Tezy i aforyzmy o polskiej polityce zagranicznej

PACYFIŚCI, GDZIE JESTEŚCIE?

Trochę liryki na początku tego artykułu, skoro „Wiadomości Literackie” mają go drukować. Oto uważam, że z całej prasy polskiej jestem jedynym dziennikarzem, który w sprawie stosunków polsko-niemieckich pisze artykuły w duchu pacyfistycznym. Ta autoreklama czy samooskarżenie mieści w sobie więcej niż szczyptę tragizmu, więcej niż jeden moment zastanowienia się, bo przecież pokój Europy, a więc ten pokój o który pp. pacyfistom chodzi, to przedewszystkiem sprawa stosunków polsko-niemieckich. Nikt nie neguje, że tu leżą te drwa, od których może się zacząć pożar lasu.

Nie jestem pacyfistą, jestem militarystą. Jedyny zawodowy dziennikarz polityczny, piszący o stosunkach polsko-niemieckich w sposób pacyfistyczny, jest militarystą. Swój militaryzm opieram na przeświadczeniu filozoficznem, że momentów walki i wojny niesposób wykorzenić z życia ludzkiego, gdyż są one jednym z najbardziej zasadniczych i podstawowych czynników w życiu. Wojna na wynalazki i na heroizm poświęcenia osobistego, na natężenie umysłów, natężenie woli i poświęcenia życia, wydaje mi się formą walki nie gorszą od innych. Dążenia do pacyfizmu wydają mi się z punktu widzenia historycznego dość bezcelowe, jak bezcelowa również byłaby próba narzucenia całemu światu ideału celibatów i czystości płciowej.

Ale na tem miejscu te wszystkie poglądy mają zupełnie specjalne zadanie. Przez ich wypowiedzenie, przez oburzenie niemi czytelników „Wiadomości Literackich” chciałbym powiedzieć tylko jedno. Chciałbym ujaskrawić apel do pacyfistów polskich: czy nie wstydzicie się, że jedyny człowiek, który propaguje pacyfizm wobec Niemiec, jest właśnie militarystą?

NIEMCY WOBEC NAS I MY WOBEC NIEMIEC

W prawdziwej polsko-niemieckiej wojnie prasowej Niemcy są stroną zaczepną. Ta zaczepność Niemiec nie wyraża istotnych interesów tego narodu. Na globie ziemskim Niemcy mają interesy o wiele ważniejsze niż piaski pomorskie zamieszkałe przez ludność polską. Ale Niemcy uważają, że tu jest najłatwiej obalić traktat wersalski. Odwrócony plan Schlieffena. Tamten generał chciał pierwej uderzyć na zachód, potem na wschód. Niemcy wywracanie traktatu wersalskiego chcą zacząć od Polski, jako od linji najmniejszego oporu.

Ale dlatego właśnie ton, jakiego używa prasa polska w sprawach niemieckich, jest mało inteligentny. Bo przecież to Niemcom a nie nam chodzi o zmianę granic, o oderwanie terytorjów, o niepokój, gwałt, o pożar na tamtej linji. Myśmy dostali wszystko czegośmy chcieli, obecnie może nam chodzić jedynie o zabezpieczenie stanu posiadania, t. j. jedynie o normalizację stosunków sąsiedzkich. Celem propagandy niemieckiej jest aby nad granicą polsko-niemiecką unosił się znak zapytania, unosiły się wrzaski, kłótnie i przekleństwa. Celem naszym powinno być oczywiście, aby panował tam pokój, jaknajdalszy od nastroju kłótni i sporu.

Prasa niemiecka pisząca gniewnie o Pomorzu, to włamywacz który chce się dostać do cudzego mieszkania i dlatego wyłamuje zamek u drzwi. Wszczynanie hałasu jest właśnie tem wyłamywaniem zamku. Prasa polska, to człowiek który broni własnego mieszkania przed włamywaczem i dlatego by się skuteczniej obronić, także… wyłamuje zamek.

Nie chcę tu dostarczać argumentów antypolskich. Ale pewne rzeczy rzucają się w oczy i ukrywanie ich byłoby bez sensu. Nie mówię już o pismach brukowych, które łajanie Niemiec uważają za równoznaczne z patrjotyzmem, ale jakimże tonem piszą o Niemczech poważne organy prasy wszystkich kierunków: „Gazeta Polska”, „Czas”, „Gazeta Warszawska”? Dlaczego korespondenci niemieccy z Warszawy posyłają do swej prasy artykuły o wiele bardziej rzeczowe niż polscy z Berlina?

