IRENA KRZYWICKA

W sądzie grodzkim

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Od wielkich dramatów, trupów, rewolwerów, spłakanych matek, spłoszonych oczu skazańców, przejdę teraz do zwykłej powieści, bezbarwnej i monotonnej jak codzienne życie, ale jak codzienne życie, bliskiej nam wszystkim. Zbrodnia, tragedja, to są ponure wyjątki od pospolitej reguły zwykłych egzystencyj. Ale istnieją drobne przestępstwa na co dzień, w których zawiera się często niemniejsza doza krzywdy. Te drobne wykroczenia, to życie przyłapane na gorącym uczynku, rewja małych śmiesznostek, dużych bolączek, wielkiego sprytu i bezradnej głupoty. Defilada różnych typów ludzkich, z najróżniejszych środowisk, stłoczonych zgodnie w ciasnej salce, poszukujących sprawiedliwości, raczej zdrowego rozumu, niż znajomości kruczków prawnych – nieomylności życiowej u pana w todze, siedzącego za stołem sędziowskim.

Słowem, przejście podobne jak od klasycznej tragedji do mieszczańskiego dramatu i ludowej komedji, podyktowane temi samemi względami – chęcią wejścia w szare życie pospolitych ludzi.

SKROMNY APARACIK

W porównaniu z wielkim i teatralnym aparatem sądu okręgowego, sąd grodzki, to mały, kieszonkowy aparacik sprawiedliwości. Muszę wyznać, że taki właśnie więcej mi się podoba. Załatwia tu się wszystko bardziej po domowemu i jednocześnie bardziej po ludzku. Niema zgrywania się dla galerji, niema teatralnych gestów ani krasomówczych przemówień, każdy powiada krótko o co mu chodzi, a sędzia reprezentuje nietyle ślepą i karzącą sprawiedliwość, ile poprostu bardziej doświadczonego pana, który patrzy na rzecz ze strony. Dwóch się kłóci, niech ktoś trzeci rozsądzi, to najprymitywniejsze dążenie ludzkie. Jest tu bezpośredni kontakt między stronami a sędzią, często wywiązuje się zupełnie prywatna rozmowa, która łatwiej prowadzi do zrozumienia rzeczy, niż zawiłe i nieszczere przemówienia prokuratorów i obrońców. Sąd grodzki to jak łódka, którą jedzie się po morzu, można w każdej chwili zanurzyć rękę w wodzie i bezpośrednio zetknąć się z żywiołem, wyczuć jego temperaturę, poczuć bryzgi na twarzy. Sąd okręgowy, to wielki okręt, na którego pokładzie obejmujemy wzrokiem dalsze horyzonty, ale tracimy łączność z wodą.

Tak, ale w ważnej sprawie zawierzyć się jednemu człowiekowi? Jest w tem niebezpieczeństwo, choć ostatecznie i w innych sądach najczęściej jeden człowiek decyduje. Zdarzyło mi się widzieć, jak przewodniczący sądu kierował nietylko zespołem sędziów, ale i dwunastoma obywatelami z miasta. André Gide w swoich wspomnieniach z ławy przysięgłych mówi o decydującym wpływie wybitnej jednostki na resztę. Nie mam zamiaru zresztą przeprowadzać tezy, że sąd jednoosobowy byłby najlepszy, bo trudnoby jej obronić, ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niejednokrotnie łatwiejby się porozumiał podsądny z sędzią, łatwiejby się dogadali, przeniknęli wzajemnie w takim sobie zwyczajnym pokoju, niemal w cztery oczy, bez asysty znudzonych asesorów, gdyby to wszystko było mniej uroczyste, mniej publiczne, mniej teatralne i mniej bezduszne. Tej nieuniknionej dozy kabotyństwa, która niejako emanuje z sali sądów okręgowych, brak jest w sądzie giodzkim, i to jest wielka ulga.

