MIKOŁAJ MIRONOWICZ

Więzienie w Baranowiczach

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

O trzy kilometry za miastem, w szczerem polu, ujętem na horyzoncie szmaragdowem pasmem lasów, rozsiadły się niskie budynki. Wokoło puste ugory przecięte torami kolejowemi, których srebrne pętlice giną wdali, znaczone smutnemi sylwetkami słupów telegraficznych. Licho wydeptana ścieżka prowadzi do osiedla. Wokoło 7-metrowy mur, po rogach jego czworokątu wieże-obserwatory w wielkiej żelaznej bramie furtka, a nad bramą tablica z napisem: „Więzienie karno-śledcze Baranowicze”. Za bramą małe podwórko, na lewo kancelaria, na prawo wartownia, fryzjernia i szkoła, tak mówią szyldy – dalej znów brama z krat żelaznych, a za nią znowu budynki i ścieżki. Ścieżki te ubijają właśnie więźniowie w płóciennych ubraniach i płóciennych okrągłych czapkach.

Przy wejścu do kancelarii stoi grupa nowoprzybyłych więźniów, otoczona policjantami pod bronią. Starszy z eskorty oddaje w kancelarji dokumenty, trwa to dość długo, w tym czasie przyszedł naczelnik więzienia, rozmawia z dozorcami i bada powoli papiery, więźniowie stoją na dworze bez czapek i mokną, pada przenikliwy, beznadziejny deszcz i dmie północny, mroźny wicher. Wreszcie więźniów zaczynają wzywać po jednemu do fryzjerni. Fryzjer więzienny ścina maszynką włosy na głowie i brodzie, ale do tej czynności więzień musi uklęknąć. Tępa maszynka drapie skórę, za tytoń fryzjer goli lepszą maszynką. Fryzjer więzienny, to złodziej-recydywista, który od r. 1918 zaledwie kilka miesięcy spędził na wolności. Po goleniu przychodzi naczelny dozorca i prowadzi więźniów do głównego gmachu. Na korytarzu dozorca dyżurny daje rozkaz: „Rozebrać się do koszuli, obuwie zdjąć”. Następuje szczegółowa rewizja. Ręcznik mydło i szczotkę pozostawia się, resztę wyrzuca się na podłogę. Tymczasem po korytarzu kręci się już kilka hien, uprzywilejowanych więźniów, korzystających z różnych ulg i względów dozorców. Przeważnie pełnią oni role szpiegów. Nieznacznie chwytają wyrzucone przedmioty. Zabierają często i tytoń, a przecież tytoń podobnie jak i mydło spełnia w więzieniu rolę monety obiegowej.

Na drugim kurytarzu długi stół, za nim lekarz lub felczer zadaje stereotypowe, melancholijne zapytanie: „Zdrów?”, „Na co chory?”. Jest to zresztą obojętne, bo stan zdrowia na rozdział po celach nie wpływa. Następują powierzchowne oględziny, przydział ubrania i rozdział po celach. Dawni więźniowie obstępują nowoprzybyłych i zadają pytania: kto? za co? na ile? czy jest tytoń?

Pierwsza cela duża, 12 łóżek, ludzi 36. Siedzą różni, pięciu za zabójstwo, sześciu za kradzież (trzech z nich, to recydywiści), dziewięciu szpiegów, dwaj defraudanci, ludzie inteligentni, w tem jeden nauczyciel, inni za kradzież drzewa w lesie. W kącie nieruchomo siedzi więzień, który udaje głuchoniemego, żeby nie być pytanym i nie odpowiadać. W drugim kącie, otulony kocem, przykucnął 85-lelni starzec, ledwie dyszy, widocznie chory – karany za podpalenie. Cela, jak informują, chwilowa na dwa trzy dni, dla obserwacji więźniów, dokonywanej przez dozorców, później przydzielą do innej. Przy stole kilku ludzi rozłupuje delikatnie zapałki.

