HANNA MORTKOWICZÓWNA

Wielkopolska

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Na obszernym dziedzińcu, obok zębatego gotyku i osiemnastowiecznych nadbudówek klasztoru norbertanek, stoi w Strzelnie obronny kościołek romański św. Prokopa. Ma wypukłe absydy z chropawego kamienia, okrągłą wieżę o spiczastym dachu, wnętrze pełne starych rzeźb i zapachu kadzidła i pierwotną, półkolistą tablicę erekcyjną. Na tej tablicy rycerz Piotr, rzeźbiony z piaskowca, sztywno zgina kolana przed św. Anną, wznosząc ku niej w rękach niezgrabny model kościoła, podczas gdy z drugiej strony, jego małżonka podaje świętej otwartą księgę z kamienia.

Nie wiemy, czy to Piotr Dunin Włast, słynny fundator tak wielu romańskich kościołów, czy jakiś inny władyka średniowieczny objawia się nam w tej postaci na półkolistym, kamiennym tympanonie. Wiemy zaledwie to, że takie właśnie, zgruba ciosane, ciężkie bryły świątyń i takie ogromne księgi mszałów i ewangeljarzy ofiarowywano w XI i XII w. na tej ziemi nowemu chrześcijańskiemu Bogu i nowym Jego świętym, których sprowadził do Polski polityczny zamysł księcia Mieszka.

Pierwsze fundamenty gmachu państwowości i organizacji kościelnej miały ten romański, prosty kształt, utrwalony w kamieniu, na hieroglifach zaśniedziałych piastowskich pieniążków i pieczęci. I taksamo wyglądały pewnie mury najstarszego kościoła Dąbrówki i Mieszka na ostrowie jeziora Lednica, dziś ruiny, opłynięte przez bladawe wody, i pierwszy gmach katedry poznańskiej uwięziony w ramionach rzecznych Warty i Cybiny, i ściany tumu gnieźnieńskiego odbite w gładkiej niebieskiej tafli jeziora Jelonek, te wszystkie pierwsze chramy nowego kultu, powstałe na gruzach i na miejscu dawnych gontyn pogańskich. Nie inne musiały być też zabudowania klasztoru w Trzemesznie, w którym przebywały po morderstwie zwłoki św. Wojciecha i gdzie przetrwały w skarbcu srebrne i pozłacane pateny Dąbrówki, ryte w leoniny napisów i w naiwne obrazy ewangelicznych legend i proroctw.

Biskupi i książęta, rycerze i prości rzemieślnicy, którzy wznosili te pierwsze budowle na ziemi jezior, lasów i płaskich pól, – nie mieli chyba tak wielkich głów i tak niezręcznych, bryłowatych postaci, jak comes Piotr, fundator ze Strzelna. Ale ich legendarne czyny i trudy, którym zawdzięczamy powstanie piastowskiej monarchji, ich wojny i pakty, uniesienia religijne i bunty pogańskie, wyprawy rycerskie i skrytobójcze mordy, o których wiemy tak mało z niepewnych źródeł, z kronikarskich pergaminów, kojarzą się dla nas właśnie z prymitywnym obrazem romańskiej sztuki. Dokumenty i baśnie, złote litery i różnobarwne iluminacje ewangeljarza i stara nuta „Bogurodzicy”, śpiewanej co niedziela przed grobem świętego, – źródła naszych wiadomości o św. Wojciechu, – znajdują najpełniejsze, najżywsze dopowiedzenie w osiemnastu płaskorzeźbach, przedstawiających nam jego dzieje na spiżowych drzwiach gnieźnieńskiej katedry.