Chyba najgorsze lokale w Warszawie wybrano na siedzibę dla sądów grodzkich. Są to przeważnie owe „straszne mieszkania” mieszczańskie od strony rozpaczliwego podwórka, z nudnemi oknami, które nie dają światła i nie wychodzą nigdzie. Jest to zacisze domowe pani Dulskiej, sprofanowane przez t. zw. „męty” i „kał życia”. Jednocześnie wtargnięcie ulicy i cały majestat sprawiedliwości i państwa wepchnęły do obskurnej jadalni przeciętnego obywatela, płacącego smutnie podatki.

SYLWETY SĘDZIÓW

Wydaje mi się, że istnieją trzy zasadnicze typy sędziów grodzkich. Sędzia-urzędnik – przeważnie młody człowiek, który tę funkcję uważa za pierwszy etap swojej karjery. Nie przejmuje się, nie wsłuchuje się zbytnio, śpieszy się. Jest dokładny, sumienny i choć sumaryczny, niczem jednak nie rażący, prawie automat, ale automat działający sprawnie.

Typ drugi: sędzia-sadysta. Tacy są prawie w każdym fachu, wymagającym zetknięcia z ludźmi, niesprawiedliwe więc byłoby obarczanie odpowiedzialnością za nich zawodu sędziowskiego. Bywają sadyści-nauczyciele, wojskowi, majstrzy, biuraliści, słowem, różni. Sędzia-sadysta tem się wyróżnia od innych, że poprostu upaja się legalnością. Wszystko co postanowi jest przecież zgóry przewidziane w kodeksie, wszystko ma sankcję prawną. Wolno mu, wolno, robi to co mu wolno, a tym co stoją za stołem – nie wolno. To go wprowadza w stan narkotycznego oszołomienia. Drobne torturki, jakie zadaje, to ostatecznie nic ważnego, jego szyderstwa, gromy nie są w gruncie rzeczy groźne, a jeżeli jaka nędzarka ugnie się pod ciężarem dziesięciu złotych grzywny, któżby mu robił zarzut z powodu tak śmiesznej sumy? To są sadyści w minjaturowem, kieszonkowem wydaniu. Ale oni awansują. Tak, niestety, awansują.

Czemu natomiast nie awansował ten oto starszy, już dobrze starszy sędzia, wysoki i zgarbiony, siwiejący, o smutnych, jakby załzawionych oczach? Z każdego jego ruchu tak wyziera dobroć, jak kwiatek z pączka. To jest ten trzeci typ, bo i tak, bywa. Z ust jego gęsto pada słowo „uniewinnić , a jeżeli wymierza kary i grzywny, to z takiem wahaniem, z takim bólem i wstrętem, że większe współczucie ogarnia dla niego niż dla skazanego.

Ach, jest podobno i czwarty typ: sędzia-głupiec. Tak słyszałam. Nadęty i senny, siedzi i nad niczem się nie zastanawia, nic go nie obchodzi, wyrokuje jak popadnie i namaszczonym tonem, wkładając biret, powiada: „sąd udaje się na naradę” i samotny, niezrozumiany i nierozumiejący, wychodzi z sali. Ale oczywiście, na własne oczy nigdy takiego sędziego nie widziałam.

SĄD SIĘ ROZPOCZYNA

Klasyczna dekoracja: mała salka, zatłoczona ławami. Brudno. Stół na odrapanem podjum. Sędzia za stołem. Oskarżyciel publiczny, czyli poprostu policjant mundurowy, stoi zboku przy pulpicie. Czemu stoi? I skąd on to wszystko potrafi, skąd wie, na jaki paragraf się powołać, co powiedzieć, jak się znaleźć w nieprzewidzianym wypadku? Czy dobiera się specjalnie zdolnych ludzi? Czy się ich do tego przygotowuje fachowo? Nie. Poprostu komisarjat deleguje posterunkowego lub przodownika, który z urzędu ma pełnić funkcje prokuratora. Podziwiałam bystrą naogół orjentację tych ludzi. Jeden tylko ograniczał się do sakramentalnych słów: „Popieram oskarżenie”, inni, jeden zwłaszcza, bardzo rozsądnie zadawali pytania i wykazywali żywszy udział i zainteresowanie losem stron niż sędzia. To istotnie daje wiele do myślenia, jeżeli można tak bez przygotowania, z minimalnem wykształceniem, pełnić urząd oskarżycielski i robić to, jak sama widziałam, zupełnie sensownie. Ten demokratyzm intelektualny w instytucji tak mało demokratycznej jak sąd, opartej na przesłance wyższości jednego człowieka nad drugim, wydaje się zastanawiający. Tem bardziej kiedy widzimy adwokatów w togach, zbrojnych w wiedzę i zawodową przebiegłość, postawionych naprzeciw skromnych policjantów, jako równorzędna strona. A może to co innego znaczy, może to jest zbagatelizowanie oskarżenia, nieprzywiązywanie do niego większej wagi, danie obronie pewnego for w sprawach gdzie przeważnie chodzi o zwykłych obywateli a nie o przestępców. I to jest słuszne. Jest coś niemoralnego w sądzie okręgowym, w tem że im prokurator jest wymowniejszy, zdolniejszy, ambitniejszy, tem łatwiej może przechylić szalę sprawiedliwości na swoją stronę, aż czasem poza granicę gdzie się kończy… sprawiedliwość.

