Wielkanoc u Hearsta

W świadomości przeciętnego Amerykanina Polska istnieje dotąd jako „quantité négligeable”. Mimo posiadania za oceanem największej kolonji wychodztwa polskiego (cztery miljony ambasadorów plus jeden ambasador w Waszyngtonie), nie zdołaliśmy w świadomości Amerykanina i w zainteresowaniach jego dla spraw europejskich zająć dotąd poczytnego miejsca. Być może, jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że i Polska nie potrafiła jeszcze przekroczyć zaczarowanego koła interesów i perspektyw europejskich i że propaganda jej faktycznie nie sięga całą pełnią swoich możliwości do ziemi Waszyngtona, której wolność zdobywali kiedyś nasi Pułascy i Kościuszkowie.

O ile prasę amerykańską cechowała w stosunku do Polski idealna niemal obojętność, jeden był odłam jej nieubłagany. Nie milczał, ale każdem odezwaniem się atakował, napadał, zaczepiał. Wszelkie próby zmiany tego nastawienia, jeżeli nawet były, były na nic.

Król prasy amerykańskiej W. R. Hearst, zwłaszcza po wybuchu wojny, prowadził intensywną kampanię proniemiecką, i trzeba było przystąpienia Ameryki do sprzymierzonych, aby ton jego prasy pod przymusem nietylko opinji, ale za nią idącego interesu zmienić. Wierny jednak swoim sympatjom, po wojnie pierwszy stanął znowu w szeregach serdecznych przyjaciół Niemiec jako najbardziej zapamiętały rzecznik ich krzywdy i pogwałconych praw.

Zmieniło się niemało w ciągu ostatnich dwóch lat. Aktywność naszej dyplomacji i jej sukcesy, prowadzące do zasadniczego przegrupowania układu sił, sympatyj i zainteresowań w Europie, zwłaszcza wschodniej, były niewątpliwie niespodziankami, które wpłynęły na rewizję stosunku prasy amerykańskiej do Polski.

Po raz pierwszy od wielu lat informacje z Polski zdobywać sobie zaczynają obywatelstwo na łamach pism codziennych. W Ameryce odkryto nagle istnienie czterech miljonów Polaków, wtopionych w społeczność amerykańską, a prasa spostrzegła się, że ci ludzie są także dla niej pełnowartościowymi odbiorcami, klientelą równą każdej innej.

Zaczęto więc uznawać ich głód i potrzebę bezpośrednich wiadomości ze „starego kraju”. Dotąd zostawiano monopol na ten gatunek informacyj miejscowej prasie polskiej, której wpływy i znaczenie nie wychodziły poza kolonję polską.

Mając to wszystko na względzie, pod koniec pobytu mego w Hollywood zatroszczyłem się o spotkanie z Hearstem. Hollywood jest bez przesady jednem z trudniejszych środowisk świata, jeżeli chodzi o nawiązywanie kontaktów z ludźmi. Ludzie bowiem z nazwiskami nigdzie nie są takim przedmiotem zainteresowania publicznego i eksploatacji jak właśnie tutaj. Przeto każda gwiazda, bez względu na swój rodzaj i kaliber, odgradza się od nowych spotkań i znajomości osobnym systemem obronnym, szeregiem instancyj, utrudniających jakikolwiek dostęp. Najłatwiejsze są właściwie gwiazdy ekranu (z małemi wyjątkami w stosunku do większych gwiazd). Gwiazdv produkcji i przemysłu trudniejsze. Ukryci za niemi dyktatorzy, gwiazdy władzy, pieniędzy i wpływów, najwvższy szczebel w hierarchji hollywoodzkich i amerykańskich potentatów – mniej przystępni, niż Prezydent Stanów.

*

Wytwórnia Metro-Goldwyn-Mayer leży o dobrych dwadzieścia minut samochodem od Hollywood, w Culver City. Zabudowania jej są same dla siebie swego rodzaju miastem. Znajduje się przy nich biuro produkcji Cosmopolitan, będące własnością Hearsta, a produkujące filmy Marion Davies, oficjalnej, dawnej i powszechnie uznanej przyjaciółki i muzy Hearsta.