Monopol stara się dla szczędności dawać grube zapałki, aby ich mniej było w pudełku, więźniowie, to franty, rozcinają jakimś przemyconym scyzorykiem na dwie lub trzy, a przy umiejętności nawet na cztery części jedną zapałkę. Stanowi to wielką ekonomję dla budżetu więźnia.

Druga cela, mała, mieści 12 ludzi i 6 łóżek. Okno wprawdzie otwarte, ale bije w nie fala kloacznego odoru: kanalizacja w nieporządku, a otwory kloaczne są pod oknami.

Zmiana bielizny odbywa się według regulaminu co tydzień, faktycznie raz na dwa tygodnie. Po celach spotyka się pluskwy, więźniowie chowają je skrzętnie do flaszek, jako żywe okazy, na wypadek inspekcji. Każdy dostaje worek ze słomą, niby siennik, często stary, brudny, poplamiony, zamiast słomy – proch.

Rano o g. 5.30 apel, wstają wszyscy. Cela za celą wychodzi na kurytarz, ludzie stają w szeregi, twarzą do ściany, pokolei idą do ustępu. Później mycie, czyszczenie i sprzątanie celi. Łóżka na dzień podnoszą i zawieszają na hakach. Brudna i często wilgotna pościel nie może wyschnąć i przewietrzyć się. Następnie dozorcy wydają chleb, 800 gr. na dzień, na śniadanie roznoszą po kubku kawy. Po śniadaniu część ludzi udaje się do pracy, do warsztatów, kuchni, robót rolnych i ogrodowych i t. d.

Do pracy idzie najwyżej 70 – 80 więźniów na ogólną liczbę 400 – 500. Reszta pozostaje bezczynna w celach, łazi z kąta w kąt, prowadzi rozmowy na dawne, znane już tematy zbrodni, kradzieży, niesnasek domowych, krzywd więziennych i nadziei… W związku z nowoprzybyłymi jest pewne ożywienie. Pytają ich co się dzieje na świecie, czy będzie amnestja. Ktoś słyszał, że ma być wprowadzony nowy kodeks karny, ktoś mówi o nowej konstytucji, ktoś rzuca, że ma być zniesiona kara śmierci. Niejeden legł na ziemi, oparł głowę na ręce, drzemie, lub popadł w odrętwiałą zadumę. A inni skupili się koło okna, ścigają oczami wolne obłoki i dymy – daleko, gdzie miasto szarzeje, lub jeśli okna wychodzą na oddział kobiecy, z roziskrzonemi oczami śledzą przemykające się aresztantki, robią sprośne uwagi, dają znaki.

W porze między śniadaniem a obiadem każda cela odbywa swój spacer zosobna, pokolei. Przeznaczonych jest na to pół godziny, chodzą dokoła, ręce według regulaminu założone wtył, dystans dwa metry jeden od drugiego, rozmawiać nie wolno. O g. 11.30 obiad. Dają zupę, krupnik lub kartoflankę, później kaszę. Jedzenie mało osolone – mdłe. W dnie świąteczne porcja mięsa najlichszego gatunku, najczęściej wnętrzności. O g. 13 część znowu odchodzi do pracy. Po powrocie więźniów pracujących o g. 17 kolacja, najczęściej zupa. O g. 18 apel wieczorny, dyżurni sprawdzają stan liczebny więźniów, po modlitwie o g. 19 rozkaz dyżurnego: „Spać!”. Dawni więźniowie, zadomowieni panowie sytuacji, kładą się na łóżkach, nowoprzybyli muszą zadowolić się podłogą, gdzie kto może, nawet pod łóżkami, nawet w kącie… przy kuble. Z poruszonej pościeli podnosi się szary, gęsty kurz, trudno oddychać, ktoś się krztusi. Dozorca z korytarza zgasił światło w celi, woła: „Cicho, spać!”. Ale ledwo się oddalił, zaczyna sie szmer rozmów, opowiadań, nawet kłótni i szamotań. Znienacka cela znowu się rozświetla, znowu rozkaz „Spać!”. Znowu ciemność i cicho parę minut, lecz wnet któryś zaczyna opowiadanie półszeptem – dzieje obławy, mylenie szpiclów, inny zapala papierosa, choć już palić nie wolno. Rozmowy cichną, większość śpi, słychać chrapania, jęczenia, mamrotania. Powietrze staje się coraz cięższe, niby jakaś gęsta dotykalna ciecz, wali w stronę okna, gdzie otwarte marne okienko. Brak odpowiednich wentylatorów. Na spanie zostaje dziesięć godzin.