Naszemu pojęciu o biskupie Sławnikowiczu odpowiada najlepiej ta prosta i naiwna postać, w której żyje, modli się i umiera męczeńsko romański św. Wojciech na tej spiżowej bramie. Nasza ubożuchna fantazja oplata się ufnie wkoło tej wzniosłej i żarliwej legendy z metalu. Wierzymy pokornie wymowie spiżu, polerowanego przez tyle stuleci, odnajdujemy świątobliwą historję apostolskiego żywota na tablicach pełnych wyrazu, wśród bujności splecionych ornamentów. Ów św. Wojciech z XII w. nie odznacza się wcale ani pięknością ani wdziękiem. Gesty jego są wszędzie niedość zgrabne, głowa zbyt wielka i sztywność ruchów wzruszająca. Ale zato przerasta on swą postacią wysokie kościoły, nie mieści się w łęku półokrągłych sklepień, szatan ucieka na jego widok z ciała obłąkanego a Bóg zsyła nań prorocze sny, każe mu poświęcać się, cierpieć, ginąć, aby wreszcie, jako wykupionej od pogan relikwji, dać mu wrócić w ogromnym majestacie w progi gnieźnieńskiej katedry.

Jeżeli teraz po posadzce tej katedry, po dźwięczących pod stopą płytach, przejdziemy kilka kroków wgłąb mrocznego tumu, odejdziemy jednocześnie od tej dwunastowiecznej legendy ze spiżu o całe wieki kulturalnego rozwoju. Bo pod chórem, na lewo, spoczywa napłask, na marmurowej tumbie św. Wojciech, taki jakim go widział Wit Stosz czy Hans Brandt w końcu XV w. Ma natchnioną, potężną głowę, hieratyczny gest i drapieżne dłonie, zgubione w czerwonych, fałdzistych zwojach rzeźbionych szat. Na prawo zaś, wpośrodku głównej nawy, pomiędzy kręconemi kolumienkami pompatycznego baldachimu, podrywa się z wieka srebrnej cyzelowanej trumienki – srebrna poczerniała figurka św. Wojciecha, jakim go sobie stworzył wiek XVII za pośrednictwem gdańskiego złotnika Piotra van Rennen. Każdy wiek i każdy styl, podobnie jak postać gnieźnieńskiego patrona, utrwalał w coraz nowej formie kształty spraw i postaci, które tworzyły jego dzieje, kazały się toczyć nowym wojnom i budować nowym gmachom.

Po zwycięskich podbojach Chrobrego i Krzywoustego, wstrząsy domowych, dzielnicowych swarów o władzę targały organizmami małych piastowskich państewek. Zamiast tępionych Prusaków, Krzyżacy obok Brandenburczyków stanęli wrogim frontem od północy i zachodu, nowe miasta handlowe i zamki obronne powstawały nad Obrą, Wełną, Wartą, i na romańskie fundamenty z kamienia

narastało ceglane ciało i gotyckie żebra innej epoki. Więc też i po trzynastowiecznych zapiskach kapituły poznańskiej, po czarnych i czerwonych koślawych literach „Kroniki wielkopolskiej”, po iluminowanych różnobarwnie pergaminach, ujętych w twarde okładki z drzewa lub kości słoniowej, powstawały i inne księgi. Namiętne polemiki Janka z Czarnkowa, archidiakona gnieźnieńskiego i kanclerza, wroga Andegawenów, polityczne, światłe wywody humanisty Ostroroga, świadectwa coraz bogatsze w treść, coraz wierniej odzwierciedlające treść minionych zdarzeń.

Te dawne piśmienne źródła, kroniki i statuty, akty grodzkie i ziemskie, stare księgi sądowe, dekrety i pieczęcie zalegają dziś w kurzu i ciszy gmach wielkopolskiego archiwum, dawnego zamku książęcego na górze Przemysława w Poznaniu. Ale mało kto do nich sięga. Łatwiej jest szukać plastycznego równoważnika tych dokumentów na gładkich drogach wielkopolskich, na dawnych szlakach kupieckich i wojennych, przy których, nad jeziorami lub u brodu nizinnych rzek, powstawały obronne murami, spiętrzone wieżami kościołów, miasta: Śrem, Środa, Wschowa, Koźmin, Santok, Nakło…