„CZEKIŚCI”

Nie, to nie rosyjskie G. P. U. To ci pechowcy lub oszuści, którzy wystawiając czeki bez pokrycia, zwani są w gwarze sądowej „czekistami”. Muszę wyznać, że co do mnie, gdybym kiedykolwiek miała książeczkę czekową, z pewnością wystawiałabym od czasu do czasu czeki bez pokrycia, niemożliwością bowiem byłoby dla mnie zapamiętać stan moich rachunków. Mam paru znajomych, najuczciwszych w świecie ludzi, którym parę razy zdarzyło się coś podobnego, bez żadnej złej woli, oczywiście. Nie dochodziło nigdy do sądu, poszkodowany (rozumie się: tylko chwilowo poszkodowany) rozumiał, że to przeoczenie. Ale na jednego oskarżonego wypada dziesięciu oszustów. Prawo karze ich, i słusznie.

Lecz weźmy naprzykład wypadek którego byłam świadkiem w sądzie.

Ktoś prowadził znaczne przedsiębiorstwo za czasów dobrej konjunktury. Zapragnął je rozszerzyć: miało to wówczas wszelkie widoki powodzenia. Zapożyczył się u lichwiarza na pięć procent miesięcznie, sądząc, że przy szybkich ówczesnych obrotach rychło dług spłaci. Tymczasem przyszedł kryzys. Obroty zaczęły maleć, wszelką gotówkę pożerały mordercze procenty.

Widzimy oto tego przedsiębiorcę. Zdrowy, wysoki, typowy szlagon, przeniesiony na bruk miejski. Wystraszone oczy zagnanego w matnię człowieka. Jest zrujnowany. Pożyczył od lichwiarza czterdzieści tysięcy, spłacił już przeszło sześćdziesiąt. Mimo iż lichwiarz wyciągnął z czubem należną mu sumę, nie przestawał gnębić wierzyciela – procenty, procenty od procentów. Zrozpaczony szlagon, chcąc desperacko odwrócić grożącą mu licytację, wystawił czek bez pokrycia. Lichwiarz, moralnie oburzony na ten występek, podał do sądu.

Radzibyśmy zobaczyć tego Szajloka, tego Gobsecka. Musi mieć oczy kaprawe od patrzenia na złoto i ręce jak szpony. Ach, co to? Przed sądem staje panienka. Brwi wyskubane, usta w serduszko wyrysowane krwistą pomadką, najmodniejsze futro, pantofelki z wężowej skórki.

– Czem się pani zajmuje? – pyta sędzia.

Jestem absolwentką uniwersytetu – odpowiada skromnie dziewczę.

– Czy to pani pożyczała pieniądze panu X.?

– Tak – odpowiada z dziewiczą łagodnością panna studentka.

– To pan z tą panią pertraktował w tych wszystkich interesach? – pyta nieco poruszony sędzia.

– Zawsze z nią, tylko z nią – odpowiada biedny „czekista”, patrząc na lichwiareczkę, niby ptaszek na boa-dusiciela.