W osobnych zabudowaniach, na boku, stoi oddział dla kobiet. Mieści on w sobie szpital więzienny i salę dla więźniów skazanych na śmierć. Kobiet jest stosunkowo mało, przeważnie same prostytutki, kilka służących karanych za kradzież, dwie pokątne akuszerki odsiadujące więzienie za niedozwolone zabiegi, i morderczyni własnego dziecka, płodu wolnej miłości. Wdaję się z nią w rozmowę, chętnie opowiada o swych przeżyciach, historia stara jak świat. Rodziców straciła w dzieciństwie, poszła na służbę, zakochała się w robotniku, obiecał się ożenić, ale zabrali go do wojska. Gdy zaszła w ciążę, wypędzili ją ze służby, tułała się z kąta w kąt. Dziecko przyszło na świat w szpitalu; gdy wyszła ze szpitala, nikt nie chciał brać do pracy, a nie było gdzie umieścić. Nędzowała, głodowała, pokarmu miała coraz mniej, dziecko schło, tak czy tak byłoby umarło; gdy przyszła „zła godzina”, udusiła je.

Najsmutniejszy widok w tem piekle dantejskiem, to niemowlęta, które wraz z rodzicami odsiadują karę. Są i takie, które urodziły się w więzieniu. W jednej celi z ciżbą kobiet, w zaduchu, gwarze, wśród histerycznych pisków i żartów prostytutek, chowa się… młode pokolenie, nowi obywatele kraju. Warunki higjeniczne okropne. Na kratach łóżek suszą się niewypłókane pieluszki, odór straszny. Dziecko korzysta z powietrza tylko w czasie półgodzinnej, przechadzki, którą odbywa matka, na odżywianie go dostaje aresztantka pół litra mleka dziennie. Strach bierze patrzeć na te niewinne ofiary. Mizerne, chude, blade, rachityczne. Mimo woli nasuwa się pytanie: gdzie opieka społeczna? gdzie żłóbki? ochronki? Naco istnieją w państwie o zachodniej kulturze szkoły kształcące fachowe higjenistki, wychowawczynie, freblanki?! Czy z tych „metod” zagranicznych profesorów, lekarzy, psychologów ma korzystać tylko elita społeczeństwa?

Zapytajcie któregokolwiek więźnia, czego pragnie, odpowie bez wahania. „Wolności”. Wolność jest dla więźnia świętem słowem, na wolność więzień przysięga („jak pragnę wolności”), a każde posunięcie, każde zarządzenie zmierza ku temu, aby tę wolność ukrócić, aby zniszczyć jego indywidualne życie.

W duszach więźniów wre przecież wulkan pragnień, namiętności, indywidualnego życia, wspomnień i przyzwyczajeń życiowych. Czy odbierając wolność, daje się im wzamian coś co mogłoby ich uspokoić, nauczyć, krzywe ścieżki ich życia sprostować?

Mało, bardzo mało. Pociecha religijna ogranicza się do nawoływania z ambony do pokuty! Żaden ksiądz przydzielony do więzienia, nie zna psychologji tych t. zw. „wyrzutków społeczeństwa”, i nie dziw, niedawno może prowadził gdzieś stowarzyszenie „dzieci Marji” lub związek „Św. Zyty”.