Spomiędzy jednostajnych hal, żelazobetonowych stodół, mieszczących studia M. G. M., wybija się wdzięczną architekturą w stylu hiszpańsko-kalifornijskim osobny domek, bungalow, który mieści apartament i garderobę Marion Davies, na czas jej wizyt, przyjazdów i pracy w obrębie wytwórni. Portal z kolumienkami, galeryjka na piętrze. Madonna w niszy nad furtą i lampka czerwona pod nią -ni to klasztor, ni to wejście do kaplicy. Zieleń pnie się po białych ścianach i zwisa z niej naręczami liljowego kwiatu. W tym domku bywa Hearst niemal codziennie, tu najchętniej pracuje. I właśnie jest dzisiaj. Otrzymałem dzięki życzliwości jednego ze świeżo upieczonych przyjaciół telefon z wytwórni, że ma chwilę czasu. Więc gdyby zaraz, za piętnaście minut najdalej… Gotów przyjąć.

*

Starszy, zażywny, brzuchaty jegomość o bardzo gładkiej, pociągłej twarzy, o ruchach nerwowych, ale powolnych, nieco rozleniwionych, pełnych znużenia, właściwego ludziom jego wieku, a jednocześnie także bardzo niecierpliwy, zwłaszcza gdy czuje że mu się zabiera czas. Jak każdy człowiek na wybitnem stanowisku w Ameryce, w osobistem zetknięciu przystępny, łatwy w rozmowie i obejściu.

Czekał na kogoś innego kiedy przyszedłem. Powinienem był na dobrą sprawę zjawić się pół godziny wcześniej. Ale co robić? – spóźniłem się. Tamta druga osoba, następna, jak mogłem sądzić, której wyznaczył spotkanie tuż po mnie, spóźniła się widocznie taksamo jak ja.

Kiedy zadzwoniłem, przechadzał się najwidoczniej po luksusowo urządzonem wnętrzu swojej przybranej pracowni, wysłanej dywanami i zawieszonej gobelinami. Sam uchylił mi drzwi.

– Mister Hearst?

– To ja.

Podał mi ciepłą, miękką rękę.

Wszedłem. Rozglądam się. Siada na fotelu i ręką pokazuje mi fotel naprzeciw siebie. Nic nie mówi. Muszę zącząc sam. Próbuję znaleźć na usprawiedliwienie tej wizyty jakiś przekonywający powód.

– Bo proszę pana, widziałem w życiu już dotąd dwóch żywych cesarzy, ale jeszcze żadnego króla. I to jest główna przyczyna, dla której uparłem się, żeby pana poznać.

Zdziwiony uśmiech po tamtej stronie.

– Pana, jako króla prasy, prawdziwego króla amerykańskiej opinji. Tak bowiem zwykliśmy na pana patrzeć w Europie.

Hearst w śmiech. Podoba mu się takie podejście do rzeczy.

Siedzi naprzeciw mnie rozparty, szeroki, z rękami niedbale złożonemi na poręczach fotela, niby na tronie. Opowiadają, że kiedy Francja przed rokiem wypowiedziała Hearstowi gościnność, kiedy go, mówiąc poprostu, wyrzuciła, i Hearst wrócił do Ameryki, rozgłaszając szeroko, jaknajszerzej szczegóły tego bezprzykładnego zdarzenia, jako pośredni jego rezultat, za przyczyną ostrej kampanji prasy Hearsta przeciw Francji, spadła wysokość jej wywozu do Ameryki o połowę. Nie sprawdzałem. Niech kto ciekaw sprawdzi. Przeciętny Amerykanin uzna to za zupełnie prawdopodobne. Wie, że Hearst, to potentat i władca publicznej opinji przedewszystkiem stanu średniego w Stanach, że inspiruje ją, kieruje i jednocześnie boi się jej, jak prawdziwy pogromca. A teraz siedzi naprzeciw mnie, uśmiechnięty bardzo przyjaźnie. Wysłuchuje nawet uprzejmie i cierpliwie mojego zdania o sytuacji w Europie. Przyznaje mi, że prawie wcale, a raczej bardzo mało i bardzo źle informuje prasa amerykańska o Polsce. Pora wielka, aby ten szkodliwy stan rzeczy zmienić. Gotów to potem stwierdzić nawet na piśmie.

Uciekam od tego tematu, bo wiem, że będę miał sposobność dotknąć go raz jeszcze. Tymczasem jednak przechodzimy do zagadnień innych: faszyzm, hitleryzm, komunizm i – Ameryka.

