U marszałka Piłsudskiego w Sulejówku

Deszcz lał jak z cebra – kiedyśmy się lśniącym, eleganckim , jakby nie był paru lat na wojnie, „Cadillakiem” zabrali do Sulejówka: Wieniawa, pan Pęcherski i ja, całą drogę – najtypowiej mazowiecką, szaremi jesiennemi polami, skrawkiem lasu, pachnącym grzybami, piaszczystą wydmą rembertowską – siekł nas, chlapał, oblewał jak z kranu – dopiero tuż pod Sulejówkiem zrobiło się śliczne, słoneczne popołudnie. Przejeżdżamy przez plant, – najpierw jest willa pani posłanki Moraczewskiej – zaraz za nią „Milusin” Komendanta.

Ten „Milusin” to były kiedyś ogrodzone cztery morgi i drewniak pośrodku – później kupiło go dla Komendanta wojsko z pieniędzy, których się dziesięć razy za dużo zebrało na buławę, – pan Skórewicz wystawił piękny piętrowy domek – oczywiście biały, dachówką kryty, z kolumienkami – tam właśnie mieszka Komendant.

Wychodzi do nas do hallu, ubrany w szarą legjonową kurtkę, – na prośbę pana Pęcherskiego, żeby pozwolił się fotografować w mundurze marszałkowskim, – odpowiada z komicznie surową stanowczością: „Nie” – idę za nim na górę na ganek, myśląc ciągle, jak i przez drogę: to jest ten człowiek, który w nas budził Polaków, jak w nas budzi ludzi -pierwsza miłość, – to on pokazał nam drogę do Polski, prostą, bohaterską i piękną – niech sobie przyjdzie jaka chce polityka: nie zapomnimy mu tego nigdy.

Robi się odrazu łatwa rozmowa, bo Komendant jest w humorze, a ma świetny polski talent gawędzenia; zgaduje się o Wilnie: mówi o tem, jak bardzo zbiedniało przez wojnę, i że uniwersytet – choć godnie i z zapałem pracuje – nie ma większego wpływu na rozwój miasta, chwali pracę i ciągły ogień prof. Ruszczyca, dzięki któremu Wilno – jedyne w Polsce – każe się całe na święta narodowe dekorować artystom.

Rozmowa schodzi później na malarzy, którzy – jak i rzeźbiarze – dali porządnie Komendantowi we znaki, zanudzając go prośbami o pozowanie – i niedawno także doskonały majster Leonard Ślendziński skończył nowy portret Komendanta. Większość tych obrazów wisi w Sulejówku, ale teraz właśnie pojechały na wystawę legjonową do Krakowa, tak że z lepszej sztuki zostały chwilowo na ścianach – piękny akwarelowy „Rybak” Kędzierskiego w salonie na dole i w pokoju Komendanta nad kominkiem portret Bronisława Piłsudskiego, robiony przez Tymona Niesiołowskiego.

Ze wszystkich swoich portretów najbardziej lubi Komendant dwa, znane z „Zachęty”, olejne szkice Konrada Krzyżanowskiego, którego serdecznie wspomina; o Jacku Malczewskim opowiada zabawną anegdotę, że kiedy mu pozował jeszcze jako brygadjer w Krakowie, Malczewski nie pozwalał mu do chwili ukończenia obejrzeć portretu i dopiero kiedy kładł ostatnią plamę, zawołał swego służącego i zapytał się go, jak mu się „pan generał” podoba. Służący oczywiście pochwalił portret, na co mu Malczewski powiedział: „To twoje szczęście, bo inaczejbym ci wszystkie kości połamał”.

– Później dopiero zapytał mnie o zdanie, – mówi Komendant, pękając od śmiechu, – ani mi się śniło ganić, po takiem ostrzeżeniu. I wogóle ci malarze, – ciągnie, – cóż to za śmieszni ludzie, przyskakuje to, odskakuje, mruży oczy, – Komendant śmieje się jak dziecko: ma naprawdę instynkt urodzonego humorysty, który tak drażnił jedno patetyczne pismo, gdzie pracują sami humoryści.

Porucznik Jabłonowski oprowadza mnie po gospodarstwie – dobry jest na to synonim: „obejście”, – przy ganku śliczne lipy japońskie jak krzewy malw – za dworem łączka, pasieki, którą się sam Komendant zajmuje, jak przystało na Cyncynata; odwiedzamy sarenkę, barana i małego liska; powietrze – rzeźwe i czyste po deszczu, – spokojnie i głęboko oddycha jesienią.

Do gabinetu Komendanta, gdzie później była rozmowa, idzie się przez mały pokój, cały zastawiony pamiątkowemi darami: takiemi, jak fotografja z dedykacją papieża Benedykta XV, i wspaniałe srebrne klucze Wilna, – i poprostu gratami bez żadnej wartości prócz tej, że je dawano z prostego ale najszczerszego serca, mozoląc się nieraz, jak jeden chłopek, długie miesiące, aby jakąś, pożal się Boże, rzeźbę wystrugać. Patrzę na piękne daguerreotypy z portretami wodzów 31-go roku i wspominam naszego dobrego knajpowego przyjaciela, szlachcica z Rusi, który po kresowemu cały wielki majątek przepuścił i przystał zupełnie do cyganerji. To on z największą tremą przyniósł ten podarunek Komendantowi na imieniny – wiózł zarazem w koszyku, wyłożonym białą i amarantową bibułką, butelkę starego tokaju, budząc szaloną uciechę jadących z nim – zblazowanych niepodległością lewicowców.