NOŻYCE

Dn. 19 lutego 1921 r. Francja i Polska podpisały sojusz odporny, utrzymany zresztą w tonie powściągliwym i redagowany ostrożnie. Sojusz ten był skierowany przeciw Niemcom, stanowił zabezpieczenie się od agresji niemieckiej.

Od tego czasu stosunki francusko-niemieckie uległy znacznemu polepszeniu, stosunki polsko-niemieckie – znacznemu pogorszeniu.

Na podstawie obserwacji z ostatniego dwunastolecia można napisać jako wzór, jako formułę: im lepsze są stosunki pomiędzy Paryżem a Berlinem, tem gorsze się stają pomiędzy Warszawą a Berlinem.

W miarę osiągniętych porozumień z Francją, tem wyraźniej, tem swobodniej Niemcy zwracają cały swój nastrój rewanżowy jednostronnie na Polskę, monopolizują swe uczucia odwetowe, uczucia zawiedzionej nadziei na zwycięstwo, straconej sławy niezwyciężalnych, monopolizują je dla nas.

Czasami może się wydawać, że polityka francuska wprost wyzyskuje w swoich posunięciach wobec Niemiec nastroje antypolskie w Niemczech i nasze odgrażania się – wogóle nastrój quasi-wojny, którego przewodnikiem jest linja pomiędzy Prusami a Rzecząpospolitą.

Nie jest to jednak słuszne. Francuzi naogół ze strachem patrzą na rosnące możliwości konfliktu polsko-niemieckiego. Francuzi jednomyślnie doradzają nam zgodę z Niemcami. Czynią to Francuzi wszystkich obozów. Pan Grażyński nie będzie tam bohaterem niczyjego romansu. Ci naiwni ludzie, którzy tkwią w psychologji stycznia 1919 r. i sądzą, że się od tego czasu w Europie nic nie zmieniło, ci naiwni ludzie, którzy sobie wyobrażają dziś jeszcze, że najlepiej na miłość Francuzów zarobić można hukaniem na Niemców, są bardzo rozczarowani kiedy mają sposobność zetknięcia się z prawdziwymi Francuzami. Francję nudzi i męczy nasza propaganda, nasze przestrogi o sile niemieckiej, o ich zbrojeniach się, o hitlerowcach, stahlhelmowcach i t. d. Nic szkodliwszego niż cała ta propaganda! Na burżuja francuskiego robi to wrażenie, jakie na przeciętnego burżuja czyniłby ktoś ktoby walił z puhacza w powietrze właśnie wtedy gdy pora na poobiednią drzemkę. Cała złość zwraca się nie przeciwko temu, do kogo się z tego puhacza strzela, ale przeciwko temu, kto tej hałaśliwej zabawki używa.

Raz jeszcze: im lepsze są stosunki Francji z Niemcami, tem gorsze są nasze z Niemcami. To są te nożyce w dziedzinie polityki międzynarodowej. Inaczej przedstawiała się historja innego trójkąta. Zbliżenie rosyjsko-francuskie powstało nietylko przeciw Niemcom, lecz i przeciw Anglji. W r. 1898 istniała już żywa przyjazń francusko-rosyjska, a wtedy była Faszoda, czyli skrajne naprężenie stosunków angielsko-francuskich. I oto Francja godzi się z Anglją a wysiłki dyplomacji francuskiej idą po linji pogodzenia Rosji i Anglji, co urzeczywistnia się w anglo-rosyjskiem porozumieniu w sprawach perskich w r. 1908. Nas z Niemcami dyplomacja francuska pogodzić nie umie.

Tezą, życzeniem polskiej polityki zagranicznej powinno być aby stosnnki pomiędzy Berlinem a Warszawą nie były inne niż pomiędzy Paryżem a Berlinem. Jest to życzenie skromne, a nawet można je określić jako elementarne. Są ludzie w Polsce którzy nie rozumieją, że quasi-wojna, którą z Niemcami toczymy, osłabia nasze stanowisko państwowe, jak każde państwo osłabia wojna prawdziwa. Naprężenie naszych stosunków z Niemcami było m. in. powodem niepowodzeń wielu prób zaciągnięcia pożyczki zagranicą.

PRZECIW PRĄDOWI

Polityka zagraniczna udaje się dobrze dopiero wtedy gdy płynie z prądem wydarzeń politycznych, gdy płynie z nurtem historji. Tytan woli Bismarck, spadkobierca obrotnych dyplomatów włoskich Cavour, umieli właśnie płynąć z prądem i dlatego tylko realizowali swe cele. Mam duże wątpliwości, czy zasada ta ugruntowała się w świadomości społeczeństwa polskiego.