Czerwone, gotyckie kościoły o zębatych szczytach i strzelistych wieżach stoją i teraz po większych i mniejszych miastach Wielkopolski, wznoszą się na cichym Ostrowiu Tumskim w Poznaniu, na siedmiu wzgórzach Gniezna. Ale często świadectwa przeszłości, uwięzione wśród żebrowań ich murów, na płytach posadzek wydeptanych stopami wielu pokoleń lub na zatartych nagrobkach, są zbyt wątłe i zwiewne aby nasycić nasz głód autentyczności.

Takiemi właśnie, dalekiemi, obcemi, niepojętemi oczami przeszłości patrzy na nas wiek czternasty spomiędzy rzeźb i zworników sklepienia, w kościele św. Jana w Gnieźnie. Smutne czarne źrenice, wydłużone postacie, wyraziste profile występują zza szkliwa werniksu, z łuków sklepień i ścian, jak niedość wyraźna wizja dawnych zdarzeń, zamierzchłych religijnych uniesień. Matka Boska i Chrystus, prorocy i święci, przepiękna polichromja gotycka przetrwała do nas, jak leciutkie, prawie niematerjalne, pobladłe i wzniosłe tchnienie wciąż poszukiwanej rzeczywistości, która istniała i umarła przed wiekami.

Ludzie prawdziwi, politycy i władcy, rycerze i duchowni dawnych lat mają oblicza bardziej uchwytne niż Bóg i Jego święci na kościelnych freskach i ołtarzowych tryptykach.

Nieznany kanonik z XIV w., z kielichem w dłoni, i biskup Opaliński z XV w., z ręką wzniesioną do błogosławieństwa, i dwaj Górkowie, biskup i rycerz, kanonik Lubrański i kasztelan Padniewski, biskupi z Gniezna i wojewoda z Szamotuł, zachowali na bronzowych płytach grobowych swój kształt i wyraz, który pewnie mieli i za życia.

Na złocistych, polerownych taflach metalu, cienkim rylcem dokładnie wyżłobiono rysy ich twarzy i ornamenty szlacheckich herbów, szczegóły pontyfikalnych strojów, załamy zbroic i wzorzystość materji w ramie ostrych igieł późnogotyckiej architektury. W cieniu ścian wielkiej poznańskiej katedry, tumu gnieźnieńskiego, szamotulskiego kościoła, stoją wrośnięci w mur, wyraźni i płascy, połyskując złotawą powierzchnią bronzu. Sąsiadują z nimi o krok postacie rycerzy i biskupów następnego pokolenia, przekazane potomności już w innej, renesansowej formie. Albowiem w czasach, gdy na rynku kupieckiego, bogatego, rozrastającego się Poznania włoski architekt del Quadro przebudował dawny gotycki gmach ratuszowy, zdobiąc go w trzy piętra półkolistych arkad, w renesansowe loggie, attyki i wieżyczki, w nowy kształt zastygali też po śmierci dostojnicy państwa i kościoła. Takimi uwiecznili ich na pomnikach z gnieźnieńskiej i poznańskiej katedry, w czerwonym, szarym i czarnym marmurze, Padovano, Canavesi i Jan Michałowicz z Urzędowa. Takimi kładli się na śmiertelne posłanie Opalińscy i Orzelscy w Kościanie, Górkowie w Kórniku, panowie i duchowni wielkopolscy w katedrach Poznania i Gniezna. Biskupi w bogatych, udrapowanych szatach, w infułach i przy pastorałach, w otoczeniu ksiąg, kwiatów i aniołów, rycerze zakuci w kamienne zbroje, zasypiali tak wzdłuż murów pod ołtarzami, wsparłszy marmurowe głowy o marmurowe poduszki. Piękniejszy od nich w potędze i majestacie mógł być jedynie Zbigniew Oleśnicki Wita Stosza, który ogromny i lwi, od wieków zdaje się wyrywać z połyskujących kamiennych fałd różowego marmuru, z ram gotyckich ornamentów, i wybiegać na sam środek pustego gnieźnieńskiego tumu.