Niestety, rzęsy wydłużone rimmlem, niepokalana cera prosto z najlepszego zakładu kosmetycznego, łagodne spojrzenie sarnich oczu robią swoje. Sympatje sędziego poczynają się przechylać na stronę poszkodowanej, bo to ona przecież jest poszkodowana na całych trzysta złotych. Biedna ofiara, która potrafiła od opornego wierzyciela wydostać sześćdziesiąt tysięcy jako zwrot czterdziestu pożyczonych! Wymowa tych cyfr jakoś nie działa na sędziego. Próżno adwokat szlagona, sapiącego ciężko z desperacji, dowodzi że to była najczystsza lichwa.

– No, przecież ta pani mogła być cichą wspólniczką, – powiada miękko sędzia, – a te dwadzieścia tysięcy, to mogła być prowizja.

– Nie jest wspólnikiem, kto nie uczestniczy w ryzyku – woła adwokat, a nieszczęsny przestępca bliski jest apopleksji.

– Ta pani nie miała żadnych względów dla obecnej sytucji p. X. Chciała go zrujnować doszczętnie. Ten czek to był z jego strony akt rozpaczy, chciał bodaj odwlec licytację przedsiębiorstwa. Jeżeli mamy tu do czynienia z niesolidnym dłużnikiem, to co dopiero mówić o wierzycielu!

– Przychodziła ciągle jak zmora -jęczy poszkodowany, przepraszam: przestępca. – Zabierała wszystko co miałem w kasie. Powiedziała że mnie zniszczy, że ją to nic nie obchodzi. Straciłem głowę, chciałem odsunąć licytację. Myślałem, że się może jeszcze jakoś wyplączę. A ona zaraz do sądu. Zabrała mi wszystko co miałem i jeszcze dobre imię mi zabrała… Zgubiła mnie z kretesem, jestem stracony człowiek…

– Ale pan przecież wie, że nie wolno wystawiać czeków bez pokrycia? – powiada sędzia.

– Wiem, ale panie sędzio…

– Dość. Sąd ogłasza wyrok…

Panna Szajlokówna, panna Gobseczanka doznaje pełnej satyfakcji, jej różane usteczka składają się w dziękczynny uśmiech. Wychodzi lekkim krokiem z sali. Szlagon, który wdał się w interesy, otrzymuje grzywnę z zamianą na areszt. Nic mu się wielkiego nie stało, ale to on został uznany za przestępcę…

OBWARZANKI

Wiele sądów grodzkich żyje poprostu z obwarzanków. Te sprawy, stanowiące ciemną plamę na sumieniu społecznem, są jednocześnie wykwitem specyficznej socjalnej obłudy. Słuszne w założeniu, są krzyczącą niesprawiedliwością. Nigdy może względność prawa i sprawiedliwości nie wystąpiła tak natarczywie jak w tych sprawach o obwarzanki.

Więc najpierw słuszne założenie: nie wolno sprzedawać na ulicy produktów spożywczych w sposób urągający higjenie. Koszyki powinny być zamknięte, jadło przesłonięte tiulem, wszystko wzorowo czyste. I trzeba mieć na to patent. Wszystko słuszne, ani słowa. Brudne jedzenie, to rozsadnik chorób, chodzi o zdrowie obywateli, o otoczenie ich opieką. Ta troska sanitarna jest w najwyższym stopniu chwalebna, ale…

Ale oto rozpaczliwa praktyka. Przed sądem staje babina bez wieku i bez twarzy. Nędza. Łachmany. Wypełzłe oczy mrugają z niepokojem. Trzęsie się ze strachu w tej sali sądowej, przed panem sędzią w pięknej todze ze złotym łańcuchem na szyi, przed policjantami w mundurach, przed woźnym sądowym, który pohukuje na publiczność. Posterunkowy wyjmuje notesik.

– Sprzedawała. Dnia tego i tego. Koszyk był brudny. Zatrzymałem.

– Przyznaje się pani?

– Panie sędzio, skąd ja mam wziąć czysty koszyk? Ja go myję, szoruję, ale stary, to wygląda czarno, od wody jeszcze więcej czernieje. Nowy koszyk kosztuje pare złote. Ja jak wszystkie obwarzanki sprzedam to pięćdziesiąt groszy zarobię. Mąż bez pracy. Dzieci troje. Czasem we dwa dni nie rozprzedam wszystkiego…

– Dziesięć złotych grzywny – powiada sędzia.