Grzmią więc z kazalnic i nawołują znowu do pokuty, do skruchy i do obietnic zadośćuczynienia… A przecież każda chwila w więzieniu jest już tą „namacalną” pokutą za grzech, wszak za murami więzienia odbywa się stała „ekspiacja” – za każdy czyn zbrodniczy, popełniony nieraz po raz pierwszy, często w stanie nietrzeźwym, w afekcie, w złości, w goryczy lub nędzy, – za czyn, który jest często wynikiem obciążenia dziedzicznego, stanu anormalnego, zboczenia.

A druga pokuta, stokroć cięższa, czeka więźnia gdy otworzy się przed nim krata więzienna i wywiedzie go na wolność.

Kartoteka policyjna z odpowiednią adnotacją „moralności” wyciśnie jawne piętno pokuty na całem życiem więźnia, ścigać będzie dzieci, może i wnuki karanego.

Lecz kapłani nawołują tylko do pokuty, nie łudzą nawet, że tu na ziemi, życie da więźniowi trochę blasku i zadowolenia. Gdy raz w więzieniu zjawił się ksiądz, który odważył się powiedzeć inne słowa, wzruszył i porwał słuchaczy. „Bracia, – rzekł, – sam kiedyś byłem więziony, znam wasze życie i wasze cierpienia. Ale pamiętajcie, że tylko czasowo trwa wasza udręka, czasowo jesteście wydaleni ze społeczeństwa, znowu będziecie wolni, i każdy z was, jeśli tylko zechce, może być znowu uczciwym obywatelem. Dziwię się, że wraz z wami nie modlą tu się wasi przełożeni, postaram się aby tu byli razem z wami. Dostarczę wam książek do czytania, dam wam wykłady, naukę, rozrywkę, aby kształtować wasze dusze i serca”.

Słowom tym odpowiedział szloch ogólny, ale niestety, kazanie takie było pierwsze i ostatnie, ksiądz ten więcej nie wrócił.

Dla więźniów nie prowadzi się żadnych wykładów, kursów dla analfabetów niema, w zabudowaniach więziennych tylko stoi budynek z napisem „szkoła”, istotnego zadania budynek ten nie spełnia. Niema też żadnych rozrywek, aby dusze więźniów wyrwać z kręgu ich ciemnych myśli i zbrodniczych zamysłów. Nigdy nie przyjeżdża tu okrężny teatr, ani śladu kina. Istnieje jedynie biblioteka ruchoma ministerstwa sprawiedliwości, która co kwartał przysyła na dwa tygodnie po pięćdziesiątek książek.

Pewien nauczyciel, odsiadujący we wspólnej celi karę, zachęcony prośbami współtowarzyszy niedoli, zaczął opowiadać wieczorami po g. 19, gdy wszyscy musieli już leżeć w łóżkach, historję Polski. Mówił cichym głosem, a więźniowie w skupieniu słuchali. Przez szereg wieczorów opowiedział im całą historję Polski i treść arcydzieł literatury. Stał się duszą więzienia, skupiło się koło niego dwadzieścia pięć osób zamieszkujących wspólną celę.
Niestety, władze więzienne rozbiły tę harmonję, przenosząc nauczyciela do innej celi.

*

Szereg długich, szarych dni zimowych przerywa sensacja. Przywieźli szpiegów! Więzienie naelektryzowane, gdyż wszyscy idą pod sąd doraźny. Siedmiu przywiezionych pomieszczono razem w ogólnej celi, pilnowani ściśle, nie mają żadnej łączności z innymi więźniami. Po więzieniu krążą wieści, „że już doręczono akt oskarżenia”, dano dobę czasu na wszelkie zgłoszenia i prośby; wyznaczono dzień rozprawy. Przeglądam akt oskarżenia. Porozumiewanie się z ościennem państwem. Robota szpiegowska. Przeszli granicę, aby odwiedzić rodzinę po tamtej stronie, wpadli w ręce wywiadu sowieckiego. Postawiono im ultimatum: albo wyrzucą ich zpowrotem do Polski, albo dostarczą potrzebnych informacyj, za cenę pozwolenia pozostania przy rodzinie. Dali się zbałamucić. Uprawiali robotę szpiegowską, polegającą na donosie o stanie dróg, mostów, kolei i okopów. Płacono im marnie, po zł. 20 – 25. We wszystkich celach więźniowie mówią tylko o „doraźnikach”, kilku wróżą szubienice, przypuszczają ogólnie, że wszystkich siedmiu nie powieszą.