Bo już następna, barokowa, epoka inaczej i mniej dostojnie stroiła po śmierci swych umarłych. Była namiętna i bojowa w walce z dysydencką herezją. Na szańcach tej walki wznosiła coraz nowe kościoły, wieńcami kaplic, wieżami, hełmami, przybudówkami uzupełniała architekturę przeszłości, budowała nowe wspaniałe gmachy jezuitom, bernardynom, dominikanom w Poznaniu, ozdobiła bogatą ornamentacją stiukową wnętrze pięknego kościoła w Przemencie. A we wszystkich tych bogatych kościołach i kaplicach zmarli nie zaznawali po śmierci spoczynku. Targali się w gwałtownych ruchach, padali na kolana lub wznosili ręce wśród wstęg i napisów, rzeźbieni w białym alabastrze i czarnym marmurze. I takimi spotykamy ich dziś po latach, obok osiemnastowiecznych czarnych tablic, z których uśmiechają się spokojnie różowe, malowane twarze i białe loki ludzi epoki oświecenia.

Taksamo wyraźnie ii żywo patrzą na nas z trumien w kościelnych podziemiach i ze ścian prowincjonalnych kościołów wąsate i podgolone fizjognomje szlacheckie, wymalowane na złoconej blasze. Te twarze, zarówno magnatów i biskupów jak średniomajętnej szlachty, barwne, realistyczne, wydają się nam najbliższe w wyrazie. Ich doba, ostatni okres rządów polskich na tej ziemi, przed wiekiem niewoli, pozostawiła obok wdzięcznych kaplic, przystawionych do murów gotyckich, obok pękatych kopuł, domy, dwory, pałace, ukryte w ogrodach, wznoszone wśród pól lub na ulicach i rynkach starożytnych miasteczek. Ich architektura, dla potrzeb codziennych zasobna i prosta, od święta koronkowa od ornamentów i stiuków, zrzadka tak piękna i bogata jak pałac i kościoły Leszczyńskich w Lesznie, pałac Sułkowskich w Rydzynie, to ostatni typ zabytków, jakie pozostawiła nam polska przeszłość na ziemi poznańskiej.

Dziejów Wielkopolski XIX w. nie odczytujemy już z nagrobków i z gmachów. Przynajmniej tej strony jej dziejów, która stanowiła zawzięty, wytrwały i ukryty nurt walki z panoszącą się powierzchu niemczyzną. Niemczyzna zabudowywała bowiem teraz pochopnie i sprawnie miasta i miasteczka, mnożyła czyste, schludne, wygodne i nieładne domy, brukowała gładko drogi i ulice, pierścieniem obcej, nieozdobnej i ciężkiej architektury zamykała się wkoło urocznych jezior, starych pałaców w parkach i czerwonych wież średniowiecznych kościołów.

Pod pruskiemi rządami kraj zagospodarowywał się i zapełniał szczelnie. Zmeljorowano szarawe, żyzne pola, nad Obrą, nad Wartą, rzeki spojono kanałami, zarybiono senne stawy i jeziora, pocięto gęstą siecią linij kolejowych i szos zasnute mgłami łąki nad Notecią, gliniastą Krajnę, piasczyste Pałuki, leśne wzgórza koło Chodzieży.

Miasteczka porosły w domy, kryte czerwoną lub pstrokatą dachówką, pseudo-gotyckie, ceglane kościoły ewangelickie strzeliły wgórę wieżami, kolonje niemieckie rozciągnęły się wzdłuż dróg, wynoszących się ponad poziom zbóż rzędami wierzb i ciemnych topoli.