– Panie sędzio, skąd ja dziesięć złotych, panie sędzio…

– To pani odsiedzi.

– Panie sędzio! – woła inna. – Tak, proszę wielmożnego pana sędziego, koszyk stał na ziemi. Ja chora jestem, proszę pana sędziego. Nie dam rady tak trzymać, to ciężar proszę pana sędziego. Aby na malutką chwilę postawiłam, a pan posterunkowy już do mnie. Pan sędzia ma litość nade mną! Ja wdowa jestem, sześcioro dzieci w domu. Co mam robić? Co ja mam robić, proszę pana sędziego? Oni i tak co jeść nie mają…

– Pięć złotych grzywny – powiada sprawiedliwość.

W oczach nędzarki ta sama rozpacz, którą widziałam w oczach długoletnich skazańców.

– Pięć złotych, – bełkocze, – pięć złotych, skąd ja… pięć złotych.

– Odsiedzi pani – powiada niewzruszona sprawiedliwość.

Nędzarkę podrywa spazm rozpaczy.

– Panie sędzio, ja mam sześcioro dzieci. Ja jeich nie mogę zostawić. Kto je obrządzi, co one będą jeść? Panie sędzio. Kto jem nagotuje, jak ja do domu nie wrócę. Najstarsze ma osiem lat. Panie sędzio!

– Nic na to nie poradzę – powiada pan sędzia, i rzeczywiście nic na to nie może poradzić.

Nędzarka chwyta się za głowę i wypada jak oszalała z sali.

Lecę za nią, wypadamy obie na schody. Wołam, ona nie słyszy, nie słucha. Potykam się na nierównym stopniu, ona znika mi z oczu. Los nazbyt solidarnie w tym przybytku sprzysięga się z prawem.

Takich spraw było dużo, i wszystkie bez wyjątku tragiczne. Młody chłopak sprzedawał groch gotowany, matka sparaliżowana, dwoje rodzeństwa. Groch nie był przykryty tiulem.

– Skąd ja wezmę tiul? – pyta wyzywająco, a w oczach jego widać bunt. -I co ja mam robić, panie sędzio? Kraść? Chcę uczciwie zarobić. Gdzie dziś znaleźć pracę? Więc co, zdychać mamy?

– Chcemy być uczciwi, – wołają wszyscy ci „przestępcy”, – co mamy robić? Co dać dzieciom?

Widziałam dwóch sędziów przy sądzeniu tego typu spraw. Dobrego sędziego i sędziego-sadystę. Sadysta był, oczywiście, w swoim żywiole. Wcielenie praworządności, higjeny, poczucia obowiązku i zmysłowej rozkoszy dokuczenia bezbronnym. Sypał grzywnami i więzieniem. Ale widziałam i dobrego sędziego. Męczył się chyba niemniej ode mnie słuchając jęku nędzarzy, mimo że wieloletnia rutyna powinna była wyrobić w nim odporność. Skubał nerwowo ręce, twarz wykrzywiał mu chwilami grymas niemal fizycznego bólu. Powtarzał bezradnie:

– No tak, ja wiem. Pewno, że rozumiem. Tak, tak, ale co robić. – I dodawał bladym głosem: – Ale widzi pani, to chodzi o zdrowie. Od jedzenia brudnego są choroby. Ja wiem, ja rozumiem… Co robić, takie prawo…

Uniewinniał gdy się dało. Najczęściej jednak się nie dało. Patrzał błagalnie na skazanych, wymierzając gigantyczną dla nich sumę grzywny – pięciu złotych. Ale skazani nie widzieli jego proszącego spojrzenia, dla nich istniała tylko własna krzywda.