Spogladam skazańcom w oczy – niby spokojne, ale jednak czai się w nich trwoga i nieme zapytanie, „czy nas jednak powieszą”. Wiek najstarszego 38 lat, innych waha się między 23 – 30. Proszą o wysłanie depeszy do znanego obrońcy, w nadziei, że przyjmie ich obronę i wyrwie z pazurów śmierci. Inni domagają się zawezwania świadków swej dawniejszej lojalności. Zabiegi te nie pomagają, gdyż adwokata wyznaczono z urzędu. Zbliża się dzień rozprawy. Niezdrowy nastrój – zdenerwowanie – wśród więźniów rośnie. Doraźników zabrano na rozprawę, wkrótce gruchnęła wieść: wszyscy skazani na śmierć. Ale jeszcze tli iskierka nadziei: „może ułaskawi p. Prezydent – może ułaskawi choć niektórych”. Do Warszawy wysłano prośbę. Tymczasem, władze więzienne dają zarządzenie budowania szubienicy. Więźniowie, pracujący w warsztatach więziennych, kategorycznie odmawiają współpracy. Do budowy zabierają się sami dozorcy. Potrzebnych haków nie chcą wykonać kuźnie więzienne, nie chcą wykonać warsztaty kolejowe, trzeba zamówić je w mieście.

Skazańcy są pomieszczeni w celi obok więzienia kobiet i szpitala. Palą nerwowo papieros za papierosem, choć udają, że są zupełnie opanowani i przygotowani na najgorsze. Zezwolono im na ostatnie pożegnanie z rodzinami, które już po ogłoszeniu wyroku zebrały się u bram więziennych. Wprowadzają rodziny przed kraty, po drugiej stronie stoją skazańcy. Wnet uderza głośny lament i płacz kobiet i dzieci, robi się tumult. Wrzawę uciszają dozorcy i grożą, że jeśli nie będzie spokoju, odprowadzą skazańców.

Podsuwam się bliżej aby słyszeć rozmowy. „Przyjdziesz już potem i zabierzesz moje buty i marynarkę”. „No, a jak ty będziesz?”. „Mnie nie potrzeba, zabić i zakopać można i nagiego”. Drugi: „Nie długo czekaj i wychodź zamąż”. „Kto mnie weźmie z dziećmi?”. „Młoda jesteś, ładna, masz kawałek gruntu, krowę, weź pryjmaka na siebie”. „Krowy już nie mam, sprzedałam na adwokata”. „Szkoda, dzieci nie będą miały mleka a adwokat i tak nie dopomógł”. Inny do siostry: „Ty, Hanko, nie lataj za chłopcami, wychodź zamąż za Dorofeja, choć siary, ale gosodarny, uczciwy”. „Nie chcę za Dorofeja, po czorta mnie stary chłop”. „Jak pójdziesz na psy, ładna pociacha matce, syn na szubienicy – córka ostatnia”. I t. d. Dozorcy dają znak, żeby kończyć rozmowy, podnosi się znowu szloch, lament, krzyk. Jedni do drugich przez kratę cisną się, przykładają usta do siatki, na wargach zostaje czerwona smuga od krat. Dozorcy wyprowadzają skazańców, skazańcy idą bezwolnie, oglądają się, posyłają ostatnie pozdrowienia rodzinie. Za bramą więzienną długo stoi jeszcze zbita gromadka, płacze i lamentuje, wzajemnie się pociesza i ratuje.