– Ustroi demokratyczny jest jedynym ustrojem właściwym dla naszego kraju, -powiada Hearst, – i dlatego poprzez wszystkie moje pisma i wszystkie wpływy staję zawsze w obronie demokracii, przeciw faszystom czy hitlerowcom, równie dobrze jak przeciw komunizmowi. Nie jesteśmy stworzeni do dyktatury – nie znieślibyśmy jej zresztą ani dnia. Takie jest moje przekonanie. Jestem pozatem przeciw wciąganiu Ameryki w jakiekolwiek europejskie sprawy i interesy. Działam, jak pan widzi, z konsekwencją. Byłem przeciwny udziałowi Ameryki w wielkiej wojnie.

Mówimy o nieziszczalnym ideale porozumienia i zrozumienia wzajemnego narodów, prawie jeszcze trudniejszego dziś, mimo nowoczesnych środków komunikacji, niż dawniej, wobec panoszenia się nacjonalizmów i autarchicznych tendencyj.

Rozmowa przeciąga się nadspodziewanie. Bez wysiłku ze strony Hearsta.

– Co pan robi w niedzielę? – pyta.

W niedzielę jest właśnie Wielkanoc, ale ze względu na odległość, jaka mnie dzieli od kraju, nie mam żadnej święconki na widoku.

– Niech się pan wybierze do mojej posiadłości w San Simeon, o dwieście mil na północ od Los Angeles. Serdecznie pana proszę. Zabierze pana mój pilot. Zaraz wydam odpowiednie polecenie.

Telefonuje po sekretarza, ale ze sztabu piętnastu, jacy zawsze znajdują się do jego rozporządzenia, niema teraz wobec późnej godziny nikogo. Także z wytwórni trudno się doprosić o stenotypistę.

Chwila niezdecydowania. Decyduje się jednak sam napisać dyspozycję. Oddziera niezgrabnie z bloku żółtą, linjowaną kartę papieru. Pokrywa ją drżącem pismem siedemdziesięcioletniego człowieka:

„To Mr. Roy Crawford – Grand Central Airport. Glendale. Please take Mr. Janta by plane to the ranch at San Simeon and bring him back at his convenience. He will probably leave Sunday morning, about eight or nine o’clock.
W. R. Hearst”.

– Miłego lotu – mówi mi na dowidzenia.

*

Rano maszyna przed hotelem. Pilot po mnie. Lotnisko Glendale leży tuż obok Hollywood. Czteroosobowy samolot z wypisanemi na kadłubie tytułami dwóch pism Hearsta: „San Francisco – i Los Angeles Herald and Examiner”, te dwa, od których rozrosła się na całą Amerykę potęga pism hearstowskich i jego koncernu prasowego.

Już w powietrzu: falują szerokie, zielone fałdy wzgórz – olbrzymi płat oceanu wyciąga się wzdłuż kursu. Siedzę obok pilota w zamkniętej kabinie, dostatecznie zamkniętej, aby można było rozmawiać, i dostatecznie szklanej, aby z widoków, jakie roztaczają się przepyszne, ani jednego nie uronić. Cała Kalifornja pod nami. Półtorej godziny tego lotu i tej rozmowy z pilotem, który maszyny nie ciągnie nazbyt wysoko, by krajobrazu użyć dosyta. Mówi mi i objaśnia wszystkie nazwy miasteczek, o bardzo hiszpańskiem brzmieniu i bardzo zachęcającym widoku, rozpostarte wśród zieleni ogrodów, każde z szerokim marginesem plaży, na której ocean zostawia białe wypustki.

Kraj zresztą pusty, w miarę dziki, skałami piętrzy się i wybucha ku nam. Na szerokich siodłach wzgórz pasą się stada owiec, bydła i koni. Wiew swobody, trochę stepowej a trochę górskiej, bije od tych przestrzeni, nad któremi przemykamy nisko, grożącym, drapieżnym cieniem.

Przed nami z mgieł oddali wysuwa się jakiś biały punkt, biała plama na wzgórzu, białe zamczysko.

– Tam! – mówi pilot i pikuje prosto na niespodziany w pustkowiu okolicy bukiet architektury, wykwitłei z klombu ogrodów i tarasów palmowych.

Robimy kilka szerokich, pochylonych na skrzydło okrążeń. Pilot próbuje ułatwić mi fotografję. Odsuwam boczne okno kabiny i robię pod skrzydłem kilka zdjęć.

– Dosyć? – uśmiecha się pilot, kiedy już krążymy jak bąk, niemal koło wieżyc i prawie skrzydłem muskając czuby palm.

– Dosyć!