Zamożny, handlowy Poznań stał się teraz wielkiem, współczesnem miastem, pełnem pięknych sklepów, szarych reprezentacyjnych i bezstylowych gmachów, czynszowych, wielopiętrowych kamienic, rozbiegł się na wszystkie strony gwarnemi ulicami, dźwięczącemi od tramwai i ludzi, aż po nowe przedmieścia, aż po zielone ramy ogrodów.

Drobny handel, przemysł i rolnictwo swą niezindywidualizowaną, zasobną i bezbarwną cywilizacją ogarnął starożytny egzotyzm Gniezna, Środy, Śremu czy Leszna, miast zapisanych wieloma zdarzeniami w minionych dziejach Rzeczypospolitej.

I tę ziemię dawnych słowiańskich tradycyj, skazaną na wynarodowienie srogą wolą wroga i wyrokiem politycznej rzeczywistości, odzyskaliśmy teraz znowu od nieżyczliwego sąsiada jakąś odmienioną i trochę obcą, jak zamożne cudze mieszkanie, pełne niegustownych i niezmiernie wygodnych urządzeń.

W ospałej zaś ciszy miasteczek, słynnych z wyrobu piwa lub cukru, z garbarstwa lub handlu zbożem, przetrwały nietylko chropawe mury kościelne i cegły zębatych szczytów gotyckich. Księga, wykuta niewprawnie w kamieniu na tablicy erekcyjnej w Strzelnie, zachowała się obok nich jak drugi bastjon obronny w walce z germanizacją, jak drugi nieodzowny fundament kulturalnego przetrwania.

Pierwszy kościelny psalm i pierwsze polskie kazania wykwitały słowem z jej złotych i czerwonych liter, malowanych ozdobnie na pergaminie. Rozkwit szkół akademickich w czasach odrodzenia kojarzył się z rozwojem pierwszych poznańskich oficyn Petrusa i Nehringa. Tomy wierszy o bibulastym, szarym papierze rozgłaszały po kraju dźwięczne słowo wielkopolskich poetów Janitiusa, Miaskowskiego, Samuela Twardowskiego ze Skrzypny. Bracia czescy, arjanie, socynjanie, ze swych miasteczek Leszna, Opalenicy, Szamotuł, jak z małych fortec, walczyli z katolicyzmem o literę wykładu z świętych ksiąg.

A potem, gdy w miarę lat, kraj przechodził coraz bezbronniej pod wynaradawiający ucisk pruski, kiedy pokolei składali skrawioną broń wielkopolscy wodzowie powstań, – szewc Jan Kiliński z Trzemeszna i napoleończyk Niegolewski z Niegolewic, Prądzyński z Prądna, Mierosławski z Mierosławic i Langiewicz z Krotoszyna, – książka polska stała się jedynym orężem o język i o wiarę. Spełniała swą rolę bojową i obronną na różnych terenach, niezależnie od tego czy była uczonym tomem dzieł Libelta lub Hoene-Wrońskiego, dostępnym dla niewielu, czy ekonomiczną teorją, na której budował gmach swych twórczych działań i prac obywatelskich dr. Marcinkowski, czy ewangeliczną prawdą, co wspierała samarytańską działalność Klaudyny Potockiej i Emilji Szcząnieckiej, lub też tylko ubogim, szkolnym katechizmem, o który walczyły małe katowane dzieci we Wrześni.

W w. XIX, który żadnej rdzennie polskiej, pomnikowej konstrukcji architektonicznej nie przeciwstawił obcemu, niemieckiemu stylowi rozrastających, zabudowujących się miast, który nawet upiększenie Złotej Kaplicy Mieszka i Bolesława w katedrze poznańskiej powierzył dłutu i pędzlowi niemca Raucha i Niemca Müllera, jedynie polska książka, wbrew cenzuralnym zakazom ochraniana, gromadzona, narastała w cenne księgozbiory, w skarbce kultury i wiedzy, ukryte w cieniu wielkopolskich bibljotek. Myśl i słowo, obok pracy organicznej, święciły ciche i decydujące tryumfy w dobie, zdawałoby się, najkrwawszego ucisku, najcięższej beznadziei.