Te przepisy, w zasadzie słuszne, są karygodnie obłudne w praktyce. W obecnem natężeniu kryzysu, przy szalejącem bezrobociu i nędzy straszliwszej niż epidemja dżumy, trzymanie się małostkowych przepisów higjeny i używanie ich jako narzędzia do pastwienia się nad nędzarzami, to nieludzkie okrucieństwo. Zapewne, gotowany groch, trzymany w brudnym koszyku, jest niezdrowy. A mieszkanie w dwadzieścioro w jednej izbie jest zdrowe? A głodowanie miesiącami jest zdrowe? Ten kto sprzedaje gotowany groch na ulicy, ten kto go kupuje, żyje tak niezdrowo, że nie bądźmy śmieszni, narzucając mu nagle drobiazgowe przepisy higjeny. Niech mu społeczeństwo da co włożyć do gęby, a potem niech się troszczy o jego zdróweczko. W tych warunkach co obecne zarówno higjena jak sprawiedliwość przypominają dwie dobroczynne paniusie, bezduszne i oschłe, które dają po pierniczku dzieciom, nie znającym od miesięcy mleka. W imię zdrowia wymierza się nędzarce grzywnę, ale nie myśli się czy to będzie zdrowe dla jej dzieci, które z tej racji zostaną na parę dni pozbawione jedzenia.

I bezcelowość tego wszystkiego. Nędzarka zaraz nazajutrz po wyjściu z więzienia pójdzie znowu na ulicę sprzedawać swoje obwarzanki. Co ma robić? Oto społeczna hodowla przestępców, która automatycznie wynika z takiego stanu rzeczy. Widziałam wielu przekupniów, którzy z dumą mówili, że nie byli dotąd karani, zależało im na dobrem imieniu. Teraz już będą. Teraz już się oswoją z więzieniem, już przekroczyli granicę, która dzieli człowieka nieskazitelnego od przestępcy. W więzieniu nauczą ich tego i owego, zwłaszcza tego młodego chłopca który ma sparaliżowaną matkę. Tylko pierwszy krok kosztuje, potem pójdzie łatwiej… Zwłaszcza że ci wszyscy, których widziałam w sądzie, mają wszelkie dane na recydywistów. Głód też jest recydywistą.

Tak to bez wielkich przestępstw i bez wielkich kar łatwo dotknąć dna rozpaczy ludzkiej i – niesprawiedliwości.

ZŁODZIEJASZKI

A oto dwaj gotowi już pupile dla społeczeństwa, które będzie ich odtąd perjodycznie karmiło i odziewało: głowy ostrzyżone, mundury aresztanckie. Załatwia się ich prędko, to jest towar masowy; za każdym razem mówią bylejak bezsilne kłamstwo, ot dla spokoju sumienia.

– Bo ja byłem pijany, proszę pana sędziego. Tak, wszedłem do Jabłkowskich. Tak, wzionem jakieś skarpetki, a bo ja wiem, czy to były skarpetki? Cosik wzionem, a może i nie wzionem, bom nie wiedział co ze mną. A potem w komisarjacie powiedzieli, że wzionem…

– Był pijany? – pyta sędzia posterunkowego.

– Nie, panie sędzio.

– Był pijany? – pyta sędzia sprzedawcę ze sklepu.

– Nie, wyrywał się, chciał uciekać.

Wyrok: parę miesięcy.

Ale oto inny recydywista, dostaje za parę podobnych przewinień w sumie dwa lata. Przyjmuje wyrok spokojnie, niejako bezmyślnie. To nieuniknione ryzyko zawodowe.

Sędziowie mają zwyczaj przed ogłoszeniem wyroku pytać oskarżonego:

– O co pan prosi?

Zawodowy złodziej odpowiada dobrze wyuczonym okrzykiem:

– Proszę o łagodny wymiar kary!

Ale ci, którzy znajdują się w sądzie po raz pierwszy, spoglądają bezradnie, z niepokojem i z nadzieją. „O co prosi?”. Mój boże, małoż to jest rzeczy do proszenia. Czy to możliwe, że tu nagle można prosić? I jeszcze się pytają uprzejmie, jeszcze sami wyciągają na słowa? Zwłaszcza w oczach sprzedawców ulicznych błyska obłąkana wprost nadzieja. Może można prosić o pracę? Albo żeby matkę do szpitala wzięli? Albo dzieciom…

– Więc o co pani prosi? – niecierpliwi się sędzia.