Skazańcom przyniesiono do celi kolację, żaden nie chce jeść, tylko palą nerwowo! Powoli uspokajają się, zaczynają rozmawiać, wszyscy łudzą się, że przecież któryś będzie ułaskawiony, a najprędzej najmłodszy Borys. Rozmyślają, kiedy będzie wykonany wyrok, gdy upłyną 24 godziny, rano czy wieczór. I wślad za tem idzie rozmowa o tem co ich czeka, o życiu pozagrobowem, czy jest niebo i piekło, jak mówili popi, i czy dusza ludzka jest nieśmiertelna. Najbardziej opanowany nerwowo Borys gra poczęści rolę filozofa i bohatera. „Głupstwo, -powiada, – o ile byłoby piekło i raj, byłby Bóg, a gdyby był Bóg, nie byłoby biednych i bogatych, wolę raj na ziemi niż ten nieznany w niebie, bo co obiecanka to cacanka, a głupiemu radość. Tymczasem, gnij tu w biedzie, męcz się krwawo, na pół hektarze ziemi pięć dusz, pracuj od świtu do nocy – tu jest piekło, tu czyściec. A zato jeszcze do raju pójdą ci z wielkiemi brzuchami, biedny nie ma raju ani tu ani tam. Wszystko bujda”. Mimo takich dysput, wszyscy z wyjątkiem Borysa postanowili przyjąć sakramenty. „A ot wiecie co – powiedział Borys, – ciekawe, czy śmierć nastąpi natychmiast, czy jest fizyczna męka, spróbuję, wina moja i tak największa, zginę -tem lepiej. Powieszę się na pasie, gdy będę już bez pamięci, zdejmcie z pętli”. Wzięli pas, założyli na szyję, zaczepili na haku, na którym na dzień zaczepia się łóżko, powiesił się i natychmiast stracił przytomność. Zdjęli z haka jak trupa, któryś znał sztuczne oddychanie, zastosował zabieg i przyprowadził do przytomności. Gdy przyszedł do siebie: „Bajka, -rzekł, – nic strasznego, odrazu traci się przytomność i nic się nie wie, szkoda żem wrócił”.

Lecz dozorca zapukał do drzwi kluczami i rozkazał spać. Ostatnia noc, ostatni przymusowy sen. Pokładli się, ale spać nie mogli. Już zaczynali drzemać, gdy Borys znowu zagadnął: „Słuchajcie, wszyscy nie zginiemy, któregoś ułaskawią, niech ten kto umrze da znać żywemu jak tak na tamtym świecie”. „Zgoda! No ale jeśli sześciu zginie i przyjdzie do ciebie, to i ty ze strachu pójdziesz do nas! A jeśli wszyscy zginiemy, to damy znać prezesowi sądu jak wygląda piekło”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Powoli usypiają, coś jeszcze któryś przez sen powie, inny jęknie, i znowu cisza.

Na dworze szara noc listopadowa. Zawyje wicher, wdali poderwie się szczekanie psów, chmurzyska przewalają po niebie. Tylko świecą się warsztaty więzienne, powoli przygotowują materjał drzewny na trumny, na siedem trumien, dla ludzi jeszcze żywych, młodych, ciepłych, dla ludzi zbałamuconych warcholską robotą agitatorów, dla ludzi uwiedzionych chciwością marnego złota. A skazańcom śniły się niskie chałupy, rozorane gleby – matka, rodzina, dzieci i wolność.

Na apel pobudki wstali do znojnego, ostatniego dnia życia. Śniadania prawie nie jedli, na podwórzu stała już policja „na ostro”. Spacer skazańcom skasowano. Umyli się, posiadali koło siebie i przycichli, zapanował przygnębiający nastrój. Nawet czupurny Borys przymilkł.

O g. 10.30 przyjechał prokurator, pop i władze więzienne. Weszli do celi skazańców. Prokurator nerwowym, nieco drżącym głosem oznajmił, że p. Prezydent ułaskawienia odmówił, odczytał wyrok i szybko wyszedł. Pop przystąpił do spowiedzi, cichym głosem, nieco bez związku wyraził pociechę i nadzieję w Bogu. Jeden Borys nie przyjął sakramentów. „Nie zabiłem nikogo, obiecałem bolszewikom, bo naciskali, ale wkońcu niedałem, nie jestem winny”.