Mówi się u nas tak dużo o obronie traktatów, że czasami się zdaje, iż cała rola naszej dyplomacji, cała nasza polityka zagraniczna redukuje się do obrony nienaruszalności traktatów. Nawet sprawy peruwjańskie są rozpatrywane pod tym kątem, i Polska czuje się w nich z tych względów zainteresowana. Ależ na miłość Boską, to już nie podróż przeciw nurtowi historji, lecz zwyczajne nieliczenie się z historją, stosowanie rozumowania ordynarnie ahistorycznego. Czy kto zna w dziejach świata przykład choćby jednego traktatu wiecznotrwałego? Wiara w nieśmiertelność traktatu wersalskiego jest równowartościowa przekonaniu, że jegomość X. czy jegomość Y. nigdy nie umrze i wiecznie żyć będzie. To jakaś mitologja a nie polityka zagraniczna! Od Budziszyna po Wiedeń przywołuję na świadków te wszystkie miasta, miasteczka, zamki i miejscowości kąpielowe, w których podpisywano traktaty pokojowe, aby dały świadectwo, że żaden z tych traktatów się nie ostał. Życie jest życiem i życia narodów nie da się pomieścić jak nogi Chinki w żelaznym trzewiku. Te nasze zaklęcia na temat nienaruszalności traktatu są śmieszne, dyskwalifikują naszą dyplomację, bo mówi ona to całkiem na serjo. Biednemu polskiemu społeczeństwu zasugerowano, że naruszenie traktatów musi odbyć się na niekorzyść Polski. Pewnie, że na tem się skończy, jeśli całą naszą politykę zagraniczną opierać będziemy na obronie tezy o nienaruszalności traktatów. Ale objektywnie wcale tak być nie musi. Traktat wersalski może być naruszony, zmieniony w stu innych miejscach i w dziesięciu innych kierunkach, niż sprawy polskie. Dyplomacja polska, biorąc za zadanie obronę traktatu wersalskiego, przysparza sobie ciężarów całkiem niepotrzebnie. Zamiast własnego tylko tornistra podstawia swe plecy pod tornistry wszystkich swoich kolegów. Dyplomacja polska powinna powiedzieć: nie bronię na amatora całości traktatu wersalskiego, ale nie dopuszczę do tego, aby przy ewentualnych zmianach tego traktatu nasze polskie interesy miały być w czemkolwiek poszkodowane.

POROZUMIENIE NIEMIECKO-FRANCUSKIE

Drugim przykładem, uwidaczniającym, że społeczeństwo polskie w sprawach polityki zagranicznej chce płynąć wgórę rzeki, wbrew nurtowi, pod prąd, – jest kwestja porozumienia niemiecko-francuskiego i naszego do tego porozumienia stosunku.

Nie zakłamujmy się. Od r. 1923, kiedy po raz pierwszy zarysowała się możliwość tego co później stało się briandyzmem, ocarnizmem, stresemannizmem, a co genetycznie związane jest z najistotniejszemi interesami francuskiemi, – całe nasze społeczeństwo każdy nowy objaw współpracy pokojowej Francji z Niemcami spotyka z niewiarą i ze zgrozą. Nie chcemy tego rozumieć, że gwałtowne nawet scysje, które wybuchają pomiędzy temi dwoma państwami, to nieuchronne zgrzyty przy likwidowaniu bardzo skomplikowanych stosunków historycznych. Nawet dwaj wspólnicy czasami się pokłócą, chociaż nie przeszkadza to prowadzić im dalej wspólnych interesów. U nas każda żywsza mowa Brianda, każde zdziwienie Francuzów, że do władzy w Niemczech dochodzi Hindenburg, Deutsch-Nationale, Hitler, wywołuje wszelkie nadzieje, że nareszcie Francuzi „przejrzą”. Niema roku, niema półrocza, aby nie zdarzyło się coś takiego, coby nasza prasa solidarnie nie uznała za stanowczy i decydujący zwrot w stosunkach francusko-niemieckich, właśnie w kierunku ich zerwania, pogorszenia. Doprawdy że rozczulająco wygląda ta nasza wiara. A jak serdecznie tłumaczymy tym Francuzom, że są na błędnej drodze, jakie im codzień opowiadamy rewelacje. To o Schupo, to o fosgenie, to o Wilhelmie. Jakie to wszystko jest naiwne. Jak to przypomina tych miłych staruszków i staruszki wśród emigracji rosyjskiej, którzy z każdą wiosną z innej strony widzą antybolszewicką interwencję.