Czarny renesansowy ratusz poznański, zdobny w galerje i arkady, wieżyczki i wieże, stoi wpośrodku gwarnego Rynku, zabudowanego w czworobok, ciasno, domami o starych i nowych fasadach. Jest pomnikiem świetnej epoki rozkwitu, pięknym i stylowym mimo wielokrotnych przebudowań.

Ale jeżeli nowoczesną arterją wielkomiejskiej ulicy, na której ryczą auta i dzwonią tramwaje, a okna sklepowe lśnią od obfitości wystawionych towarów, podążymy stamtąd wgórę, na rogu dawnego Wilhelmsplatz, obecnego placu Wolności, zatrzymamy się z niemniejszem wzruszeniem nawprost dwóch innych gmachów.

Klasycystyczna kolumnada Bibljoteki Raczyńskich odwraca się tu ku frontonowi Muzeum, które zbudowane przez Niemców dla wsparcia niemieckiej kultury, mieści dziś niezmierne skarby sztuki obcej i polskiej, współczesnej, uzupełnione kolekcjami wielorakich, artystycznych i etnograficznych, prywatnych zbiorów.

Edward Raczyński, namiętny i niezmordowany działacz, pozostawił w swej bibljotece, na chwałę kultury polskiej o którą walczył, cenne zbiory klasztornych, uniwersyteckich i magnackich bibljotek, rzadkie dysertacje przyrodnicze i historyczne, stare druki, inkunabuły, dokumenty, rękopisy, bogate materjały dla badań nad XVI i XVII w. Brat jego zaś, Atanazy Raczyński, który zgorzkniały i skłócony, odszedł do obozu wroga, nie przypuszczał pewnie, gromadząc w Berlinie, dla zadośćuczynienia własnym upodobaniom, płótna starych mistrzów, że jego Dürery, Velazquezy, Rubensy i Van Dycki, Wenecjanie i Flamandzi, uzupełnieni przez obywatelską ofiarność szeregiem innych obrazów, utworzą piękne Muzeum Wielkopolskie w odzyskanym od Niemców Poznaniu. Że tak te obrazy i księgi, gromadzone w najmroczniejszych czasach germanizacji przez Raczyńskich, Rastawieckich, Mielżyńskich i tylu innych, księgozbiór Tow. Przyjaciół Nauk, dźwiganego z takim trudem przez Cieszkowskiego, Działyńskiego, Libelta, pozostaną obok murów dawnych budowli dla pożytku nowych pokoleń czystego, przemysłowego, polskiego Poznania, pozostaną jak wzruszające zabytki przeszłości.

Tak jest nietylko w Poznaniu, ale i w innych stronach Wielkopolski. W gorzkich latach ucisku i zaciekłej walki, sztandar kultury narodowej nie powiewał wysoko na wieżach, ale krył się w postaci książki i rękopisu w zielonych bukietach drzew parkowych, w dworach i dawnych zameczkach obronnych, przekształconych w muzea i bibljoteki.

Po żyznej i dobrze uprawnej, szarozłotej ziemi, miejscami płaskiej, gdzieniegdzie sfałdowanej w lesiste wzgórza, wśród których rzeki i jeziora przebłyskują świetlistą wodą, drogami równo wyciągniętemi między przestrzeniami drzew owocowych, buraków i kartofli, trafiamy do dziedzicznych miasteczek wielkopolskich magnatów, do ich domów ukrytych w cienistych ogrodach. Zdarza się że nietylko historyczna tradycja i splendor herbowy ozdabia te domy.

