwnika. W obliczu takiej polityki przestaje istnieć zarówno sprawa gdańska jak i sprawa korytarza, w obliczu takiej polityki istnieje tylko jedno niepodzielne zadanie obrony niepodległości.

Lecz nawet powrót Gdańska do Niemiec z zastrzeżeniem strefy wolnocłowej i nie korzystania z wolnego miasta dla jakichkolwiek celów militarnych staje się rzeczą niemożliwą w czasie trwania rządów, które z łamania uroczystych przyrzeczeń uczyniły zasadę swej polityki. W ten sposób powstała sytuacja bez wyjścia, jakiej dotychczas jeszcze nie było. Co do Polski, musi ona w oparciu na mocarstwach zachodnich odrzucać wszelką dyskusję z uzasadnieniem, że obecna sytuacja prawna stanowi dla zapewnienia interesów życiowych Polski rozwiązanie minimalne a nie maksymalne.

Jest to oczywiście osobistą i wyłączna winą Hitlera, że wytworzyła się sytuacja, w której nie tylko niemożliwa jest dyskusja nad zagadnieniami częściowemi, lecz w której stosunek Polski do Niemiec tak się zaostrzył, ze jedynem możliwem rozwiązaniem wydaje się konflikt zbrojny. Lecz – zapytają Niemcy – czyż istniała konkretna możliwość rozwiązania choćby tylko sprawy gdańskiej bez stawiania Polski pod presją nowej potęgi militarnej Niemiec, a tem samem w sytuacji bez wyjścia?

Jeżeli wyobrażenia o możliwych rozwiązaniach poruszały się w kategorjach które wyznaczają politykę hitlerowską, to niewątpliwie kierownictwo polityczne było konsekwentne i musiało prędzej czy później dojść do punktu, w którym się obecnie znalazło. Lecz czy nawet w najbardziej przyjaznym klimacie politycznym dałoby się pomyśleć rozwiązanie sprawy gdańskiej w sensie korzystnym dla Niemiec? Czyż wszystkie te popularne wyobrażenia o wymianie Gdańska i korytarza na porty litewskie, – choćby nawet przy tem nie miano poprzestać na Kłajpedzie, ale wziąć pod uwagę nawet Tylżę i niemieckie desinteressement w państwach bałtyckich, – czyż te wyobrażenia nie pomijały właściwych trudności?

Istniało coprawda jedno rozwiązanie: przenieść sprawę gdańską i pomorską z płaszczyzny rewizyj terytorjalnych i rewizji granic na wyższą płaszczyznę politycznej i gospodarczej współpracy. Hitler miał tę możliwość i być może, był on jedynym, który mógł nową potęgę Rzeszy oddać na usługi trwałego związania Europy wschodniej z Niemcami na zasadzie równouprawnienia. Byłoby to niewątpliwie przedsięwzięcie ryzykowne. W oczach t. zw. „polityków realnych” musiałoby nabrać charakteru utopji. Ze strony ludzi uczciwych i niewątpliwie dobrej woli (nie tylko narodowych socjalistów) spotykał mnie zarzut, że próba takiej ugody musiałaby unicestwić półtorawiekowy wysiłek polityki pruskiej. Lecz także ze strony polskiej dałyby się słyszeć głosy sceptyczne i musiałyby paść zastrzeżenia. Dla narodu, który dopiero niedawno odzyskał suwerenność państwową i który dla wytworzenia świadomości państwowej potrzebuje szczególnej dyscypliny, nie byłoby rzeczą łatwą przyswoić sobie ideę współpracy z dotychczasowym przeciwnikiem politycznym. Powstawało pytanie, czy – wobec konkretnych trudności – rozwiązanie takie nie miałoby znaczenia czysto akademickiego. Co do mnie, jestem przekonany, że takby nie było i że w tym kierunku należy szukać jedynej możliwości rozwiązania problemów pokoju. Rozważania tego typu muszą w każdym razie stanowić kryterjum tego co się obecnie dzieje, tego nawrotu do walk politycznych – w duchu XIX ale nie XX w.

Kwestja Gdańska i kwestja korytarza dadzą się załatwić jedynie pod warunkiem skierowania wszystkich wysiłków na jakąś ostateczną „entente européenne”. W tej perspektywie obie kwestje sporne tracą rację bytu. W organizacji świata, w której państwa suwerenne byłyby łączone w grupy przy wprowadzeniu uprzywilejowania celnego, porozumienia walutowego i ewolucyjnie narastającej wspólnej sfery prawnej – zagadnienia, które nas dzisiaj poruszają, stracą wszelkie znaczenie. Daleki jestem od koncepcyj paneuropejskich, od rezygnacji z suwerenności państwowej. Ale niektóre z haseł polityków dynamicznych mają w sobie ziarno słuszności, które kiedyś musi się rozwinąć: „ciasnota terytorjalna” i „łoże madejowe granic” nie są wcale nieuchronnym losem Europy, a przedewszystkiem Europy środkowej i bliskiego Wschodu. Lecz wyzwalające działanie „wielkich przestrzeni” nie rodzi się w skleconych terrorem i gwałtem dyktatur „terenach dyspozycyjnych (Befehlsräume)”, ale w dobrowolnym związku narodów, mającym na celu rozwiązanie określonych i realnych zagadnień i ożywionym dobrą wolą współpracy, zapewniającą mu organiczny rozwój.

Rozważania tego typu poruszają się poza sferą czystej polityki przemocy, której środki nie wystarczają do rozwikłania aktualnych zagadnień europejskich, a w każdym razie do likwidacji zagadnień Gdańska i korytarza. Rozwiązania, do których one prowadzą, mogłyby to zagadnienie zneutralizować, ale nic ponadto. Niemniej bezowocne byłoby rozwiązywanie trudności dzisiejszego położenia przez jakieś krótkie spięcie. Wszelkie wogóle rozwiązania, które miałyby charakter ustępstwa na rzecz tego regime’u rewolucyjnego imperjalizmu światowego, musiałyby mieć fatalne skutki. Nie tylko uczyniłyby z Polski daremną ofiarę, lecz nie przyniosłyby żadnej korzyści ludności gdańskiej i odsunęłyby w daleką przyszłość realizację właściwej misji narodu niemieckiego, który powinien stać się głównym filarem trwałego pokoju europejskiego.

Miejmy nadzieję, że obecne zaognienie na odcinku kwestji gdańskiej przyczyni się do wyjaśnienia sytuacji ogólnej, powstrzymując pochód bezpłodnego, destruktywnego, powierzchownego rewizjonizmu i nawołując siły polityczne Europy do prawdziwie twórczego współdziałania w myśl idei trwałej pacyfikacji naszego kontynentu.

Hermann Rauschning
przełożył Jan Ulatowski.

——–
1) Przez „Teilprobleme” rozumie autor takie żądania polityczne, które stanowią tylko etap szeroko zakrojonej akcji zaborczej. „Zagadnieniem częściowem” była np. sprawa sudecka jako etap rozbioru Czechosłowacji (przyp. tłum.)
2) Wiadomości swoje o koncepcji Dmowskiego i polskich tezach w sprawie Prus Wschodnich autor czerpie zapewne ze źródeł niemieckich, uszło więc jego uwagi, że opinja polska uważa znaczną część dzisiejszych Prus Wschodnich za terytorjum rdzennie polskie i zamieszkałe przez żywioł polski (przyp. tłum.).

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close