Wyrównywa odrazu i schodzi jednym łagodnym łukiem pod stopy rozległego wzgórza, blisko oceanu, na odgrodzony źrenicami śpiących teraz reflektorów plac prywatnego lotniska. Długa, smukła limuzyna już czeka. Zaraz jedziemy na górę. Rzeczywiście: pałac jest teraz na wysokiej górze przed nami, tak daleki i tak podniebny, że aż prawie niewidoczny. Wolnemi serpentynami ciągnie maszyna wzwyż. Pierwsze wrota otwierają się same – samochód przedniem kołem przejechał małą, nad ziemię ledwo wyrastającą barjerę – reszta dokonywa się automatycznie.

Posiadłość magnata prasowego Williama R. Hearsta

Posiadłość magnata prasowego Williama R. Hearsta

Przekroczyliśmy próg zwierzyńca, który posiada jeszcze kilka ogrodzeń. Żyją tu na stokach wzgórza najrozmaitsze gatunki wszelakiego zwierza, sprowadzane z wszystkich stron świata przez Hearsta, będącego posiadaczem największego na świecie prywatnego zwierzyńca. Podzielony jest na osobne działy.

Jelenie niezawsze chciałyby żyć wspólnie z antylopami, zebrami czy może nawet z pumą, kalifornijskim lwem. Gazele nie wiem jak godzą się z kangurami. Lamy i strusie, kazuary i bizony – wszystkiego zresztą poddostatkiem. Patrzą ku nam niepłoche chmary zwierzyny, mającej zapewnione bezpieczeństwo i nieograniczoną swobodę na tych terenach.

Dojazd. Poprzez skłębioną, tropikalną nieledwie zieleń ogrodu, pochylonego nad białe płyty, nad marmurowe posadzki tarasów, rzut oka na willę, czyli pałac. Chciałoby się właściwie powiedzieć: katedrę. Biały fronton z hiszpańska gotycki, gęsto rzeźbiony, ozdobnym, strzelistym portalem wznosi się i podchodzi aż pod wielokątne hiszpańskie wieżyce z galeryjkami. Bodą nad sobą błękitny dach nieba. Cisza i pogoda niepokalana. Oto „la cuesta encantada”, zaczarowany zamek, kaprys amerykańskiego miljonera.

Mieszkam w osobnej willi, jednej z trzech, zbudowanych dla gości, w Casa del Sol.

Widok mam z okna poprzez palmy na ocean. Cokolwiek ogarnąć wzrokiem z całego wzgórza, ba, nawet z wieżyc rezydencji wszystko należy do Hearsta. 300 000 akrów obszaru. 44 mile wybrzeża oceanu Spokojnego. Ten nie potrzebuje się skarżyć na brak dostępu do morza.

Niema nikogo z gości, jestem sam. Sam ze służbą na każde zawołanie. Służba osobista, to bez wyjątku Niemcy. Majordomus, Niemiec, który mnie witał w imieniu gospodarza, oprowadza mnie teraz. W hallu, w salach ogromnych, niepoliczone bogactwo dzieł sztuki. Zwiedzam to wszystko bardzo dokładnie, jak muzeum. Nie wiem czy jest prawdą, że Hearst posiada w swoim pałacu siedemnaście łóżek królewskich. Trudnoby autentyczność tych przedmiotów stwierdzić i skontrolować na podstawie propozycji spędzenia w któremś z nich jednej czy kilku nocy, prawdą jest jednak, że jeżeli kto chce, może jak nic przespać się w kardynalskiem, miękkiem, wytwornem i wspaniałem łożu samego ekscelencji Richelieu. Przywiózł sobie Hearst z Francji taką nawet relikwję.

Winda prowadząca na wieżę, gdzie mieszczą się prywatne pokoje Hearsta, wykładana jest średniowiecznemi boazerjami i przypomina kosztowny konfesjonał. Bibljoteka na piętrze, w której stoi na środku popiersie jednego z rzymskich cezarów, oryginał z willi Hadrjana, zawiera niesłychane i zapewne nieczytane nigdy foljały – olbrzymi zbiór rękopisow, pergaminów, druków, skatalogowanych, jak zresztą wszystkie zabytki w całym zamku, z dokładnem wyszczególnieniem co, skąd i kiedy kupione i ile kosztowało.