Nie pasy słuckie, nie magnacka broń, nawet bodaj że nie berło Łokietka, szabla Batorego, czy puhar Sobieskiego rozsławiły zameczek kórnicki, który zjeżony gotyckiemi, pseudostylowemi wieżyczkami, uwiązł wśród luster dwóch rybnych stawów. Obkładany wielokrotnie sekwestrem przez rząd pruski za powstańczą i obywatelską działalność swych panów Działyńskich, nie utracił przez wszystkie lata niewoli znaczenia i stanowiska. Składało się na nie zarówno bogactwo zbiorów – różnobarwnych klejnotów iluminacji, dokumentów minionych epok, bibljotek emigracyjnych i bibljotek poszczególnych uczonych i działaczy, ksiąg i rękopisów, zamkniętych w rzędach szaf, pod stropami rzeźbionych, pałacowych sufitów, – jak i działalność wydawnicza. Dzięki niej, dzięki rozrzutnemu i bezinteresownemu gestowi Tytusa i Jana Działyńskich, wydostawały się na świat, z kurzu archiwum, publikacje starych aktów, psałterzy, statutów i praw, a obok nich uczone dzieła współczesnej myśli naukowej.

Również w pałacowej siedzibie Raczyńskich, w Rogalinie, gdzie odwieczne dęby rzucają chłodny cień na wygracowane aleje parku, wzruszają przybysza nietyle bogate zbiory dawnego oręża i zbroi ile dawne kodeksy i akta, rękopisy Mickiewicza i Niemcewicza, a wreszcie ten imponujący rezultat mecenasostwa i artystycznych zamiłowań, jakim jest osobny pawilon wystawowy, galerja współczesnej sztuki, zawieszona po brzegi cennemi obrazami Wyspiańskiego, Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Mehoffera i wielu innych malarzy.

A jeżeli, minąwszy Miłosław, pozostawiwszy za sobą zbiory Łąckich w Posadowie, Mielżyńskich w Pawłowicach, obok tylu większych i mniejszych archiwów i galeryj wielkopolskich rodzin, powędrujemy na południe, wjedziemy w kraj, gdzie czysta zasobność miast i pieczołowita kultura płodów ziemi zagarnęła, zdawałoby się, cały zakres ludzkiej działalności. I tam właśnie, za Jarocinem, za Pleszewem, wystrzelą ku nam zpośród dorodnych, najbujniejszych drzew odrestaurowane wieże dawnego zameczka Sułkowskich w Gołuchowie.

Oblicze ks. Adama Czartoryskiego jaśnieje tu na ścianie jednego z gabinetów muzealnych, znane z historji i z dziejów emigracji. Ale to co stworzyła w swej wielkopolskiej siedzibie jego córka, Izabella Elżbieta Działyńska, trzecia niezwykła kobieta z z rodu ksieżnej z Flemingów i Marji Wirtemberskiej, wychodzi daleko poza zakres działalności politycznej i narodowej. To samo najczystsze umiłowanie sztuki, niezawodny i twórczy instynkt artystyczny pozwolił jej z niezmordowaną pracowitością gromadzić w obrębie małych sal gołuchowskiego zamku skarby sztuki, cenne przedmioty i płótna, których mogłoby pozazdrościć jej małemu muzeum każde wielkie muzeum Europy.

Szafirowo-białe emalje z Lunoges świecą tam jak drogocenne klejnoty w szklanych szafach, szkło fenickie mieni się tęczowo, czarno-rude wazy greckie, pękate amfory sąsiadują z terrakotami z Tanagry i turkusowemi posążkami egipskich bogów. Średniowieczna, drewniana plastyka niemiecka i białe, wczesnorenesansowe marmury, obrazy najlepszych pędzli, niezrównane w smaku stare meble, obramienia okien, obicia, dzieła sztuki i rzemiosła artystycznego zostały z niezwykłą intuicją wyszukane i zdobyte na świecie w okresie kiedy wkoło panował największy bezgust fin de siécle’u.