Zaczynam wywiad – z niemniejszą niż on miał obawą, – ale Komendant tak dobrze wie, co chce powiedzieć, że wkrótce przestaję się bać, o to przynajmniej, że się wsypię jako dziennikarz. O literaturze nic Komendant nie chce mówić, bo oddawna nic prawic oprócz książek wojskowych nie czyta, zastąpiwszy dawny luksus i nałóg czytania – przemyśliwaniem; któżby się mógł oderwać myślą od tak tajemniczej i patetycznej powieści, jak ta polska bajka, która się nazywa: życie Piłsudskiego.

Kiedyś rozczytywał się w Słowackim, „Beniowski” do dziś dnia jest jego ulubioną książką, mówi trafnie i głęboko o Wyspiańskim, jaki był w nim duch wolności, jak się zawsze czuł niepodległy, – nowej literatury nie zna prawie wcale, myśli, że jeśli jest w niej jakiś kryzys, to się przełamie razem z naszą teraz słabością – ale już chyba nie to pobite przez wojnę pokolenie będzie pisało piękne polskie rzeczy.

Ryzykuję opinję, że to nienawiść do wrogów, którąśmy się karmili w niewoli, tak nas żółcią zatruwa, że jej teraz nie mamy gdzie wylać i zagryzamy się między sobą, – ale Komendant ma własne, pewne zdanie o tem, bo aż się żachnął na mnie:

– Mój panie! Skąd pan wziął tę nienawiść? Może ona była do 63-go roku, ale potem już nie: wszędzie w trzech zaborach były tylko słabość i ugoda. O Kozakach i austrjackich ułanach mówiło się „nasze wojsko”. Raz pod Limanową przyprowadzili mi dwóch jeńców rosyjskich: jeden był chłop z Białej Rusi – drugi jakiś panicz polski z kresów. Do tego panicza matka, polska dziedziczka, pisała w liście: „nasz Ruzski”. Nie, panie, – to wszystko słabość i brak tego ducha odrodzenia, który zresztą – wierzę, że będzie nas coraz więcej ogarniał. Pamiętam jednego generała – z dawnej rosyjskiej służby: marna, płaska figura, dziwka ludzka, łatwa do każdego świństwa. A przecież i w nim, kiedy go Polacy wybrali na jakieś godności, jakby się coś zaczęło budzić – to było bardzo mało, ale to trzeba właśnie z ludzi wydobywać: radość wolności, poczucie siły, i dmuchać w to; bez tego, bez tej radości – czy wogóle warto żyć? Pytacie, panowie, co radzę Polsce na te jej wszystkie teraz choroby? Chyba to jedno: niech czuje swoją wolność i swoją siłę.

Przechodzimy do pisarstwa Komendanta, o którem mówi z humorem, lecz je analizuje tak bystro, że widać naprawdę zrobił z pasji myślenia swój ulubiony luksus. Zaczął Komendant swoją literaturę, siedząc w Cytadeli: napisał poemat z kilkudziesięciu oktaw, biorąc za wzór ulubionego „Beniowskiego”; nazywał się „Cela nr. 26″ i dotykał arjostycznie wszystkich ważnych i błahych spraw, które wtenczas zajmowały jego autora.

– Kiedy go przeczytałem po dwu dniach, – mówi Komendant, – stwierdziłem, że w rytmie był bez zarzutu, – ale co do rymów… to jest, proszę pana, stanowczo ciężka fabryka; tak to wszystko poustawiać, żeby był i sens i rytm i jeszcze końcówki się zgadzały – o! to nie jest łatwe. – Śmieję się wraz z Komendantem z tego jego uznania dla kłopotów mego fachu – to bardzo dowcipna grzeczność w ustach tego, który miał wielkie natchnienie w sztuce życia i tak ustawiał ludzi i wypadki, jak my układamy słowa w wiersze.

Komendant nie uważa się za literata; literatura, zdaniem jego, to styl, język – a tych – jak mówi – nigdy nie posiadał. Co ma w swojem pisaniu z pisarstwa, to łatwość metafory – ale przez to i skłonność do dygresyj, które mu psują kompozycję.

Zachwyca Komendanta nieubłagana logika i konstrukcja „Wojny i pokoju”, ale lepiej czuje impresję i nowelę – i teraz właśnie, mając zaczętą analizę bitwy warszawskiej, co byłoby, wiemy napewno, majstersztykiem jego bystrości w tej dziedzinie wiedzy wojskowej, – waha się, czy nie napisać raczej cyklu krótkich wspomnień ze swego życia, takich jak „Czeremoszno”, drukowane w zbiorze „Wspomnień legjonowych”.

„Rok 1920″, który od paru dni leży na wystawach księgarskich, jest polemiką z wodzem czerwonej armji Tuhaczewskim – składa się z wstępu, tłumaczenia Tuhaczewskiego prawie in extenso – wreszcie krytyki jego broszury. Rzecz największa, jaką Komendant napisał, „w niej właśnie – żartuje – widać najlepiej wszystkie moje wady w kompozycji”.

Naogół Komendant, któremu sekretarzuje pani marszałkowa, – odrazu dyktuje swoje rzeczy, – ale uważa, że mu to przeszkadza do stylu, bo się wtenczas mimowoli pisze jakby się mówiło.

I jeszcze słówko o pannach Wandzi i Jagusi Piłsudskich. Jechaliśmy z niemi wracając do Warszawy – i wtenczas, – jak i w Sulejówku, miałem przyjemność rozmawiać z niemi o rozmaitych sprawach życiowych: o lalkach, pieskach i o ciastkach. Panny Piłsudskie są to najmilsze osoby, samodzielne, rozumne i grzeczne – i każdy musi je lubić, choćby nawet nie były wzruszającą miłością swego Tatusia.

Jan Lechoń.

 

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close