Tymczasem system aljansów, jaki stworzyła sobie Francja, wyraża tylko połowę woli tego państwa o wspaniałej, dostojnej polityce zagranicznej. System aljansów ma służyć bezpieczeństwu. Bez możliwości obrony Francja nie byłaby nietylko sojusznikiem pożądanym, lecz nawet wartościowym partnerem. Ale Francja dźwiga ten system obrony tylko dlatego, aby prowadzić politykę pokojową. A polityka pokojowa w warunkach francuskich jest nie do pomyślenia bez normalnych, sąsiedzkich, pokojowych stosunków z Niemcami.

Owszem, są we Francji zwolennicy przedwojennego systemu aljansów, pragnący zbudować blok polityczny nie dla układania się z Niemcami lecz dla trzymania Niemców w ryzie. Najradykalniej ten kierunek reprezentują moi ideowi kuzyni, rojaliści z „L’Action Française”. O tym obozie powiedzieć można dużo rzeczy, często sympatycznych i miłych, ale przedewszystkiem to, że obóz ten nie ma większości i nie będzie miał większości. Naród francuski w każdych nowych wyborach politycznych wypowiada tylko jedno zdanie, z coraz większą siłą, z coraz mocniejszym akcentem. Zdanie to brzmi: chcemy pokoju.

Kto stawia na politykę nieporozumień między Francją a Niemcami, ten stawia źle. Nie coraz gorsze, lecz coraz lepsze będą stosunki pomiędzy temi narodami. Rządy obu tych państw z każdym rokiem do większych nawzajem będą gotowe ofiar. Wykreślcie ze swoich obliczeń i przypuszczeń możliwość konfliktu zbrojnego pomiędzy Francją a Niemcami. Nigdy go nie będzie!

KONSOLIDACJA MOCARSTW

Społeczeństwo polskie nie dostrzega także jednej wielkiej zmiany w życiu Europy powojennej. Nie jest to zresztą jego winą. Jak ogromne reflektory oślepiającem światłem, tak operuje się teraz strumieniami frazesów. Otóż, w porównaniu do Europy przedwojennej, Europa powojenna tem się różni, że znaczenie państw małych jest teraz o wiele mniejsze.

W teorji Liga Narodów jest instytucją, mającą reprezentować zasadę równości i demokracji także w stosunkach pomiędzy państwami. Miała być parlamentem państw, w których nie miało być silnego i słabszego, a nad wszystkiemi królować miała pani sprawiedliwość, ubrana w białe szaty protokółów o samostanowieniu narodów. Tak to miało być u Wilsona, za którym zresztą stał całkiem logiczny interes polityki Stanów Zjednoczonych, które wolały widzieć Europę rozbitą na dużą ilość państw, bez woli kierowniczej. Ale stało się inaczej. O ile czasy przedwojenne, to Europa rozbita na dwa obozy, pomiędzy któremi małe państwa, a nawet państewka czuły się jak języczki przy wadze, o tyle obecna Liga Narodów, to tylko pseudonim współpracy politycznej trzech państw – Anglji, Francji i Niemiec – w kierunku uzależnienia innych państw europejskich od porozumienia tych państw pomiędzy sobą.

Oczywiście, istnieje sprawa Włoch i inne powody, dla których ten aparat uzależniania państw mniejszych od trzech mocarstw działa czasami niedoskonale. Nie przeszkadza to temu, że Liga Narodów z całym tonnażem swojej frazeologji jest jednak tym aparatem uzależniającym, aparatem hegemonji wielkich państw Europy.

Nietylko tak jest, ale właśnie to jest doskonałe. Konsolidacja mocarstw, hegemonja mocarstw nad Europą odpowiada interesom ludzkości, Europy i pokoju w Europie. Mocarstwa spełniają tę właśnie rolę, którą w oddalonych epokach spełniało państwo. Powstało ono także dlatego, aby zapobiegać kłótniom i strzec bezpieczeństwa. Policja, sąd i wojsko. Otóż mocarstwa są powołane do tego, aby sprawować funkcję policji w międzypaństwowych stosunkach wewnątrz Europy, aby nie dopuszczać do samobójczych, wewnętrzno-europejskich wojen, aby strzec naszego kontynentu nazewnątrz.