W tym okresie, gdy naokoło hulała hakata, pruska komisja kolonizacyjna pozbawiała ziemi i domu poznańskiego chłopa, – w parku oddalonym od wszelkich centrów kultury, w odludnej rezydencji wielkopolskiej powstawał nakładem olbrzymich sum i pracy jednej kobiety jeden z najpiękniejszych i najbogatszych prywatnych europejskich zbiorów sztuki.

Słońce zagląda dziś częściej niż zwiedzający przybysz w okna Gołuchowa obramione koronką wczesno-florenckiej lub francuskiej rzeźby, odbija się w wypukłościach mebli i w wygładzonych powierzchniach obrazów Cloueta lub Bronzina. Odblask pogodnego nieba i białe długoszyje łabędzie ślizgają się w dole po tafli stawów, otoczonych przez złotawe trawniki i drzewa parkowe, ogromne, puszyste, dostojne w swym wielowiekowym rozroście.

Wychodzimy z tego samotnego muzeum w starym pałacu, jak z zaczarowanego królestwa… Zwykły, uprawny pejzaż wielkopolski, codzienność miast i osad oczekuje nas tuż, za sztachetami jego zielonych ogrodów.

Na zachodzie mamy teraz Koźmin z jego pozłocistym, rzeźbionym ołtarzem, stwoszowskiej szkoły, tak podobnym do marjackiego arcydzieła. Nieopodal szary Krotoszyn, zdobny w planty, dalej gospodarny Rawicz i biskupią Krobię, gdzie chłopi noszą jeszcze swój dawny, białoczerwony, malowniczy strój, jeszcze dalej Leszno Leszczyńskich, stolicę braci czeskich, pełną ozdobnych kościołów i budowli z czasów rokoka.

Przed nami Prosna snuje się wśród pól i łąk. Poza nią jest już dawne Królestwa Polskie. Kalisz, oplątany ramionami rzeki, zielony od ogrodów, zdobny w wieże barokowych klasztorów, odbudowuje się tu szybko, nowocześnie i czysto po wojennym pogromie niemieckim. Jego białe domy i ładne ulice, które odbijają się dziś tak pogodnie w wodach Prosny, – zdają się po dwudziestu latach tryumfować nad niszczycielskim aktem pruskiej nienawiści.

Z tego Kalisza, od Krakowa na Poznań, Wrocław, Gniezno, Gdańsk, szły niegdyś, zapomniane dziś, kierunki wojennych i handlowych traktów.

Zatarły się i zagubiły ich szlaki, niewspółmierna z dzisiejszą jest dla nas ich odległość, nieznany czas trwania i niepojęta kulturalna doniosłość. A jednak przed kościołem farnym w Koninie przetrwał do teraz najstarszy słup drogowy w Polsce, niezgrabny kamienny kręgiel, który obrasta trawą pośród małomiasteczkowego skweru a niegdyś oznaczał połowę drogi między Kruszwicą a Kaliszem.

A przed klasztorem norbertanek w Strzelnie, na ogromnym kamieniu znać dotąd wyraźne wgłębienie, które podczas słoty wypełnia woda deszczowa. Jest to podobno ślad wozu św. Wojciecha, który jadąc w drogę swych przeznaczeń, zaczepił kołem o ten przydrożny głaz.

Przebywając dziś wielkopolskie drogi innemi szlakami, wedle innych, współczesnych drogowskazów, napotykamy prawieczne pamiątki.

I musimy wtedy myśleć o olbrzymich obszarach rozwoju kulturalnego, o przemianach politycznych i obyczajowych, o wyżłobionych, niezatartych koleinach, które na drodze od romańskich kościółków Kruszwicy i Strzelna, do obrazów i książek Gołuchowa i Kórnika pozostawił za sobą na ziemi wielkopolskiej ciężki wóz toczących się naprzód dziejów.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close