Potem nadeszła już egzekucja. Przy ustawionej na podwórzu szubienicy skupiły się władze więzienne i sądowe, pop, oddział policji, dozorcy i kat z pomocnikami. Kat Maciejewski był zajęty gdzieindziej, tutaj spełniali jego urząd wykwalifikowani przezeń uczniowie. Wolne przestrzenie wokół więzienia zaległy tłumy ludności, szli od wczesnych godzin z miasta i okolic, szli jak dzikie trzody krwiożerczych szakali, czujących w powietrzu woń krwi. Włazili na okoliczne drzewa i słupy telegraficzne, na dachy dalekich domów i wozów kolejowych, pchali się mężczyżni, – o zgrozo, nawet i kobiety.

Szubienicę widać zdaleka, bo wysoka na 4 metry, niby huśtawka, na dwu mocnych hakach dwie pętle. Prowadzą do niej schodki, pomost; pomost przedzielony na dwie części. Jedna część ruchoma na kółku, druga jak stół nieruchoma, i tu stoi kat. Skazaniec staje na części ruchomej, kat narzuca pętlę na szyję wtedy dozorca obraca kołek części ruchomej. Tłumaczył mi później, że były wypadki, iż skazaniec wpadał w furję i kopał w brzuch kata. Skazaniec traci oparcie pod nogami i zawisa w powietrzu.

Pierwszy stracony został Borys, do końca grał rolę bohatera, prosił aby mu nie zawiązywano oczu, wchodząc na szubienicę, popatrzył w stronę słońca, ale słońca nie było. Wciągnął po raz ostatni powietrze i przejmująco spojrzał w oczy kata. Ten odmówił egzekucji i kategorycznie zażądał aby skazańcowi zawiązać oczy. Żądanie spełniono. Kat narzucił sznurek, dał znak dozorcy, ten usunął kołek, pomost zachwiał się, Borys zawisł w powietrzu, nogi zachybotały jakby szedł kilka kroków, przez ciało przeszły drgawki, nastąpiła agonja. Gdy ciało uspokoiło się, zdjęto je ze sznura, lekarz obadał puls i stwierdził śmierć. Ciało zanieśli do magazynu, gdzie stały trumny.

Przystąpiono do dalszych egzekucyj, lecz wieszano już po dwóch odrazu. Skazańcy szli bosi w jednej koszuli, wszystko zastawili dla swych rodzin. Jeden niósł ze sobą torbę z chlebem i słoniną. Włożyli ją razem z ciałem do trumny.

O ile warsztaty więzienne nie chciały budować szubienicy, o tyle spokojnie wykonano trumny: pracowano nad niemi całą noc. Zrobiono je z najlepszego materjału, wyścielono czystą heblówką, uważając ten czyn za ostatnią przysługę.

Po obiedzie na platformie samochodowej wywieziono siedem trumien, okrytych kocami, na ugory. Nie pochowano ich na cmentarzu, w pustem polu wspólna mogiła ukryła skazańców. Sprawiedliwości stało się zadość.

„Niedobre prawo białego człowieka, – powiedziałby Indjanin, – dwóch wiesza trzeciego”.

Nerwowy nastrój dnia udzielił się wszystkim mieszkańcom więzienia, tak kobietom jak i mężczyznom, tak więźniom jak i dozorcom. Obiadu w ten dzień nikt nie jadł. Więźniowe celi nr. 14, przed której oknami spacerowali skazańcy przed sądem, zrywali się w nocy i uparcie mówili, że widzą siedem postaci, jak z opuszczonemi głowami chodzą miarowo dokoła w szarej mgle.

—————-
*) Autor niniejszego reportażu, rotmistrz rezerwy Mikołaj Mironowicz, odsiadywał w Baranowiczach karę więzienia za udział w pojedynku.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close