I czy tego chcemy czy nie chcemy – wypadki polityczne będą się po tej linji poruszały, konsolidacja wielkich mocarstw będzie się posuwała naprzód.

Owszem, każde wielkie mocarstwo będzie sobie tworzyło coś w rodzaju francuskiego systemu aljansów, będzie sobie szukało swojej Belgji, Polski, Czechosłowacji, Jugosławji, Rumunji. Ale historja kłaść będzie akcenty nie na faktach z płaszczyzny systemów aljansów, ale na stosunkach wielkich mocarstw pomiędzy sobą. I tutaj powtórzmy raz jeszcze to co mówiłem o Niemczech i Francji: kto przewiduje wojny pomiędzy trzema wielkiemi mocarstwami w Europie, ten się myli.

BJOERKE

Björke nazywała się ta miejscowość, niedaleko której podczas spotkania dwóch statków spacerowych cesarz Wilhelm II w lipcu 1905 r. proponował Mikołajowi II sojusz trzech państw: Francji, Niemiec i Rosji.

Pisałem o tych Björkach obszerniejsze studjum historyczne, udowadniając, że tu już znajdujemy ziarna koncepcji, której realizację widzimy dopiero dziś. Była to idea pokoju w Europie, regulowanego przez hegemonję nad Europą trzech najpotężniejszych państw kontynentalnych. To właśnie na czem zasadza się funkcjonowanie dzisiejszej Ligi Narodów. Gdyby nie Bülow i jego nielogiczne argumenty, gdyby nie Witte i jego wydrażliwione ambicje – Björke może miałyby szanse realizacji i obeszłoby się bez wojny europejskiej. Ale nic bardzie jałowego i trudnego niż tworzenie w historji koncepcyj na przeszłość. Celem polityki polskiej powinno być stworzenie systemu gwarantującego pokój Europie, do którego weszłaby Francja i Niemcy, jak w Björke, – i Polska zamiast Rosji. Pokrywa się to z dewizą, którą wypowiedziałem powyżej: oby stosunki pomiędzy Berlinem a Paryżem nie były inne, niż pomiędzy Berlinem a Warszawą.

Wejście do sojuszu trzech na miejsce Rosji – oczywiście, jest to bardzo trudne, aczkolwiek dopiero wtedy staniemy się podmiotem a nietylko objektem międzynarodowej polityki europejskiej. Polska stanowi i dla Francji i dla całej Europy ersatz dawnej Rosji. Geopolityczne warunki sprawiły, że Polska zajęła miejsce dawnej Rosji i spełnia w polityce międzynarodowej niektóre jej funkcje. Rzecz prosta, jesteśmy o wiele od dawnej Rosji słabsi. Pomniejsza i osłabia naszą wagę w polityce przedewszystkiem ten stan quasi-wojny z Niemcami, z którym nie umiemy skończyć. Dotychczas naszym sojusznikiem był rozstrój stosunków wewnętrznych w Niemczech, ale ze strachem myślę co będzie, jak ten rozstrój skończy się. Osłabiała nas również granica wschodnia. Pakt o nieagresji z Sowietami był krokiem nader szczęśliwym. Naturalnie, korzyści z tego paktu dla Sowietów są nierównie większe, nierównie wielostronniejsze niż dla Polski. Ale nam ten pakt ułatwia uregulowanie pokojowego współżycia z Niemcami. Rokowania z Niemcami, wtedy gdy na biurku niemieckiem leżał rewolwer z napisem „Rapallo”, nosiłyby zupełnie inny charakter, niż teraz gdyśmy na oczach wszystkich naboje z tego rewolweru wyjęli i wrzucili do kosza z papierami.

POKOJOWE SĄSIADOWANIE Z NIEMCAMI

Im prędzej zrozumią Niemcy, że Pomorza oddać nie możemy, tem oczywiście będzie lepiej. Ciąży nad Polską hańba dwóch rozbiorów w XVIII w., podczas których nie wyjęliśmy nawet szabli z jaszczurowej pochwy. Nie możemy naszej nowej historji rozpoczynać repetycją hańb dawnej. Całkowicie solidaryzuję się z hasłem: „Pomorza nie oddamy bez wojny”, aczkolwiek uzupełniam ze swej strony to hasło objaśnieniem, że nie chcę również oddawać Pomorza po wojnie.