Sędzia-sadysta niecierpliwi się nawet bardzo mocno, krzyczy, uderza pięścią w stół, nie podpowie za nic.

Z półotwartych, zdumionych ust wydobywa się niezmiennie bełkot, wszystkie prośby, które nigdy nie będą wysłuchane, tłoczą się bezładnie.

– No więc prosi pani o łagodny wymiar kary, tak czy nie?

Ach, tylko to?!

– Tak, panie sędzio. No pewno, panie sędzio…

KRWIOPIJCA I JEGO OFIARA

Staje przed sądem para umyślnie skomponowana jako wyraz plastyczny. On – wysoki, utuczony, czerwonolicy, w palcie z wysoko zapiętym futrzanym kołnierzem. Przedsiębiorca – któżby wątpił. Ona – mała skurczona babina, z dwoma zębami nawierzchu, reszty brak, kosmyki siwych włosów wyłażą spod chustki. Sympatja moja od pierwszego rzutu oka zdecydowanie określona, jestem dzieckiem naszych czasów. On tu winien – niema nawet o czem gadać. Słucham przebiegu sprawy. On prowadzi biuro porad prawnych, inaczej – jest pokątnym doradcą. Babina przyszła do niego, aby przeprowadził postępowanie spadkowe po mężu zmarłym w Ameryce. Dała à conto czterdzieści złotych. Jegomość jeździł, pisał podania, miał koszta; to wszystko wynikło z akt załączonych do sprawy. Wreszcie zażądał dodatkowych pięćdziesięciu złotych na koszta przekładu jakichś angielskich dokumentów. Babina odmówiła i wytoczyła mu sprawę o wyłudzenie pieniędzy. Jegomość broni się gorąco. Coraz jest oczywistsze, że jest niewinien, takie zabiegi urzędowe kosztują, a suma czterdziestu złotych za wszystkie przedsięwzięte przez niego działania nie jest wygórowana. W trakcie jego zeznania wybiega z ław dla publiczności młoda dziewczyna o skórzanej twarzy, wściekłych oczach i jadowitych ustach megery, podbiega do babiny stojącej przed stołem sędziowskim i coś jej żarliwie klaruje. Sędzia gromi groźnie, dziewczyna wraca na miejsce, ale krzyczy wyzywająco: „Ja jestem córka!”. Babina coś tam bełkoce bezzębnemi ustami, jegomość ma wypieki i broni się gorąco, sędzia kiwa głową przeglądając akta. I nagle grom: sędzia podnosi głowę i woła głośno i ostro: „Niech pani powie swojej córce, że jeżeli nie chce pójść do kozy, niech nie pisze takich doniesień do sądu i nie szkaluje w ten sposób ludzi!”. Co tam było w tych aktach? Trupi jad szantażu i oszczerstwa. Sędzia zaciska usta z oburzenia. Uniewinniony jegomość wychodzi z satysfakcją. Babina obojętnie wraca do rozwścieczonej córki.

„Sąd klasowy”? – jakby to było teraz modnie napisać. Nie sądzę. Można sobie wyobrazić tę sytuację. Babina, podżegana przez córkę, żąda niemożliwości za swoje czterdzieści złotych. Natury lubujące się w szantażu chwytają chętnie każdą możliwość. Nachodzą doradcę, grożą sądem, nie chcą płacić dalej… Lekarze, adwokaci znają ten typ klientów.

Ale może było inaczej? Może pokątny doradca, bojąc się odstraszyć klientki, wprowadził je w błąd obiecując małe koszta i duże rezultaty. Może zamiast objaśnić odrazu, postanowił ciągnąć pieniądze potrochu, kiedy już zapóźno będzie na to, żeby się cofnąć. Może się przeliczył co do możliwości płatniczych tych kobiet, może dla nich te kilkadziesiąt złotych to był wydarty biedzie pazurami majątek? Ale znowu czemuby taki człowiek miał się zajmować filantropją i dokładać do cudzej sprawy?