Ach naprawdę, cóż za człowiek ten Hearst. Zadrwił sobie z Europy. Zgodnie z duchem Hollywoodu posklecał z kawałków to swoje białe zamczysko na wysokiej górze, postawione w zupełnem pustkowiu. W samem Hollywood mówią, że jest jedną wielką, monumentalną dekoracją, na której tle możnaby nakręcić film z wszystkich czasów. Posiada charakter składanki – ścianę wyłupał, okno wydłubał, jeżeli mu się w jakim pałacu europejskim spodobało, sufit zdarł, stalle z jakiejś katedry pozabierał i poobkładał niemi ściany w jadalni. Nie pytał o cenę, płacił. Przewoził skupione kawałki i budował.

W olbrzymiej jadalnej sali nakryto do śniadania. Siadam sam jeden do stołu, który ma 20 metrów długości. Gobeliny na ścianach. Pod kasetowem sklepieniem wiszą chorągwie. Na pamiątkę jakich to zwycięstw? Nie zwycięstw, ale także kaprysu. Arystokracji hiszpańskiej rodowe flagi, grandów i grafów herbowa, historyczna kolekcja. Trochę Wawel, a trochę sala sztandarów w Musée des Invalides. Miałoby się ochotę stać tu z odsłoniętą, pochyloną głową i czcić jakąś przeszłość niewiadomą a bardzo wspaniałą, przez nieodzowną minutę milczenia. Żywcem z Europy sprowadzono nawet i atmosferę. A tu każą siedzieć i spożywać suty lunch. Więc siedzę i jem.

Wzdłuż ścian stalle, wspaniała, snycerska robota jakichś mistrzów. Nie pomnę z której katedry. Kominek naprzeciwko mnie ogromny, zdobiony aż po sam sufit, wygląda jak wielki ołtarz. Ciężkie srebrne świeczniki na postumentach. Brak jeszcze dymu z kadzielnic. Jest uroczyście i chłodno, słońce sączy się do środka przez witraże w ołowianych ramach. Jest jak na główną nawę gotycką czy salę rycerską dość jasno. Tylko brak mi teraz nagle towarzystwa. Żal mi, że niema ze mną uśmiechniętego pilota, który lepiej się urządził i poszedł grać w tennisa z cowboyami.

*

Popołudnie czyste, pogodne, pełne słońca i niebieskiej chwały, panoszy się dookoła wzgórza przepychem wonnego wiatru, który bijąc od morza, łagodzi upał kalifornijskiej wiosny. Zanim pójdę zdrzemnąć się do mego pokoju z widokiem na palmy i na ocean, krótki rzut oka na krytą, marmurową łaźnię i pływalnię, na której dachu mieszczą się korty tennisowe. Potem jeszcze wizyta w zwierzyńcu. Stróż, ogorzały cowboy w ogromnem sombrero, pokazuje mi pokolei wrzystkie małpy, słonie, tygrysy i lwy. Jest zwierząt 300 sztuk. Mówi, że dawniej 300 ludzi było stale na miejscu, niby załoga tej olbrzymiej rezydenci, – a teraz tylko 60. 100 koni było i 40 psów, mało co zostało. Gorsze czasy. Każdy czuje, Hearst także.

Hearst zresztą rzadko przyjeżdża. Najmniej właściwie korzysta ze swoich bogactw, ze swojej potęgi.

– Cóż pan chce? pracuje, tak jak każdy, jeżeli nie więcej. Zjadą tu się, bywa, goście na dwa dni, osobnym pociągiem, odrazu czterdzieści albo i sto osób. A potem całemi miesiącami cicho, pusto i wspaniale, tak jak dzisiaj.

Majordomus oświadczył mi, że czas mego pobytu jest nieograniczony i że pilot może z samolotem czekać dopóki użyję dopełna wszystkich czarów „cuesta encantada”.

Używam. Chmury motyli nad powodzią kwiatów, burza zapachów i powietrze i przestrzeń i ocean, dalekiem, rozległem pluskaniem fal przypływu liżący pod nami w dole poszarpane brzegi lądu. Używam przedewszystkiem przyrody.

Cisza. Czyjeś kroki po marmurach. Ktoś puka w rzeźbione oddrzwia mojej komnaty w Casa del Sol.

Służący.

– No co, podoba się panu?

– Jest cudownie.

– I chciałby pan zostać tutaj?

Wyglądam za okno, patrzę przez drzwi niedomknięte w głąb ogrodu. Oddycham zielenią i słońcem, morzem i wiatrem. Czyż jest możliwe, aby dłużej żyć tutaj, samemu, w przepychu i ciszy? Ach, wiem przecież, że to tylko sen.

– Proszę powiedzieć pilotowi, że możemy już wracać.

Aleksander Janta-Połczyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close