Nie mogę inaczej traktować niemieckich antypolskich haseł rewizyjnych niż jako haseł o charakterze taktycznym, podsycanym przez uczuciowość. Jasne jest, że Pomorze dla Niemiec nie stanowi żadnej kwestji gospodarczej, politycznej czy mocarstwowej. Czy można porównywać znaczenie Pomorza z kwestją Anschlussu? Tam kraj bogaty, duży, ludny, a przedewszystkiem kraj niemiecki. Czy można z Austrją porównywać Pomorze? Socjolograficznie Niemcy przesuwają się na zachód, wszelkie gadania o niemieckim ludnościowym „Drang nach Osten” nie są dziś aktualne. Niemcy wysuwają Pomorze nie dlatego, że jest to dla nich hasło najważniejsze, ale dlatego, że jest to hasło najdogodniejsze – ze względów na położenie międzynarodowe w Europie.

Z drugiej strony nie róbmy strusia i nie udawajmy, że nie widzimy, iż propaganda rewizyjna Niemiec zrobiła w ostatnich czasach kolosalne postępy.

Są pewne czynniki, które przemawiają za porozumieniem polsko-niemieckiem. Niemcy i Polacy są to dwa narody psychicznie zdolne do wojny. Jeśli tych możliwości nie wyzyskają przeciwko sobie ale właśnie dla zapewnienia pokoju w Europie (gwarantować pokój może tylko państwo zdolne do wojny, zasada „si vis pacem” nie jest głupia), – mogą znakomicie podnieść swoje międzynarodowe znaczenie. Objaśniam, że trudności gospodarcze Niemiec, miljony bezrobotnych, nastrój histeryczny mas – są to wszystko składniki, które rządowi niemieckiemu nie utrudnią, lecz ułatwią przeprowadzenie mobilizacji. Polska, to kraj rozproszkowanego, małego, nędznego rolnictwa, czyli kraj najfatalniejszej struktury gospodarczej jeśli chodzi o dobrobyt ogólny, lecz zarazem kraj najłatwiej dostarczający żywej siły ludzkiej podczas wojny.

Wyliczając punkty, w których powinno dojść porozumienie polsko – niemieckie, wyliczam wszystko, t. zn. także te sprawy, które ze względu na swój wybitnie wewnętrzny charakter nie mogłyby być regulowane układami międzypaństwowemi. Ale oczywiście, że pewna polityka zagraniczna musiałaby pociągnąć za sobą odpowiednie zmiany w polityce wewnętrznej. Poseł Will nazywał się ten poseł-Niemiec z miasta Łodzi, który na komisji spraw zagranicznych zeszłego sejmu wygłaszał ultralojalne i państwowo – patrjotyczne mowy, powoływał się na Sienkiewicza, na jego opisy regimentów niemieckich, ginących dla Polski. Poseł Will wołał, że „mniejszość niemiecka w Polsce nie chce być czynnikiem kłótni, lecz zbliżenia między dwoma narodami”. Podczas przemówień posła Willa rząd, sejm, prasa polska i społeczeństwo zakładało watę do uszu. Do obecnego sejmu posła Willa nie puszczono.

Porozumienie polsko – niemieckie powinno wziąć pod uwagę:

1) sprawy austrjackie;
2) sprawy litewskie;
3) sprawy ukraińskie (myślę tu o subsydjowaniu, mniej czy więcej stwierdzonem, przez pewne czynniki niemieckie rewolty ukraińskiej w Galicji Wschodniej);
4) sprawy mniejszości niemieckiej na Śląsku, skąd dobrze byłoby może zabrać eksperymentujące ręce p. wojewody Grażyńskiego;
5) sprawy mniejszości niemieckiej na Pomorzu i w Poznańskiem i sprawy tak lojalnego materjału obywatelskiego jakim jest mniejszość niemiecka w Królestwie i na kresach;
6) sprawy mniejszości polskiej w Niemczech;
7) sprawy ułatwionego tranzytu towarowego i pasażerskiego dla Niemców do Prus Wschodnich przez nasze terytorjum;
8) Gdańsk. Sprawy gdańskie są funkcją stosunków polsko-niemieckich. Jeśli w powyższych punktach dojdziemy do porozumienia, zadrażnienie gdańskie wyleczy się samo przez się.

Stosunki polsko-niemieckie są dziś bardzo złe, ale stosunki francusko-angielskie w roku Faszody były również złe. Polska miała coprawda lepsze okazje dojścia do porozumienia z Niemcami niż r. 1933 – ale już o tem nie mówmy. Pamiętajmy, że posiadamy duże prerogatywy, bo wewnątrz kraju nie mamy rozstroju i anarchji, lecz rząd, który może przeprowadzić wszystko co zechce.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close