Jak było, niewiadomo. I nigdy się nie dojdzie. Toteż sędzia siłą rzeczy musi uderzyć na ślepo, kierując się raczej intuicją, niż znajomością sprawy, której musiałby poświęcić więcej czasu i myśli niż społeczeństwo miałoby prawo od niego żądać. Toteż uniewinnić? Zapewne, najlepiej, kiedy niema jaskrawych dowodów winy.

KONTROLNE

Albo jak było w tym wypadku? Przed sądem staje młoda anemiczna dziewczyna. Ładna. Usta pulchne, dziecinne, nosek zadarty, kusy, tylko oczy patrzące spodełba tępe, podstępne, oczy zwierzęcia. Kontrolna. Niemalowana, w bereciku, lekkiem paletku.

– Było tak – powiada. – Chciałam iść do kina. Nie na zarobek, ale jak każdy – do kina. Jeszcze było jasno. Stoję i oglądam fotosy. Nagle podchodzi do mnie jakiś i mówi, żebym poszła z nim razem. Ja powiadam że nigdzie nie pójdę bo właśnie chcę iść do kina, i żeby się od czepił. A on się pyta, czy ja jestem kontrolna. A ja powiadam: „Co panu do tego?”. A on powiada: „Niech pani pokaże książeczkę”. A ja: „Jakiem prawem?”. To on pokazuje znaczek, że z policji. Więc ja mówię: „Wejdźmy do bramy, bo tu ja się wstydzę pokazywać książeczkę, dzień jeszcze, ludzie patrzą”. A on że mu to wszystko jedno i powiada: „Na komisarjat”. A ja mówię: „Czemu na komisarjat, co ja takiego zrobiłam”. To on zaczął mnie szarpać, musiałam pójść. Po drodze jeszcze zabrał jednę koleżankę. W komisarjacie koleżankę puścił, a mnie powiada: „Ty tu 48 godzin zostaniesz”. Więc ja na to: „Dlaczego?”…

Sędzia:

– Ubliżała mu pani?

– Nie, czemubym miała ubliżać?

– Pani podobno wymyślała, krzyczała, szarpała się…

Surowsi sędziowie brzydzą się powiedzieć: „pani”, mówią: „niech kontrolna”.

– Nie, ja nie wymyślałam, powiedziałam tylko: „Dlaczego mnie trzymacie, co ja złego zrobiłam, czy to ja już taka niewolna jestem, że już nawet do kina pójść nie mogę?”.

Zeznaje wywiadowca. Po cywilnemu. Wystająca dolna szczęka, kaprawe oczki.

– Melduję panu sędziemu, że wzbronione jest kontrolnym uprawianie procederu i krążenie po ulicach w okolicach dworca głównego. Ona stała przed kinem i zaczepiała przechodniów. Zabrałem ją, a ona w komisarjacie zaczęła wymyślać…

– Co mówiła?

– Takie różne słowa. Że jestem w … – powiada nagłos wywiadowca z prostotą dziecka.

Śmieszek na sali.

– Mówiła to pani?

– Nie, panie sędzio, nigdy takich rzeczy nie mówiłam. I proszę mnie nie karać, ja nigdy karana nie byłam. Ja nikogo na ulicy nie zaczepiałam, chciałam iść do kina…

Dwa dni aresztu z zawieszeniem kary. Sąd jest łagodny, ale obyczaj jest bezlitosny. Ohyda kontroli sprawowanej nad prostytutkami stwarza te niemoralne sytuacje. Jeżeli ta dziewczyna naprawdę chciała pójść do kina, to sfora mężczyzn tropiąca ją nawet w chwilach „cywilnych”, nie oszczędzająca jej wstydliwości, musi budzić odrazę. Ta niewolnica, którą policjant może dopaść zawsze kiedy zechce, to pogwałcenie prawa do prywatnego życia, – nie, z tem niepodobna się pogodzić. W samem tem słówku „kontrolna” jest coś obrzydliwego. Znów w imię higjeny… Trochę za wiele ta higjena ma do gadania w sytuacjach, w których jest bezsilna i kiedy prowadzi nietyle do czyjegoś wątpliwego dobra ile do czyjejś niewątpliwej krzywdy.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close